Strona 5 z 33
: 24 lipca 2018, 22:43
autor: Keth
[center]ROZDZIAŁ II - DIAMENT POŁUDNIA[/center]
"Kiedy w '89 hordy Murnakira zaprzestały jakichkolwiek agresywnych działań wymierzonych w dominium Hamzy, w Montpellier pojawiło się mnóstwo pytań, na które do dziś nie znaleźliśmy odpowiedzi. Wszędzie na wschodzie i zachodzie feromanserzy wciąż poszerzali swe strefy wpływów, a trapiony ich zakusami Tulon stał się znienacka wolny od plag Wynaturzonych. Nic dziwnego, że na osobę Hamzy Abubakara III padło wiele podejrzeń, chociaż nikt nie zdobył dość dowodów, by zarzucić władcy Tulonu tajemny pakt z Murnakirem. Feromanserzy nie zawierali przecież żadnych paktów, oni powoli i konsekwentnie rozbudowywali swe krainy łowiąc w niewolę chemicznych wydzielin kolejnych bezwolnych nieszczęśników.
Tak więc oportunistyczny Tulon kwitł i bogacił się w tym samym czasie, kiedy Montpellier i Tuluza szlachetnie krwawiły stawiając heroiczny opór Wynaturzonym i nieprzeliczonym armiom ich niewolników. Śnieżnobiałe mury pałacu Hamzy górowały nad pełnym statków portem, nad pięknymi zabytkowymi dzielnicami Cour Argent, nad całą tętniącą życiem metropolią. Zbudowany dziesięć lat temu przez mistrzów swego fachu sprowadzonych przez Hamzę z Północnej Afryki, pałac ten stał się najwspanialszą budowlą frankańskiego wybrzeża i dziełem architektonicznym godnym tego, by zasiadał w nim nawet tak gorąco wyczekiwany nowy król Franki. Zamieszkane przez Neolibijczyków pałacowe wzgórze stało się centrum handlu na skalę kontynentalną, łącząc w swoich portowych basenach szlaki handlowe wiodące do Aquitaine, Perpignanu, Trypolisu, Syrakuz, Tuluzy, Montpellier oraz Alpejskiej Twierdzy.
Obdarzeni artystyczną wrażliwością Sanglierowie zwykli nazywać Tulon diamentem południa, podkreślając jednocześnie niekwestionowane piękno i majestat królewskiego rubinu jakim było Montpellier. Dla tych z nas, którzy większą wagę niż do sztuki przywiązywali do praktycznego spojrzenia na świat, Tulon stanowił miejsce nieskończonych możliwości i perspektyw umocnienia rodowych wpływów. Był jednak zarazem gniazdem niebezpiecznych żmij i intryg mogących zgubić nieostrożnego gracza. Z tego właśnie powodu czcigodny Ventricule nalegał, aby podróżujący do Bergamo Abdel Sanguine spędził w pełnym pokus i zagrożeń Tulonie jak najmniej czasu.
Któż mógł znać słabości pierworodnego lepiej jak jego własny ojciec? - Casimir Lavelle, Pamiętniki cichego doradcy.
: 25 lipca 2018, 22:18
autor: Suriel
Statek Anabelle. Wybrzeże Toulonu
Anabell lekko kołysała się czekając na redzie na swoją kolej by w końcu móc wejść do portu i zacumować w Perle Południa. Niemal jak kobieta unosząc zmysłowo na sobie poruszającego się w nadawany przez nią rytm kochanka. Abdel stał wpatrzony w Toulon a magia miasta zadawała się już na niego działać mimo dzielącej ich odległości. Wzywać odmiennością świata, nowością, rzeczami których nigdy nie mógł by uświadczyć Montepllier. Dziedzicowi miasto to zdało się istnym molochem, pępkiem świata w porównaniu do jego rodzimego miasta.
W Toulonie był zaledwie raz. Wówczas żyła jeszcze jog matka a on sam był małym chłopcem. pamiętał światła, ogrom wody i... niewiele więcej. Matka zachorował niedługo po tej wyprawie na jaką zabrał ich ojciec i zmarła. Krótko potem ojciec został głową rodu i wziął sobie nową małżonkę, która wydała na świat Leę. Sporo wody upłynęło w mglistym i bagiennym Montpellier by czas zatoczył swe koło stawiając go już jako dorosłego, odpowiedzialnego młodzieńca z poważną misją dyplomatyczną która nie cierpiała zwłoki.
O... nie prędko stąd wyjadę. Jest tysiąc i jeden powodów, które mogą mnie tu zatrzymać, a ja nie zamierzam gnać szybko w jakąś dzicz pełną feroamancerów, tylko po to by zadowolić stetryczałego straca siedzącego na stolcu w tym bagnie Montpellier. Tu dopiero jest świat! Tu jest wielkość i tysiące możliwości.
Szelmowski uśmiech wykwitł na twarzy dziedzica.
- Kapitanie, ile zazwyczaj trwają procedury oczekiwania na wejście do portu? Czy spodziewa się Pan, że zawiniemy jeszcze przed nocą?- zapytał obserwując jak jeden ze statków posiadający afrykańską banderę właśnie niezgrabnie wychodził z portu prowadzony przez trzy kutry.
: 26 lipca 2018, 09:51
autor: Keth
Pokład Anabelle, Tulon
Poinformowany przez szypra o rychłym zawinięciu do portu, Abdel Sanguine wspiął się zwinnie na dach kokpitu i stanął tam ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, wpatrując się w sylwetkę rzygającego kłębami dymu frachtowca. Rześka słona bryza rozwiewała jego jasne włosy, przyjemnie chłodziła skórę po dusznym wilgotnym dniu spędzonym na rozlewiskach Rhone.
Silnik
Anabelle przeszedł z jałowego biegu na wyższy, woda zakipiała na rufie łodzi mielona łopatkami bliźniaczych śrub. Opływając wcinające się głęboko w morze wzniesienie Saint Chenil, tworzące naturalny wysoki falochron portu, łódź weszła w końcu na wody tulońskiego portu.
