- Czystej wody i ręczników! - powtórzył jeden ze strażników, a drugi z poważną minął zaczął się rozglądać po pomieszczeniu. Przeszedł w te i wewte, rozłożył ręce i ze smutkiem w głosie oznajmił kamratowi ale na tyle głośno, że słyszał go i Garro.
- No niestety! Znalazłem tylko czysty jedwab i magiczne leczące amulety wprost z Luxoru*. Po czystych szmatkach i wodzie ani śladu!
Obaj ryknęli gromkim śmiechem, trzymając się za boki i kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Źle trafiłeś, zingarski łapiduchu. Radź sobie tym, co masz pod ręką! A następnym razem lepiej się nie odzywaj, bo mój przyjaciel Raahel ma tylko dzisiaj dobre poczucie humoru - dodał niby przyjacielsko ten pierwszy, dotykając znacząco po głowni sejmitara zatkniętego za pas.
Kilka metrów dalej, w głębi klatki, gdy część osadzonych wymieniała uwagi odnośnie ostatnich wydarzeń, Conan wraz z czerwonowłosą kobietą przyglądali się zestawowi złodziejskiemu przemyconego w jedzeniu. Barbarzyńca kiwnął głową z radości ale zaraz się zasępił. Zebrał okolicznych ludzi do siebie i szeptem podjął rozmowę.
- Gdy tylko otworzymy klatkę, demony wiedzą czy nasze naszyjniki niezapłoną. Już wiemy, że ściąganie ich to marny pomysł, a podczas walki bardzo łatwo o ich uszkodzenie i natychmiastową, bestialską śmierć. Proponuję zaczekać, aż dobijemy do brzegu i tam usiec Menkarę gdy będzie okazja. Zaś zestaw zachowaj - tu Conan zwrócił się do Eyry. - I w odpowiednim momencie rozkujesz moje metalowe okowy. Gdy będę wolny, szybko policzę się ze zdrajcami - jego zęby błysnęły w złowieszczym uśmiechu a on sam podjął się pomocy przy opatrywaniu rannych, którzy jęczeli leżąc na podłodze.
Medyk bezustannie trwał nad swoją kochanką, zaciskając zęby ze złości na bezlitosnych strażników. Kątem oka dostrzegł też budzącego się Nehahera, któremu strużka krwi ciekła z nosa.
*Luxor - bogate, ogromne miasto Stygii; miasto pełne magii, świątyń, piramid i wszechobecnego przepychu. Jest tu też jeden z cudów ówczesnej Hyboreii: świątynia-piramida ku czci Seta.
[center]***[/center]
Było wczesne południe, gdy chmury zgromadziły się nad portem w Asgalun. Więźniowie zostali wyprowadzeni z klatki na pokład i w ciszy oczekiwali przybicia do brzegu. Ku ich zdzwinieniu - ich pełen ekwipunek został im zwrócony.
Lekki, letni deszcz powoli i leniwie opadał na statek. Mewy wrzeszczały w akompaniamencie ujadań psów i krzyków ludzi tłoczących się w porcie. Ot, normalny dzień dla pracowitych ludzi.
Na brzegu czekało kilku ludzi odzianych w bogate zbroje. Więźniowie zostali wyprowadzeni ze statku i postawieni przed oblicze zbrojnych, nie wbudzając jednak większego zainteresowania. W milczeniu cała grupa wraz z eskortą przemaszerowała w stronę jednego z bocznych placów w dzielnicy portowej. Tam na środku stał niewysoki mężyczna odziany w czarny płaszcz. Strużki wody spływały mu po kapturze i opadały na wilgotne kamienne płyty, wyścielające plac - który jak się okazało - służył do wieszania piratów, o czym świadczyły między innymi liczne szubienice z powieszonymi trupami w szczątkach pirackich ubiorów.
Po długiej chwili ciszy pełnej nieuchwytnego napięcia, postać przemówiła.
- Znów się spotykamy... - swe słowa skierowała w stronę Garro i Nehahera. Obita Caralla ledwo stała na nogach, wspierając się na swoim wybawicielu i kochanku. - Tym razem w uszczuplonym gronie, co? I tym razem to ja jestem górą! - chwila dumy przerywana była chrząknięciami. - Ach tak, Khannon. - jeden z uzbrojonych mężczyzn wyciągnął sakiewkę i rzucił kapitanowi "Pięści Asgalun". Ten chwycił sakiewkę w locie i rozsłupał ją, przeliczając.
Po chwili kiwnął głową i dając znać swoim ludziom, wrócił na statek. W tymczasie Menkara obszedł więźniów dookoła.
- No proszę, proszę! Slawny Conan bukanier! No, no! I mniej sławny Zorian wraz z Vanko! Jedne z większych pijackich duetów pośród najlepszych najemników na zachodzie. I wszyscy na moje skinienie!
Chwila satysfakcji Menkary trwała długo; mężczyzna upajał się swoją władzą przez każdą sekundę, dając temu upust. Lecz nikt się nieodezwał, gdyż każdy miał w pamięci co się stało z dwoma marynarzami i ich naszyjnikami.
- Podoba się wam mój prezent?! - zapytał Menkara, na wpół krzycząc z podniecenia. - Tak, tak! Zamówiłem go specjalnie na Tortudze, zanim ta przeklęta wyspa poszla w zapomnienie. I pewnie zastanawiacie się, dlaczego wciąż żyjecie... cóż. Otóż jest pewna kwestia... - stygijczyk ledwo opanowując podniecenie krążył przed szeregiem więźniów. Choć wszyscy - prócz Conana - mieli wolne ręce i dłonie, nikt nie odważył się wystąpić. Uzbrojeni najemnicy Menkary, gotowi w każdej chwili do ataku, też robili swoje. Eyra naliczyła ich dwudziestu jeden, w tym kilku chowających się za rogiem i uzbrojonych w naładowane kusze. Ciężko...
- Gdy ja zginę, zginiecie wszyscy - jakby odkrył myśli rudowłosej. - Wracając. Połowa z was... o! Ty, ty, ty... ty, ty i ty! - powiedział, wskazując palcami na Garro, Nehahera, Vanko, Eyre i dwóch roślejszych piratów - pójdziciecie w pewne miejsce, zaś reszta z was będzie moim dodatkowym zabezpieczeniem... otóż, gdy nie zrobicie co wam każę - puff! Wszyscy zginiecie! - powiedział, upajając się wciąż swoją władzą. - Wszyscy! Zginiecie! - powtórzył, ale zaraz się rozkaszlał. - To co? Chcecie usłyszeć, co wasz pan i władza, wielki Menkara wam rozkazuje?
Wprawny obserwator z pewnością zauważyłby, że w oku Menkary błysnęła iskra szaleństwa. Szaleństwa, które dopiero ma nadciągnąć i objawić się światu z niszczycielską siłą...
Coś robicie czy biernie czekacie na rozwój sytuacji?