Idąc cały dzień w towarzystwie przewodników dotarliście do ich wioski.
Sprindald, spytał was czy zawsze ładujecie się w podobne wyprawy, tylko na podstawie pogłosek, bo Płomienia Assurbanipala nikt nie odnalazł, mimo, że wielu szukało miasta na pustyni, gdzie jest ponoć ukryty ów klejnot.
Szaman Goru okazał się lekko otyłym, i dość starym osobnikiem, ale trzymał się dobrze, witam was pogromcy zła, siadajcie i posilcie się.
W czasie jak jedliście szaman uraczył was opowieścią:
Ich plemię nie pochodziło z tej krainy. Sto pięćdziesiąt lat temu przybyli na ten płaskowyż i nadali mu imię swej poprzedniej ojczyzny. Kiedyś, w Starej Bogondzie, byli potężnym narodem żyjącym nad wielką rzeką daleko na południu. Wojny plemienne skruszyły ich potęgę. Wreszcie szczep uległ potężnemu najeźdźcy. Goru opowiadał legendy o wielkiej ucieczce. Przewędrowali tysiąc mil poprzez dżungle i bagniska, nieustannie nękani przez okrutnych wrogów.
Wreszcie, wyrąbując sobie przejście przez kraj dzikich kanibali, dotarli tutaj, bezpieczni od ludzkiej napaści, lecz zarazem więźniowie tego miejsca, z którego ani oni, ani ich potomkowie nie zdołają się wydostać.
Trafili do straszliwej Krainy Akaana. Goru dodał, że jego przodkowie za późno zrozumieli powody szyderczego śmiechu ludożerców, ścigających ich do samych granic płaskowyżu.
Lud Bogondy dotarł do terytorium obfitującego w wodę i zwierzynę. Było tu wiele kóz i pewien gatunek dzikiej świni, żyjącej tu w znacznej liczbie. Z początku ludzie zjadali te świnie, lecz potem z ważkich powodów zaczęli je oszczędzać. Trawiaste równiny pomiędzy płaskowyżem a dżunglą roiły się od antylop i bawołów.
Żyło tam też wiele lwów, które zapuszczały się nawet na sam płaskowyż.
Bogonda oznacza jednak zabójcę lwów i niewiele księżyców minęło, nim niedobitki wielkich kotów przeniosły się na niżej położone tereny. Lecz, jak prędko przekonali się przodkowie Goru, to nie tych bestii należało
się lękać.
Kiedy stwierdzili, że kanibale nie mają zamiaru ścigać ich poza pas sawanny i wypoczęli po długiej wędrówce, wybudowali dwie wsie, Górną i Dolną Bogondę. Znajdujecie się teraz w Górnej, zaś ruiny, które widzieliście, były jedynym, co pozostało z niżej położonej wioski, czyli z Dolnej Bogondy.
Wkrótce Murzyni pojęli, że trafili do krainy potworów o strasznych kłach i szponach. Nocą słyszeli uderzenia wielkich skrzydeł i widzieli przerażające kształty, które przesłaniały gwiazdy albo majaczyły na tle tarczy księżyca. Zdarzało się, że znikały dzieci, aż w końcu pewien młody łowca zabłądził między wzgórzami, gdzie zastała go noc. A o szarym świcie okaleczone,
na pół pożarte ciało spadło z nieba na główną ulicę wioski, zaś wybuch okrutnego śmiechu gdzieś na wysokości zmroził krew w żyłach przerażonych mieszkańców.
Niedługo potem Bogondi zrozumieli całą grozę swego położenia. Z początku skrzydlaci bali się ludzi, ukrywali się i tylko nocą wylatywali ze swych jaskiń, lecz z czasem stawali się coraz zuchwalsi. Kiedyś w pełnym świetle dnia któryś z wojowników zestrzelił z łuku jednego z nich.
Potwory jednak przekonały się już, że potrafią zabijać ludzi. Śmiertelny krzyk konającego przywabił całe stado tych demonów. Runęły z nieba i na oczach współplemieńców rozerwały człowieka na strzępy.
Bogondi postanowili opuścić diabelską krainę. Setka wojowników wyruszyła w góry na poszukiwanie przejścia. Znaleźli strome zbocze, na które z trudem tylko mogli się wspiąć. Znaleźli też podziurawione jaskiniami urwiska.
Tam gnieździli się skrzydlaci.
Stoczono wtedy pierwszą zażartą bitwę między ludźmi a wampirami, zakończoną miażdżącym zwycięstwem tych ostatnich. Łuki i włócznie Murzynów okazały się bezużyteczne przeciw uzbrojonym w szpony potworom. Z całej setki, która wyruszyła w góry, nie przeżył nikt.
Akaana ścigały uciekających i ostatniego z nich dopadły w odległości strzału z łuku od wioski. Kiedy Bogondi zrozumieli, że nie ma nadziei na przebycie gór, postanowili wywalczyć sobie odwrót drogą, którą tu przyszli.
Na porośniętej trawą równinie stanęła przeciwko nim wielka horda ludożerców i po straszliwej, trwającej prawie cały dzień bitwie odepchnęła ich z powrotem, zdziesiątkowanych i załamanych.
Goru mówił, że gdy szalała walka, na niebie tłoczyły się ohydne stwory, zataczały kręgi i chichotały widząc ginących masami ludzi.
Ci, którzy pozostali przy życiu po dwóch bitwach, lizali rany i zgodnie z fatalistyczną filozofią czarnego człowieka godzili się z tym, co nieuniknione. Było ich około tysiąca pięciuset mężczyzn, kobiet i dzieci. Odbudowali swe chaty, zaczęli uprawiać ziemię i starali się przystosować do życia w cieniu koszmaru.
W tych dniach ludzi ptaków było bardzo wielu i gdyby chcieli, mogliby bez trudu zetrzeć Bogondi z powierzchni ziemi. Żaden z wojowników nie potrafił stawić czoła akaanie, który był silniejszy niż człowiek, atakował jak jastrząb, a gdy chybił, skrzydła wynosiły go poza zasięg kontrataku.
I tak oto nadeszli biali i żółtoskórzy wojownicy w waszych Osobach. Ci którzy z łatwością zabili akaanę.
Jakieś pytania?, co robicie?