Miasto pławiło się w czerwonawym blasku zachodzącego słońca. Ponad sterówkami pływających we wszystkich kierunkach kutrów, motorówek i wiosłowych łodzi dziedzic dostrzegł masywne kształty industrialnych budowli w Ferrallies, upstrzonych mnóstwem mikroskopijnych z tej odległości elektrycznych światełek. Mijane na bakburcie Saint Chenil i należący doń Południowy Port zostały przez Abdela zignorowane po kilku sekundach pobieżnej obserwacji, dziedzic nie zamierzał bowiem poświęcać zbyt wiele uwagi dzielnicom nędzarzy i życiowych nieudaczników. Jego chciwy doznań wzrok objął w zamian różnobarwne dachy Portu Lagagne, w którego głębi wznosiła się twierdza tulońskiego Senatu. Tysiące prosperujących zakładów rzemieślniczych tworzyły tam bijące serce miasta, opływające w przekazywane z rąk do rąk złoto. Jeszcze dalej, poza wewnętrzną częścią zatoki, można już było dostrzec Cour Argent, wysuwające się powoli zza krawędzi zasłaniającego początkowo widok przemysłowego Ferrallies.
Promienie słońca przydały karmazynowej barwy majestatycznemu pałacowi neolibijskiego władcy Tulonu. Hamza Abubakar III, posiadacz wartej fortunę koncesji na handel z Tulonem, zaufany sprzymierzeniec Senatu, w rzeczywistości zaś pan życia i śmierci Diamentu Południa, nakazał wznieść na swą cześć prawdziwie wspaniałą budowlę. Jej pokryte białym kamieniem wały wznosiły się wysoko ponad Tulon, ukrywając przed oczami ciekawskich opływające w zbytki wnętrze kompleksu.
Abdel Sanguine, pierworodny Ventricule i dziedzic rodu Sanguine, poczuł na ów widok mieszaninę emocji, zdominowanych przez uczucia podziwu, uznania i zazdrości. Mieszkając w dystyngowanym Montpellier, rządzonym arystokratyczną etykietą, skomplikowanymi regułami dworskich gier i opartym na kastowym społeczeństwie, łatwo było uznać za pewnik, że to Królewski Rubin był centrum cywilizowanego świata. Zderzenie z cudami Diamentu boleśnie sprowadzało na ziemię, uświadamiając zarazem w mało komfortowy sposób, że ponad postrzegającymi się za niemal doskonałość Sanglierami znajdowali się inni możnowładcy tego świata, być może dość potężni i wpływowi, by zasypać centrum Montpellier dinarami aż po dachy pałacu konsula.
- Zaraz przycumujemy do przystani, wasza miłość - oznajmił szyper wystawiwszy głowę przez boczne okienko kokpitu - Przed nami Terres Putain.
Abdel skinął starszemu mężczyźnie głową w odpowiedzi. Terres Putain, najbardziej magiczna dzielnica Tulonu. Casimir Lavelle przyrównał kiedyś części metropolii do ludzkiego ciała, uznając Cour Argent za mózg Tulonu, Ferrallies za pracowite ręce, Port Lagagne za serce, Terres Putain zaś za przyrodzenie. Doradca Emmanuela Geoffroya Sanguine nie przyrównał do niczego jedynie Saint Chenil, ale znający ze słyszenia reputację dzielnicy nędzy, brudu i żebractwa, Abdel sam uzupełnił sobie anatomiczne wyobrażenie miasta.
Chociaż na szlachetnym obliczu dziedzica widniało wyłącznie godne królewskiego rodu opanowanie, krew w jego żyłach tętniła szaleńczo na samą myśl o wspaniałościach nadmorskiej metropolii.
Witamy w Tulonie. Court Argent, Ferrallies, Port Lagagne, Terres Putain czy Saint Chenil to nazwy tulońskich dzielnic, wznoszących się wzdłuż całej długości tulońskiej zatoki. Populacja tego miasta sięga spokojnie stu tysięcy mieszkańców, w sporej części żyjących z morza - tak więc łatwo sobie wyobrazić, jaki tłok i ruch panuje w porcie i na nabrzeżach. Lawirując pomiędzy innymi jednostkami, Wasza łódź omija na bakburcie Port Lagagne i skręca ku położonym dalej na północny zachód przystaniom Terres Putain.
: 26 lipca 2018, 10:13
autor: Keth
Terres Putain, Tulon
Nathan Barthez stał z założonymi za plecy rękami na skraju opłacanej przez ród Sanguine przystani. Helwet znał doskonale z widzenia motorową łódź Ventricule, toteż na czas rozpoznał nadpływającą od strony Portu Lagagne jednostkę. Bez trudu zidentyfikował również młodego mężczyznę stojącego na dachu kokpitu, wpatrzonego w panoramę Tulonu na podobieństwo przyjmującego honory możnowładcy. Reszta pasażerów zdążyła w międzyczasie zebrać się na dziobie i rufie łodzi, a ich liczba zgadzała się z grubsza z rachunkami Bartheza.
Uwaga Alpejczyka pozostawała skupiona na osobie Abdela Sanguine. Barthez bardzo rzadko miewał zaszczyt obcowania z dziedzicem rodu i w duchu wielce sobie rzadkość tych kontaktów chwalił, młody szlachcic uchodził bowiem za prawdziwie modelowy przykład arystokracji Montpellier - stawiającej służbie absurdalnie wysokie wymagania, nieświadomie okrutnej dla plebsu, niezbicie przeświadczonej o swym boskim prawie do władania światem. Mający za sobą diametralnie odmienną przeszłość Barthez musiał się przygotować na prawdziwe starcie autorytetów, pamiętny tego, że to na jego barkach spoczywały niewdzięczne obowiązki dowódcy ochrony ekspedycji.
