Ghelog
Pozdrowienia dla Konrada Lewandowskiego
Ghelog zmiennokształtny, druid, sługa Malara, nadal polował, na agentów Władców, tym razem jednak coś również polowało na niego.Przeciągłe, wibrujące wycie wilkołaka rozległo się gdzieś w głębi mrocznego matecznika. Śpiew słowika urwał się, ucichły świerszcze. Nawet wiatr zamarł i wszystkie cienie znieruchomiały. Jeden tylko wielki, okrągły księżyc trwał niczym nie wzruszony, siejąc mocną, srebrzystą poświatą. Ghelog przystanął na moment i zwrócił głowę w stronę, z której doleciał go głos. Ocenił odległość. Było blisko. Za blisko.Ruszył dalej. Długim susem przesadził strumień i biegł, prawie nie dotykając spiczastych traw. Śpieszył się, lecz to nie strach go poganiał. Powodem był informacje jakie zdobył. Musiał zdążyć je przekazać.Wypadł z pomiędzy drzew na niewielką polanę i stanął jak wryty. Instynkt tylko na małą chwilę wyprzedził wzrok.
Teraz zobaczył. Przypadł do ziemi, jeżąc sierść na grzbiecie.- Jednak nie biegłem dość szybko, musiał obejść - pomyślał, patrząc na kształt, który wynurzył się przed nim.Wilkołak był zaskoczony, szedł przecież śladem człowieka, już wyobrażał sobie, smakował świeżą krew i ciepłe drgające jeszcze mięso, a tu...Dwie pary świecących oczu niemo wpatrywały się w siebie: czerwonosine wilkołaka i zielonkawe Gheloga.- Odejdzie, czy nie odejdzie? - zastanawiał się tygrysołak.
Wilczy lykantrop wahał się krótko. W ułamku sekundy, niczym błyskawica, runął do przodu.
Zakręcili się w opętańczym tańcu, a strzępy darni i fontanny ziemi rozpryskiwały się na wszystkie strony. Zwarli się ciasno i miotali tak gwałtownie, że Ghelog nawet nie usiłował wyciągnąć pazurów. Każda próba uwolnienia łap mogła mieć tylko jeden koniec: ucieczkę wilkołaka wraz z częścią jego nogi. Nie miał wyjścia ostro skręcając łeb, wgryzł się w krtań napastnika. Wycie zamieniło się w charkotliwy bełkot. Gdyby miał zęby takie, jak te, co wpiły się w niego, byłoby już po walce. Ale jego były krótsze i tkwiły w dużo mniejszej paszczy. Jednak zrobiły swoje - wilkołak puścił i w tym samym momencie uczynił to Ghelog. Odskoczyli od siebie.
Ghelog prychnął i warknął gardłowo. Odpowiedziało mu tylko chrypienie wilkołaka. Rzucił kilka szybkich spojrzeń. Napiął mięśnie. Miękkie opuszki rozchyliły się i potężne szpony w księżycowej poświacie rozbłysły jak polerowana stal.Wilkołak zamilkł, sprężył się i zaszarżował, rozchylając szczęki. Kły przeciw pazurom.
Cios wilkołaczych pazurów o włos minął bok Gheloga. Wilkołak na ułamek sekundy stracił równowagę, a malaryta natychmiast to wykorzystał tnąc pazurami. Trysnęła krew, wilkostwór zatoczył się do tyłu.
Zraniony wilkołak otworzył szeroko pysk warcząc z bólu. Z jego boku lała się krew, minie chwila zanim jego zdolności regeneracyjne zadziałają, a druid nie miał zamiaru dawać mu czasu. Czując szansę uderzył ponownie, orząc tors wroga pazurami. Krew była wszędzie, rozpalony walka tygrysołak uderzał raz za razem.
Krew była wszędzie, Ghelog czując swoją przewagę uderzył znowu. Ciężko ranny wilkołak odsłaniał się coraz bardziej. Zęby Gheloga zacisnęły się na barku wroga łamiąc kość obojczyka...
Najbliższe chwile wypełniły wściekłe ryki obu walczących bestii i zadawane z obu stron ciosy. Ghelog znów rozkrwawił przeciwnika, ale wilkołak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Jego zęby zacisnęły się na przedniej łapie druida upuszczając mu krwi.
Ghelog nie certoląc się wyrwał łapę z pyska wroga zostawiając mu kawałek ciała. Warcząc z bólu i wściekłości ponownie zagrabił pazurami brzuch wilkołaka, wyduszając z niego bolesne skomlenie.
Najbliższe chwile wypełniły zadawane z obu stron ciosy. Przeciwnicy nie odpuszczali nawet na chwilę jak to jest możliwe tylko między istotami które krew i ekstazę walki cenią wyżej niż własne życie. A Ghelog z każda chwila był coraz słabszy...
Mimo to walczył choć krew zalewała mu oczy. I w końcu...
Potwór leżał bez ruchu, nie wydając żadnego dźwięku, ale żył. Światło jak gdyby skupiło się nad nim, tworząc wyraźny, oddzielny snop łączący go ze świecącą wysoko na niebie tarczą. Ghelog podlegał tym samym prawom i wiedział, że oznacza to, iż żadna z ran, które zadał, nie jest tak naprawdę śmiertelna i chociaż starczyłoby ich do zabicia dziesięciu zwykłych ludzi, to jednak wilkołak ozdrowieje jeszcze tej samej nocy.I rzeczywiście: wyprute wnętrzności zaczęły się poruszać, początkowo bezładnie, lecz już po chwili, niczym wielkie białe glisty, z powrotem wpełzały do otwartego brzucha. W trawie coś zaszeleściło: nie musiał patrzeć, aby upewnić się, że tam toczy się teraz owo skrwawione oko, wlokąc za sobą odłupany kawałek czaszki.
Nie miał ochoty na nową walkę i wiedział, co powinien zrobić. Podszedł bez pośpiechu i lewą łapę oparł na gardle leżącego. Prawą uderzył mocno. Zwarł pazury, ściskając żebra i mostek jak chrust, w jeden pęczek. Pociągnął. Rozległ się ostry, wielokrotny trzask i chrzęszczące mlaśnięcie. Cisnął na bok wyrwany ochłap, po czym sięgnął po odsłonięte, trzepoczące źródło życia i mocy. Posoka bluzgnęła na boki. Podniósł się z sercem w łapach i patrzył. Tylko trzy rzeczy mogły pokonać moc magii nekrokreatywnej; srebrny pocisk lub miedziane ostrze albo pazury istoty pokrewnej - właśnie takiej jak on.
Niczym kawał szmaty rozerwał zdobycz na strzępy i rozrzucił. Reakcja była natychmiastowa; struga opalizującego światła postrzępiła się i zgasła, a wszelki ruch ustał. Zerknął w dół. Przemiana już nastąpiła... U stóp tygrysołaka leżał teraz zmasakrowany trup człowieka. Przyjrzał się: twarzy właściwie nie było, ale dłonie zabitego świadczyły, że musiał to być młody mężczyzna; mniej więcej w wieku Gheloga...- Jeśli rodzina odnajdzie go i jakimś cudem rozpozna - pomyślał - na zawsze pozostanie dla nich tylko ofiarą i nikt nigdy nie dowie się prawdy o nim...Zaniepokoił się; stracił przecież tak wiele czasu! Pośpiesznie pobiegł w noc.
Czy jestem szlachta? Jestem. Bo ju? zdarzy?o si? kogo? zaszlachtowa?, SZabl?, SZtachet?, SZtyletem i SZyndleria?skim SZlaparkiem.