SKARB ACHERONU
Mała fabularna retrospekcja i pchnięcie akcji naprzód.
-
A niech to Crom! - zaklął Druss. Sprawdził wnętrze całej wieży i nie znalazł swoich towarzyszy. - Gdzie oni są?
Na zewnątrz Goma nadal przyjmował hołdy swoich poddanych. Cymmerianin, klnąc niecierpliwie, wybiegł na taras wychodzący na jezioro. Daleko na powierzchni wody zobaczył niewielki obiekt. Bystre oczy powiedziały mu, że to rybacka łódka. Kierowała się prosto ku warowni po drugiej stronie jeziora. Cymmerianin rozejrzał się i stwierdził, że Stygijczyk nie pomyślał o zniszczeniu innych łodzi.
Wrócił spiesznie do wieży, gdzie panowało wielkie zamieszanie. Przyszedł Goma, a z nim wiwatujący tłum. Kobiety przyniosły czyste szaty i dzbany wody. Gdy król rozmawiał z naczelnikami, zmywały z niego pot i krew. Goma podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko do waszej grupy.
-
Czyż nie była to świetna walka, przyjaciele?
- Oczywiście.
- Powiedziano mi, jak zabiłeś kata Cymeryjczyku, bo ja sam nie miałem czasu się temu przyglądać. Był to tchórzliwy podstęp ze strony Naba. Spodziewałem się czegoś takiego, dlatego chciałem, żebyś strzegł moich tyłów. Jestem ci wdzięczny. Powiedz, czego chcesz w nagrodę.
- Nie czas na to. Stygijczyk uciekł stąd podziemiami, zmierzając ku warowni i skarbowi. Zabrał z sobą naszych towarzyszy i pracodawców.
Goma wzruszył ramionami.
- Niebawem poślę ludzi, żeby ich otoczyli. Teraz odpocznijmy i napawajmy się zwycięstwem.
- Nie, dopóki ta sprawa nie zostanie zakończona - powiedział Druss.
Zabiliśmy Aghlę, ale Sethmes może być groźny.
Goma ściągnął brwi.
-
Aghla! Pragnąłem jej śmierci równie mocno, jak i zgonu Naba! Tak, musimy coś zrobić z tym kapłanem.
- Kto teraz strzeże warowni, zapytał Goma swych ludzi?
- Wszyscy wojownicy, od czternastoletnich chłopców, są tutaj. Zostawiliśmy tylko kobiety, dzieci oraz starców, i większość z nich zapewne jest teraz w drodze do miasta. Przypuszczam, że warownia jest wyludniona. A ja muszę się zająć pewnymi sprawami na miejscu.
- Zatem daj nam silnych wioślarzy, a popędzę za Stygijczykami.
- Doskonale. - Goma wydał rozkaz i z tłumu wysunęło się kilkudziesięciu ludzi.
Vanko wybrał około 30 ludzi ludzi, potem zwrócił się do Khefiego.
- Pójdziesz ze mną. Być może będę potrzebował twoich umiejętności.
- Na jezioro? - zapytał niespokojnie niewolnik.
- Tak. Ten potwór pojawia się tylko w nocy, prawda? Gdyby było inaczej, jak ludzie mogliby wypływać na połowy? - Za pośrednictwem Khefiego wydał rozkazy sześciu młodym wojownikom.
- Dobrych łowów, przyjaciele - powiedział nowy król. - Przywieźcie mi głowę Sethmesa, a wasza nagroda będzie jeszcze większa.
Chen Shu i inni z was wybiegli i pospieszyli długimi schodami nad jezioro. Przy pomoście stało dziesięć smukłych rybackich łodzi. Zorian wskazał tę, która wyglądała na najmocniejszą i największą jednocześnie. Wojownicy zepchnęli ją na wodę, potem wskoczyli do środka i chwycili za wiosła. Druss i Khefi zajęli miejsca na rufie. Pomknęli ku środkowi jeziora.
Mimo pewności, z jaką wcześniej przemawiał do tłumacza, Cymmerianin z niepokojem wypływał na jezioro. W dzień czy w nocy, było to złe miejsce i gdzieś w toni czyhał potwór. Tylko konieczność pośpiechu zmusiła go do wypuszczenia się na terytorium potwora w kruchej rybackiej łódce. Chcąc opłukać miecz, zamierzał zanurzyć go w wodę. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Z tego, co wiedział, smak krwi mógł zwabić potwora.
Pojawienie się mgły o tej porze dnia zwiększyło obawy Cymmerianina. Na powierzchnię zaczęły wypływać różne stworzenia. Wodę przed dziobem przecięły splątane macki.
- To nie w porządku - rzekł Khefi, wybałuszając oczy na wypływające ze wszystkich stron stworzenia. - O tej porze jezioro powinno być spokojne. - Wojownicy wyraźnie byli poruszeni. Nie brakowało im odwagi, ale tutaj, na koszmarnym jeziorze, strach nie przynosił wstydu.