Czterech mężczyzn na pokładzie
Anabelle nosiło charakterystyczne czerwone płaszcze Sangów. Alpejczyk wiedział, że zostali przydzieleni do tej misji przez samego Lavelle, co poświadczało o ich profesjonalizmie i lojalności wobec Sanguine - lecz Helwet szczerze powątpiewał, aby byli w pełni przygotowani do odmiennych warunków działania w suchym jałowym Purgare. W opinii Bartheza wynajęci w Tulonie ochroniarze posiadali znacznie więcej praktycznej wiedzy od Sangów, nie mógłtego jednak w żaden sposób podkreślić w obecności błękitnokrwistych - nie tylko Abdel, ale zapewne również Leon i Lea nie przyjęliby dobrze krytyki kompetencji żołnierzy Sanglierów.
Tym bardziej, że przyrodnia siostra dziedzica oraz jego kuzyn sami nosili od święta czerwone płaszcze Sangów.
Nathan Barthez stoi już na przystani, dyskretnie asekurowany przez rozstawionych w pobliżu najemników. Pora przywitać dostojnych gości i czym prędzej odeskortować ich do rezydencji Sanguine, gdzie służba kończy przygotowania do wystawnej kolacji.
: 26 lipca 2018, 12:15
autor: 8art
13 czerwca, środa wczesny wieczór, Tulon, Terres Putain
Barthez ubrany w oliwkowe spodnie z kieszenieniami cargo, wysokie buty I obszerną bluzę w kraciasty wzór, skrywającą lekki pancerz. Czapeczka z daszkiem I torba na szelkach nazywana nadupnikiem dopełniała obrazu najemnika. Trzymał w ręku barwionego na beżowo shotguna, a przy pasie miał przytroczoną resztę arsenału: ciężki pistolet w plastikowej kaburze, wąski miecz, nóż, a opierał się na bojowym nadziaku, którym można było rołupać łeb mamutha . Było to zupełnie niepotrzebne, mógł tu przyjść w ubrany bardziej odświętnie I pewnie nawet bezbronny, ale Helweta uznał, że podkreśli to jego autorytet. Nie krył przed samym sobą, że taka mała manipulacja I epatowanie zagrożeniem ułatwi niełatwe logistycznie zadanie ochrony dziedzica I jego rodziny. Stał bez ruchu, spokojnie przyglądając się rozładunkowi Annabelle.
Malownicza grupa ludzi jaka wysypywała się niepewnym krokiem z trapu na nabrzeże nie napawała optymizmem. Większość z tych ludzi nie znała normalnego życia. Byli w zasadzie niewolnikami na dworze Sanguine i rzadko kiedy opuszczała teren rezydencji, nie mówiąc już o wyprawie do Tulonu, czy podróży do oddalonego o dni jazdy purgaryjskiego Bergamo. Dodać należało podróży, która mogła być bardzo niebezpieczna. Od napaści grasantów, alpejskich rozbójników, po nieprzewidziane warunki pogodowe. Helweta zadbał o bezpieczeństwo tak bardzo jak tylko mógł. Najął stosowną ilość zbrojnych, woźniców i nie rzucających się w oczy wozów, choć zapewne nieprzygotowana do podrózy rodzina z Sanguine ze świtą nie będzie w stanie pozostać niezauważona. Barthez byłby czujny podróżując do Bergamo tylko z grupą swoich ludzi, a co dopiero pilnując zbieraniny żółtodziobów. Większość z nich będzie zapewne ślepo posłuszna, przerażona widmem czychających na podróżnych śmiertelnych niebezpieczeństw. Wystarczy, że znajdą się tylko w pobliżu Dumasa, który z wrodzoną sobie charyzmą wyolbrzymi każde ryzyko jakie może skrócić życie nieostrożnego podróżnego.
Na szczęście widać było pośród schodzących i takich, którzy wyglądali na takich co z niejednego pieca chleb jedli. Taki Bastien, którego spotkał przelotnie kilka razy w Montepelier, Sangowie czy choćby dziedziczka Angeline. Dziewczyna już na pierwszy rzut oka odstawała od reszty rodziny. Trzeźwo i czujnie rozglądała się z pokładu łodzi. Zupełnie Tak jak oczekiwał od swoich ludzi Barthez.
Gdyby urodziła się w innej części miasta byłaby Sangiem pełną gębą. Albo stała pośród moich najemników... A tak co, zmarnuje się. Pewno stary Sanguine wyda ją kiedyś za jakiegoś obleśnego starucha, żeby zbić polityczny kapitał. - nie miał wątpliwości co do tego co się wydarzy.
Skinął na tragarzy, żeby zajęli się bagażami, z przerażeniem uznając, że i tak jest ich zbyt mało, aby poradzić sobie z całkowicie irracjonalną ilością cargo z jaką podróżowali Sanguine. Z trapu zdzedł ponury jak zawsze Bastien i jego dwóch towarzyszy, braci Grimm. To trio Barthez spotkał już kilkukrotnie w przeszłości w bardzo różnych okolicznościach. Wyczuł, że Bastien nie wyrażał chęci do rozmów, więc tylko szorstko przywitali się ściskając prawice. Grimmowie byli bardziej wylewni, ale zdążyli tylko wymienić kilka zdawkowych słów, nim z łodzi zszedł sam Abdel ze świtą. Bastien z bliźniakami ulotnili szybko o kilkanście kroków. Helweta spodziewał się kłopotów, po nienawykłym do podróży arystokracie. A mieszanka niepotrzebnej brawury, niewiedzy przyprawionej arogancją I co najgorsza władzą mogła być bardzo niebezpieczna. Skłonił się tylko niezbyt głeboko i przywitał dziedzica bardzo zdawkowo:
- Witam w Toulonie wasza miłość... - aż prosiło się aby spytać jak przebiegła podróż, ale Alpejczyk, ani nie miał ochoty spoufalać się z dziedzicem, ani nie uznawał za stosowne powiedzieć coś więcej niepytany. Zresztą ludzie pokroju Abdela czy Leona, nie należeli do rozmówców z którymi mógł rozmawiać swobodnie i komfortowo, Choć Helweta potrafił zmieniać skóry jak rękawiczki i dogadać się z niemal każdym. Jeśli tylko chciał oczywiście... Wskazał dłonią kierunek w którym była wynajęta rezydencja.
