Merywyn; Gorim 21 ketash 606 OR, Przed południem
Lewis miał ochotę skakać z radości i tylko ogromnym wysiłkiem woli powstrzymywał się od nieokiełznanego wybuchu euforii. Przez kilkanaście miesięcy był więźniem kilku książek czytanych na struchu tak często, że mógł je cytować na wyrywki, nawet wybudzony z głębokiego snu. Nic więc dziwnego, że nioczekiwane wyjście na zewnątrz było dla niego niczym spełnienie największych marzeń. Szedł ulicami Merywynu podskakując i uśmiechając się życzliwie do przechodniów i tym samym wzbudzając zrozumiały niepokój swoich współtowarzyszy. Warcaster chłonął każdy promień słońca, radośnie mrużąc oczy. Smród mijanego targu rybnego, wrzaski kupców, były cudowną odmianą od stęchlizny poddasza i szelestu przewracanych bezustannie kart papieru.
Amistead swoim zachowaniem zwracał na siebie uwagę i Tardiri zaczął się nawet w skrytości ducha zastanawiać, czy rozpuszczana plotka o szaleństwie mieszkańca poddasza nie jest przypadkiem smutną prawdą. Szybko doszedł jednak do wniosku, że pewnie sam w takiej sytuacji zachowywałby się jak spuszczony z łańcucha pies, nie potrafiący nacieszyć się do końca pełnią wolności. Co innego jeszcze zaprzątało myśli magianika. Wczoraj nieco zbyt ostro zareagował w ulicznej bójce manifestując swoje arkaniczne zdolności. Zrobił to niemal automatycznie, z wyuczoną w Akademii praktyką. Wiedział jednak, że jego sztuczka została dostrzeżona przez gapiów. Tajemne znaki formujące się w fosforyzujące geometryczne wzory, których nie sposób było przeoczyć. Falko modlił się teraz do Morrowa, żeby nikt nie wpadł na pomysł doniesienia o dzikim magianiku okupantowi. Osoby parające się magią niemal wyłącznie miały wojskowe korzenie, co Khardyjscy najeźdzcy bardzo skrupulatnie odnotowywali. Od momentu powrotu do Merywynu, Tardiri skwapliwie krył się ze swoim talentem, udając prostego rzemieślnika i skupiając się zamówieniach, które nawet nie mogły rzucić cienia podejrzenia, że może parać się czymś więcej niż tylko rzemiosłem.
W końcu cała szóstka uśpionych agentów wyszła z zaułków Rue Cotan i przebywszy Wielki Kanał na pokładzie jednego z setek prywatnych promów, znalazła się w kwartale portowym miasta. Port stanowił źródło utrzymania sporej części klasy niższej i średniej. Pośród składów celnych, magazynów, kupieckich faktorii pełno było dokerów, flisaków i różnej maści parobotów. Cała ciżba ludzi krzątała się pracując, ale nie sposób było wspomnieć o wielkiej rzeszy, która żyła dzięki portowym pracownikom: od ulicznych sprzedawców wypieków, przez ladacznice, karczmarzy, przestępców, aż po najemne kompanie, strzegące towarów w nieprzyjemnej okolicy jakim stawały się kwartały portu po zmroku.
Przeszli przez bramę wewnętrzną oddzielającą port od bogatych dzielnic Merywynu. Zabudowa diametralnie różniła się od zakątków Rue Cotan czy poru. Wąskie uliczki ustąpiły miejsca szerokim bulwarom, pełnym bibliotek, galerii sztuki, sal muzycznych oraz teatrów. Zdawać by się mogło, że jest się w zupełnie innym świecie. Tym bardziej, że z trudnego do ominięcia mrowia ludzi, szli teraz niemal ustym bulwarem, na końcu którego majaczyła w oddali majestatyczna Katedra pod wezwaniem świętego Rowana. Jaqcues bywał już w tej okolicy, nawet częściej niżby się można było domyślać. Okoliczne okazałe kamienice były
mu znane. Choćby ta, nad której bramą dumnie powiewała czerwona flaga, a całe otoczenie odgradzały kolczaste zasieki i kilkunastu wyprostowanych jak struna strażników. Kiedyś była to rezydencja Lorda Longbottoma, ambasadora Cygnaru. Teraz kwatery wysoko postawionych oficerów armi "wyzwoleńczej", jak lubili się określać najeżdzcy, a dla Tardiriego, Mime'a, Podolskiego brzmiało to jak największe szyderstwo.