-
Szybciej wiosłować! - rozkazał Tranicos. - Im szybciej dotrzemy do brzegu, tym szybciej będziemy bezpieczni!
Kolor wody stał się intensywniejszy, ale brzeg na szczęście był już niedaleko. Wioślarze pracowali jak szaleni, zostawiając za rufą łodzi spieniony kilwater.
Wojownicy wrzasnęli, gdy w pobliżu łodzi, nieomal ją wywracając, wynurzył się stwór podobny do ośmiornicy. Od tułowia oderwała się tłusta macka, śmignęła w powietrzu i porwała jednego z wioślarzy. W cielsku otworzył się papuzi dziób. Gdy zamknął się na wrzeszczącym człowieku, wojownicy cisnęli włócznie. Dziób rozwarł się, a potwór z sykiem, rzygając cuchnącą posoką, zniknął pod powierzchnią.
Khefi złapał wiosło pechowego krajowca i zaczął wywijać nim co prawda z niewielką wprawą, ale za to wielką energią. Wokół nich pojawiały się inne koszmarne dziwolągi. Podobny do rekina stwór wybił się w powietrze i przeskakując nad łodzią, pochwycił następną ofiarę. Zniknął po drugiej stronie, zaciskając zębate szczęki na ciele szamocącego się wioślarza.
Dziób zazgrzytał o piasek i Cymmerianin jednym skokiem pokonał odległość dzielącą go od suchego gruntu. Pozostali spiesznie poszli w jego ślady, niemal pochlipując z przerażenia. Odrażające stworzenia kłębiły się przy brzegu i wyskakiwały za wami z wody, ale nie były już groźne. Wojownicy dźgali je włóczniami, dając upust zrodzonej ze strachu wściekłości.
Parę minut później przybyli wojownicy z tłumaczem. Młodzi ludzie wyglądali normalnie, ale Khefi, przywykły do wygodnego, chociaż ryzykownego życia na dworze, sapał jak kowalskie miechy.
Wojownicy powiedzieli coś do Khefiego.
-
Chcą wiedzieć, czy tym razem będą walczyć z ludźmi.
-
Tak, będą zabijać ludzi - zapewnił ich Chen Shu. Wojownicy powitali te słowa uśmiechem. Z dala od przeklętego jeziora, wróciła im odwaga. Nie bali się niczego, co chodziło po suchym lądzie.
Cymmerianin poprowadził ich w kierunku wieży, którą spowijała złowróżbna cisza. Wejście było otwarte, niestrzeżone. Druss zbliżył się ostrożnie, z mieczem w dłoni. Komora była ciemna i groźna. Nie dochodził go żaden dźwięk, ale to nie musiało nic oznaczać. Parę ostatnich stóp pokonał biegiem, skoczył do komory, przekoziołkował i poderwał się z bronią w pogotowiu. Wnętrze było puste.
- Tu jest bezpiecznie - zawołał. - Chodźcie.
Jego towarzysze weszli do środka i rozejrzeli się z zaciekawieniem.
Komora wyglądała dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy Druss widział ją po raz ostatni, z dwoma wyjątkami: brakowało Marandosa, a wielka płyta, którą szaleniec gładził z taką miłością, teraz była podniesiona i stała wsparta na jednym końcu. Pod nią widniał otwór ze schodami, które wiodły do podziemi pod warownią. Co poruszyło wielką płytę, siła ludzi czy magia Sethmesa, czy niedawna śmierć Aghli?
- Musimy tam zejść - oznajmił Druss. Wojownicy z powątpiewaniem popatrywali na mroczne schody. Jeszcze raz mieli się znaleźć na nieznanym terytorium. - Przynieś pochodnie - rozkazał Khefiemu.
Niewolnik, zadowolony, że ma coś do zrobienia, wybiegł na zewnątrz, gdzie przed opuszczonymi chatami nadal dymiły ogniska. Niedługo później wrócił z naręczem głowni i zapaloną pochodnią w dłoni.
Druss schował miecz do pochwy i wziął pochodnię. Wojownicy poszli za jego przykładem. Oświetlając sobie drogę, Cymmerianin zaczął schodzić po schodach.
Natychmiast zauważył, że to przejście różni się od reszty twierdzy. Zostało wycięte w litej skale, starannie wygładzonej i przyozdobionej egzotycznymi motywami. Malowidła przypominały prace stygijskie, a jednak znacznie się od nich różniły. Domyślacie się, że to sztuka pythońska, poprzedniczka stygijskiej. Wojownicy, pokrzykując ze zdumienia, wskazywali sobie dziwne, kolorowe postacie, które zapełniały każdą dostępną powierzchnię. Bogowie, królowie, mitologiczne stwory, nieznane legendy i rytuały zapomnianej religii. Niektóre stworzenia miały ludzkie ciała i zwierzęce głowy, inne odwrotnie. Widniały tam sceny z uczt i bitew, ale w większości były całkowicie niezrozumiałe, a niekiedy - odrażające.