: 26 lipca 2018, 21:19
autor: Suriel
Terres Putain, Tulon
- Witam w Toulonie wasza miłość... - powiedział Barthez
Abdel nie zwrócił by uwagi na najemnika gdyby ten się nie odezwał pierwszy. Dopiero po tym poznał z kim ma do czynienia. Szczerze mówiąc spodziewał się kogoś wyglądającego inaczej, ale nie dał po sobie poznać zniesmaczenia strojem szefa jego ochrony. Zamiast tego uśmiechnął się przyjaźnie i skinął głową na znak przywitania. Nie dał jednakoż do ucałowania swego sygnetu z kilku powodów. Między innymi dlatego by nie dać możliwości oddania hołdu jaki mieli prawo okazać członkowie rodu Saguine jakiemuś zwykłemu przybłędzie - Helewecie.
- Witam, monsieur Barthez. Wiele dobrego słyszałem o panu. Proszę, dać mi chwilę bym rozprostował nogi na stałym lądzie nim ruszymy dalej, chcę się przyzwyczaić do tego, że w końcu przestało bujać. - To mówiąc rozejrzał się ciekawie po portowej dzielnicy. Wszystko było tak fascynująco nowe i czekające na odkrycie.
Kiedy mówiono o Toulonie jak o częściach ciała to czasami i z rzadka, Terres Putain było porównywane do przyrodzenia. Abdel wciągnął w nozdrza zapach tego miejsca, powoli ale głęboko. Faktycznie tak było. Zapach był przyjemnie znajomy. Ciepły i duszny za razem. Łącząc w sobie także przyjemną nadmorską wilgoć oraz... zapach rybich łusek, w symfonię zapachu który wprowadzał dziedzica w nader dobry nastrój tego wieczora.
- Mam nadzieję, że tragarze nie zapomną o niczym ze statku... - dodał po chwili zamyślenia, potrzebował bowiem swojej pozłacanej toaletki jak nigdy by zaprezentować się godnie światu.
Pomyślałem, że spłodzimy wspólnie tego posta tak by każdy mógł się swobodnie dopisywać do niego.
Jedna drobna uwaga, Abdel to na tyle inteligentny facet, że skrywa się ze swoim dekadenckim trybem życia przed wszystkimi. Nawet przed sowim przenikliwym ojcem. Przez co obaj tworzą skomplikowaną grę pozorów, z przewagą dla ojca rodu rzecz jasna. Oczywiście dla osób tak bliskich i dobrze poinformowanych jak Gracze, ten sekret jest czymś więcej jak tylko nie potwierdzoną ploteczką, ale nawet oni nie zdają sobie sprawy z głebi nihilizmu. Dla zwykłych Saguine, Abdlek jest coż... decyzja Mg.
: 26 lipca 2018, 22:30
autor: Nanatar
Pokład Anabelle port Tulon
Nie skończył Leon Thibaut na dwóch kieliszkach wybornego trunku, był trzeci i czwarty, zawsze miał problem by we właściwym momencie przestać. Na szczęście znużyły go rozmowy rodzeństwa, przypominające szczypanie się dzieci. Liczył, że któreś podejmie temat celu wyprawy, ale nawet jeśli kuzynostwo coś wiedzieło zachowało to dla siebie. Kiedy przyłapał się na obserwowaniu refleksów światła, na załamaniach ciętego z kryształy kielicha, czerwony, różowy, żółty, turkusowy, szafirowy, postanowił wyjść na pokład żeby otrzeźwieć i nie spaść z pomostu podczas wychodzenia na ląd w Tulonie.
Nie mylił się, wiatr trzeźwił głowę i rozbudzał dziecięce pragnienie odkrywania, którego nigdy się nie wyzbył. Podróże towarzyszyły mu od kiedy stał się chłopcem, to znaczy od kiedy jego penis sztywniał. Rodzina przeznaczyła znaczne kwoty, żeby mógł uczyć się od scraperów na granicy Borki. Zastanawiał się czy to podróże uczyniły z niego mężczyznę, czy mężczyzna wyruszył w podróż żeby w niej dorastać i by ta stała się jego namiętnością. Najdłuższy pobyt w Montpellier od tamtego czasu, wiązał się z służbą w szeregach Sangów, a później ślub młodego podoficera z jeszcze młodszą szlachcianką. Ale nawet jego cudowna żona nie zdołała przemienić go w domatora. Nowe miejsca podniecały go jak innych stroje, czy kosztowności. Teraz zaś czuł, że majaczące na horyzoncie zabudowania Tulonu, były tylko przedsionkiem domu z tajemnicami. Wynalazca raz miał już możliwość odwiedzenia tego miasta, obecny wyjazd otwierał jednak nowe możliwości, osoby wynajęte przez Ventricule na pewno będą odpowiednimi przewodnikami po mieście. Ciekawy był mianowicie osoby Nathana Barteza, koordynatora wyprawy. Znajomość z takimi typami mogła być ryzykowna, ale otwierała z pewnością drzwi, których młody Singue nie byłby w stanie otworzyć sam. Tulon przybliżał się coraz szybciej, a dookoła Anabelle gęstniało od statków.
Chwile postoju przed wejściem do portu przeznaczył na uporządkowanie rzeczy, doznając wrażenia, że mimo licznej służby ma za dużo bagażu, ale też wszystko wydawało mu się potrzebne.
Port przywitał ich gwarem i zmieszanymi zapachami spalanej ropy, ryb i potu kolorowego tłumu. Na trap zszedł uprzejmie po kuzynostwie, zdziwił go nieco widok człowieka witającego ich w porcie, a będącego jak się domyślał ich koordynatorem. Spodziewał się obrotnego przedsiębiorcy, tymczasem zobaczył objuczonego bronią najemnika. Zaczął się zastanawiać czy nie pokładał w tym człowieku zbyt wielkich nadziei, Sangowie byli wystarczająco dobrymi żołnierzami. Postanowił jednak nie oceniać zbyt łatwo, wiedząc że ludzie nakładają często maski dla fałszywego wrażenia. Kiedy już doczekał się zdawkowego skinięcia głową, uznał że czekał za długo i postanowił zagadać do najemnika w drodze do posiadłości.
