Rzeczna Puszcza, 11 dzień Ostatnich Siewów
Hod i Gerdur uprzątnęli naczynia ze stołu, więc najmici wstali niechętnie z ław, godząc się w duchu z końcem posiłku, luzując pasy i ocierając rękawami usta.
- Co teraz uczynicie? - zapytała Gerdur spoglądając na Ahraveena z uniesionymi nieznacznie brwiami - Naprawdę chcecie iść do Czarnygłazu?
- Breton ssam possedł, trzeba iśść go possukać - odparł zdecydowanym tonem jaszczur, poprawiając wsunięty za szeroki skórzany pas topór - A co wam wiadomo o tych ruinach?
- Bardzo stary kurhan, po części rozsypany w proch - wzruszyła ramionami góralka - Był na tej górze od zawsze, na długo od pobudowania tu osady. Od wielu pokoleń nie chowaliśmy tam żadnych zmarłych, my mamy cmentarzyk pod wezwaniem Arkaya zaraz za wioską.
- A chadza tam ktokolwiek? - zaciekawił się Llorvas - Zaglądacie na kurhan?
- A po co? - odpowiedział pytaniem Hod, wyraźnie niechętnie - To stare cmentarzysko, a takie miejsca bywają niebezpieczne. Zeszłego roku było tam kilku chłopaków, co zagubionych kóz szukali, pooglądali to i owo. Podobno wrota do kurhanu ciągle się na zawiasach obracają, a przecie całe wieki mają! Przedsionek ponoć gruzem zawalony, dalej bali się zapuszczać.
- Ale Breton tam poszedł? - upewnił się Llorvas - I nie chciał pomocy?
- On mi wygląda na takiego, co to lubi wszystko własnymi rękami robić - stwierdziła z nutą powątpiewania w głosie Gerdur - Wypytał tylko o najkrótszą drogę, a potem uszedł w las.
Jakieś dodatkowe pytania, czy wychodzimy wesołą gromadką na zewnątrz chaty?