Bandyta nie zamierzał kusić losu i gdy tylko dosłyszał słowa "a teraz w nogi", jak na wojskową komendę rzucił się do ucieczki w dobrze znane mu zakamarki Rue Cotan. Nie chciał juz nigdy więcej spotkać tercetu najemników lub pewnie, co bardziej pewne khardyjskich oprawców, teraz panoszących się po dzielnicy jego suwerena Pana Ostalgi.
PBF - Łącznik z południa
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Lico podduszonego draba zaczęło powoli nabierać normalnego odcienia, pośród gwałtownych oddechów i cichego charkotu. Zbiegły śmierci dosłownie w ostatniej chwili, mężczyzna nie odezwał się nawet słowem, na dziwną groźbę wyszeptaną przez jednego z czwórki niepozornych mężczyzn, którzy przetrzepali im skórę jak jakimś bezdomnym dzieciakom.
Bandyta nie zamierzał kusić losu i gdy tylko dosłyszał słowa "a teraz w nogi", jak na wojskową komendę rzucił się do ucieczki w dobrze znane mu zakamarki Rue Cotan. Nie chciał juz nigdy więcej spotkać tercetu najemników lub pewnie, co bardziej pewne khardyjskich oprawców, teraz panoszących się po dzielnicy jego suwerena Pana Ostalgi.
Bandyta nie zamierzał kusić losu i gdy tylko dosłyszał słowa "a teraz w nogi", jak na wojskową komendę rzucił się do ucieczki w dobrze znane mu zakamarki Rue Cotan. Nie chciał juz nigdy więcej spotkać tercetu najemników lub pewnie, co bardziej pewne khardyjskich oprawców, teraz panoszących się po dzielnicy jego suwerena Pana Ostalgi.
Czy przenosimy akcję na jutro, czy jeszcze chcecie coś w nocy załatwić?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Merywyn; Rue Cotan, Gorim 20 Ketash 606OR, wieczór
Falko Tadiri był wściekły, chociaż dokładał wszelkich starań, by nikt tego nie zauważył. Był wściekł zarówno na siebie samego za to, że dał się sprowokować do sięgnięcia po magię mimo wszechobecnego ryzyka dekonspiracji jak i na zbyt lekkomyślnego Banderasa, za nic mającego sobie elementarne zasady skrytego działania na wrogim terytorium.
Na wrogim terytorium... Falko zagryzł usta na wspomnienie własnej myśli, szybkim krokiem wiodąc kompanów do mieszkania nad warsztatem. Chociaż poczucie dziejowej sprawiedliwości nakazywało byłemu oficerowi myśleć o Khadorianach jako intruzach przebywających na nieprzyjacielskim terytorium, Merywyn tkwił w uścisku okupantów tak długo, że nawet najbardziej optymistyczni Rynowie zaczynali tracić resztki nadziei na zrzucenia północnego jarzma. Kapitulacja stolicy miała miejsce 12 rowanu 605 OR, ponad rok wcześniej. Tadiri starał się w miarę możliwości monitorować bieg wydarzeń, koncentrując swą uwagę przede wszystkim na wieściach z południowego frontu, ale nawet człowiek z wojskowym doświadczeniem miał ogromny kłopot z oddzieleniem prawdy od spekulacji, przeinaczeń oraz prowadzonej w zaplanowany sposób propagandowej dezinformacji wroga.
Mniej lub bardziej wiarygodne, wieści w ogólnym ujęciu nie pozwalały żywić złudnych nadziei na wyzwolenie Llaelu przez południowych sojuszników. Przejęte przez khadoriańskich rzemieślników drukarnie masowo produkowały biuletyny w rodzimym języku Rynów, dumnie informujące nie tylko o niedawnej koronacji carycy Ayn Vanar na imperatorkę odrodzonego Imperium Khardyckiego, ale i o przeniesieniu działań wojennych na terytorium Cygnaru i mającym się zakończyć lada chwila spektakularnym oblężeniu Felligu. Tadiri domyślał się, że Czerwoni chcieli jak najszybciej oprzeć się na nowej linii frontu wykreślonej nurtem Smoczego Jęzora, ale prócz Felligu na ich drodze stały jeszcze dwie pozornie lite przeszkody: Ciernista Puszcza oraz Północna Twierdza. Ta ostatnia, stanowiąca od kilku wieków niewzruszony bastion Cygnaru na północnej granicy królestwa, zasłużenie cieszyła się opinią fortecy nie do zdobycia, ale jeśli Khadorianie koncentrowali swój wysiłek militarny w tamtym rejonie, mogło to oznaczać tylko jedno - że zdążyli już spacyfikować cały położony na północ od granicy obszar Llaelu, a przynajmniej jego zachodnią część.