- Panie Nathanielu Bartez, będę potrzebował przewodnika po mieście, kogoś kto się nie zgubi i wie gdzie i za ile kupić. - po chwili zaś wskaże na uzbrojenie najemnika - A to wszystko konieczne? Nie idziemy jeszcze w góry.
: 27 lipca 2018, 19:56
autor: Kargan
Terres Putain, Tulon
Stojąca na rufie Angeline obserowała z zainteresowaniem przesuwające się za burtą widoki kolejnych dzielnic Tulonu. Miasto zrobiło na niej spore wrażenie, nie mogła się jednak pozbyć wrażenia pewnego... braku szlachetności tego miejsca. Zupełnie jakby tętniące życiem i bogactwem miasto otulała jakaś dziwna, niepokojąca i nie dająca się bliżej zdefiniować aura. Prześlizgując się wzrokiem po zabudowaniach jakby odruchowo dziewczyna starała się zapamiętać jak najwęcej szczegółów. Odczekawszy aż
Anabelle zakończy manewry w porcie i bezpiecznie przycumuje do przystani dziedziczka Sanguine ruszyła w stronę kabiny by zabrać rzeczy, których nie chciała oddawać żadnemu słudze. Zabrawszy swój mały plecak i pokrowiec kryjący karabin zaczęła schodzić po trapie obserwując uważnie stojących już na przystani mężczyzn.
Jej brat i kuzyn stali na pomoście w towarzystwie poważnie wyglądającego i uzbrojonego po zęby mężczyzny. To musiał być Nathaniel Bartez, szef ich ochrony. Wzrok schodzącej po trapie Angeline lustrował uważnie sylwetkę Nathaniela starając się wyczytać z jego postawy jakim jest człowiekiem. Stał spokojnie, starając się wyglądać na rozluźnionego i odprężonego, Angeline jednak wiedziała gdzie i jak patrzeć. Pan Barthez był czujny jak żuraw. Lekkie napięcie mięśni, bardzo delikatnie ugięte kolana, ciężar przeniesiony na jedną nogę, wzrok uważnie omiatający otoczenie powimo prowadzenia konwersacji z Abdelem. Pan Barthez był profesjonalistą w każdym calu, gotowym błyskawicznie przejść od oczekiwania do działani...a w każdym razie na takiego wyglądał. Uśmiechnąwszy się lekko Angeline podeszła bliżej do stojących obok siebie mężczyzn i spojrzała prosto w oczy Nathaniela.
- Witam w Tulonie pani - powiedział Barthez i skinął poważnie głową. Angeline nie wyciągnęła ręki do ucałowania bo nie chciała uchodzić w oczach tego interesującego mężczyzny za rozkapryszoną dziedziczkę oczekującą bóg wie jakich powitań. Zamiast tego przyłożyła pięść do piersi i również skinęła głową a oczach Bartheza pojawił się błysk czegoś co mogło być nie wypowiedzianą na głos akceptacją postawy dziedziczki.
- Witam, monsieur Barthez - rzuciła cichym głosem - cieszy mnie fakt iż to właśnie pan będzie szefem naszej ochrony. Cóż panowie ? Będziemy tak tu stali czy może ruszymy się odświeżyć po naszej pełnej przygód i nieoczekiwanych zdarzeń podróży ?
Angeline chciałaby się odświeżyć. Zakupy czy inne spacery jej w tej chwili nie interesują
: 27 lipca 2018, 23:30
autor: 8art
13 czerwca, środa, Tulon, Wczesny Wieczór, Port Lagagne
Helweta skłonił się arystokratce jak nakazywała etykieta przy komplemencie, rad że ominęły go wątpliwe przyjemności całowania książęcych pierścieni. Zastanawiał się jakież to przygody przeszła załoga i pasażerowie Annabelle. Spokój pasażerów i brak dziur po kulach czy śladów abordażu upewniał go w przekonaniu, że jedynym co mogło ich spotkać była ławica makreli. Najemnik całkowicie zgadzał się z arystokratką żeby ruszyć do rezydencji:
- Tak jaśnie pani. Tędy proszę. - Skłonił się lekko pokazując drogę w kierunku rezydencji. Wynajęta przez ród willa była kilkanaście minut spokojnego spaceru od portu. Dystans tak krótki, że dla zdecydowanej większości nie przedstawiał żadnego problemu. Alpejczyk wiedział, że Sanguinowie nie należą do tej większości, toteż wskazał na przygotowane wcześniej lektyki oczekujące znamienitych gości.
- Do rezydencji droga niedaleka, jednak pozwoliłem sobie przygotować wygodny transport dla waszych miłości po męczącej i jak zapewnia jaśnie pani pełnej niespodzianek podróży. - powiedział bez najmniejszego cienia złośliwości.
Gdy członkowie rodziny ruszyli nieśpiesznie, zostawiając swą świtę w porcie, Barthez dał dyskretny dłonią swoim ludziom. Wiedzieli doskonale co mają robić, kto miał zostać I dopilnować bezpiecznego transferu służby I cargo do rezydencji, a kto miał ochraniać Sanguine’ów. Alpejczyk nie obawiał się zbytnio ataku tu w Toulonie I traktował całą przerośniętą w formie akcje w porcie jako pożyteczne ćwiczenie dla siebie I najemników. Ktoś dawno temu w odległej alpejskiej twierdzy powiedział młodemu rekrutowi, że im więcej potu wylanego na ćwiczeniach, tym mniej krwi wylanej w walce. Nie dało się nie zgodzić z tą mądrością I Nathaniel miał ją zawsze w sercu. Rozejrzał się tylko dyskretnie.
