To będzie dłuższy post. Proszę przygotować przekąski.

Ghelog
Nic nie zakłócało spokoju waluzyjskiej puszczy. Nieumarli odeszli, tak jak żołnierze Vadera. Na miejscu zostali tylko zwiadowcy i druidzi, choć w sumie rozróżnienia tego typu nie miały racji bytu. Przynajmniej jeśli chodziło o Gheloga Płaszcza Nocy.
Łowca prześlizgiwał się od plamy cienia do plamy cienia. Od kilku godzin polował, trop miał dość niejasny, ale mógł z pewnością powiedzieć, że w pobliżu przebywało przynajmniej dwóch obcych. Szybkie obwąchanie pozwoliło Łowcy zapamiętać wzory zapachowe swoich nowych kompanów. Ci w pobliżu nie należeli do tej grupy.
Musieli też mieć jakieś doświadczenie w polowaniu. Szli przez las szybko, nie zostawiając wyraźnych śladów. Znali parę sztuczek, gdy było to możliwe szli skrajem licznych w tej okolicy strumieni, zacierali swoje tropy, co jakiś czas wspinali się na drzewa by się rozejrzeć...
Ghelog aż mruczał z zachwytu. Polowanie!
Około dwóch godzin po zachodzie słońca zlokalizował pierwszą ofiarę. Decydujące znaczenie miał tu nos tropiciela, wschodni wiatr przyniósł mu zapach mężczyzny. Znoszone onuce, pot i lekki posmak żelaza wskazały mu cel. Ghelog czując bliskość ofiary zdwoił czujność. Przemieszczał się niczym wiatr od cienia do cienia, wyczulając zmysły. I wreszcie go zobaczył.
Mężczyzna, barczysty, zarośnięty gobor, z policzkiem przeciętym krzyżową blizną właśnie klęczał nad strumieniem pijąc wodę. Klęczący za drzewem Ghelog ocenił otoczenie i odległości. Podłoże "ciche", odległość około 15 kroków, cel odwrócony plecami. Jakieś powody by zwlekać? Żadnych.
Co prawda Łowca mógł skończyć sprawę szyjąc z łuku, ale to nie był jego styl. Należało skończyć z tym tu w półdystansie, twarzą w twarz. Należało dać zwierzynie szansę. Należało przestrzegać kanonu Malara, zabić w bezpośredniej walce.
To nie znaczyło, że Ghelog miał zamiar zaszarżować na gobora. Po prostu ciekawiło go czy ten tu będzie dość czujny by uniknąć ciosu w plecy. Czemu nie...
Gobor skończył pić, rozejrzał się wycierając brodę. Taaa, mógł się rozglądać, nawet nocna wizja, charakterystyczna dla jego rasy, nie była w stanie pokazać mu Gheloga. Łowca już dobra chwilę temu obniżył temperaturę swego ciała by zniknąć z oczu ofiary.
Gobor zebrał się w drogę. Gdy tylko się odwrócił za jego plecami zamajaczyła postać myśliwego. Odsłonięte w grymasie zęby zalśniły śliną. Jeszcze cztery kroki...
[center]
Noc pełna może być słodyczy...[/center]
Jeszcze dwa...
[center]
...tej nocy jednak to zupełnie nie dotyczy![/center]
Dłonie Łowcy skoczyły do przodu jak atakujące węże. Jedna chwyciła za kark, druga za żuchwę. Szybki ruch, któremu zawtórowało ciche makabryczne chrupnięcie...
[center]*****[/center]
Kilka godzin później Płaszcz Nocy wytropił drugą ofiarę.
Czy też należało powiedzieć, że wytropili się nawzajem.
Łowca właśnie szedł skrajem strumienia gdy nagle poczuł obecność. Nie dało się tego jasno wytłumaczyć. Po prostu narastająca nerwowość i uczucie, że jego plecy stanowią szeroki cel.
Powęszył. I już wiedział. Jakieś dwieście kroków za nim ktoś szedł jego śladem.
Nie było sensu czekać. Ghelog szybko znalazł odpowiednie miejsce, rozłożył wnyki. Po czym skręcił na wschód koncentrując się by nie zostawiać śladów, zatoczył koło wracając na miejsce z którego wyruszył. I zobaczył go.
Zwiadowca, chudy cień o pałąkowatych nogach z łukiem w dłoni klęczał właśnie nad zastawioną pułapką ewidentnie badając ślady. Nieźle, mimo ciemności odkrył zasadzkę. Ale tego, że jego cel zaszedł go od tyłu nie mógł jeszcze wiedzieć.
Ghelog nałożył strzałę na cięciwę i puścił brzechwę ledwo cięciwa dotknęła policzka. I trafił. Prawie.
Grot wymierzony w plecy miał przeciąć kręgosłup i przeszyć serce. Zamiast tego ominął kręgosłup o włos, przebijając płuca. Mężczyzna zacharczał, zatoczył się. I odwrócił.
Druga strzała wyszła już lepiej. Grot trafił w prawe oko. Mężczyzna jęknął głucho, rozpaczliwie wyrwał strzałę wraz z gałką oczną i padł nieżywy.
[center]
Za tobą psy gończe, mięsa pragną...[/center]
Pogwizdując cicho Łowca zebrał sidła i swoje strzały. Humor miał znakomity.
[center]
...wszystko się skończy gdy cię dopadną![/center]
[center]*****[/center]
Kilka godzin później Ghelog stał na gałęzi drzewa patrząc wstającemu słońcu prosto w twarz. Odwróciwszy się od rozpalonej tarczy Łowca spojrzał na południowy-zachód. Miał stąd znakomity widok na zamek rycerza Aucassina.
Z rozbawieniem wspomniał spotkanie z Vaderem jakąś godzinę temu. Rycerz nie był zbyt zadowolony, gdy dowiedział sie, że Ghelog nie wziął jeńca. Płaszcz Nocy pokajał się potulnie, ale miał wyraz twarzy kota objedzonego śledziem i śmietaną.
Branie jeńców po prostu nie było w jego stylu. Osłodził Vaderowi tą "porażkę" dokładnymi informacjami na temat zamku, topografii terenu i rozlokowania oddziałów Aucassina. Wspomniał też o latającym statku widzianym poprzedniego dnia.
Teraz czekał. Nic więcej nie mógł zrobić. Zgodnie z planem Vadera Ghelog miał ubezpieczać grupę i wkroczyć gdy na zamku zrobi się gorąco.
W sumie czemu nie?