Plotki i pogłoski płynące ze wschodu, zza stanowiącej kruchą zaporę dla okupantów Czarnej Rzeki, były w opinii Falka tak dziwne i niewiarygodne, że oficer odrzucał je po krótkim namyśle, czekając na wieści z bardziej pewnego źródła. Przynoszone przez wracających w ojczyste strony uchodźców ze wschodu wiadomości mówiły od regionach wolnych od okupacji, o gromadzących się tam zaciężnych oddziałach służących pod wspólnym sztandarem z żołnierzami llaelijskiego ruchu oporu, opłacanych przez ryńską szlachtę kierującą bojownikami za pośrednictwem namiastki rządu tymczasowego powołanego w Cygnarze.
Cygnarski łącznik, który tak nieoczekiwanie pojawił się w karczmie, mógł w dużym stopniu zweryfikować te wszystkie informacje, dlatego Tadiri zamierzał spotkać się z nim osobiście tak szybko jak to tylko było możliwe.
Falko Tadiri był wściekły, chociaż dokładał wszelkich starań, by nikt tego nie zauważył. Był wściekł zarówno na siebie samego za to, że dał się sprowokować do sięgnięcia po magię mimo wszechobecnego ryzyka dekonspiracji jak i na zbyt lekkomyślnego Banderasa, za nic mającego sobie elementarne zasady skrytego działania na wrogim terytorium.
Na wrogim terytorium... Falko zagryzł usta na wspomnienie własnej myśli, szybkim krokiem wiodąc kompanów do mieszkania nad warsztatem. Chociaż poczucie dziejowej sprawiedliwości nakazywało byłemu oficerowi myśleć o Khadorianach jako intruzach przebywających na nieprzyjacielskim terytorium, Merywyn tkwił w uścisku okupantów tak długo, że nawet najbardziej optymistyczni Rynowie zaczynali tracić resztki nadziei na zrzucenia północnego jarzma. Kapitulacja stolicy miała miejsce 12 rowanu 605 OR, ponad rok wcześniej. Tadiri starał się w miarę możliwości monitorować bieg wydarzeń, koncentrując swą uwagę przede wszystkim na wieściach z południowego frontu, ale nawet człowiek z wojskowym doświadczeniem miał ogromny kłopot z oddzieleniem prawdy od spekulacji, przeinaczeń oraz prowadzonej w zaplanowany sposób propagandowej dezinformacji wroga.
Mniej lub bardziej wiarygodne, wieści w ogólnym ujęciu nie pozwalały żywić złudnych nadziei na wyzwolenie Llaelu przez południowych sojuszników. Przejęte przez khadoriańskich rzemieślników drukarnie masowo produkowały biuletyny w rodzimym języku Rynów, dumnie informujące nie tylko o niedawnej koronacji carycy Ayn Vanar na imperatorkę odrodzonego Imperium Khardyckiego, ale i o przeniesieniu działań wojennych na terytorium Cygnaru i mającym się zakończyć lada chwila spektakularnym oblężeniu Felligu. Tadiri domyślał się, że Czerwoni chcieli jak najszybciej oprzeć się na nowej linii frontu wykreślonej nurtem Smoczego Jęzora, ale prócz Felligu na ich drodze stały jeszcze dwie pozornie lite przeszkody: Ciernista Puszcza oraz Północna Twierdza. Ta ostatnia, stanowiąca od kilku wieków niewzruszony bastion Cygnaru na północnej granicy królestwa, zasłużenie cieszyła się opinią fortecy nie do zdobycia, ale jeśli Khadorianie koncentrowali swój wysiłek militarny w tamtym rejonie, mogło to oznaczać tylko jedno - że zdążyli już spacyfikować cały położony na północ od granicy obszar Llaelu, a przynajmniej jego zachodnią część.
Plotki i pogłoski płynące ze wschodu, zza stanowiącej kruchą zaporę dla okupantów Czarnej Rzeki, były w opinii Falka tak dziwne i niewiarygodne, że oficer odrzucał je po krótkim namyśle, czekając na wieści z bardziej pewnego źródła. Przynoszone przez wracających w ojczyste strony uchodźców ze wschodu wiadomości mówiły od regionach wolnych od okupacji, o gromadzących się tam zaciężnych oddziałach służących pod wspólnym sztandarem z żołnierzami llaelijskiego ruchu oporu, opłacanych przez ryńską szlachtę kierującą bojownikami za pośrednictwem namiastki rządu tymczasowego powołanego w Cygnarze.
Cygnarski łącznik, który tak nieoczekiwanie pojawił się w karczmie, mógł w dużym stopniu zweryfikować te wszystkie informacje, dlatego Tadiri zamierzał spotkać się z nim osobiście tak szybko jak to tylko było możliwe.
