Kolejna wizja Chen Shu, wszyscy ją widzą, tym razem okazuje się, że Amalryk zetknął się z królem akwilonii Conanem, gdy ten był najemnikiem. Wizja dostarcza jednak pewnych ważnych informacji o Tombalku. A jego królowie, zdradzili księcia Unguriusa, raczej jeden z nich. Tym razem wizja z Lisą, jaka ocalił Amalryk, wydaje się mieć miejsce kila lat temu. Autorem jest R.E. Howard, ja tylko przytaczam fragment jednego z opowiadań, jako wizję Chen Shu, dla klimatu.
W miarę jak nadciągała noc, zbliżali się też czarni jeźdźcy. Amalryk spojrzał na Lissę i
jęknął. Jego koń potknął się i upadł. Słońce skryło się za widnokręgiem; cień w kształcie
nietoperza zasłonił księżyc. W zupełnej ciemności krwawo płonęły gwiazdy i Akwilończyk
usłyszał za sobą narastający poszum, jakby nadciągającej burzy. W mroku majaczył
czarniejszy, pędzący obłok, rozświetlany iskrami upiornego światła.
Jedź, dziewczyno! wykrzyknął z rozpaczą. Dalej, ratuj się! Oni chcą tylko mnie!
W odpowiedzi zsunęła się z wielbłąda i zarzuciła mu ramiona na szyję.
Umrę razem z tobą!
Siedem czarnych postaci gnało na nich jak wiatr; ich oczy gorzały pod kapturami jak ognie
na bagnach, a trupie szczęki zdawały się kłapać złowieszczo.
Nagle zaszło coś nieoczekiwanego: jakiś jeździec przemknął obok Amalryka i z głuchym
łoskotem wpadł na nadjeżdżających jeźdźców. W ciemności Akwilończyk dostrzegł ogromną
sylwetkę, usłyszał przeraźliwe rżenie koni i tubalny głos wołający coś w jakimś nieznanym
języku. Gdzieś opodal chór głosów odpowiedział na to wołanie.
Działo się coś dziwnego. Rozległ się tętent końskich kopyt i łoskot zadawanych ciosów;
ten sam stentorowy głos klął soczyście. Nagle księżyc wyłonił się zza chmur i oświetlił
niezwykłą scenę.
Człowiek na ogromnym wierzchowcu rąbał, siekł i kłuł powietrze. Z przeciwnej strony
nadjeżdżała chmara jeźdźców; w blasku księżyca migotały uniesione szable. W dali, za
szczytem wydmy znikało siedem czarnych postaci w płaszczach rozwianych jak skrzydła
nietoperzy.
Nadjeżdżający zeskoczyli z koni i całą ciżbą rzucili się na Amalryka, obalając go na
piasek. Żylaste ręce przycisnęły go do ziemi; ujrzał nad sobą brązowe, groźne twarze. Lissa
wrzasnęła.
Człowiek na wielkim koniu wjechał między napastników, roztrącając ich na prawo i lewo.
Przechylił się w siodle i spojrzał Amalrykowi w twarz.
Do diabła! ryknął. Amalryk z Akwilonii!
Conan! wykrzyknął zdumiony młodzieniec. Conanie! Ty żyjesz?
Jestem bardziej żywy, niż ty zdajesz się być odparł tamten. Na Croma, człowieku,
wyglądasz jakby wszystkie demony pustyni deptały ci po piętach. Cóż to za stwory cię
ścigały? Objeżdżałem obóz, który rozbili moi ludzie, i upewniałem się, że wróg nie czai się w
pobliżu, gdy nagle księżyc zgasł jak zdmuchnięta świeca i usłyszałem tętent kopyt.
Pojechałem w kierunku, z którego dochodził ten dźwięk i na Machę! wpadłem na nich,
zanim zrozumiałem, co się dzieje. Złapałem za miecz i zacząłem siec… Na Croma! Ich ślepia
jarzyły się w ciemnościach jak węgle! Wiem, że moje ostrze dosięgło niejednego; lecz gdy
wzeszedł księżyc, zniknęli jakby rozwiali się w powietrzu. Ludzie to byli czy demony?
Bestie wysłane z Piekieł zadrżał Amalryk. Nie pytaj: o pewnych sprawach lepiej
nie mówić głośno.
Conan nie naciskał, nie wyglądał też na zdumionego. Świat jego wierzeń obejmował
wampiry, upiory, gobliny i karły.
Ty potrafisz znaleźć kobietę nawet na pustyni rzekł, zerknąwszy na Lissę.
Dziewczyna przywarła do Amalryka
i obejmowała go mocno, spoglądając na otaczające ich, groźne postacie.
Wina!- ryknął Conan. Dajcie no bukłak! Migiem! Złapał podaną mu manierkę i
wepchnął ją w dłoń Akwilończyka.
Daj dziewczynie i sam też się napij poradził. Potem wsadzimy was na konie i
pojedziemy do obozu. Potrzebujecie jedzenia, wypoczynku i snu. Zadbam o to.
