PBF - Pierwsza Przygoda Reinhardta bez Reinhardta
-
mastug
- Reactions:
- Posty: 1708
- Rejestracja: 03 grudnia 2009, 23:24
- Has thanked: 22 times
- Been thanked: 15 times
- Dobrześ się sprawił, chłopcze. Martwe truchło nie do oglądania przez młode oczy. Przeto wybacz żem o to cię poprosił - w głosie starca słychać było strapienie.
Slepiec starał sobie przypomnieć gdzie widział take znaki na ciele. Zły był na siebie i na niemoc pamięci która przydarzała mu się coraz częściej. Wspomnienia nie chciały nadchodzić same, musiał nad tym ciężko pracować .. Kobra, szykująca się do ataku. Święty wąż. Prastary symbol, starszy niźli wieczne imperium orków, ba starszy niż antyczne reptylionów dziedzictwo. Starzec rozmyślał o tatuażach na ciałach martwych zabójców i o słowach które przed zadaniem śmierci wypowiadali. Myślał o Reinwaldzie z Tobu i o mianie "Psa u wrót Gasty" .. wtedy właśnie przypomniał sobie.. Onga-Ran.
- Jest w Gaście taki klan - odezwał się wreszcie , chociaż nie wiedział czy jeszcze ktoś go słucha - co dla pieniędzy morduje i ciała znakiem kobry znakuje. Ale to nie są zwykłe zbiry. Zabójcy owi od wielu lat wysługują się tylko zamożnym rodom. Stare i sekretne to zrzeszenie z kodeksem i zasadami. Nikt z klanu nie morduje jeśli zapłaty nie otrzyma, co znaczy że nie mordują z przypadku. Całym klanem rządzi niejaki Onga-Ran.
- Jeśli to ludzie Onga-Rana to musi to być, że ktoś wysoko urodzony zamach na Tana Reinhardta zlecił. Co gorsza może być, że jeśli Onga-Ran dowie się, że tym dwóm się nie udało, to następnych wyśle żeby dzieło dokończyli.
Po chwili ciszy dodał jeszcze
- Łatwiej nam prawdy będzie dowieść jeśli ciała zabójców w całości zachowamy, nie palił bym ich tedy. Chociaż wiem, że to wbrew twej wierze Borgo. Tedy sam rozsądź co słuszniej zrobić będzie. Jeśli uznasz, że spalić ich trzeba sprzeciwiał się nie będę
Slepiec starał sobie przypomnieć gdzie widział take znaki na ciele. Zły był na siebie i na niemoc pamięci która przydarzała mu się coraz częściej. Wspomnienia nie chciały nadchodzić same, musiał nad tym ciężko pracować .. Kobra, szykująca się do ataku. Święty wąż. Prastary symbol, starszy niźli wieczne imperium orków, ba starszy niż antyczne reptylionów dziedzictwo. Starzec rozmyślał o tatuażach na ciałach martwych zabójców i o słowach które przed zadaniem śmierci wypowiadali. Myślał o Reinwaldzie z Tobu i o mianie "Psa u wrót Gasty" .. wtedy właśnie przypomniał sobie.. Onga-Ran.
- Jest w Gaście taki klan - odezwał się wreszcie , chociaż nie wiedział czy jeszcze ktoś go słucha - co dla pieniędzy morduje i ciała znakiem kobry znakuje. Ale to nie są zwykłe zbiry. Zabójcy owi od wielu lat wysługują się tylko zamożnym rodom. Stare i sekretne to zrzeszenie z kodeksem i zasadami. Nikt z klanu nie morduje jeśli zapłaty nie otrzyma, co znaczy że nie mordują z przypadku. Całym klanem rządzi niejaki Onga-Ran.
- Jeśli to ludzie Onga-Rana to musi to być, że ktoś wysoko urodzony zamach na Tana Reinhardta zlecił. Co gorsza może być, że jeśli Onga-Ran dowie się, że tym dwóm się nie udało, to następnych wyśle żeby dzieło dokończyli.
Po chwili ciszy dodał jeszcze
- Łatwiej nam prawdy będzie dowieść jeśli ciała zabójców w całości zachowamy, nie palił bym ich tedy. Chociaż wiem, że to wbrew twej wierze Borgo. Tedy sam rozsądź co słuszniej zrobić będzie. Jeśli uznasz, że spalić ich trzeba sprzeciwiał się nie będę
Ostatnio zmieniony 08 marca 2017, 00:42 przez mastug, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Spoiler!
Hej przez 3 dni będę poza siecią - targi ;/
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
- Rozliczymy się, rozliczymy kapłanie ale wpierw fanty podzielmy, Bo to mój ochroniarz jednego ubił własnoręcznie. - rzucił chłodnawo kupiec.
- Zabójców... - jęknął chłopak z przestrachem i jakąś dziwną chłopięcą fascynacją jak u podlotków co to im nagle w sprawie jakiejś wielkiej wziąć udział przyszło. - Pojadę! Ja wam to ślubuję panie, że pojadę. - rzucił przyklękając przed kapłanem Asteriusza. Był w nim w tym momencie jakiś chłopięcy ferwor i kto tam wie co się w jego imaginacji wyczyniało. - Konia rycerzowego oporządzę i zara przylece się pożegnać z wami panie. - Zerwał się pędem z kolan jakby go sam diabeł gonił. I wybiegł na zewnątrz.
W drzwiach spotkał dwie markietatntki co spocone i zmęczone od chrustu układania wróciły właśnie do szopy.
- Ułożyłyśmy... - powiedziała z zadowoleniem półroczyca i dmuchnęła pukiel włosów w ten sposób z twarzy odgarniając.
- Niepotrzebnie, palenia nie będzie - powiedział spokojnie Siwy. - Zostaniecie tu do czasu aż chłopak z ojcostwem tego tu młodzieńca na odsiecz przyjdzie. My idziem dalej.
Na te słowa drugiej z dziewek łzy zakręciły się w oku a po chwili gruchnęła rzewnym płaczem. Półorczyca zaś wpierw zamrugała oczami niedowierzając a potem stanęła w rozkroku z dłońmi na biodrach opartymi.
- Co?! - powiedziała łapiąc powietrza w to miejsce na ciele, które akurat u niej, miało czym oddychać. - a który mądry to wymyślił? Ty dziadu proszalny? - zwróciła się do ślepca. - A może wasza świętobliwość, hę? Godzi się to tak, pytam ja was? Nas dwie samotne przy dogorywającym zostawiać? Ładnie to tak? Wszak każdy wie co się nam stanie jak tu ta całe żołdactwo zjedzie. Toć mówiłam ja, że po fachu nam się feler trafił i do świątynki po zdrowść idziemy. Nie dość, że za darmo to jeszcze zarazi się taki jeden z drugim głupek bo słuchał ostrzeżeń żadnych nie będzie. A wiecie wy jaka kara nam za to? - nabrała tchu czerwieniejąc jeszcze bardziej na twarzy n na myśl o tym i huknęła - Patrzajta no ich, mądre się znalazły! Sami się maściami smarujeta a Reinwaldowego syna to jak co wam zostanie, jako psa ostatniego. A co ja głupia jestem jaka i nie widzę? A nie powiem ja im o tym? Jak ojciec ze zbrojnymi swymi po synka kochanego zajadą? A pewno, że powiem. Nie wstyd wam, się pytam? A ty brodaczu dokąd to!
Kupiec wycofywał się chyłkiem w stronę drzwi już na początku tyrady miarkując w jakim kierunku ona idzie. Teraz zamarł w pół kroku i zgarbił się, jakby mu kto nagle nóż aż po rękojeść między łopatki wbił.
- Przecie wiesz kupcze, że imię twe znam. Sam żeś się przedstawił, jeden z drugim. Długo to cię po gildiach i kupieckich zrzeszeniach Reinwaldowi szukać będą. Jaki im powiem kto mu synka na pastwę losu, w szopie leśnych ostępach zostawił? Czekaj no, będziesz chciał jeszcze pohandlować w tych stronach. A i twoi cechowi jak tu przyjadą nielekko będą mieli.
Krasnolud obrócił się rzucając stek krasnoludzkich słów, które co prawda nikt z zebranych nie pojął ale nie brzmiały nazbyt pięknie. Poczerwieniał na twarzy i wybuchnął.
- Jak śmiesz, ty półludku, tak do mnie gadać!
- Cisza do stu tysięcy kowadeł! - ryknął nagle ochroniarz. - Łeb mi pęka od tego jadu, co mi go nożem wpuścili w trzewia, a teraz jeszcze i wy.
Nagle do chaty wpadł chłopak z solidnym kawałkiem lagi w dłoni. Zamrugał oczami na całą tą scenę i wyjąkał cichnącym głosem.
- Bo taki tu wrzask, żem myślał że znowu kogo mordują...