Wracamy do domu i grzecznie nocujemy. Tylko upewnijcie się, że nie mamy żadnego ogona. Jeśli o opowieść "historyczną" idzie, przemyślenia Falka oparłem na kalendarium lat 605-607 opublikowane w No Quarter 20.
Drake zamknął drzwi za wchodzącym Dennisonem. Kwatera obrzydła mu już do tego stopnia, że nie mógł patrzeć wciąż na te same ściany więc niemal z radością patrzył prosto w oczy współagenta.
- Posłuchaj, kurzy móżdżku. Nigdy, przenigdy nikomu nie zdradzaj mojego imienia w obecności wroga. Pojąłeś, czy mam dać ci dodatkowe lekcje? - przemówił tonem - o dziwo - pozbawionym wściekłości. Bardziej brzmiało to, jak dziadek pouczający wnuka, że nie należy wkładać psiej kupy do buzi. Chyba, że nieprzyjacielowi.
EDIT: 8art LOL
- Posłuchaj, kurzy móżdżku. Nigdy, przenigdy nikomu nie zdradzaj mojego imienia w obecności wroga. Pojąłeś, czy mam dać ci dodatkowe lekcje? - przemówił tonem - o dziwo - pozbawionym wściekłości. Bardziej brzmiało to, jak dziadek pouczający wnuka, że nie należy wkładać psiej kupy do buzi. Chyba, że nieprzyjacielowi.
EDIT: 8art LOL
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-Słuszna uwaga-skinął potakująco głową śledczy-Wybacz drobną gafę aczkolwiek nie spodziewałem się,znając Twoją reputację,że dorżniesz go na miejscu.Jednakowoż,i tu chylę czoła Twej mądrości czy też,jesli wolisz,przebiegłości,słusznie uczyniłeś pozsotawiając zbira przy życiu.Oszczędzi to nam w przyszłości kłopotów ze zorganizowaną przestępczością w tym mieście,a przynajmniej z jej częścią.
Ostatnio zmieniony 08 listopada 2013, 21:35 przez maciej, łącznie zmieniany 1 raz.
"Mieli do wyboru wojn? lub ha?b?, wybrali ha?b?, a wojn? b?d? mieli tak?e"
- Pojęty z ciebie uczeń, a i ja dostałem lekcje. Następnym razem pomyślę o tym - skinął lekko głową na pożęgnanie i wyszedł z pokoju Dennisona, kierując się do własnego pokoiku, wcale nie lepszego od tego.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Merywyn; kamienica Falka, Gorim 20 ketash 606 OR, noc
Tadiri odwiesił swój płaszcz na wieszak przy drzwiach niewielkiego pokoiku na poddaszu kamienicy, wyzierającego pomalowanymi na ciemny brąz okiennicami na sąsiednią ulicę. We wnętrzu budynku panowało nieznośne ciepło, toteż mężczyzna uchylił nieznacznie jedno z okienek, płosząc cichym zgrzytem zawiasów śpiącą na gzymsie parę gołębi. Rozciągająca się w dole brukowana ulica sprawiała wrażenie opustoszałej, pogrążona niemal w całkowitych ciemnościach rozjaśnianych jedynie bladą poświatą kilku gazowych latarni. Gdzieś z oddali do uszu Tadiriego dobiegł twardy stukot ludzkich kroków, oddalający się w stronę nadrzecznych kwartałów.
Niewątpliwie patrol wojsk okupacyjnych, przemierzający miasto w poszukiwaniu zuchwalców łamiących zakaz opuszczania domostw pomiędzy zmrokiem i wschodem słońca.
Umbrianin zdjął z prawego przedramienia przywiązaną rzemieniem do ciała pochwę na nóż, rozmasował naznaczoną sinymi pręgami rękę wzdychając jednocześnie pod nosem. Trzymany w ryzach dreszcz podniecenia wzniecony widokiem łącznika z południa mieszał się w myślach Llaelijczyka z niepokojem po wydarzeniach minionego wieczoru. Głupi zatarg z miejscowymi oprychami sam w sobie Tadiriego nie martwił, bo był oficer wierzył, że jest w stanie poradzić sobie z lokalnym gangiem. Niepokoiło go w zamian ryzyko tego, że cały incydent mógł być obserwowany przez jakiegoś donosiciela.
Informatorzy Szarych Lordów nie spali. Tadiri słyszał wiele niepokojących rzeczy o aresztowanych regularnie Llaelijczykach, w większości deportowanych do khadoriańskich obozów pracy na dalekiej północy, czasami jednak traconych w publicznych kaźniach od ręki bądź nawet znikających bez śladu. Wśród tych ostatnich najczęściej natrafić można było na żołnierzy llaelijskiej armii, podejrzewanych o współudział w tworzeniu ruchu oporu, oraz ludzi obdarzonych magicznymi talentami, stanowiących dla okupantów nader łakomy kąsek.