Przyprowadzono wierzgającego i tańczącego wierzchowca w bogato zdobionej uprzęży i
życzliwe ręce pomogły Amalrykowi usiąść w siodle. Podano mu dziewczynę i wraz z
gromadą brązowoskórych wojowników odzianych w malownicze łachmany pojechali na
południe. Niektórzy z nowych towarzyszy nosili maski zasłaniające całą twarz oprócz oczu.
Kto to jest? szepnęła Lissa, obejmując rękoma szyję ukochanego. Posadził ją przed
sobą na końskim grzbiecie.
To Conan Cymeryjczyk mruknął Amalryk. Ten, z którym wędrowałem przez
pustynię po klęsce armii najemników. A to są ci, którzy zastrzelili mu konia. Zostawiłem go
leżącego na piasku wyglądał na martwego. A teraz spotykamy go, jak dowodzi nimi i
najwyraźniej cieszy się ich szacunkiem.
To straszny człowiek szepnęła.
Uśmiechnął się.
Tak sądzisz, bo jeszcze nigdy nie widziałaś białego barbarzyńcy. On jest wędrowcem,
rabusiem i zabójcą, ale ma swój własny kodeks honorowy. Nie sądzę, żebyśmy musieli się go
obawiać.
W głębi duszy Amalryk nie był tego taki pewien. Właściwie można powiedzieć, że zerwał
więzy przyjaźni z Conanem, odjeżdżając i zostawiając go nieprzytomnego w rękach wrogów.
Jednak nie wiedział, że barbarzyńca żyje. Amalrykiem miotały wątpliwości. Bezgranicznie
lojalny względem swoich towarzyszy, dziki Cymeryjczyk nie widział powodu, aby nie
zabierać wszystkim pozostałym tego, czego potrzebował. Żył ze swego miecza. Amalryk z
trudem powstrzymał dreszcz na myśl o tym, co mogło się zdarzyć, gdyby Conan zapragnął
Lissy.
Nieco później, posiliwszy się i ugasiwszy pragnienie w obozowisku, Amalryk usiadł przy
ogniu płonącym przed namiotem Cymeryjczyka; Lissa, okryta jedwabnym płaszczem,
drzemała z głową na kolanach kochanka. Conan zasiadł naprzeciw; płomienie ogniska
migotały na jego twarzy, na przemian oświetlając ją i kryjąc w mroku.
Co to za ludzie? spytał młody Akwilończyk.
To jeźdźcy Tombalku odparł Cymeryjczyk.
Tombalku! wykrzyknął młodzieniec. A więc to nie mit!
Oczywiście, że nie! przytaknął Conan. Kiedy ten przeklęty koń padł pode mną,
uderzyłem się w głowę i straciłem przytomność, a kiedy ją odzyskałem, te łotry związały mi
już ręce i nogi. To mnie zezłościło, więc zerwałem kilka sznurów, którymi mnie skrępowali;
jednak wiązali mnie nowymi szybciej, niż nadążałem je zrywać nawet na chwilę nie
zdołałem oswobodzić choć jednej ręki. Mimo to uznali, że jestem niezwykle silny;
Amalryk bez słowa gapił się na Cymeryjczyka. Ten był równie wysoki i potężnie
zbudowany jak Tilutan, ale bez grama zbytecznego tłuszczu. Mógłby skręcić kark
Ghanatanina gołymi rękami.
Postanowili zanieść mnie do swego miasta, zamiast zabijać od razu mówił dalej
Conan. Uważali, że taki mężczyzna jak ja będzie długo umierał na torturach i dostarczy im
wspaniałej rozrywki. Tak więc przywiązali mnie do konia bez siodła i pojechaliśmy do
Tombalku.
Tombalku rządzą dwaj królowie. Zaprowadzili mnie przed nich. Chudy, brązowoskóry łotr
zwał się Zehbeh, a obok niego na tronie ze słoniowych kłów drzemał jakiś tłusty, wielki
Murzyn. Zehbeh spytał brązowoskórego kapłana, Daurę, co ma ze mną uczynić, a Daura
rzucił kostkami zrobionymi z owczych kości i powiedział, że trzeba mnie żywcem obedrzeć
ze skóry na ołtarzu Jhila. Tłum wydał radosny okrzyk i to obudziło czarnego króla.
Splunąłem Daurze w twarz i przekląłem go do siódmego pokolenia, razem z królami.
Powiedziałem im, że jeśli mają mnie obedrzeć ze skóry, to na Croma! żądam, żeby dali
mi się dobrze napić wina, nim zaczną, i nazwałem ich złodziejami, tchórzami oraz synami
dziwek.
Słysząc to, czarny król otworzył oko, usiadł i spojrzał na mnie. Później wstał i wrzasnął:
Amra!. Wtedy go poznałem. To był Sakumbe z plemienia Suba, gruby awanturnik,
którego dobrze znałem z czasów, gdy byłem korsarzem na Czarnym Wybrzeżu. Handlował kością
słoniową, złotym piaskiem i potrafiłby okpić nawet samego diabła. No, kiedy mnie poznał,
ten cuchnący stary łotr zszedł z tronu i uściskał mnie z radości, po czym rozwiązał mnie
własnymi rękami. Później oznajmił, że ja jestem Amra, Lew i jako jego przyjacielowi nie
wolno mi robić żadnej krzywdy.