Szybko minęli ten budynek, bo tutejsze straże, wsparte kilkoma Asami, miały niemiły zwyczaj profilaktycznego strzelania do wszystkiego co podejrzane. Tardiri i Armistead wcale nie dziwili się takim środkom "zapobiegawczym". Ruchowi oporu udało się kilkakrotnie dokonać zamachów bombowych i choć nie wyrządzili wielkich szkód, to okupant wolał dmuchać na zimne i co poniektóre "luksusowe" koszary zamieniono w istne twierdze.
Nie dane było imwejść się do samej Katedry. Minęli tylko ogromną świątynie i skręcili w Zachodnią Arterię, szeroki pasaż wiodący do Zachodniego Wielkiego Mostu. Skręcając, Falko przeżegnał się znakiem Morrowa. Święty Rowan musiał czuwać całą wojnę nad świątynią swego imienia, bowiem nawet pomimo zaciętych ulicznych walk i mocnego bombardowania, przybytek cudem nie ucierpiał w ogniu walk.
W końcu minęli kurtynowe mury miejskie, gdzie wciąż jeszcze murarze w pocie czoła naprawiali szkody wyrządzone ponad rok temu podczas oblężenia. Zachodnią bramą wyszli nad brzeg Czarnej Rzeki, szeroko rozpływającej się zakolem wokół miasta. Nad nurtem rzucony był jeden z największych, zwodzonych mostów jaki można było zobaczyć w Immorenie. Szerokim na kilka wozów i znacznie wyższym niźli miejskie mury.
Kilkanaście minut później byli już na Zarzeczu. Wszędzie było czuć zapach świeżego drewna. Widać było dziesiątki cieśli, murarzy, a znaczna ich część nawet nie mówiła po llaelsku. To byli khardyjscy osadnicy, sprowadzeni do Merywynu, aby pomóc w odbudowie miasta. Zarzecze chyba najbardziej z całej stolicy odczuło skutki wojny. Zarzecze jeszcze przed oblężeniem spalono do gołej ziemi, a potem pośpiesznie usypano całe mile szańców bastejowych, które dawały przez długi czas zacięty odpór Gwardii Zimowej. Jak okiem sięgnać, można było widzieć wstęgi wałów, okopów i bastionów. Wciąż jeszcze widać było niezrównane, teraz zarośnięte trawą leje po pociskach, a gdzieniegdzie walały się nawet zniszczone paroboty i sprzęt wojenny. Bardziej jednak od strat wojennych rzucały się w oczy wspólne efekty pracy Khardów i Llaelczyków. W miejsce spalonych domów budowano nowe, murowane kamienice. Dziesiątki równych budynków z czerownej cegły już stało i było schronieniem dla setek, jeśli nie tysięcy mieszkanców. W jednej z takich kamienic miał miescić się "sklep" ich rezydenta. Dennison wskazał palcem na jeden z szyldów:
[center]"Sklad celny i sprzedaz towarow wszelakych po cenach wielce przystepnych"[/center]
Taka krótka wycieczka krajoznawcza po Merywynie. Większość zmyśliłem, posiłkując się szczątkowymi informacjami na temat miasta i znalezioną w necie
MAPKĄ. Także proszę o wyrozumiałość jeśli dopusciłem się jakiś karygodnych błędów. Postaram się jak najszybciej pociągnąć całość dalej ale pracuję cały weekend więc może być kiepsko.
Zakładam, że Rue Cotan to południowo-wschodnia część miasta, a Zarzecze, wiadomo na zachodnim brzegu Czarnej Rzeki. Ta luksusowa dzielnica jest mniej więcej po środku, za wewnętrznym murem, który oddziela ją od południa od kwartałów portowych. A ta wielka czarna kropa po środku to Katedra Morrowa, pod wezwaniem św Rowana.
Do gry dołączają teraz już całkiem oficjalnie MagnusAgenda i Waylander ze swoimi postaciami. Ominęła ich zadyma pod wyszynkiem, ale trudno. Grunt że grają.