Targująca się głośno z borkańskim kupcem kobieta machnęła ręką na kiepską ofertę I odeszła w stronę w którą zmierzała rodzina. Dwóch Franków pijących leniwie cydr ze skórzanego bukłaka wstało z kamiennej ławki I zaczęło poruszać się w bezpiecznej odległości od kawalkady przybyszów z Montpelier. Wiedział, że po drodze na kilku krzyżówkach czekają rozstawieni strategicznie Borkanie wypatrujący potencjanych niebezpieczeńtw I gotowowi dać znak jeśli coś byłoby nie tak. Uśmiechnął się delikatnie I zastanawiał czy ktokolwiek zda sobie sprawę z dyskretnej opieki jaką otoczeni byli Sanguinowie.
Wtedy podszedł do niego Leon:
- Panie Nathanielu Bartez, będę potrzebował przewodnika po mieście, kogoś kto się nie zgubi i wie gdzie i za ile kupić.
- Oczywiście wasza miłość. Przyznam człowieka zaznajomionego z miastem. Śpieszę tylko nadmienić, że stanowczym życzeniem jaśnie Ventricule jest aby ruszyć do Bergamo juz jutro o świtaniu, więc czasu będzie niewiele.
Leon po chwili wskazał na uzbrojenie najemnika:
- A to wszystko konieczne? Nie idziemy jeszcze w góry.
Barthez usniechnął się znów:
- Pozwolę sobie na małą niedyskrecję między nami wasza miłość. To istotnie przerost formy nad treścią, ale od jutra to będzie rzeczywisotść. Wolę aby świta rodziny zdawała sobie sprawę z potencjalnych niebezpieczeństw i traktowała wyprawę z należytą ostrożnością.
Nie wiem kto zasiada w lektyce, kto idzie pieszo, ale proszę założyć, że jesli Leon jest w lektyce, to do Nathaniela zbliża się w lektyce. Najemnik oczywiście idzie pieszo. Kurcze ciężko z tego wszysktiego złożyć ciekawe dialogi, dlatego obcinam potencjalne kwestie. Mam propozycje żeby ewentualnie gadać w share docu czy nawet przez PW, Messengera i potem wstawiać całe dialogi. Będzie chyba badziej naturalnie. Helweta zapewne chętnie zamienił by kilka grzeczności z Leonem (o organizacji wyjścia) i Angeline (o jej broni np).
: 28 lipca 2018, 01:03
autor: Suriel
Tulon, wczesny wieczór
- Oczywiście wasza miłość. Przyznam człowieka zaznajomionego z miastem. Śpieszę tylko nadmienić, że stanowczym życzeniem jaśnie Ventricule jest aby ruszyć do Bergamo juz jutro o świtaniu, więc czasu będzie niewiele.
Leon po chwili wskazał na uzbrojenie najemnika:
- A to wszystko konieczne? Nie idziemy jeszcze w góry.
Barthez usniechnął się znów:
- Pozwolę sobie na małą niedyskrecję między nami wasza miłość. To istotnie przerost formy nad treścią, ale od jutra to będzie rzeczywistość. Wolę aby świta rodziny zdawała sobie sprawę z potencjalnych niebezpieczeństw i traktowała wyprawę z należytą ostrożnością.
Abdel cmoknął, niewiele było potrzeba by wszystko poszło tak jak chciał.
- Czy o świtaniu to się jeszcze okaże. Ma pan rację panie Barthez, wyprawę należy traktować z należytą ostrożnością. Absolutnie się z tym zgadzam w całej rozciągłości. Tym samym Leon również ma rację. Skoro jesteśmy w Toulonie i wyprawa przebiega spokojnie, należy to wykorzystać by zdobyć lepszy sprzęt zapewniający nam przewagi podczas wyprawy. Jego mądrość w pozyskiwaniu starożytnych technologii wielokrotnie była przyczyną dumy dla całego naszego rodu. Nikt w naszym rodzie w to nie wątpi. Zatem, skoro mój kuzyn prosi o chwilę dłużej w Toulonie, nie mogę odmówić. Jego wiedza techniczna jest olbrzymia. Musi widzieć coś, czego nie dostrzegamy my, prawda Leonie? Zatem, pozostaniemy chwilę dłużej, aż mój szlachetny kuzyn zafunduje nam przewagi technologiczne o jakich moglibyśmy jedynie marzyć. Masz zielone światło... - powiedział kładąc przyjaźnie rękę na ramieniu Leona - spraw bym nie żałował zmiany decyzji samego Ventricule. Bo niniejszym właśnie została zmieniona, mocą nadanego mi prawa decydowania o losach tej wyprawy i dopasowywanie jej toku do bieżącej sytuacji.
To mówiąc obrócił się powoli na pięcie i z wolna ruszył ulicą, w kierunku wyznaczonym przez przednią straż. Uśmiechnął się i wciągnął raz jeszcze zapach dzielnicy Terres Putain. Faktycznie, ten mokry drażniący zapach, przesączony rybim zapachem faktycznie powodował, że cała dzielnica zdawała się pachnieć mu cipką.
: 29 lipca 2018, 20:39
autor: Keth
Terres Putain, Tulon
Przywoławszy do siebie obu braci, Bastien Langlois zatrzymał się w odległości kilkunastu kroków od trójki rozmawiających z Barthezem arystokratów. Wiecznie podejrzliwe oczy myśliwego przeskakiwały z postaci szlachetnie urodzonych na krążących wokół przechodniów i z powrotem, podświadomie szukając jakiegokolwiek zagrożenia, ale nigdzie go nie dostrzegając. Znając nieco z widzenia alpejskiego najemnika, Bastien musiał zresztą założyć, że ten szemrany Helwet znał się na robocie i sam zadbał o bezpieczeństwo wysoko postawionych gości.
Langlois nie pierwszy raz bywał w Tulonie, chociaż nigdy nie określiłby siebie samego mianem znawcy tego gwarnego żywego miasta. Doceniając bogactwo dóbr osiągalnych na miejscowych rynkach, a także poziom tutejszych rozrywek, myśliwy czuł się nieco zagubiony w tak ogromnym skupisku ludzi o różnym pochodzeniu i kolorze skóry.
