Ghelog
Opuchnięty owal rdzawoczerwonego wschodzącego słońca oświetlił scenę jakby wyjętą żywcem z koszmaru. Zdawało się, że rosnące dookoła przygarbione wiekiem drzewa pochylają się jeszcze bardziej jakby starały się niczego nie stracić z rozgrywającego się widowiska.
Na leśnej polanie, wśród ściółki leśnej i mioteł traw leżały dwa rozciągnięte ciała. Nieruchome, bezwładne, okrwawione. Ich stroje, proste nogawice i kubraki ze skóry, w użytkowo burym kolorze i ściskane w martwych dłoniach łuki wskazywały jasno, że to myśliwi, którzy zapuścili się w te ostępy by złowić zwierzynę, prawdopodobnie na posiłek dla swych kobiet i dzieci.
-Trzeba było zostać w domu, chłopcy, a nie polować na moim terytorium - szepnął mężczyzna pochylający się nad rozciągniętymi ciałami.
Był niewysoki, chudy, żylasty, ubrany w proste sandały, skórzane nogawice i kamizelę z kieszeniami narzucona na gołe ciało. Wszystko to w kolorze oliwkowo-brązowym, barwa ta znakomicie go maskowała wśród leśnej głuszy. Partie odsłoniętej skóry były ciemnobrązowe, opalone przez silne słońce Waluzji, nieomylny znak, że mężczyzna nie przebywa tu od wczoraj.
Jego twarz nie zwracała większej uwagi. Ani krótkie, kręcone, rude włosy, ani krótka, starannie przycięta broda, ani oczy, szare jak krążki stalowej blachy, nie wywołałyby komentarza w żadnej ludzkiej siedzibie. Przerzucony przez plecy łuk i zwisający z ramienia tobołek dopełniały obrazu.
Gdyby ktoś przyglądał się tej scenie ukryty wśród drzew mógłby teraz zauważyć jak rudowłosy pochyla się nad ciałami wyciągając chciwie ręce. Szybki ruch ściskanego w dłoni myśliwskiego noża otworzył klatkę piersiową jednego z trupów. A chwilę później łowca posilał się już wydartym z piersi trupa sercem głośno charcząc i mlaskając. Krew wsiąkała mu w brodę.
Na zbryzganej krwią twarzy łowcy malował się wyraz nieludzkiej dzikości. Skończywszy ucztę otworzył pierś drugiego z trupów. Ściskając serce zwierzyny mężczyzna zmiażdżył je w dłoni wypowiadając głośno modlitwę do Pana Łowów. Krew wsiąkała w ściółkę.
-Malarze, przyjmij tą ofiarę i ześlij mi powodzenie w polowaniu. Ojcze Łowów, nasyć się krwią i oby moje strzały zawsze trafiały w cel!
Dopełniwszy rytuału rudowłosy starannie starł krew z dłoni i z twarzy. Czekało go przecież kolejne polowanie, a nie złowi żadnej zwierzyny jeśli na dwadzieścia kroków będzie śmierdział potem i krwią.
Porzucając obojętnie trupy mężczyzna odwrócił się by odejść. I nagle stanął nieruchomo, wyczuwając drgnięcie Ziemi Rodzicielki. Natychmiast przypadł do ziemi przykładając do niej ucho. Nie mylił się. Ziemia drżała pod stopami tłumu.
Nie widząc ani nie słysząc nic więcej poza zwykłymi obrazami i odgłosami lasu łowca zaczął węszyć. Wiejący od wschodu wiatr przyniósł mu zapach krwi, strachu i charakterystyczny dla żywej śmierci zapach stęchlizny, świeżo rozkopanej mogiły.
-Ciekawe - mruknął myśliwy. Nie przepadał za polowaniem na żywą śmierć, nieumarli nie znali uczucia strachu, a rozbudzanie tego uczucia u ofiar stanowiło dla niego największą rozrywkę. Mimo to ruszył w tamtym kierunku. Przemieszczał się charakterystycznym dla urodzonego wędrowca krokiem, wilczym truchtem, dziesięć kroków biegiem, dziesięć szybkim marszem. Nie musiał liczyć kroków, znał swoje tempo i wiedział, ze jeśli będzie przemieszczał się w tym rytmie w ciągu najdalej godziny dotrze do celu.
I dotarł.
A potem wyczuł, usłyszał i zobaczył.
Otwarte pole, uwolnione już od cienia drzew, nosiło ślady bezwzględnej bitwy. Gdzieniegdzie leżały trupy, ranni wzywali pomocy, a między ciałami snuli się żywi niosąc pomoc lub dobijając.
Na uboczu zaś stało kilka postaci, poubieranych w zależności od swego statusu. Był tam rycerz w pełnej zbroi wydający rozkazy twardym szorstkim głosem, był mężczyzna z założoną na przedramię łuczniczą rękawicą i przy łuku. I wreszcie był człek w charakterystycznych szatach członka druidzkiego Kręgu. Człek, dla którego łowca tu przybył.
Nie tracąc czasu myśliwy wynurzył się z lasu i ruszył w kierunku tej grupki. Przemieszczał się nieśpiesznie, od cienia do cienia, a mimo to do celu dotarł szybko.
Mężczyzna w szatach druida odwrócił się w stronę przybysza. Łowca nie tracąc czasu uderzył kolanami o Ziemię Rodzicielkę, wbił w nią pięści.
-Pozdrawiam cię, Czcigodny Radagaście! Zwę się Ghelog Płaszcz Nocy i przybyłem z dalekich krain by ci służyć! Usłyszałem o tobie w Kręgu i stad wiem, żeś wielki myśliwy. Jeśli przyjmiesz mnie do swego cienia obiecuję ci pomagać na miarę swych możliwości i łowić twych wrogów. Czy przyjmiesz moje służby, Czcigodny?
Witam wszystkich. Czuję, że będzie się nam dobrze grało.
Sorki, że się tak rozpisałem, ale to pierwszy mój post i musiałem się przedstawić.
Info o Malarze w którymś z następnych postów.