- Spokojnie... - powiedział już ciszej ochroniarz. - Pomyślmy. Dzień do Tobu, jak nic będzie bo to w Gasty stronę. Nawet jak chłopak konia popędzał będzie. Dzień na powrót, to dwa razem. Nie mniej. Długo. Może kto od nich przyjechać w tym czasie? Tego nie wiemy. Zaś, na północ mostek, a za nim kapliczka Katana. Nie dalej jak cztery godziny, może pięć, wozem. Na pewno tam kapłan jest jakowy, aby pewne jesteście?
- Toć bym na darmo taki szmat nie lazła. - fuknęła półorczyca. - A ty nie rycz i weźmij się do kupy! - powiedziała trącając koleżankę.
- To co mam jechać? - zapytał chłopak z zapałem w oczach. - Szybko wam obrócę, nie frasujcie się.
- Zabójców... - jęknął chłopak z przestrachem i jakąś dziwną chłopięcą fascynacją jak u podlotków co to im nagle w sprawie jakiejś wielkiej wziąć udział przyszło. - Pojadę! Ja wam to ślubuję panie, że pojadę. - rzucił przyklękając przed kapłanem Asteriusza. Był w nim w tym momencie jakiś chłopięcy ferwor i kto tam wie co się w jego imaginacji wyczyniało. - Konia rycerzowego oporządzę i zara przylece się pożegnać z wami panie. - Zerwał się pędem z kolan jakby go sam diabeł gonił. I wybiegł na zewnątrz.
W drzwiach spotkał dwie markietatntki co spocone i zmęczone od chrustu układania wróciły właśnie do szopy.
- Ułożyłyśmy... - powiedziała z zadowoleniem półroczyca i dmuchnęła pukiel włosów w ten sposób z twarzy odgarniając.
- Niepotrzebnie, palenia nie będzie - powiedział spokojnie Siwy. - Zostaniecie tu do czasu aż chłopak z ojcostwem tego tu młodzieńca na odsiecz przyjdzie. My idziem dalej.
Na te słowa drugiej z dziewek łzy zakręciły się w oku a po chwili gruchnęła rzewnym płaczem. Półorczyca zaś wpierw zamrugała oczami niedowierzając a potem stanęła w rozkroku z dłońmi na biodrach opartymi.
- Co?! - powiedziała łapiąc powietrza w to miejsce na ciele, które akurat u niej, miało czym oddychać. - a który mądry to wymyślił? Ty dziadu proszalny? - zwróciła się do ślepca. - A może wasza świętobliwość, hę? Godzi się to tak, pytam ja was? Nas dwie samotne przy dogorywającym zostawiać? Ładnie to tak? Wszak każdy wie co się nam stanie jak tu ta całe żołdactwo zjedzie. Toć mówiłam ja, że po fachu nam się feler trafił i do świątynki po zdrowść idziemy. Nie dość, że za darmo to jeszcze zarazi się taki jeden z drugim głupek bo słuchał ostrzeżeń żadnych nie będzie. A wiecie wy jaka kara nam za to? - nabrała tchu czerwieniejąc jeszcze bardziej na twarzy n na myśl o tym i huknęła - Patrzajta no ich, mądre się znalazły! Sami się maściami smarujeta a Reinwaldowego syna to jak co wam zostanie, jako psa ostatniego. A co ja głupia jestem jaka i nie widzę? A nie powiem ja im o tym? Jak ojciec ze zbrojnymi swymi po synka kochanego zajadą? A pewno, że powiem. Nie wstyd wam, się pytam? A ty brodaczu dokąd to!
Kupiec wycofywał się chyłkiem w stronę drzwi już na początku tyrady miarkując w jakim kierunku ona idzie. Teraz zamarł w pół kroku i zgarbił się, jakby mu kto nagle nóż aż po rękojeść między łopatki wbił.
- Przecie wiesz kupcze, że imię twe znam. Sam żeś się przedstawił, jeden z drugim. Długo to cię po gildiach i kupieckich zrzeszeniach Reinwaldowi szukać będą. Jaki im powiem kto mu synka na pastwę losu, w szopie leśnych ostępach zostawił? Czekaj no, będziesz chciał jeszcze pohandlować w tych stronach. A i twoi cechowi jak tu przyjadą nielekko będą mieli.
Krasnolud obrócił się rzucając stek krasnoludzkich słów, które co prawda nikt z zebranych nie pojął ale nie brzmiały nazbyt pięknie. Poczerwieniał na twarzy i wybuchnął.
- Jak śmiesz, ty półludku, tak do mnie gadać!
- Cisza do stu tysięcy kowadeł! - ryknął nagle ochroniarz. - Łeb mi pęka od tego jadu, co mi go nożem wpuścili w trzewia, a teraz jeszcze i wy.
Nagle do chaty wpadł chłopak z solidnym kawałkiem lagi w dłoni. Zamrugał oczami na całą tą scenę i wyjąkał cichnącym głosem.
- Bo taki tu wrzask, żem myślał że znowu kogo mordują...
- Spokojnie... - powiedział już ciszej ochroniarz. - Pomyślmy. Dzień do Tobu, jak nic będzie bo to w Gasty stronę. Nawet jak chłopak konia popędzał będzie. Dzień na powrót, to dwa razem. Nie mniej. Długo. Może kto od nich przyjechać w tym czasie? Tego nie wiemy. Zaś, na północ mostek, a za nim kapliczka Katana. Nie dalej jak cztery godziny, może pięć, wozem. Na pewno tam kapłan jest jakowy, aby pewne jesteście?
- Toć bym na darmo taki szmat nie lazła. - fuknęła półorczyca. - A ty nie rycz i weźmij się do kupy! - powiedziała trącając koleżankę.
- To co mam jechać? - zapytał chłopak z zapałem w oczach. - Szybko wam obrócę, nie frasujcie się.
No! Panowie decyzja ostateczna, wiem że trudno ją podjąć w nieznającej się kupie ale ktoś musi, bo stoimy.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
mastug
- Reactions:
- Posty: 1708
- Rejestracja: 03 grudnia 2009, 23:24
- Has thanked: 22 times
- Been thanked: 15 times
Starzec powoli podniósł się opierając na ladze. Chciał zganić krzykliwą przekupkę ale poniechał na myśl o niepotrzebnym rabanie. Zamiast tego odezwał się do kapłana.
- Jeśli coś doradzić mogę to, że chłopak jechać czym prędzej powinien. Nie wiedzieć ile jeszcze ducha w rycerzu i jak długo żyw będzie.
Po czym zwrócił się do reszty
- Wszyscy tu wolni ludzie i nikt nikogo pod mieczem nie trzyma. Kto iść chce, niech idzie. Niech tylko w pierwszej kapliczce jaką po drodze spotka dziękczynną modlitwę odprawi, żeśmy tą noc z woli bogów przeżyli.
- Ja przy rycerzu zostanę, póki rodowi po niego nie zjadą. Jak pytać będą to co zaszło, tak jak było , zgodnie z prawdą opowiem.
- Jeśli coś doradzić mogę to, że chłopak jechać czym prędzej powinien. Nie wiedzieć ile jeszcze ducha w rycerzu i jak długo żyw będzie.
Po czym zwrócił się do reszty
- Wszyscy tu wolni ludzie i nikt nikogo pod mieczem nie trzyma. Kto iść chce, niech idzie. Niech tylko w pierwszej kapliczce jaką po drodze spotka dziękczynną modlitwę odprawi, żeśmy tą noc z woli bogów przeżyli.
- Ja przy rycerzu zostanę, póki rodowi po niego nie zjadą. Jak pytać będą to co zaszło, tak jak było , zgodnie z prawdą opowiem.
Od MG ok. Czyli tak. Chlopak jedzie do Tobu. Siwego wyprowadzam z gry na chwilę. Slepy zostaje. Pytanieco z Burga i Eithartem. Przyjmuje deklaracje tez w formie zdania technicznego. Wiem że kaplan ma teraz kontrolę prywatnie z najwyższej instancji 
Ostatnio zmieniony 09 marca 2017, 14:39 przez mastug, łącznie zmieniany 1 raz.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Eithart chyba tez pojedzie z mlodym. Jest kaplanem, Ci z reguly sa nietykalni, poza tym beda wtedy dwa koonie. Bedzie szybciej.
Myslalem, ze rycerzowi tez podano masci leczniczej.
Myslalem, ze rycerzowi tez podano masci leczniczej.
Od MG bo i podano ale wedle kurewsko sprytnej logiki tylko on nie wstal. Ergo zle dostał jakieś.
Drugie pytanie to czy na pewno z nim jedziesz. Pytam bo Siwego wyprowadzam z gry a chyba tylko wy dwaj mieliscie umiejętności medyczne.
Drugie pytanie to czy na pewno z nim jedziesz. Pytam bo Siwego wyprowadzam z gry a chyba tylko wy dwaj mieliscie umiejętności medyczne.
Ostatnio zmieniony 09 marca 2017, 12:26 przez 8art, łącznie zmieniany 1 raz.