- Spraw, bym nie żałował zmiany decyzji samego Ventricule. Bo niniejszym właśnie została zmieniona, mocą nadanego mi prawa decydowania o losach tej wyprawy i dopasowywanie jej toku do bieżącej sytuacji - oznajmił przemawiający do Alpejczyka Abdel Sanguine.
Bastien nie przysłuchiwał się prowadzonej opodal konwersacji, toteż nie miał pojęcia, jaką to decyzję zmienił właśnie dziedzic rodu, ale dziwny przelotny grymas na twarzy Bartheza dawał wyraźnie do zrozumienia, że zmiana uzgodnień nie przypadła dowódcy ochrony do gustu.
- Idziemy - rzucił do Grimmów ściszonym głosem, kiedy Abdel rozpoczął spacer ulicami Terres Putain - I pilnujcie swoich gratów, bo to co drugi to złodziej.
Barthez zamówił trzy lektyki dla szlachetnie urodzonych. Abdel zignorował swoją i ruszył dumnie na nogach. Co z Angeline i Leonem?
: 29 lipca 2018, 21:23
autor: Nanatar
Terres Putain, Tulon
Z każdym kolejnym wypowiedzianym przez dziedzica słowem wynalazca mocniej zaciskał usta, przygryzając wewnątrz dolną wargę, by wesołość zastąpić bólem. I choć udało mu się nie wybuchnąć śmiechem, to oczy musiały przybrać rozmiary krateru Pandora. Szczerze nie wierzył w słowa kuzyna jakoby pragnął on dać czas Leonowi na poprawienie sprzętu arystokratów i ich ochrony.
Cóż zatem powodowało Abdelem? Leon nie chciał wierzyć w plotki z pałacowych kuchni o romansie dziedzica z ciemnoskórą zaklinaczką węży, z którą to potajemnie miał spotkać się właśnie w Tulonie, z drugiej strony samo sprzeciwienie się woli ojca też wydawało się zbyt błahe i szczeniackie. Gdy szlachetny kuzyn położył mu na ramieniu dłoń oświadczając, że zmienia decyzję Ventricule i przedłuża pobyt w Tulonie, wynalazca pozwolił sobie już na szczery i szeroki uśmiech.
- Dziękuję szlachetny kuzynie, nie liczyłem na takie względy wobec mojej skromnej pracy, obiecuję zatem nie opóźniać więcej niż to koniecznym będzie, by nie ściągać na kuzyna ojcowskiego niezadowolenia - kończył już do pleców Abdela, wciąż nie przestając uprzejmie się uśmiechać. Przenosząc wzrok na Nathana - Cóż zdaje się, że będę potrzebował naprawdę dobrego przewodnika, żebyśmy nie zamarudzili zbyt długo.
- Zadbam o to, wasza miłość - odpowiedział grzecznie Alpejczyk puszczając bokiem nagłą decyzję Abdela o opóźnieniu. Nie zwykł się przejmować sprawami na jakie nie miał wpływu, a jego zadaniem nie było dotrzymywanie terminarza tylko zapewnienie bezpieczeństwa. Akurat Tulon, o ile nie szukało się problemów, zaliczał się do miejsc na trasie, które było najbezpieczniejsze, no może poza helweckimi punktami celnymi.
- Podobno to kilka kroków, a wynajął pan lektyki jak dla afrykańskich wielmożów. Na mój gust to zbytek luksusu, ale skoro już są, skorzystam. Nie obawia się pan, że ludzie będą uważać, iż naśladujemy zamorskich nowobogackich - gramoląc się na podest lektyki, kontynuował - Na podróż wolałbym wierzchowca.
Siedząc na podeście młody szlachcic zastanawiał się jak długo życie pozwoli mu na podobne błazeństwa, uznawszy za przestrogą pana Barteza, że niewiele, postanowił postąpić krok dalej. Dręczyła go jakaś nieznaczna zmiana w kuzynce, po zaokrętowaniu, ale kompletnie nie potrafił wymyślić czego dotyczyła, może miała tu jakiś interes, może ona nie Abdel.
- Miła kuzynko Angeline, kołysze jak na łodzi, powinnaś skorzystać, jeszcze zdążysz zmęczyć swe piękne stopy na szlaku, który nas czeka. A pan Nathan może poczuć się zawiedziony, że odrzucasz ten niecodzienny prezent. Być może to tutejsza tradycja. Proszę, tu jest miejsce dla dwojga - Leon Thibaut przesunął się nieznacznie wskazując kuzynce miejsce obok siebie, przez nagły ruch lektyka w istocie zakołysała jak łódź - Zapewniam, że więcej widać i lepiej pachnie.
: 29 lipca 2018, 22:54
autor: Suriel
Terres Putain, Tulon
- Dziękuję szlachetny kuzynie, nie liczyłem na takie względy wobec mojej skromnej pracy, obiecuję zatem nie opóźniać więcej niż to koniecznym będzie, by nie ściągać na kuzyna ojcowskiego niezadowolenia - powiedział Leon.
Abdel uśmiechnął się uprzejmie. W sumie nie mógł nie skorzystać z okazji by nie opóźnić wyjazdu, a kuzyn sam dał mu pretekst i to dość dobry. Oprócz pretekstu mógł się też stać kozłem ofiarnym gdyby spadał na wyprawę gniew Ventrucle. Wówczas przy odrobinie szczęścia i wprawy, dziedzic mógłby przekierować wrogość ojca na swego kuzyna.
Mój boże jakiż z tego Leona jest poczciwiec. Naprawdę już go polubiłem. I trochę mi nawet przypomina jeden z tych swoich metalowych drapaków do ściągania piorunów. Tak, tylko że tym razem takim drapakiem stał się sam. Boże uchroń nas od gniewu Ventricule. Ocal mojego przepoczciwego Drapaka by mógł mnie ocalić przed owym uderzeniem.