Najeźdźcy byli zdolni do okrutnych czynów, kiedy uznawali do za konieczne. Dobitnie tego dowodził tragiczny los Riversmet, miasta skazanego na zagładę w zamiarze zastraszenia reszty broniącego się przed inwazją królestwa; miasta wytraconego w sposób tak bezwzględny, że ponoć nawet niektórzy khadoriańscy oficerowie wyrażali ostrożne zastrzeżenia co do zasadności tak okrutnej rzezi.
Co w obliczu takiej tragedii mogło znaczyć życie jednego pochwyconego na ulicy llaelijskiego magianika?
Tadiri odwiesił swój płaszcz na wieszak przy drzwiach niewielkiego pokoiku na poddaszu kamienicy, wyzierającego pomalowanymi na ciemny brąz okiennicami na sąsiednią ulicę. We wnętrzu budynku panowało nieznośne ciepło, toteż mężczyzna uchylił nieznacznie jedno z okienek, płosząc cichym zgrzytem zawiasów śpiącą na gzymsie parę gołębi. Rozciągająca się w dole brukowana ulica sprawiała wrażenie opustoszałej, pogrążona niemal w całkowitych ciemnościach rozjaśnianych jedynie bladą poświatą kilku gazowych latarni. Gdzieś z oddali do uszu Tadiriego dobiegł twardy stukot ludzkich kroków, oddalający się w stronę nadrzecznych kwartałów.
Niewątpliwie patrol wojsk okupacyjnych, przemierzający miasto w poszukiwaniu zuchwalców łamiących zakaz opuszczania domostw pomiędzy zmrokiem i wschodem słońca.
Umbrianin zdjął z prawego przedramienia przywiązaną rzemieniem do ciała pochwę na nóż, rozmasował naznaczoną sinymi pręgami rękę wzdychając jednocześnie pod nosem. Trzymany w ryzach dreszcz podniecenia wzniecony widokiem łącznika z południa mieszał się w myślach Llaelijczyka z niepokojem po wydarzeniach minionego wieczoru. Głupi zatarg z miejscowymi oprychami sam w sobie Tadiriego nie martwił, bo był oficer wierzył, że jest w stanie poradzić sobie z lokalnym gangiem. Niepokoiło go w zamian ryzyko tego, że cały incydent mógł być obserwowany przez jakiegoś donosiciela.
Informatorzy Szarych Lordów nie spali. Tadiri słyszał wiele niepokojących rzeczy o aresztowanych regularnie Llaelijczykach, w większości deportowanych do khadoriańskich obozów pracy na dalekiej północy, czasami jednak traconych w publicznych kaźniach od ręki bądź nawet znikających bez śladu. Wśród tych ostatnich najczęściej natrafić można było na żołnierzy llaelijskiej armii, podejrzewanych o współudział w tworzeniu ruchu oporu, oraz ludzi obdarzonych magicznymi talentami, stanowiących dla okupantów nader łakomy kąsek.
Najeźdźcy byli zdolni do okrutnych czynów, kiedy uznawali do za konieczne. Dobitnie tego dowodził tragiczny los Riversmet, miasta skazanego na zagładę w zamiarze zastraszenia reszty broniącego się przed inwazją królestwa; miasta wytraconego w sposób tak bezwzględny, że ponoć nawet niektórzy khadoriańscy oficerowie wyrażali ostrożne zastrzeżenia co do zasadności tak okrutnej rzezi.
Co w obliczu takiej tragedii mogło znaczyć życie jednego pochwyconego na ulicy llaelijskiego magianika?
Przenocujmy na spokojnie, a następnego dnia na spotkanie z łącznikiem!
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
Merywyn; Gorim 21 ketash 606 OR, Przed południem
Lewis miał ochotę skakać z radości i tylko ogromnym wysiłkiem woli powstrzymywał się od nieokiełznanego wybuchu euforii. Przez kilkanaście miesięcy był więźniem kilku książek czytanych na struchu tak często, że mógł je cytować na wyrywki, nawet wybudzony z głębokiego snu. Nic więc dziwnego, że nioczekiwane wyjście na zewnątrz było dla niego niczym spełnienie największych marzeń. Szedł ulicami Merywynu podskakując i uśmiechając się życzliwie do przechodniów i tym samym wzbudzając zrozumiały niepokój swoich współtowarzyszy. Warcaster chłonął każdy promień słońca, radośnie mrużąc oczy. Smród mijanego targu rybnego, wrzaski kupców, były cudowną odmianą od stęchlizny poddasza i szelestu przewracanych bezustannie kart papieru.
