Stawiając ostrożnie stopy, Trzyłapka przedostała się niezgrabnie na skorodowaną metalową półkę przynitowaną do ściany zbiornika. Spieniona maź bulgotała tuż pod podeszwami jej przerobionych na właściwą miarę butów.
Przyciskając plecy do ściany i zaciskając jedną dłoń na wielkim metalowym pręcie mutantka przesuwała się ostrożnie ku krawędzi odpływu. Obwiązana w pasie liną Blizny, poruszała się z pewną dozą poczucia bezpieczeństwa ucieleśnionego w postaciach Blizny i Zadziora.
Para ochotników trzymała linę oburącz, tkwiąc w bezruchu na skraju półki przylegającym do boku zbiornika. Chociaż w duchu oboje szczerze wątpili w to, by zdołali w razie upadku towarzyszki wciągnąć ją o własnych siłach na brzeg, nie wyrazili swych obaw na głos nie chcąc ryzykować kolejnego wybuchu złości Trzyłapki.
Przedostawszy się pod najeżony grubymi prętami otwór odpływu mutantka zaczęła z ożywieniem poruszać swą najsprawniejszą ręką, dźgając zaskorupiałe ekskrementy z dziką werwą. Towarzyszące temu wyzwaniu odgłosy, w przeważającej mierze głośne mlaśnięcia, wywoływały w Bliźnie niebywale silny odruch wymiotny, ale dziewczyna jakoś trzymała w karbach swój żołądek i przełyk... przynajmniej na razie.
- Dobrze ci idzie! - zawołał z wysokości brzegu zbiornika Rzeźnik, przyświecający Trzyłapce latarką na spółę z Pałą - Jak byś była urodzona do takiej roboty!
Mutantka wydała z siebie przerażający warkot, kwitując komentarz Rzeźnika w sposób nie wieszczący mężczyźnie w najbliższej przyszłości nic dobrego. Rozbabrana prętem maź cuchnęła jeszcze paskudniej, ale bynajmniej nie puszczała, nie chciała za nic oderwać się od wlotu rury odpływowej.