- Nie nam dane pasać bydło, Gomo. Wrócę tu kiedyś, gdy będę już za stary, by jeździć po lasach, i osiądę gdzieś tutaj. Za własne pieniądze, gdyż i tak wynagrodziliśmy sobie tą wyprawę po wielokroć samymi pozostałościami skarbów Pythonu. Wszystko czego mi trzeba to dobry koń i uzupełnienie zapasów. Wspomnij nas czasem. Ja jadę na drugą stronę gór, najpewniej na Czarny Ląd, do Jumy i Amazonek - pogranicznik zignorował chichot Vanka i kontynuował - a potem do Mesantii. Tam chyba najłatwiej o coś do roboty. Kto jedzie ze mną?
Jak mam okazję, kupuję:
-dobrego konia, wygodne siodło i uprząż
-drugiego konia, jucznego, do targania moich bagaży
-egzotyczne skóry, kły, pazury, rogi i co się jeszcze da sprzedać w cywilizacji z znacznie więcej (przeznaczam na to tyle pieniędzy, ile zyskałem na handlu z tubylcami przed górami)
-niewolników lub tragarzy do niesienia tego
-strzały do łuku (mój obecny kołczan do pełna i jeszcze dodatkowy pełny kołczan przypięty do siodła)
-zapas trucizn na jakieś dwie następne przygody
-cztery oszczepy do rzucania
-jak się da, najmuję kilkunastu najemników do ochrony (tak, tworzymy armię najemników

)
Po rozmowie, Tranicos poszedł do chaty w której leżał Springald i upewniwszy się, że nikt go nie podsłuchuje, zaczął mówić po argosańsku:
- Słuchaj, bo nie będę powtarzał. Za wplątanie nas w to ktoś najpewniej będzie cię chciał zabić. Stawiam sto lun że Zorianowi pierwszemu puszczą nerwy. I tu będę ci potrzebny. Wiem, że jesteś najlepiej wykształconym człowiekiem w tej dolinie od czasu kiedy zmarł ostatni Pythończyk. Wiem, że tacy jajogłowi jednak czasem się przydają. Więc daję ci wybór. Albo dołączysz do mnie jako doradca, a ja w zamian ochronię cię przed moimi przyjaciółmi, a podróżując ze mną będziesz miał te same wygody co ja i dziesiątą część moich dochodów, albo cię tu zostawię i podjudzę Zoriana przeciw tobie. Wybieraj.