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Ja bym się wybrał po kapłana to tej kapliczki. O ile to coś w rodzaju świątyni i są tam kapłani. Niech on zaopiekuje się rycerzem. Zaświeci się mu złotymi w oczy i obietnicą wdzięczności rodziców. Przydałby mi się koń. Ma ktoś na jakiegoś do pożyczenia? Jeżeli niema tam kapłanów to zostaję z Siwym.
Ostatnio zmieniony 09 marca 2017, 15:49 przez deliad, łącznie zmieniany 1 raz.
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Do niedzieli oddaje się w ręcę MG 
Jestem za wyjazdem młodego do Tobu, zastanawiam się czy te 4 godizny rycerz nie wytrzymałby na noszach? W kapliczce Katana byłoby mu chyba wygodniej niż tu?
Jestem za wyjazdem młodego do Tobu, zastanawiam się czy te 4 godizny rycerz nie wytrzymałby na noszach? W kapliczce Katana byłoby mu chyba wygodniej niż tu?
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Orcus Wielki, Puszcza niedaleko Gasty, ósmy dzień czwartego tygodnia Kosar-Rana.
Po krótkiej dyskusji wędrowcy zdecydowali się podzielić swe siły i nie zostawiać na pastwę losu ranionego młodziana.
Wóz z krasnoludami ruszył do kapliczki. Wraz z nim dziarsko maszerujące dwie dzierlatki a obok Burga. Przed nim znacznie szybciej wysforował się Siwy na koniu. Wbrew pozorom wóz wlekł się niemiłosiernie powoli, ciąnięty przez dwa osiołki z trudem pokonywał rozmokłą drogę. Mokre błotniste dukty po wczorajszej zlewie nie były najlepszym podłożem i tak w końcu utknął w jednym z zadołowań. Zeszło z poł godziny nim Burga i krasnoludy w przy pomocy naciętych żerdzi w końcu wypchnęli go na suche.
[center]***[/center]
Siwy wysforował się mocno na przód gnał dosyć śpiesznie, i w ledwie godzinę przejechał przez most za którym już niedaleko do kaplicy na rozstajach było blisko. Koń się zmęczył ale stary gwardzista wiedział, że warto było. Dojechał do zabudowań, z konia zgrabnie zeskoczył i pognał do gmachu niedużej kapliczki na puszczańskich rozstajach stojącej. Z daleka od razu poznał, że to nikogo innego jak Katan jest świątynia. Drogę przeciął mu siwiejący ork o dumnej postawie.
Już po paru słowach kapłan do pomagierów rzucił by mu konia niezwłocznie do drogi sposobili. Siwego zaś za sobą poprowadził by ten mu nadal opowiadał co się na trakcie przydarzyło kiedy on do wyjazdu się szykował.
- Dosyć powiedzieliście, nagroda was niechybnie za to czeka. Jadę niezwłocznie Reinwaldowy ród od wieków przyjacielem Katańskiej rodziny. Nie zejdzie chłopiec na mych włościach, mój pan nie pozwoli na to jestem pewien - Rzucił a była w starym kapłanie jakaś siła i duma, która nawet w starym gwardziście wrażenie robiła. Znać było w nim siłę jaka od dowódców gwardzisty biła kiedy się jeszcze po polach bitewnych włóczył.
Wyszli na zewnątrz a Siwy nie przestawał powiać bo ork szczegółów chciał więcej. Kapłan na konia wskoczył i na odchodne, już ruszając rzucił posługujących przy świątyni.
- Przygotujcie mu strawę i napitek, wrócę niebawem. A co do waszej opowieści to ci cyrkowcy co o nich mówiliście... jechali tu tędy tacy. Ale nie dwóch ich było jeno czterech, do Gasty wczoraj jechali. Dwóch nożowników kuglarzy, jeden stary o siwej brodzie z niedźwiedziem na łańcuchu i młody srajtek co mu się nie przyjrzał dobrze. Bywajcie... Heya! - wrzasnął i trzasnął konia obcasami. Pognał galopem w kierunku szopy.
Siwego zmroziło to zdanie. Ale wnet mores odzykał w tubę ręce złożył i za galopującym krzyknął.
- Ten chłystek, to jegośmy posłali po pomoc. Powiedzcie pozostałym!
Ale tamten już galopował i stary gwardzista zastanawiał się czy posłyszał czy też nie. Kiedy jadł przyłapał się na tym że mu to spokoju nie daje. Skończył szybko, miską trzasnął i pod nosem rzucił.
- A niech to do kroćset.... - wstał i do konia poszedł. Wiedział że jak do szopy zaraz nie wróci, jak się nie upewni to do końca żywota będzie dumał czy dobrze zrobił. Jechał jednak znacznie wolniej niż wcześniej wierzchowiec był silnie strudzony a zajechać go na śmierć nie chciał.*
[center]***[/center]
- Już tylko z pół godziny do mostka a za nim kapliczka - rzucił ochroniarz z wozu.
- Jak jeszcze raz staniem w błocie to chyba mnie szlag.... - zaczął ubrudzony błotem kupiec.
- Cicho, ktoś tu konno jedzie.
I faktycznie jechał. Tętent kopyt szybko się rozniósł po leśnej bukowinie a po chwili Burga zobaczył jeźdźca ze znakiem złożonej pięści naszytej na pierś. Jezdny konia zwolnił ale nie zatrzymał do końca. Pięść do czoła wzniósł na powitanie.
- Na prawie Katana ja jego kapłan ten wóz zawracam i nakazuję by przewiózł jego wiernego sługę przewiózł z szopy do świątyni. Glejty stosowne wam wypiszę cobyście straty za opóźnienie w dostawie nie ponieśli. Ruszajcie wartko , ba zabójcy lada moment powrócić mogą. - Władczym okiem na krasnoludy spojrzał i sprzeciwu nie dojrzawszy puścił się w dalszą drogę.
[center]***[/center]
- Nie poganiaj tak bystro konia! - Rzucił Eithart do młodego. Z trudem nadążał za koniem rycerskim na którym chłopak gnał. Raz, że lepszej klasy był to wierzchowiec a dwa, że znacznie lżejszego niósł jeźdźca.
Po jakimś czasie konie się zmęczyły i zwolnić było trzeba.
- Tam jest rzeczułka nie daleko, zrobim przestój niech się koniki napiją. - Rzucił wesoło chłopak.
Faktycznie w krócej jak dwa pacierze do Arianny do brzegu rzeczółki dojechali. Z koni zeskoczyli, młody zrobił miejsce kapłanowi bijąc lagą w leśne chaszcze co przystępu do rzeki broniły.
- Panie... - rzucił chłopak ostrożnie kiedy do wodopoju tamten konia podprowadzał - A pomagiera to wy nie szukacie? Mało jem, do roboty chętnym. I na frasunek i złą przyygodę zawsze jakieś rozwiązanie wdzięczne uszykuję...
Eithart konia doprowadził do pojenia i sam się pochyliwszy w dłonie wody zaczerpnął by samemu się napić i kurz z twarzy zmyć. Już miał odpowiedzieć chłopcu gdy wtem jak go coś w plecy nie trzaśnie okrutnie.
Przeszywanica szczęśliwie uderzenie zatrzymała szkody mu większej nie czyniąc jednak siła ciosu w przód go popchnęła. Wpadł do wody. Nurt nie był silny, choć dno muliste. Nim wyskoczył z mieczem obnażonym na brzeg ktoś już mu konia klepnięciem spłoszył. Chłopaka nie było.
[center]***[/center]
Ślepiec czekał. Tylko to mógł zrobić. W ciszy i rannego doglądał, oddechu słuchał i wody podawał kiedy tylko wyczuł, że pora napoić nieprzytomnego. Oddech tamten miał równy, choć ciężki i chrapliwy.
Ciszę przerwał odgłos konia co bystro nadjeżdżał. Ktoś z wierzchowca zeskoczył i do szopy podszedł.
- Pokój w tą chatę. Jam kapłan najjaśniejszego Katana, Pana Świata. Gdzie ranny? Kto wy?
Stary przedstawił się i po kostur sięgnął na wszelki słuczaj. Tamten szybko podszedł do rannego i oglądać go począł. Po chwili cichy odgłos modlitwy i podnoszące się na przedramieniu starego ślepca włoski podpowiedziały mu, że magi ktoś właśnie używa. Wprawdzie wzrok już dawno stracił ale z czasem cała gama nowych zmysłów starcowi się rozrosła. Jedną z nich było właśnie to dziwne uczucie na skórze kiedy mocy kto blisko niego używał.
- Ciężko musiał być ranion, skoro tak słaby efekt... - mruknął po chwili kapłan.
Po chwili druga recytacja się zaczęła o nieco innej treści. Potem za bandaże się wziął, delikatnie rozwijał i długo rany oglądał. Na koniec wszystko zawinął z uznaniem pomrukując.