Amistead swoim zachowaniem zwracał na siebie uwagę i Tardiri zaczął się nawet w skrytości ducha zastanawiać, czy rozpuszczana plotka o szaleństwie mieszkańca poddasza nie jest przypadkiem smutną prawdą. Szybko doszedł jednak do wniosku, że pewnie sam w takiej sytuacji zachowywałby się jak spuszczony z łańcucha pies, nie potrafiący nacieszyć się do końca pełnią wolności. Co innego jeszcze zaprzątało myśli magianika. Wczoraj nieco zbyt ostro zareagował w ulicznej bójce manifestując swoje arkaniczne zdolności. Zrobił to niemal automatycznie, z wyuczoną w Akademii praktyką. Wiedział jednak, że jego sztuczka została dostrzeżona przez gapiów. Tajemne znaki formujące się w fosforyzujące geometryczne wzory, których nie sposób było przeoczyć. Falko modlił się teraz do Morrowa, żeby nikt nie wpadł na pomysł doniesienia o dzikim magianiku okupantowi. Osoby parające się magią niemal wyłącznie miały wojskowe korzenie, co Khardyjscy najeźdzcy bardzo skrupulatnie odnotowywali. Od momentu powrotu do Merywynu, Tardiri skwapliwie krył się ze swoim talentem, udając prostego rzemieślnika i skupiając się zamówieniach, które nawet nie mogły rzucić cienia podejrzenia, że może parać się czymś więcej niż tylko rzemiosłem.
W końcu cała szóstka uśpionych agentów wyszła z zaułków Rue Cotan i przebywszy Wielki Kanał na pokładzie jednego z setek prywatnych promów, znalazła się w kwartale portowym miasta. Port stanowił źródło utrzymania sporej części klasy niższej i średniej. Pośród składów celnych, magazynów, kupieckich faktorii pełno było dokerów, flisaków i różnej maści parobotów. Cała ciżba ludzi krzątała się pracując, ale nie sposób było wspomnieć o wielkiej rzeszy, która żyła dzięki portowym pracownikom: od ulicznych sprzedawców wypieków, przez ladacznice, karczmarzy, przestępców, aż po najemne kompanie, strzegące towarów w nieprzyjemnej okolicy jakim stawały się kwartały portu po zmroku.
Przeszli przez bramę wewnętrzną oddzielającą port od bogatych dzielnic Merywynu. Zabudowa diametralnie różniła się od zakątków Rue Cotan czy poru. Wąskie uliczki ustąpiły miejsca szerokim bulwarom, pełnym bibliotek, galerii sztuki, sal muzycznych oraz teatrów. Zdawać by się mogło, że jest się w zupełnie innym świecie. Tym bardziej, że z trudnego do ominięcia mrowia ludzi, szli teraz niemal ustym bulwarem, na końcu którego majaczyła w oddali majestatyczna Katedra pod wezwaniem świętego Rowana. Jaqcues bywał już w tej okolicy, nawet częściej niżby się można było domyślać. Okoliczne okazałe kamienice były
mu znane. Choćby ta, nad której bramą dumnie powiewała czerwona flaga, a całe otoczenie odgradzały kolczaste zasieki i kilkunastu wyprostowanych jak struna strażników. Kiedyś była to rezydencja Lorda Longbottoma, ambasadora Cygnaru. Teraz kwatery wysoko postawionych oficerów armi "wyzwoleńczej", jak lubili się określać najeżdzcy, a dla Tardiriego, Mime'a, Podolskiego brzmiało to jak największe szyderstwo.
Szybko minęli ten budynek, bo tutejsze straże, wsparte kilkoma Asami, miały niemiły zwyczaj profilaktycznego strzelania do wszystkiego co podejrzane. Tardiri i Armistead wcale nie dziwili się takim środkom "zapobiegawczym". Ruchowi oporu udało się kilkakrotnie dokonać zamachów bombowych i choć nie wyrządzili wielkich szkód, to okupant wolał dmuchać na zimne i co poniektóre "luksusowe" koszary zamieniono w istne twierdze.
Nie dane było imwejść się do samej Katedry. Minęli tylko ogromną świątynie i skręcili w Zachodnią Arterię, szeroki pasaż wiodący do Zachodniego Wielkiego Mostu. Skręcając, Falko przeżegnał się znakiem Morrowa. Święty Rowan musiał czuwać całą wojnę nad świątynią swego imienia, bowiem nawet pomimo zaciętych ulicznych walk i mocnego bombardowania, przybytek cudem nie ucierpiał w ogniu walk.
W końcu minęli kurtynowe mury miejskie, gdzie wciąż jeszcze murarze w pocie czoła naprawiali szkody wyrządzone ponad rok temu podczas oblężenia. Zachodnią bramą wyszli nad brzeg Czarnej Rzeki, szeroko rozpływającej się zakolem wokół miasta. Nad nurtem rzucony był jeden z największych, zwodzonych mostów jaki można było zobaczyć w Immorenie. Szerokim na kilka wozów i znacznie wyższym niźli miejskie mury.
