Charter Hill; Apartament w budynku Concorde; Sat 25/08/2020 0815hrs
Gwałtowne szturchnięcie wybudziło Garcie ze snu.
- Ej kurwa wstawaj meksykański leniu! - Nad fixerem stał Wilson i nie był to najprzyjemniejszy widok. Szczególnie w porównaniu z gwiazdami porno o jakich znowu śnił Hector. Na zewnątrz był jeszcze półmrok i fixer półprzytomnie szacował, że musiało być cholernie wcześnie. Tak wcześnie, że nawet karierowicze z Petrochemu jeszcze spali.
- Ja pierdolę... Rano...Daj mi kurwa spokój. - Garcia zagadał coś bezskładnie, zamknął oczy i nakrył się kołdrą po uszy.
- Wstawaj! Już po ósmej! Sarah dzwoniła!
Garcia podniósł się gwałtownie. O ile godzina średnio go interesowała, to telefon od laski Czarnego jak najbardziej:
- I co?
- Najpierw to jebnij jakiegoś Tik-Taka bo Ci jedzie z kopary.
- Odwal się! Tobie za to Chanellem daje. - Burknął Hec, ale chuchął w ręce. Rzeczywiście, oddech jechał mu przetrawionym alkoholem i całą gamą średnio przyjemnych odorów z żołądka. Mdlący wyziew nie powstrzymał jednak ciekawości latynosa: - Co powiedziała? Mów!
- Nie wiem do chuja. Dopiero mnie Czarny obudził. Przed chwilą skończył z nią gadać.
Hector zwlókł się z łóżka. Za oknem panował kompletny smog, który w połączeniu z kwaśnym deszczem niemal zupełnie blokował dostęp swiatła słonecznego. Wraz z Wilsonem weszli do salonu. Przy stole stał technik w slipkach i przymałej koszulce do spania. Sprawiał dość pocieszny widok, ale zarówno Wilson jak i Garcia byli żywo zainteresowani czymś innym niż śmiechawą z Eugene'a:
- I??? - Wymownie zapytał latynos.
- Można go drapnąć od zaraz. Jest w Strefie, STREFIE. - Podkreślił Czarny, mając na myśli południowo-wschodnią część Strefy Walki. Obszar zrujnowanych domków jednorodzinnych wybudowanych w ubiegłym stuleciu, teraz będący rejonem całkowicie poza jakąkolwiek kontrolą. Tam ukrywali najgorsi przestępcy, cyberpsychole, którzy mieli jeszcze jakoeś przebłyski świadomości. Tam żyli najgorsi, stoczeni na samo dno narkomani, alkoholicy, wszelkiej maści looserzy. O ile jeszcze w terenach industrialnych czasem można było zobaczyć policje, to "na domkach" były to tylko pancerne wozy, przyjeżdżające tu tylko w naprawdę wyjątkowych okolicznościach i AVki Max-Tac'u, popularnie zwanego Cybersquadem.
Czarny pokazał chłopakom wyświetlacz telefonu z zaznaczoną na satelitarnej mapie kropką:
- Tu jest adres. - O ile można było mówić o adresie. Bardziej na zachód, w okolicach portu, czy nawet tam gdzie punki odbiły Sarę, parcele były w systemie miejskim. Można było pod taki adres zamówić paczkę z DHL. Ale okolica w której skrył się Lewy była pozbawiona jakiegokolwiek podziału adminstracyjnego. Oficjalnie nie istnaił taki rejon. Ulice były po prostu ulicami, a domy nie miały numerów. No chyba, że jakieś cyferki uchowały się jeszcze na drzwiach. Nawet mało które telefony miały zasięg na tym wydupiu. Texhnik dodał jeszcze:
- To jakaś różowa ruina. Podobno nie sposób nie dostrzec.
- Chuja różowego dostrzeżesz w tej zjebanej mgle a nie domek! - Wilson stwierdził oczywisty fakt: - Ale przynajmniej nas nikt nas nie dostrzeże.
Pogoda Wam sprzyja. Mgła ogranicza widoczność do kilku metrów. Dane, gdzie jest booster macie. Wszystko w Waszych rękach.
Mamdość spokoju w pracy na razie, to skrobnąłem trochę:)