- To tyle co mogę, teraz tylko czas mu potrzebny. Widzę dobra robota tu była zrobiona i ktoś już modły nad nim odprawił. Wyście to zrobili?
Na zewnątrz ucho starego szum wychwyciło.
- Ktoś idzie... - powiedział stary i na kosturze obie ręce zacisnął aż kłykcie pobielały.
Po krótkiej dyskusji wędrowcy zdecydowali się podzielić swe siły i nie zostawiać na pastwę losu ranionego młodziana.
Wóz z krasnoludami ruszył do kapliczki. Wraz z nim dziarsko maszerujące dwie dzierlatki a obok Burga. Przed nim znacznie szybciej wysforował się Siwy na koniu. Wbrew pozorom wóz wlekł się niemiłosiernie powoli, ciąnięty przez dwa osiołki z trudem pokonywał rozmokłą drogę. Mokre błotniste dukty po wczorajszej zlewie nie były najlepszym podłożem i tak w końcu utknął w jednym z zadołowań. Zeszło z poł godziny nim Burga i krasnoludy w przy pomocy naciętych żerdzi w końcu wypchnęli go na suche.
[center]***[/center]
Siwy wysforował się mocno na przód gnał dosyć śpiesznie, i w ledwie godzinę przejechał przez most za którym już niedaleko do kaplicy na rozstajach było blisko. Koń się zmęczył ale stary gwardzista wiedział, że warto było. Dojechał do zabudowań, z konia zgrabnie zeskoczył i pognał do gmachu niedużej kapliczki na puszczańskich rozstajach stojącej. Z daleka od razu poznał, że to nikogo innego jak Katan jest świątynia. Drogę przeciął mu siwiejący ork o dumnej postawie.
Już po paru słowach kapłan do pomagierów rzucił by mu konia niezwłocznie do drogi sposobili. Siwego zaś za sobą poprowadził by ten mu nadal opowiadał co się na trakcie przydarzyło kiedy on do wyjazdu się szykował.
- Dosyć powiedzieliście, nagroda was niechybnie za to czeka. Jadę niezwłocznie Reinwaldowy ród od wieków przyjacielem Katańskiej rodziny. Nie zejdzie chłopiec na mych włościach, mój pan nie pozwoli na to jestem pewien - Rzucił a była w starym kapłanie jakaś siła i duma, która nawet w starym gwardziście wrażenie robiła. Znać było w nim siłę jaka od dowódców gwardzisty biła kiedy się jeszcze po polach bitewnych włóczył.
Wyszli na zewnątrz a Siwy nie przestawał powiać bo ork szczegółów chciał więcej. Kapłan na konia wskoczył i na odchodne, już ruszając rzucił posługujących przy świątyni.
- Przygotujcie mu strawę i napitek, wrócę niebawem. A co do waszej opowieści to ci cyrkowcy co o nich mówiliście... jechali tu tędy tacy. Ale nie dwóch ich było jeno czterech, do Gasty wczoraj jechali. Dwóch nożowników kuglarzy, jeden stary o siwej brodzie z niedźwiedziem na łańcuchu i młody srajtek co mu się nie przyjrzał dobrze. Bywajcie... Heya! - wrzasnął i trzasnął konia obcasami. Pognał galopem w kierunku szopy.
Siwego zmroziło to zdanie. Ale wnet mores odzykał w tubę ręce złożył i za galopującym krzyknął.
- Ten chłystek, to jegośmy posłali po pomoc. Powiedzcie pozostałym!
Ale tamten już galopował i stary gwardzista zastanawiał się czy posłyszał czy też nie. Kiedy jadł przyłapał się na tym że mu to spokoju nie daje. Skończył szybko, miską trzasnął i pod nosem rzucił.
- A niech to do kroćset.... - wstał i do konia poszedł. Wiedział że jak do szopy zaraz nie wróci, jak się nie upewni to do końca żywota będzie dumał czy dobrze zrobił. Jechał jednak znacznie wolniej niż wcześniej wierzchowiec był silnie strudzony a zajechać go na śmierć nie chciał.*
[center]***[/center]
- Już tylko z pół godziny do mostka a za nim kapliczka - rzucił ochroniarz z wozu.
- Jak jeszcze raz staniem w błocie to chyba mnie szlag.... - zaczął ubrudzony błotem kupiec.
- Cicho, ktoś tu konno jedzie.
I faktycznie jechał. Tętent kopyt szybko się rozniósł po leśnej bukowinie a po chwili Burga zobaczył jeźdźca ze znakiem złożonej pięści naszytej na pierś. Jezdny konia zwolnił ale nie zatrzymał do końca. Pięść do czoła wzniósł na powitanie.
- Na prawie Katana ja jego kapłan ten wóz zawracam i nakazuję by przewiózł jego wiernego sługę przewiózł z szopy do świątyni. Glejty stosowne wam wypiszę cobyście straty za opóźnienie w dostawie nie ponieśli. Ruszajcie wartko , ba zabójcy lada moment powrócić mogą. - Władczym okiem na krasnoludy spojrzał i sprzeciwu nie dojrzawszy puścił się w dalszą drogę.
[center]***[/center]
- Nie poganiaj tak bystro konia! - Rzucił Eithart do młodego. Z trudem nadążał za koniem rycerskim na którym chłopak gnał. Raz, że lepszej klasy był to wierzchowiec a dwa, że znacznie lżejszego niósł jeźdźca.
Po jakimś czasie konie się zmęczyły i zwolnić było trzeba.
- Tam jest rzeczułka nie daleko, zrobim przestój niech się koniki napiją. - Rzucił wesoło chłopak.
Faktycznie w krócej jak dwa pacierze do Arianny do brzegu rzeczółki dojechali. Z koni zeskoczyli, młody zrobił miejsce kapłanowi bijąc lagą w leśne chaszcze co przystępu do rzeki broniły.
- Panie... - rzucił chłopak ostrożnie kiedy do wodopoju tamten konia podprowadzał - A pomagiera to wy nie szukacie? Mało jem, do roboty chętnym. I na frasunek i złą przyygodę zawsze jakieś rozwiązanie wdzięczne uszykuję...
Eithart konia doprowadził do pojenia i sam się pochyliwszy w dłonie wody zaczerpnął by samemu się napić i kurz z twarzy zmyć. Już miał odpowiedzieć chłopcu gdy wtem jak go coś w plecy nie trzaśnie okrutnie.
Przeszywanica szczęśliwie uderzenie zatrzymała szkody mu większej nie czyniąc jednak siła ciosu w przód go popchnęła. Wpadł do wody. Nurt nie był silny, choć dno muliste. Nim wyskoczył z mieczem obnażonym na brzeg ktoś już mu konia klepnięciem spłoszył. Chłopaka nie było.
[center]***[/center]
Ślepiec czekał. Tylko to mógł zrobić. W ciszy i rannego doglądał, oddechu słuchał i wody podawał kiedy tylko wyczuł, że pora napoić nieprzytomnego. Oddech tamten miał równy, choć ciężki i chrapliwy.
Ciszę przerwał odgłos konia co bystro nadjeżdżał. Ktoś z wierzchowca zeskoczył i do szopy podszedł.
- Pokój w tą chatę. Jam kapłan najjaśniejszego Katana, Pana Świata. Gdzie ranny? Kto wy?
Stary przedstawił się i po kostur sięgnął na wszelki słuczaj. Tamten szybko podszedł do rannego i oglądać go począł. Po chwili cichy odgłos modlitwy i podnoszące się na przedramieniu starego ślepca włoski podpowiedziały mu, że magi ktoś właśnie używa. Wprawdzie wzrok już dawno stracił ale z czasem cała gama nowych zmysłów starcowi się rozrosła. Jedną z nich było właśnie to dziwne uczucie na skórze kiedy mocy kto blisko niego używał.
- Ciężko musiał być ranion, skoro tak słaby efekt... - mruknął po chwili kapłan.
Po chwili druga recytacja się zaczęła o nieco innej treści. Potem za bandaże się wziął, delikatnie rozwijał i długo rany oglądał. Na koniec wszystko zawinął z uznaniem pomrukując.
- To tyle co mogę, teraz tylko czas mu potrzebny. Widzę dobra robota tu była zrobiona i ktoś już modły nad nim odprawił. Wyście to zrobili?
Na zewnątrz ucho starego szum wychwyciło.
- Ktoś idzie... - powiedział stary i na kosturze obie ręce zacisnął aż kłykcie pobielały.
* Dretch piszesz następnego posta bez pytania, z marszu kiedy będziesz mógł.
Deklaracje i wpisy poproszę.
Ewentualna chronologia przyjazdu do szopy:
1. Kapłan
2. Pół godziny po nim Buraga, jeśli pędem się puści duktem za kapłanem
3. W tym samym mniej więcej czasie Eithart, jeśli się zdecyduje wracać
5. Siwy albo Krasnoludy albo inni goście....
Ps. Bo uciekło proszę o info jak podzieliliście łupy po zabójcach. Krasnolud może za połowę ceny pasy z nożami wziąć.