Kilkanaście minut później byli już na Zarzeczu. Wszędzie było czuć zapach świeżego drewna. Widać było dziesiątki cieśli, murarzy, a znaczna ich część nawet nie mówiła po llaelsku. To byli khardyjscy osadnicy, sprowadzeni do Merywynu, aby pomóc w odbudowie miasta. Zarzecze chyba najbardziej z całej stolicy odczuło skutki wojny. Zarzecze jeszcze przed oblężeniem spalono do gołej ziemi, a potem pośpiesznie usypano całe mile szańców bastejowych, które dawały przez długi czas zacięty odpór Gwardii Zimowej. Jak okiem sięgnać, można było widzieć wstęgi wałów, okopów i bastionów. Wciąż jeszcze widać było niezrównane, teraz zarośnięte trawą leje po pociskach, a gdzieniegdzie walały się nawet zniszczone paroboty i sprzęt wojenny. Bardziej jednak od strat wojennych rzucały się w oczy wspólne efekty pracy Khardów i Llaelczyków. W miejsce spalonych domów budowano nowe, murowane kamienice. Dziesiątki równych budynków z czerownej cegły już stało i było schronieniem dla setek, jeśli nie tysięcy mieszkanców. W jednej z takich kamienic miał miescić się "sklep" ich rezydenta. Dennison wskazał palcem na jeden z szyldów:
[center]"Sklad celny i sprzedaz towarow wszelakych po cenach wielce przystepnych"[/center]
Lewis miał ochotę skakać z radości i tylko ogromnym wysiłkiem woli powstrzymywał się od nieokiełznanego wybuchu euforii. Przez kilkanaście miesięcy był więźniem kilku książek czytanych na struchu tak często, że mógł je cytować na wyrywki, nawet wybudzony z głębokiego snu. Nic więc dziwnego, że nioczekiwane wyjście na zewnątrz było dla niego niczym spełnienie największych marzeń. Szedł ulicami Merywynu podskakując i uśmiechając się życzliwie do przechodniów i tym samym wzbudzając zrozumiały niepokój swoich współtowarzyszy. Warcaster chłonął każdy promień słońca, radośnie mrużąc oczy. Smród mijanego targu rybnego, wrzaski kupców, były cudowną odmianą od stęchlizny poddasza i szelestu przewracanych bezustannie kart papieru.
Amistead swoim zachowaniem zwracał na siebie uwagę i Tardiri zaczął się nawet w skrytości ducha zastanawiać, czy rozpuszczana plotka o szaleństwie mieszkańca poddasza nie jest przypadkiem smutną prawdą. Szybko doszedł jednak do wniosku, że pewnie sam w takiej sytuacji zachowywałby się jak spuszczony z łańcucha pies, nie potrafiący nacieszyć się do końca pełnią wolności. Co innego jeszcze zaprzątało myśli magianika. Wczoraj nieco zbyt ostro zareagował w ulicznej bójce manifestując swoje arkaniczne zdolności. Zrobił to niemal automatycznie, z wyuczoną w Akademii praktyką. Wiedział jednak, że jego sztuczka została dostrzeżona przez gapiów. Tajemne znaki formujące się w fosforyzujące geometryczne wzory, których nie sposób było przeoczyć. Falko modlił się teraz do Morrowa, żeby nikt nie wpadł na pomysł doniesienia o dzikim magianiku okupantowi. Osoby parające się magią niemal wyłącznie miały wojskowe korzenie, co Khardyjscy najeźdzcy bardzo skrupulatnie odnotowywali. Od momentu powrotu do Merywynu, Tardiri skwapliwie krył się ze swoim talentem, udając prostego rzemieślnika i skupiając się zamówieniach, które nawet nie mogły rzucić cienia podejrzenia, że może parać się czymś więcej niż tylko rzemiosłem.
W końcu cała szóstka uśpionych agentów wyszła z zaułków Rue Cotan i przebywszy Wielki Kanał na pokładzie jednego z setek prywatnych promów, znalazła się w kwartale portowym miasta. Port stanowił źródło utrzymania sporej części klasy niższej i średniej. Pośród składów celnych, magazynów, kupieckich faktorii pełno było dokerów, flisaków i różnej maści parobotów. Cała ciżba ludzi krzątała się pracując, ale nie sposób było wspomnieć o wielkiej rzeszy, która żyła dzięki portowym pracownikom: od ulicznych sprzedawców wypieków, przez ladacznice, karczmarzy, przestępców, aż po najemne kompanie, strzegące towarów w nieprzyjemnej okolicy jakim stawały się kwartały portu po zmroku.