Schody okazały się dłuższe, niż każdy z was przypuszczał, i nie obniżały się prosto, ale skręcały w niespodziewanych miejscach, urywały się na pozornie bezcelowych podestach, by parę kroków dalej znów opadać w dół. Natłok malowideł przytłaczał i męczył oczy.
Jeden z wojowników zawołał coś nagląco.
- Popatrzcie na pochodnie! - przetłumaczył Khefi. Płomienie chwiały się w podmuchu, który mógł pochodzić tylko z dołu. - Ktoś będzie bardzo rozczarowany, jeśli to tylko droga ucieczki - powiedział ze śmiechem. - Ale dobrze służy tej zgrai.
Dobiegły ich dziwne odgłosy. Były to skrzeczenia i piski, zniekształcone przez odległość i echo. Ponad nie wybijało się rytmiczne dudnienie, tak niskie, że można je było nie tyle usłyszeć, ile wyczuć - głęboki dźwięk, jakby słuchali bicia serca świata.
Przed sobą zobaczyliście dziwną poświatę, która jarzyła się jednostajnym, żółtym blaskiem o delikatnym, zielonkawym odcieniu. Blask emanował chłodem obcym znanemu światu. Wydobywał się z portalu, kończącym schody. Druss rzucił pochodnię i wyciągnął miecz.
Komnata, do której weszliście, była tak wielka, że Cymmerianin nie był w stanie stwierdzić, czy jest dziełem człowieka, czy przyrody. Gładki mur za ich plecami zdobiły kolosalne pythońskie malowidła. Ściany tonęły w mroku. W miejscu, które wyglądało na środek komnaty, połyskiwał wielki, nieregularny kopiec. Wokół niego uwijały się liczne postacie.
- Przygotujcie się do walki - rzekł Druss - ale nie atakujcie kobiety, małego człowieczka, dwóch wielkich mężczyzn o żółtej brodzie i o rudej brodzie. - Khefi przełożył rozkazy, ale Druss miał wątpliwości. Wiedział, że ci ludzie tracą nad sobą panowanie, gdy zaczyna lać się krew. Jeżeli wojownicy zbytnio się rozochocą, jego towarzysze sami będą musieli o siebie zadbać.
Zaczęliście skradać się w kierunku stosu. Druss zobaczył, że źródłem dziwnego światła są spiętrzone bezładnie klejnoty i złoto. Szlachetne kruszce i drogocenne kamienie posłużyły do wykonania nie ozdób, lecz dziwnych instrumentów niewiadomego przeznaczenia.
Gdy się zbliżyliście, odwróciła się najwyższa z postaci.
-
Witajcie, najemnicy. Moja dobra znajoma, Aghla, uprzedziła mnie o waszym rychłym przybyciu.
- Na twoje nieszczęście. - Druss zobaczył, że tuż za skarbem podłoże komnaty opada i znika pod wodą. Chlupot leniwych fal nie był w stanie zagłuszyć głębokiego dudnienia, które wydobywało się właśnie z tego tajemniczego podziemnego jeziora.
-
Druss! Naprawdę żyjesz? - Był to Springald, który wyglądał na wyczerpanego, ale zarazem podnieconego. Przy nim stał Ulfilo, z wiecznym wyrazem urażonej godności. Niedaleko kręcił się Wulfrede, pełen chytrego rozbawienia. Wszyscy trzej mieli broń.
-
Jak to się stało, że jesteście tu z tym kłamcą? - zapytał Druss, wskazując na kapłana.
- Kiedy wypuścił nas z lochu i dał nam wybór, że albo pójdziemy za nim, albo zostaniemy rzuceni na pożarcie potworowi z jeziora - odpowiedział Aquilończyk - postanowiliśmy na razie odłożyć na bok nasze urazy.
- Gdzie jest Malia?
-
Mówisz o Białej Królowej - poprawił Sethmes. Druss teraz zobaczył, że za kapłanem stoją dwaj stygijscy oficerowie. - Nie wolno ci mówić o niej jak o zwyczajnej kobiecie. Jest teraz poza twoim zasięgiem.
Czyli: ostatecznie z 30 wojownikami Gwardi, szamanem Ngore i 2 jego uczniami, oraz z tłumaczem Khefim, popłynęliście ku niedawnej warowni buntowników. Spotakliście Sethmesa, waszych byłych pracodawcó, Wulfrede, i ich obstawę, bumbana, marynarzy i stygijskich najemników. Czas na negocjacje, czy co tam uważacie.
Czekam na jakieś deklaracje, widzę, że ostatnio cienko z czasem u wszystkich. Może w przyszłym tygodniu uda nam się zakończyć.