Deklaracje i wpisy poproszę.
Ewentualna chronologia przyjazdu do szopy:
1. Kapłan
2. Pół godziny po nim Buraga, jeśli pędem się puści duktem za kapłanem
3. W tym samym mniej więcej czasie Eithart, jeśli się zdecyduje wracać
5. Siwy albo Krasnoludy albo inni goście....
Ps. Bo uciekło proszę o info jak podzieliliście łupy po zabójcach. Krasnolud może za połowę ceny pasy z nożami wziąć.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- Taki staryś i taki głupiś - syknął zły na siebie Eithart, bo dał się wystrychnąć na dudka niczym młokos. Wyszedł czym prędzej z wody, zastanawiając się czy młody złodziej zdążył uprowadzić konia, czy tylko przepłoszyć. Szkoda mu było wierzchowca, bo zadbany był, ale cieszył się też, że uszedł z życiem, bo niechby tak kto bardziej sprytny stanął wtedy za nim, to pewno płynęłoby teraz eithartowe ciało z nurtem strumienia.
Gwizdnął kilkukrotnie na konia, mając nadzieję, że jeśli jeno spłoszony to jeszcze dosłyszy gwizd pana, po czym upewnił się, że młody nie czai się gdzie w krzakach.
Nie pozostało mu nic innego jak wrócić do miejsca z którego wyruszył. Jeno przecie dwie metresy gorlamickie zdążyli się oddalić, więc ani chybi będzie wkrótce w schronieniu, gdzie przygoda ich takowa zastała.
Gwizdnął kilkukrotnie na konia, mając nadzieję, że jeśli jeno spłoszony to jeszcze dosłyszy gwizd pana, po czym upewnił się, że młody nie czai się gdzie w krzakach.
Nie pozostało mu nic innego jak wrócić do miejsca z którego wyruszył. Jeno przecie dwie metresy gorlamickie zdążyli się oddalić, więc ani chybi będzie wkrótce w schronieniu, gdzie przygoda ich takowa zastała.
No nic to. Wracam do szopy, pogwizdując co jakiś czas na konia. Może się jeszcze odnajdzie. Jak nie to trzeba będzie kapłańską dupę autobutami wozić);(
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Półorka ogarnęły jakieś złe przeczucia. Być może ze względy na minę kapłana, bądź na szybkość z jaką pognał do rannego. Nie wiedział konkretnie co, ale nie dawało mu to spokoju. Trzeba było zostać ze ślepcem, skoro Siwy ruszył po kapłana. Co go skusiło, żeby ruszyć z wozem?
Nic to, nie ma co biadolić.
- Ruszam do szopy, czuję, że będę tam potrzebny. Spotkamy się na miejscu.
Nic to, nie ma co biadolić.
- Ruszam do szopy, czuję, że będę tam potrzebny. Spotkamy się na miejscu.
Jeżeli idzie o łupy to mi przydałby się ten zestaw nożów do rzucania oraz pas z ostrzem.
-
dretch
- Reactions:
- Posty: 661
- Rejestracja: 07 czerwca 2010, 13:24
- Lokalizacja: Kraków
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 7 times
Siwy wygnał z świątynnej izby jakby dupsko owładneło mrowie owsików. Mijając innych braci z emblematami Katana zwolnił kroku i skinął głową z szacunkiem. Sam również był Katanitą. Jednak teraz nie mogł pozwolić sobie na kurtuazyjną wymianę zdań. Kiedy tylko Katanita zniknął za rogiem kortyarza, w starcyh nogach Siwego pojawił się nowy zapas energii i czmychnął szybko ku wyjściu, ku klaczy która piła wodę z podstawionego wiadra.
Kruszyna! Jedziemy! Szybko zaczął odwiązywać lejce, rozglądał się pośpiesznie za Azorem i zauważył go śpiąćego w cieniu jabłoni pod samym pniem.
Azor! Noga! Szybka komenta wyrwała psiaka z płytkiego snu, uszy stanęły jak gwardziści na widok wszechcesarza. Z jężykiem na brodzie Azor dobiegł do Kryszyny kiedy Siwy w kłębie dymu opuścił kaplicę Katana.
Wiedział,że nie mógł forsować konia, dlatego tuż przed mostkiem zrobił mały postój, wyciągnął z sakwy kilka garści paszy oraz za pazuchy gruszki które cwanie zabrał ze sobą na drogę. Podzielił się z koniem i ruszył dalej.
Chwile poźniej minął powóz, jednak nie zauważył przy nim Burgi, co bardziej zmroziło mu krew w żyłach.
Ruszył prędko w strone kaplicy, po drodzę łądująć kuszę oraz przygotowując włócznie i pawęż do obrony.
Miał jednak nadzieje, że tym razem nie da się zaskoczyć, a zbroja będzie dobrze chronić jego zbolałe już ciało.
Kruszyna! Jedziemy! Szybko zaczął odwiązywać lejce, rozglądał się pośpiesznie za Azorem i zauważył go śpiąćego w cieniu jabłoni pod samym pniem.
Azor! Noga! Szybka komenta wyrwała psiaka z płytkiego snu, uszy stanęły jak gwardziści na widok wszechcesarza. Z jężykiem na brodzie Azor dobiegł do Kryszyny kiedy Siwy w kłębie dymu opuścił kaplicę Katana.
Wiedział,że nie mógł forsować konia, dlatego tuż przed mostkiem zrobił mały postój, wyciągnął z sakwy kilka garści paszy oraz za pazuchy gruszki które cwanie zabrał ze sobą na drogę. Podzielił się z koniem i ruszył dalej.
Chwile poźniej minął powóz, jednak nie zauważył przy nim Burgi, co bardziej zmroziło mu krew w żyłach.
Ruszył prędko w strone kaplicy, po drodzę łądująć kuszę oraz przygotowując włócznie i pawęż do obrony.
Miał jednak nadzieje, że tym razem nie da się zaskoczyć, a zbroja będzie dobrze chronić jego zbolałe już ciało.
Przepraszam na razie technicznie, ruszam za kapłanem do chatki! Jak ten cyrkowiec tam jest to Reiwaldowy syn w potrzasku. Kusze w pogotowiu mam i włócznie, a koniu przy krótkiej przerwie dam kilka garści paszy , a jak jaki strumyk będzie to go napoje szybko. Jak minę Burge to wspomnę, że chłopak co gom wysłali to kolejny zabójca i może na rycerza albo kapłana napaść! Fabularnie dzisiaj około wieczora 
Ostatnio zmieniony 13 marca 2017, 10:56 przez dretch, łącznie zmieniany 1 raz.
Rudzielec z Koronapan o imieniu Gerard (Anabaptysta, Borka)
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
http://www.degenesis.com/character-en/i ... a6aa74c071
**
ECO - Stra?nik miejski Ostrogaru
http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=353
--
Je?eli pad?e?, szybko wsta?, bo jeszcze Ci dokopi?.
-
Suriel
- Reactions:
- Posty: 3733
- Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
- Lokalizacja: Wawa
- Has thanked: 87 times
- Been thanked: 150 times
Burga pędził lasem z powrotem w stronę szopy. Sam nie wiedział bardzo dlaczego ale instynkt rzadko podpowiadał mu źle. Było w nim takie dziwne coś, głęboko ukryte w jego umyśle co w najtrudniejszych momentach nieomylnie wskazywało mu drogę jaką powinien wybrać. Półork nie był tylko pewien z której właściwie strony ową cechę odziedziczył, w marzeniach przypisywał ją zawsze swemu domniemanemu pochodzeniu od Uruk-hai jednak...
Tym razem też tak było. Kiedy tylko minął ich kapłan zrazu poczuł, że musi zawrócić. Powołanie się na święte dla każdego orka imię, musiało zadziałać takoż i na lepszą część jego natury. Wracał do szopy. Wysforował się naprzód daleko przed również zawracający wóz z krasnoludami. Przez chwilę jeszcze słyszał za sobą stek krasnoludzkich przekleństw towarzyszących skomplikowanemu manewrowi nawracania na nieco zbyt wąskim leśnym dukcie.
Mimo, iż poruszał się żwawo już chwilę później dogonił go Siwy. Konia miał zmęczonego jazdą, znać było, że go nie oszczędzał tego dnia wcale. Zwolnił przeto stary gwardzista równając się z Burgą, dając wierzchowcowi odpocząć tym wolniejszym tempem póki aż do samej szopiny nie doejchali.
- Chłopak był z nimi w zmowie. Kłamał, że trzech ich było i że z Gasty szli. Szli z północy i był z nimi stary z niedźwiedziem - rzucił stary gwardzista przez zęby.
