Rozpędzony niczym parowóz Motłoch rozłupał nadwątloną część ściany. Zamrugał oczami lekko ogłuszony, stary mur choć na pierwszy rzut oka wydawał się ledwo trzymać w posadach był budowany w solidniejszych czasach.
Jelcynow wyparował tuż za nim. Motłoch rozglądał się po okolicy.
Wszystko to same rozpieprzone rudery szefie!
Ruszyli na oślep. Chwilę później w otworze pojawił się Kmicic, po nim Sasza. Tania przykuśtykała na końcu.
Niedźwiedź zerknął na więźnia. Spokojna ocena sytuacji wyższego z tych dwóch. Pewny siebie krok. Gość wiedział, dokąd zmierza.
A przynajmniej miał pomysł.
[center]***[/center]
Wpadli między szare domy, w wąską uliczkę wypełnioną odpadami przemysłowymi, potem przez mur. Motłoch przerzucił Tanię. Wyciągnęła ręce, by upaść jak worek puszek, lecz było za późno. Cyberdłonie przebiły pordzewiałą warstwę blaszanego kosza, robiąc cholernie dużo hałasu.
Zamarli w bezruchu nasłuchując pościgu. Oparci o mur. Nieruchomi.
Cisza.
Pognali dalej. Kmicic prowadził ich, klucząc, zmieniając tempo i kierunek marszu. Był jak zahipnotyzowany.
Wreszcie je dostrzegł. Dominowały nad pustkowiem. Dwie wysokie wieże Katedry św. Barbary. Ich nagie mury z czerwonej cegły jakimś cudem oparły się wszechobecnej apokalipsie.
Kmicic czuł, że musi tam iść, daleko wgłąb. Tam gdzie nikt inny nie chodził.
Uciekali kilkanaście minut, lecz miał wrażenie, że odbył nieludzką wędrówkę, żeby tu dotrzeć.
Wewnętrzny przymus.
http://www.youtube.com/watch?v=5zvATEqY7dc -
podkładzik
Motłoch złapał go za kołnierz wskazując na okoliczne ruiny. Gdzieniegdzie spod pokrytych grubą warstwą oblepiającego wszystko szarego śniegu piętrzyły się nabazgrane olejem, krwią, smołą napisy szaleńczo umieszczone jeden na drugim.
NaKARM TER Z terAZ TaRaZ
GłodN E
Rozejrzeli się dookoła stając plecami do siebie. Dostrzegali je wszędzie. W poprzek, odwrotnie. Pisane różnym charakterem, lecz niewątpliwie wszystkie popełnione ręką obłąkanego.
CHCąą ZABIĆ NAS NAS ZABIĆ
Co To JeST MINuTa SKuRWySYNu
PRZESTAŃ PRZESTAŃ PAMIĘTAMY
Kmicic złapał goryla za rękę, chcąc wyrwać się z uchwytu. Motłoch niespecjalnie zareagował miast tego przykładając palec do ust.
Nie byli w tym miejscu sami.
Płacz kobiety. Przeradzający się w głośny szloch. Dobiegał zza wyłomu w ścianie. Najwyżej kilkanaście metrów stąd.