- Panie Barthez, po kolacji chciałbym zamienić z panem parę słów by sprecyzować kilka kwestii dotyczące wyprawy. Myślę, też o wieczornym wyjściu w miejsce, gdzie nie oficjalnie lubi bawić się tutejsza arystokracja. Na pewno takie miejsce jest panu znajome, proszę zatem poczynić wszelkie niezbędne kroki przygotowawcze na ten nasz wieczorny wypad.
Przez chwilę szedł zamyślony podziwiając majestat miasta, który zdawał się go w jakiś magiczny sposób wciągać coraz bardziej w trud poznania miasta od podszewki. Z tej strony z której lubił miasta najbardziej.
- Miła kuzynko Angeline, kołysze jak na łodzi, powinnaś skorzystać, jeszcze zdążysz zmęczyć swe piękne stopy...
Abdel drgnął z zaskoczony słowami kuzyna i już chciał coś dorzucić ale się powstrzymał.
Piękne stopy? Cóż on rzecze za bzdury. Na krew z krwi naszych ojców, ten chłopak chyba nigdy nie widział z bliska naprawdę zadbanej, pokrytej kremami i pedicure stópki szlachcianki wysokiego rodu. W porównaniu do nich, to co posiada moja zapuszczona siostra można by określić zaledwie mianem... człapaków. Co i tak wydaje mi się nader szczodrym określeniem.
: 30 lipca 2018, 23:30
autor: Keth
Terres Putain, Tulon
Abdel Sanguine tylko przez chwilę stąpał na przedzie pochodu. Nim dziedzic rodu zdążył obrać zły kierunek spaceru - czy to przypadkiem czy też z premedytacją - dwaj sierżanci Sangów wysunęli się przed pierworodnego przejmując prowadzenie z lekkością ludzi, którzy doskonale wiedzieli, gdzie iść. Widząc jak przechodnie rozstępują się przed nimi z ewidentnym szacunkiem dla charakterystycznych czerwonych płaszczy, Abdel poczuł przypływ rzadkiej dumy ze swego pochodzenia. Tulon mógł być kotłem etnicznym i kulturowym przebijającym pod pewnymi względami piękno Montpellier, ale nawet tutaj ludzie czuli respekt wobec trzymających porządek na mokradłach Sangów.
Reszta pochodu podążała w ślad za szlachcicem, ten jednak nie poświęcał więcej uwagi rozmowie Leona z Angeline, taksując w zamian ciekawym świata spojrzeniem gwarne tłoczne uliczki dzielnicy. Czuł zew przygody błyszczący w umalowanych oczach kusząco odzianych kobiet, w zapraszających uśmiechach naganiaczy pracujących dla zadymionych oparami shishy klubów i palarni opiatów. W powietrzu unosiła się wywołująca ślinotok mieszanka zapachów ostro przyprawionego pieczonego mięsa, świeżego pieczywa, smażonych ryb. A wszystko to niczym upojny całun spowijała symfonia dźwięków metropolii, pełna śpiewów i perlistego śmiechu, nawoływań, gwizdów i wesołych melodii wygrywanych na przeróżnych instrumentach.
Chłonąc zew Tulonu wszystkimi zmysłami, Abdel pogratulował sobie w duchu pomysłu ze zmianą planów podróży. Dziedzic wiedział, że nie powinien zbyt dalece ingerować w harmonogram podróży, by nie wzbudzić gniewu surowego ojca, ale dzień opóźnienia nie jawił mu się niczym szczególnym, zwłaszcza w odniesieniu do świetnie nadającego się na kozła ofiarnego Leona.
Wspomniawszy kuzyna Abdel zerknął ponad ramieniem w kierunku niesionej przez czterech tragarzy lektyki, uśmiechnął się pod nosem na ów widok. Potem spojrzenie dziedzica przesunęło się na idącego opodal Nathana Bartheza, sprawiającego groźne wrażenie w pancerzu i z przewieszoną przez ramię strzelbą.
Alpejczyk wyglądał na człowieka znającego się na swoim fachu, a więc w opinii Abdela istniało spore ryzyko, że będzie nudnym do bólu służbistą walczącym do ostatniej kropli krwi o zachowanie zasad bezpieczeństwa, procedur i wszystkich tych dyrdymałów, które tak emocjonowały zafascynowaną wojskiem siostrę dziedzica.
Lecz będąc człowiekiem sprawiedliwym i dającym każdemu szansę, pierworodny Sanguine postanowił, że nie oceni Bartheza zbyt pośpiesznie, tylko da mu sposobność do zdobycia przychylności swego pryncypała.
Zważywszy na obiecujące perspektywy tego pięknego ciepłego wieczora, Barthez mógł się wkupić w łaski Abdela naprawdę w ekspresowym tempie.
Scenka obyczajowa...
: 31 lipca 2018, 07:26
autor: Kargan
Terres Putain, Tulon
- Oh mój drogi kuzynie, skąd możesz wiedzieć jakie zapachy sprawiają mi przyjemność ? Wszak nie każda kobieta podobna jest do Twojej żony, a i o jej gustach nie wiesz zapewne wszystkiego - nieco złośliwa odpowiedź Angeline okraszona została radosnym śmiechem tak, by kuzyn nie brał jej do końca poważnie - Nie martw się o moje stópki. Zapewniam Cię, że zniosą podróż lepiej niż stopy pewnego naukowca. Zaś co do wygodnego siedzenia w lektyce to owszem, być może, kiedyś... po sześćdziesiątce. I nie martw się uczuciami szanownego Bartheza. Zapewniam Cię, że widok mnie maszerującej pieszo nie sprawi mu przykrości.
Skinąwszy głową i posławszy kuzynowi złośliwy uśmiech Angeline przewiesiła karabin przez prawe ramię, na lewym umieściła plecaczek i ruszyła śladem Bartheza dostosowując tempo marszu tak by zostać kilka kroków za nim. Uważnie rozglądając się dokoła, Angeline starała się zapamiętać charakterystyczne punkty mijanych ulic i placów.
Sorka za opóźnienia, ale mam roboty w... no właśnie