Burga skinął jeno dając znać, że rozumie. Gnali. Nie mówili aż do szopy zbyt wiele nad kilka słów. Czas nie był po temu by go marnować, na czcze gadaniny kiedy każdy oddech się liczył. Gdy dotarli do chatki, po skroniach Burgi płynęły długie krople potu. Okolica zdawał się być spokojna. Przy chacie trzy konie stały. Łowca od razu poznał konie należące do kapłana Asteriusza, kapłana Katana oraz trzeci nie będący Reinwalda, choć znak jego rodu na zadzie miał wypalony. Na raz spojrzeli sobie w oczy ze starym gwardzistą i bez słów się zrozumieli. Gwardzista zeskoczył cicho z konia i obaj poczęli cichaczem podchodzić do chatki.
W tym samym czasie Ślepiec zastrzygł uszami.
- Ktoś znowu idzie. - rzucił cicho. Eithart spojrzał ponuro sięgając po leżący nieopodal miecz.
- Swoi, swoi... - odpowiedział mu z wejścia Siwy, opuszczając w dół przyłożoną już do policzka kuszę. Za nim wsunął się Burga.
- Czyj to koń? - zapytał rozluźniający się także powoli półork.
- Do końca, to nie wiemy... - zaczął opowieść ślepiec. - Kapłan Asteriusza z młodym ruszyli w las. Tam młodzian go do wód zwabił i kijem przetrącił tak że w toń nasz kapłan wpadł. Przeto teraz tam przy ogniu siedzi sobie pod pledem i się grzeje, bo wiosną toń chłodna jeszcze, śniegi spływają... - stary zamyślił się wspominając jak kapłanem drgawki z zimna targały jak w wejściu stanął. - Oszust spłoszył konia kapłana i trudno powiedzieć gdzie pognał dalej. Tędy jednakoż nie przejechał, znaczy na południe w stronę Gasty albo w którąś drużkę na bok uciekającą pojechał. Do Tobu może nawet. Świętobliwość Eithart konia jednak gwizdem odnalazł. Był na polanie ale przyjść nie chciał tylko parskał. Nie sam tam był jak się okazało. Była tam też ten drugi, rycerski, z pobrudzonym siodłem i bokiem krwią...
- Zauważyliśmy... - mruknął Siwy - Ma bardzo stare siodło jakich się już nie robi i wysłużony rynsztunek.
Burga przytaknął na znak, że i jemu te szczegóły nie uciekły.
- Ma też znamię właściciela wypalone na zadzie, znak to pana Tobu... - dorzucił łowca.
- Torlan! Zabili go... - wyszeptał naraz Reinhardt, zaskakując wszystkich nagłym zerwaniem do pozycji siedzącej. Lecz zaraz obsunął się. Mamrotał jeszcze coś pod nosem ale bełkot był to jeno jakiś niezrozumiały i nic więcej. Potem zasnął. Przez chwilę w szopie słychać było trzask pękających w ognisku polan oraz jak przez szczeliny w deskach pogwizdywał wiatr.
Milczące zaskoczenie powstałe wśród zebranych przerwał kapłan.
- Miesza mu się, mary ma pewno i nic więcej to nie znaczy, choć... - powiedział ork, jednak bez wyraźnego przekonania. - Śpij chłopcze, odpoczywaj. Twój ojciec martwiłby się gdyby coś jego pierworodnemu się stało. - w oczach katańskiego kapłana nie było strachu, kiedy obrócił się spoglądając kolejno po twarzach wędrowców.
- Jego ojciec sprawnie przysługuje się naszej sprawie, to i my otaczamy go szczególną troską. Jestem Berlock, najwyższy kapłan Świątyni na Rozstajach. Strażnik Świętego Kamienia spod Gasty. - Kapłan obrzucił pozostałych pełnym wyższości wzrokiem. Na Siwym nie zrobiło to większego wrażenia, był już bowiem w świątyni i ów mocno podniszczony zębem czasu przybytek jakich wiele bynajmniej go nie poraził majestatem.
Ork kontynuował.
- To godne i honorowe żeście tak nie zostawili w potrzebie tego tu młodzieńca. Ładnie dowodzi żeście wszyscy prawi i odważni. To dobrze się składa. Takich bowiem właśnie śmiałków potrzebuje święty przybytek którego pilnuję. - Podszedł do ogniska i grzebnął tam parę razy wzbudzając gromady iskier. Patrząc w ogień ciągnął dalej.
- Nie dalej jak dwa tygodnie temu w okolicy pojawił się pewien podejrzany kult... Ludzie z pobliskich wsi gadają, że to bałwochwalcy i gusła jakoweś po lasach odprawiają. Kilku nawet tam było... Mówią, że tylko by żywnością pohandlować... - skrzywił się z niesmakiem - Wieśniacyy byli tam i wszystko widzieli. Jak tamci nocą tańczą i w dziwnym języku śpiewają. Ludzie mówią, też że kiedy tak wokół ogniska pląsają w tych swych rytmach opętańczych to w ciemności wokół dziwne, mroczne twarze widać. Powiadają też, że widzieli jak trzy elfki zaśpiew swój haniebny czyniły do cna rozebrane, mlekiem się jeno polewając. A przecie to wie każdy w okolicy, że nie dawniej jak dwa dni temu we wsi całe mleko na raz się skisiło. I żeby to tylko... ale nie! Oni to wszystko na Polu Żalu czynią - zazgrzytał zębami. - Już żem po zbrojnych z inszej świątyni wysłał ale coś zwłokę czyni, a czas nagli. Przemyślcie rzecz do czasu jak do świątyni dojedziemy czy to aby nie zadanie dla was by było. Bo dla każdego kto się wykonać go podejmie i pomoc ofiaruje nagroda czekam bardzo wielka... Bo w niebie u Katana, znaczy się za wiary obronę. Trza by tylko tych heretyków jakoś... utemperować, słusznie i konkretnie.
Kolejna fala iskier poszła w górę. Oczy kapłana błyszczały dziwną pasją.
[center]***[/center]
Jakiś czas później wszyscy posłyszeli skrzypienie wozu.
- No dalej zabieramy go na wóz i do kaplicy. - rzucił chłodno kapłan Katana.
- Noc zapadnie nim dojedziem... - rzucił sucho kupiec kiedy kończyli ładować.
- To pojedziemy nocą jak będzie trzeba. - Ork zmarszczył chmurnie brwi by krasnolud pomiarkował, że dyskusję nie mają sensu z tym starym katanitą. - Widzicie jasno przecie, że oba kierunki drogi zabójcy obstawili. Tu na północy, trzech co mieli dokonać dzieła, a na południu starzec by odwrót zapewne odciąć. Musimy się spieszyć bo nie wiadomo czy nie poprawi zaraz kto tego co tamci zaczęli.
Siwego kusiło by skorygować kapłana. Dwóch. Trzeci był tak zwanym obserwatorem, co ma się w akcję nie pchać jak by nie wyszła a jeno zawieźć wieści tym co wyżej w gildii pełnią funkcje. Tak działali profesjonaliści. Ugryzł się jednak Siwy w język nim powiedział, bo zaraz by się pytań namnożyło skąd takie rzeczy wie.
[center]***[/center]
Minął już dłuższy czas jak na wóz rannego włożyli. Czas na tyle długi, że ucichły rozmowy luźne rozmowy i tylko poskrzypywanie kół wozu było słychać. Szło na wieczór i Siwy wiedział, że przed zmierzchem do świątyni nie zdążą, będą z godzinę dwie po zapadnięciu ciemności. Byle do mostu dalej to już jeno krócej, myślał gwardzista. Wóz wyjechał na wzniesienie. Za nim stał stary kamienny most zdaje się że jeszcze za poprzedniego Katana postawiony. Zaś przed nim, a dokładniej na jego środku stał w rozkroku zakuty w stal rycerz. Przed sobą miał wbity miecz półtoraręczny na którym wspierał obie rękawice. Na podniszczonej czasem i razami, metalowej zbroi był jeszcze ślad jakiegoś herbu, którego teraz jednakoż nie szło już odczytać. Lico zakrywał jednoczęściowy hełm bez przyłbicy, jeno z wizjerem wąskim i poszczerbionym. Parę kroków przed rycerzem leżało palące się polano, które dawało jasność w gasnącym szarością dniu. Obok wbito tablicę z napisem: Jeśliś nie tchórz, bij się ze mną.
- Cóż to ma znaczyć? - rzucił kapłan. - Przepuszczaj, jestem kapłanem najwyższego!
Rycerz ani drgnął.
- Z drogi mówię! Wiesz jaka jest kara rycerzu za zbójowanie po katańskich gościńcach! - wydarł się stary ork.
Rycerz ani drgnął.
Kapłanowi napięły się wiązadła u szyi i poczerwieniał aż na twarzy za ów bezecny czyn. Już miał coś powiedzieć ale pałeczkę przejął szybko krasnoludzki kupiec.
- Dajcie mi spróbować. Ja się na pewno dogadam. Panie rycerzu, dajcież przejechać z waszego to fachu rannego mamy - rzucił gładko, pochlebnie.