Przeszli przez bramę wewnętrzną oddzielającą port od bogatych dzielnic Merywynu. Zabudowa diametralnie różniła się od zakątków Rue Cotan czy poru. Wąskie uliczki ustąpiły miejsca szerokim bulwarom, pełnym bibliotek, galerii sztuki, sal muzycznych oraz teatrów. Zdawać by się mogło, że jest się w zupełnie innym świecie. Tym bardziej, że z trudnego do ominięcia mrowia ludzi, szli teraz niemal ustym bulwarem, na końcu którego majaczyła w oddali majestatyczna Katedra pod wezwaniem świętego Rowana. Jaqcues bywał już w tej okolicy, nawet częściej niżby się można było domyślać. Okoliczne okazałe kamienice były
mu znane. Choćby ta, nad której bramą dumnie powiewała czerwona flaga, a całe otoczenie odgradzały kolczaste zasieki i kilkunastu wyprostowanych jak struna strażników. Kiedyś była to rezydencja Lorda Longbottoma, ambasadora Cygnaru. Teraz kwatery wysoko postawionych oficerów armi "wyzwoleńczej", jak lubili się określać najeżdzcy, a dla Tardiriego, Mime'a, Podolskiego brzmiało to jak największe szyderstwo.
Szybko minęli ten budynek, bo tutejsze straże, wsparte kilkoma Asami, miały niemiły zwyczaj profilaktycznego strzelania do wszystkiego co podejrzane. Tardiri i Armistead wcale nie dziwili się takim środkom "zapobiegawczym". Ruchowi oporu udało się kilkakrotnie dokonać zamachów bombowych i choć nie wyrządzili wielkich szkód, to okupant wolał dmuchać na zimne i co poniektóre "luksusowe" koszary zamieniono w istne twierdze.
Nie dane było imwejść się do samej Katedry. Minęli tylko ogromną świątynie i skręcili w Zachodnią Arterię, szeroki pasaż wiodący do Zachodniego Wielkiego Mostu. Skręcając, Falko przeżegnał się znakiem Morrowa. Święty Rowan musiał czuwać całą wojnę nad świątynią swego imienia, bowiem nawet pomimo zaciętych ulicznych walk i mocnego bombardowania, przybytek cudem nie ucierpiał w ogniu walk.
W końcu minęli kurtynowe mury miejskie, gdzie wciąż jeszcze murarze w pocie czoła naprawiali szkody wyrządzone ponad rok temu podczas oblężenia. Zachodnią bramą wyszli nad brzeg Czarnej Rzeki, szeroko rozpływającej się zakolem wokół miasta. Nad nurtem rzucony był jeden z największych, zwodzonych mostów jaki można było zobaczyć w Immorenie. Szerokim na kilka wozów i znacznie wyższym niźli miejskie mury.
Kilkanaście minut później byli już na Zarzeczu. Wszędzie było czuć zapach świeżego drewna. Widać było dziesiątki cieśli, murarzy, a znaczna ich część nawet nie mówiła po llaelsku. To byli khardyjscy osadnicy, sprowadzeni do Merywynu, aby pomóc w odbudowie miasta. Zarzecze chyba najbardziej z całej stolicy odczuło skutki wojny. Zarzecze jeszcze przed oblężeniem spalono do gołej ziemi, a potem pośpiesznie usypano całe mile szańców bastejowych, które dawały przez długi czas zacięty odpór Gwardii Zimowej. Jak okiem sięgnać, można było widzieć wstęgi wałów, okopów i bastionów. Wciąż jeszcze widać było niezrównane, teraz zarośnięte trawą leje po pociskach, a gdzieniegdzie walały się nawet zniszczone paroboty i sprzęt wojenny. Bardziej jednak od strat wojennych rzucały się w oczy wspólne efekty pracy Khardów i Llaelczyków. W miejsce spalonych domów budowano nowe, murowane kamienice. Dziesiątki równych budynków z czerownej cegły już stało i było schronieniem dla setek, jeśli nie tysięcy mieszkanców. W jednej z takich kamienic miał miescić się "sklep" ich rezydenta. Dennison wskazał palcem na jeden z szyldów:
[center]"Sklad celny i sprzedaz towarow wszelakych po cenach wielce przystepnych"[/center]
Taka krótka wycieczka krajoznawcza po Merywynie. Większość zmyśliłem, posiłkując się szczątkowymi informacjami na temat miasta i znalezioną w necie MAPKĄ. Także proszę o wyrozumiałość jeśli dopusciłem się jakiś karygodnych błędów. Postaram się jak najszybciej pociągnąć całość dalej ale pracuję cały weekend więc może być kiepsko.
Zakładam, że Rue Cotan to południowo-wschodnia część miasta, a Zarzecze, wiadomo na zachodnim brzegu Czarnej Rzeki. Ta luksusowa dzielnica jest mniej więcej po środku, za wewnętrznym murem, który oddziela ją od południa od kwartałów portowych. A ta wielka czarna kropa po środku to Katedra Morrowa, pod wezwaniem św Rowana.