Potem zaczęła się długa dyskusja, ponieważ Zehbeh i Daura chcieli mojej głowy. Jednak
Sakumbe zawołał czarodzieja, Askię i ten przybiegł cały w piórach, dzwoneczkach i
skórach węży typowy szaman, diabli pomiot z Czarnego Wybrzeża.
Askia potańczył, rzucił kilka zaklęć i oznajmił, że Sakumbe jest wybrańcem Czarnego
Ajujo i ma być, jak każe. Wszyscy czarni w Tombalku wznieśli głośny okrzyk i Zehbeh wziął
ogon pod siebie.
Bowiem to czarni stanowią siłę w Tombalku. Kilka wieków temu shemickie plemię
Aphaków ruszyło na pustynię i założyło królestwo Tombalku. Zmieszali się z czarnymi
mieszkańcami pustyni i powstał brązowoskóry lud o prostych włosach, bardziej podobny do
białych niż czarnych ludzi. Oni są rządzącą kastą w Tombalku. Jednak są w mniejszości i
obok ich króla na tronie zawsze zasiada drugi, czarnoskóry.
Aphakowie podbili nomadów zamieszkujących południowo-zachodnią pustynię oraz
murzyńskie plemiona ze stepów leżących na południu. Na przykład większość z tych
jeźdźców należy do plemienia Tibu i ma żyłach krew zarówno murzyńską, jak i stygijską.
Inni należą do szczepów Bigharma, Mindanga lub Borni.
Tak więc Sakumbe, dzięki Askii, jest prawdziwym władcą Tombalku. Aphakowie czczą
Jhila, ale czarni oddają cześć Czarnemu Ajujowi i jego krewniakom. Askia przybył do
Tombałku z Sakumbe i wskrzesił kult Ajuja, podupadły za przyczyną kapłanów Aphaków.
Sam czci również jakichś innych bogów, nie wiedzieć jak okropnych. Askia rzucił czary,
które okazały się silniejsze od zaklęć Aphaków i czarni obwołali go prorokiem przysłanym
przez bogów. Władza Sakumbe i Askii wzrosła, natomiast znaczenie Zehbeha i Daury
zmalało.
Ponieważ jestem przyjacielem Sakumbe i Askia ujął się za mną, czarni zgotowali mi
owacyjne przyjęcie. Sakumbe kazał otruć Kordofo, generała dowodzącego jazdą, i dał mi jego
stanowisko, co uradowało czarnych i przygnębiło Aphaków.
Spodoba ci się Tombalku! Jest jakby stworzone dla takich jak my! Pół tuzina wpływowych
stronnictw nieustannie knuje przeciw sobie intrygi. W tawernach i na ulicach wciąż zdarzają
się bójki, skrytobójstwa, pobicia i egzekucje. Są tam kobiety, wino i złoto - wszystko to,
czego potrzeba najemnikowi! A ja cieszę się władzą i królewską łaską! Na Croma, Amalryku,
nie mogłeś zjawić się w sposobniejszej chwili! No, o co chodzi? Nie wyglądasz na tak
uradowanego, jak niegdyś w takich chwilach.
Proszę, wybacz mi, Conanie rzekł Amalryk. To nie brak zainteresowania, lecz
ogarnęła mnie senność i zmęczenie.
Jednak Akwilończyk nie myślał o złocie, kobietach i intrygach, lecz o dziewczynie śpiącej
w jego ramionach. Nie cieszyła go myśl o wciąganiu jej w taki wir spisków i przelewu krwi,
jaki opisywał Conan. Amalryk zmienił się, choć sam niezbyt zdawał sobie z tego sprawę.
Ostrożnie dobierając słowa, rzekł:
Dopiero co uratowałeś nam życie, za co zawsze będę ci wdzięczny. Jednak nie mam
prawa przyjąć twojej szczodrej propozycji, bo odjechałem, zostawiając cię na pastwę
Aphaków. To prawda, że myślałem, iż nie żyjesz, ale Conan odchylił głowę w tył i ryknął grzmiącym,
szczerym śmiechem. Później klepnął młodzieńca w plecy, niemal rozciągając go na piasku.
Zapomnij o tym! Właściwie powinienem był nie żyć, a gdybyś próbował mnie ratować,
nadzialiby cię na włócznie jak żabę. Jedź z nami do Tombalku przydasz mi się!
Dowodziłeś oddziałem jazdy u Zapayo, prawda?
Tak, tak było.
No właśnie: potrzebuję adiutanta, który szkoliłby moich chłopców. Walczą jak dzikie
bestie, lecz bez ładu i składu, każdy z osobna. Razem możemy zrobić z nich prawdziwych
żołnierzy. Więcej wina! ryknął.