Rycerz znów ani drgnął blokując nadal przejazd.
Nadmiar wrażeń z ostatnich dni okazał się ponad siły krasnoluda. Kupiec poczerwieniał na twarzy jak poprzednik.
- Na tysiąc kowadeł Gotam Gora, klnę się że wiadomy to znak iż bogowie mnie nienawidzą i jawnie przeciwności pod nogi jako kłody rzucają! - krzyknął kupiec nie wytrzymując. - Kolejny dzień kolejny przeciwnik, toż to jakaś demoniczna horda mnie prześladuje! - kilka krasnoludzkich przekleństw umieszczonych na końcu wypowiedzi dodało powagi celnemu spostrzeżeniu kupca.
- Może nie będzie aż tak źle... - mruknął słabo jego ochroniarz. Jednak żadnego widocznego gestu nie uczynił.
- Nie dojadę na czas z towarem, jak nic. Dobrze. Chcecie pieniędzy rycerzu, zapłacę. Pozwólcie, niech no jeno mieszka poszukam, zapłacę ja wam dobrowolnie i szczerze za każdego, bom bardzo bogaty... - rzucił wyraźnie poirytowanym głosem. Po czym przechylił się za kozła tak, że stojący na moście rycerz nie miał możności dojrzeć co robi. Kupiec zaś ją pośpiesznie gmerać w rzeczach na wozie w pilnym kuszy poszukiwaniu.
Tym razem też tak było. Kiedy tylko minął ich kapłan zrazu poczuł, że musi zawrócić. Powołanie się na święte dla każdego orka imię, musiało zadziałać takoż i na lepszą część jego natury. Wracał do szopy. Wysforował się naprzód daleko przed również zawracający wóz z krasnoludami. Przez chwilę jeszcze słyszał za sobą stek krasnoludzkich przekleństw towarzyszących skomplikowanemu manewrowi nawracania na nieco zbyt wąskim leśnym dukcie.
Mimo, iż poruszał się żwawo już chwilę później dogonił go Siwy. Konia miał zmęczonego jazdą, znać było, że go nie oszczędzał tego dnia wcale. Zwolnił przeto stary gwardzista równając się z Burgą, dając wierzchowcowi odpocząć tym wolniejszym tempem póki aż do samej szopiny nie doejchali.
- Chłopak był z nimi w zmowie. Kłamał, że trzech ich było i że z Gasty szli. Szli z północy i był z nimi stary z niedźwiedziem - rzucił stary gwardzista przez zęby.
Burga skinął jeno dając znać, że rozumie. Gnali. Nie mówili aż do szopy zbyt wiele nad kilka słów. Czas nie był po temu by go marnować, na czcze gadaniny kiedy każdy oddech się liczył. Gdy dotarli do chatki, po skroniach Burgi płynęły długie krople potu. Okolica zdawał się być spokojna. Przy chacie trzy konie stały. Łowca od razu poznał konie należące do kapłana Asteriusza, kapłana Katana oraz trzeci nie będący Reinwalda, choć znak jego rodu na zadzie miał wypalony. Na raz spojrzeli sobie w oczy ze starym gwardzistą i bez słów się zrozumieli. Gwardzista zeskoczył cicho z konia i obaj poczęli cichaczem podchodzić do chatki.
W tym samym czasie Ślepiec zastrzygł uszami.
- Ktoś znowu idzie. - rzucił cicho. Eithart spojrzał ponuro sięgając po leżący nieopodal miecz.
- Swoi, swoi... - odpowiedział mu z wejścia Siwy, opuszczając w dół przyłożoną już do policzka kuszę. Za nim wsunął się Burga.
- Czyj to koń? - zapytał rozluźniający się także powoli półork.
- Do końca, to nie wiemy... - zaczął opowieść ślepiec. - Kapłan Asteriusza z młodym ruszyli w las. Tam młodzian go do wód zwabił i kijem przetrącił tak że w toń nasz kapłan wpadł. Przeto teraz tam przy ogniu siedzi sobie pod pledem i się grzeje, bo wiosną toń chłodna jeszcze, śniegi spływają... - stary zamyślił się wspominając jak kapłanem drgawki z zimna targały jak w wejściu stanął. - Oszust spłoszył konia kapłana i trudno powiedzieć gdzie pognał dalej. Tędy jednakoż nie przejechał, znaczy na południe w stronę Gasty albo w którąś drużkę na bok uciekającą pojechał. Do Tobu może nawet. Świętobliwość Eithart konia jednak gwizdem odnalazł. Był na polanie ale przyjść nie chciał tylko parskał. Nie sam tam był jak się okazało. Była tam też ten drugi, rycerski, z pobrudzonym siodłem i bokiem krwią...
- Zauważyliśmy... - mruknął Siwy - Ma bardzo stare siodło jakich się już nie robi i wysłużony rynsztunek.
Burga przytaknął na znak, że i jemu te szczegóły nie uciekły.
- Ma też znamię właściciela wypalone na zadzie, znak to pana Tobu... - dorzucił łowca.
- Torlan! Zabili go... - wyszeptał naraz Reinhardt, zaskakując wszystkich nagłym zerwaniem do pozycji siedzącej. Lecz zaraz obsunął się. Mamrotał jeszcze coś pod nosem ale bełkot był to jeno jakiś niezrozumiały i nic więcej. Potem zasnął. Przez chwilę w szopie słychać było trzask pękających w ognisku polan oraz jak przez szczeliny w deskach pogwizdywał wiatr.
Milczące zaskoczenie powstałe wśród zebranych przerwał kapłan.
- Miesza mu się, mary ma pewno i nic więcej to nie znaczy, choć... - powiedział ork, jednak bez wyraźnego przekonania. - Śpij chłopcze, odpoczywaj. Twój ojciec martwiłby się gdyby coś jego pierworodnemu się stało. - w oczach katańskiego kapłana nie było strachu, kiedy obrócił się spoglądając kolejno po twarzach wędrowców.
- Jego ojciec sprawnie przysługuje się naszej sprawie, to i my otaczamy go szczególną troską. Jestem Berlock, najwyższy kapłan Świątyni na Rozstajach. Strażnik Świętego Kamienia spod Gasty. - Kapłan obrzucił pozostałych pełnym wyższości wzrokiem. Na Siwym nie zrobiło to większego wrażenia, był już bowiem w świątyni i ów mocno podniszczony zębem czasu przybytek jakich wiele bynajmniej go nie poraził majestatem.
Ork kontynuował.
- To godne i honorowe żeście tak nie zostawili w potrzebie tego tu młodzieńca. Ładnie dowodzi żeście wszyscy prawi i odważni. To dobrze się składa. Takich bowiem właśnie śmiałków potrzebuje święty przybytek którego pilnuję. - Podszedł do ogniska i grzebnął tam parę razy wzbudzając gromady iskier. Patrząc w ogień ciągnął dalej.
- Nie dalej jak dwa tygodnie temu w okolicy pojawił się pewien podejrzany kult... Ludzie z pobliskich wsi gadają, że to bałwochwalcy i gusła jakoweś po lasach odprawiają. Kilku nawet tam było... Mówią, że tylko by żywnością pohandlować... - skrzywił się z niesmakiem - Wieśniacyy byli tam i wszystko widzieli. Jak tamci nocą tańczą i w dziwnym języku śpiewają. Ludzie mówią, też że kiedy tak wokół ogniska pląsają w tych swych rytmach opętańczych to w ciemności wokół dziwne, mroczne twarze widać. Powiadają też, że widzieli jak trzy elfki zaśpiew swój haniebny czyniły do cna rozebrane, mlekiem się jeno polewając. A przecie to wie każdy w okolicy, że nie dawniej jak dwa dni temu we wsi całe mleko na raz się skisiło. I żeby to tylko... ale nie! Oni to wszystko na Polu Żalu czynią - zazgrzytał zębami. - Już żem po zbrojnych z inszej świątyni wysłał ale coś zwłokę czyni, a czas nagli. Przemyślcie rzecz do czasu jak do świątyni dojedziemy czy to aby nie zadanie dla was by było. Bo dla każdego kto się wykonać go podejmie i pomoc ofiaruje nagroda czekam bardzo wielka... Bo w niebie u Katana, znaczy się za wiary obronę. Trza by tylko tych heretyków jakoś... utemperować, słusznie i konkretnie.
Kolejna fala iskier poszła w górę. Oczy kapłana błyszczały dziwną pasją.
[center]***[/center]
Jakiś czas później wszyscy posłyszeli skrzypienie wozu.
- No dalej zabieramy go na wóz i do kaplicy. - rzucił chłodno kapłan Katana.
- Noc zapadnie nim dojedziem... - rzucił sucho kupiec kiedy kończyli ładować.