Do gry dołączają teraz już całkiem oficjalnie MagnusAgenda i Waylander ze swoimi postaciami. Ominęła ich zadyma pod wyszynkiem, ale trudno. Grunt że grają.
Zakładam, że Rue Cotan to południowo-wschodnia część miasta, a Zarzecze, wiadomo na zachodnim brzegu Czarnej Rzeki. Ta luksusowa dzielnica jest mniej więcej po środku, za wewnętrznym murem, który oddziela ją od południa od kwartałów portowych. A ta wielka czarna kropa po środku to Katedra Morrowa, pod wezwaniem św Rowana.
Do gry dołączają teraz już całkiem oficjalnie MagnusAgenda i Waylander ze swoimi postaciami. Ominęła ich zadyma pod wyszynkiem, ale trudno. Grunt że grają.
Przed wejściem Dennison Kendrik zdjął szeroki kapelusz ,otrzepał płaszcz,po czym wszedł zaraz za Podolskim,gestem ponaglając pozostałych.
-Śpieszmy,śpieszmy.
-Śpieszmy,śpieszmy.
Techniczny :
mapka niewiele mi mówi,ale opis miasta interesujący. Warto się wzorować.
mapka niewiele mi mówi,ale opis miasta interesujący. Warto się wzorować.
"Mieli do wyboru wojn? lub ha?b?, wybrali ha?b?, a wojn? b?d? mieli tak?e"
- Zaczekam tu chwilę i upewnie się, że nikt nas nie śledzi. Zaraz do was dołączę - odpowiedział Drake, znikając w jeden z uliczek
Robię parę rundek wokoło budynku, sprawdzając ewentualny ogon i próbując zapamiętać rozkład ulic, uliczek i możliwych dróg ucieczek. Potem wchodzę (max 10 minut od opuszczenia towarzyszy).
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
MagnusAgenda
- Reactions:
- Posty: 8
- Rejestracja: 03 października 2013, 17:57
Jacques Mime myślał o nocy w której porwano jego rodzinę. Jemu trochę czasu dała pułapka zamontowana w drzwiach w czasie ataku. Żałował, że w każdym pokoju nie zamontował ukrytego granatu ogłuszającego, ale nie wpadł na ten pomysł. Cholerny egoista. Ta myśl krążyła po jego głowie od ponad roku. Na szczęście jego siostrzyczka Lili i matka Cleo przeżyły, ale bał się myśleć jakie okropieństwa przeżywają. Poprzysiągł zemstę zdrajcy dla którego pracował. - Gwarantował bezpieczeństwo, szubrawiec - powiedział cicho pod nosem. Butelka wina na stole była już pusta. Ostatnio zbyt często topił smutki w alkoholu. Jacques wstał, poprawił strój cieśli i wyrzucił butelkę przez okno.
BART EDIT: Nic nie widzisz przez okno, bo idziesz wraz z resztą agentów do siedziby rezydenta. Topienie smutków mogło odbyć się przed wyjściem, a wtedy widok z okna nie miał znaczenia:)
Ostatnio zmieniony 11 listopada 2013, 13:03 przez MagnusAgenda, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Merywyn; Gorim 21 ketash 606 OR, przed południem
Falko Tadiri rozejrzał się po ulicy, prześlizgując się wzrokiem po licznych przechodniach, skupiając swe spojrzenie na dłuższą chwilę na postaciach pary idących przeciwną stroną krasnoludów w obszytych lisimi futrami płaszczach.
Nikt nie przejawiał większego zainteresowania grupką wchodzących do celnego składu mężczyzn - a przynajmniej nikt nie sprawiał takiego wrażenia. Umbrianin odetchnął lekko, po czym przekroczył próg sieni budynku, opuszczając prawą rękę wzdłuż uda w taki sposób, by w razie konieczności docisnąć przycisk zwalniający sprężynę noża do metalowego guza na swym pasie.
Falko Tadiri rozejrzał się po ulicy, prześlizgując się wzrokiem po licznych przechodniach, skupiając swe spojrzenie na dłuższą chwilę na postaciach pary idących przeciwną stroną krasnoludów w obszytych lisimi futrami płaszczach.
Nikt nie przejawiał większego zainteresowania grupką wchodzących do celnego składu mężczyzn - a przynajmniej nikt nie sprawiał takiego wrażenia. Umbrianin odetchnął lekko, po czym przekroczył próg sieni budynku, opuszczając prawą rękę wzdłuż uda w taki sposób, by w razie konieczności docisnąć przycisk zwalniający sprężynę noża do metalowego guza na swym pasie.
Zabrałem jak zwykle płaszcz i nóż w sprężynowej pochwie.