- To pojedziemy nocą jak będzie trzeba. - Ork zmarszczył chmurnie brwi by krasnolud pomiarkował, że dyskusję nie mają sensu z tym starym katanitą. - Widzicie jasno przecie, że oba kierunki drogi zabójcy obstawili. Tu na północy, trzech co mieli dokonać dzieła, a na południu starzec by odwrót zapewne odciąć. Musimy się spieszyć bo nie wiadomo czy nie poprawi zaraz kto tego co tamci zaczęli.
Siwego kusiło by skorygować kapłana. Dwóch. Trzeci był tak zwanym obserwatorem, co ma się w akcję nie pchać jak by nie wyszła a jeno zawieźć wieści tym co wyżej w gildii pełnią funkcje. Tak działali profesjonaliści. Ugryzł się jednak Siwy w język nim powiedział, bo zaraz by się pytań namnożyło skąd takie rzeczy wie.
[center]***[/center]
Minął już dłuższy czas jak na wóz rannego włożyli. Czas na tyle długi, że ucichły rozmowy luźne rozmowy i tylko poskrzypywanie kół wozu było słychać. Szło na wieczór i Siwy wiedział, że przed zmierzchem do świątyni nie zdążą, będą z godzinę dwie po zapadnięciu ciemności. Byle do mostu dalej to już jeno krócej, myślał gwardzista. Wóz wyjechał na wzniesienie. Za nim stał stary kamienny most zdaje się że jeszcze za poprzedniego Katana postawiony. Zaś przed nim, a dokładniej na jego środku stał w rozkroku zakuty w stal rycerz. Przed sobą miał wbity miecz półtoraręczny na którym wspierał obie rękawice. Na podniszczonej czasem i razami, metalowej zbroi był jeszcze ślad jakiegoś herbu, którego teraz jednakoż nie szło już odczytać. Lico zakrywał jednoczęściowy hełm bez przyłbicy, jeno z wizjerem wąskim i poszczerbionym. Parę kroków przed rycerzem leżało palące się polano, które dawało jasność w gasnącym szarością dniu. Obok wbito tablicę z napisem: Jeśliś nie tchórz, bij się ze mną.
- Cóż to ma znaczyć? - rzucił kapłan. - Przepuszczaj, jestem kapłanem najwyższego!
Rycerz ani drgnął.
- Z drogi mówię! Wiesz jaka jest kara rycerzu za zbójowanie po katańskich gościńcach! - wydarł się stary ork.
Rycerz ani drgnął.
Kapłanowi napięły się wiązadła u szyi i poczerwieniał aż na twarzy za ów bezecny czyn. Już miał coś powiedzieć ale pałeczkę przejął szybko krasnoludzki kupiec.
- Dajcie mi spróbować. Ja się na pewno dogadam. Panie rycerzu, dajcież przejechać z waszego to fachu rannego mamy - rzucił gładko, pochlebnie.
Rycerz znów ani drgnął blokując nadal przejazd.
Nadmiar wrażeń z ostatnich dni okazał się ponad siły krasnoluda. Kupiec poczerwieniał na twarzy jak poprzednik.
- Na tysiąc kowadeł Gotam Gora, klnę się że wiadomy to znak iż bogowie mnie nienawidzą i jawnie przeciwności pod nogi jako kłody rzucają! - krzyknął kupiec nie wytrzymując. - Kolejny dzień kolejny przeciwnik, toż to jakaś demoniczna horda mnie prześladuje! - kilka krasnoludzkich przekleństw umieszczonych na końcu wypowiedzi dodało powagi celnemu spostrzeżeniu kupca.
- Może nie będzie aż tak źle... - mruknął słabo jego ochroniarz. Jednak żadnego widocznego gestu nie uczynił.
- Nie dojadę na czas z towarem, jak nic. Dobrze. Chcecie pieniędzy rycerzu, zapłacę. Pozwólcie, niech no jeno mieszka poszukam, zapłacę ja wam dobrowolnie i szczerze za każdego, bom bardzo bogaty... - rzucił wyraźnie poirytowanym głosem. Po czym przechylił się za kozła tak, że stojący na moście rycerz nie miał możności dojrzeć co robi. Kupiec zaś ją pośpiesznie gmerać w rzeczach na wozie w pilnym kuszy poszukiwaniu.
Co robicie?
Ps. Otwartym tekstem napiszę bo gramy ze sobą po raz pierwszy i mnie nie znacie. przygotowałem dla was trzy miniprzygody. Każda w innym nastroju i mam nadzieję odmiennym nieco stylu. Pierwsza dotyczy historii Reinhardta i jego rodu. Druga jest zaproszeniem poprzez usta starego kapłana, trzecia zaś nie koniecznie najmniej ciekawa zaczyna się na moście.
Zagramy jednąwybraną przez was. Chronologia każdej z nich nie pozwoli wam być w trzech miejscach w jednym czasie. Mają one jednak jeden wspólny rdzeń. taki wspólny cień, choć o różnych twarzach...
Jak dotrzemy do katańskiej świątynki, chciałbym żebyście już wiedzieli na co się decydujecie. Proszę wybrać jedno wspólne dla wszystkich story, nie dam rady poprowadzić trzech na raz równolegle z braku czasu. Do tego czasu można maglować NPCów o szczegóły poszczególnych zadań.
Ps. Otwartym tekstem napiszę bo gramy ze sobą po raz pierwszy i mnie nie znacie. przygotowałem dla was trzy miniprzygody. Każda w innym nastroju i mam nadzieję odmiennym nieco stylu. Pierwsza dotyczy historii Reinhardta i jego rodu. Druga jest zaproszeniem poprzez usta starego kapłana, trzecia zaś nie koniecznie najmniej ciekawa zaczyna się na moście.
Zagramy jednąwybraną przez was. Chronologia każdej z nich nie pozwoli wam być w trzech miejscach w jednym czasie. Mają one jednak jeden wspólny rdzeń. taki wspólny cień, choć o różnych twarzach...
Jak dotrzemy do katańskiej świątynki, chciałbym żebyście już wiedzieli na co się decydujecie. Proszę wybrać jedno wspólne dla wszystkich story, nie dam rady poprowadzić trzech na raz równolegle z braku czasu. Do tego czasu można maglować NPCów o szczegóły poszczególnych zadań.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein
-
mastug
- Reactions:
- Posty: 1708
- Rejestracja: 03 grudnia 2009, 23:24
- Has thanked: 22 times
- Been thanked: 15 times
Starzec nie wiedział czemu wóz się zatrzymał. Słychać było tylko szmer wody i trzaskający cicho ogień.
Dopiero pomruki gniewu towarzyszy zdradziły obecność jakiegoś awanturnika. Kiedy katański kapłan krzyknął w gniewie, starzec zrozumiał co się dzieje. Na moście stał rycerz który wbrew tutejszym prawom myta chciał. Nie odzywał się i na katański nakaz nie ustępował drogi. Gdy chwilę później krasnoludy zaczęły z nim dyskutować i szukać złota w tobołkach, żebrak w mig fortel zwęszył. Coby rozlewowi krwi niepotrzebnemu zapobiec odezwał się:
- A jak rycerz głuchy? Albo niemowa? Może nie rozumie co do niego rzeczem bo może z innych krain pochodzi? Dajcie z nim bez gniewu porozmawiać.
Ślepiec wyciągnął rękę, ewidentnie kogoś szukając.
- Borgo chłopcze, jesteś gdzieś tu ? Jak byś był tak dobry i zaprowadził mnie bliżej, żeby pogadać można było z mytnikiem nie krzycząc. Bądź mym przewodnikiem i moimi oczami.
Po czym odezwał się do pozostałych
-A wy Panowie tarcze wyciągnijcie i rozglądajcie się bacznie, bo to zasadzka być może.
Dopiero pomruki gniewu towarzyszy zdradziły obecność jakiegoś awanturnika. Kiedy katański kapłan krzyknął w gniewie, starzec zrozumiał co się dzieje. Na moście stał rycerz który wbrew tutejszym prawom myta chciał. Nie odzywał się i na katański nakaz nie ustępował drogi. Gdy chwilę później krasnoludy zaczęły z nim dyskutować i szukać złota w tobołkach, żebrak w mig fortel zwęszył. Coby rozlewowi krwi niepotrzebnemu zapobiec odezwał się:
- A jak rycerz głuchy? Albo niemowa? Może nie rozumie co do niego rzeczem bo może z innych krain pochodzi? Dajcie z nim bez gniewu porozmawiać.
Ślepiec wyciągnął rękę, ewidentnie kogoś szukając.
- Borgo chłopcze, jesteś gdzieś tu ? Jak byś był tak dobry i zaprowadził mnie bliżej, żeby pogadać można było z mytnikiem nie krzycząc. Bądź mym przewodnikiem i moimi oczami.
Po czym odezwał się do pozostałych
-A wy Panowie tarcze wyciągnijcie i rozglądajcie się bacznie, bo to zasadzka być może.
Ostatnio zmieniony 13 marca 2017, 01:37 przez mastug, łącznie zmieniany 1 raz.