PBF - Charleston by Night

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 11 września 2015, 07:55

"- Rolę wybierz sam..."

Nosferatu wyraźnie się rozluźnił. W zakamarkach umysłu Horacego coś drgnęło, była to rzadko dotykana pożądliwa struna skryta w jego wnętrzu. Właśnie ktoś ją potrącił malowanym tipsem.

- Rolę? Myślałem o takiej wiesz, nastrojowej i klimatycznej sesji w plenerze, w jakiś mrocznym miejscu żebyś czuła się swobodnie ze swoimi cieniami. A tak konkretnie to myślałem o kanałach. Można by cię też było nieco ubrudzić ekskrementami, żeby przydać nieco dychotomicznego wydźwięku przy prostym użyciu dwóch skrajności. Niezwykłego piękna i rynsztoku. Lubię tego typu skrajności... - uciekł gdzieś myślami w odległą pożądliwą część swego umysłu - Może się z raz poświęcisz dla sztuki moja droga?

Szybko jednak jego wzrok nabrał poprzedniej bystrości. Horacy oparł się ręką o sarkofag i westchnął.

- Nie okłamuję was. A poza tym ostatnio po prostu tyle się dzieje w moich sprawach. Nie sposób myśleć do końca logicznie w takiej sytuacji. Lubię to miasto i ten klimat, który roztacza ale ostatnio wydaje mi się, że kanał i moje miasto jakby zamieniły się miejscami. Bo w naturze czystsze przeważnie jest na górze. Trudno też nagle wydobyć z łepetyny informacje zbierane przez te wieki kiedy tu żyłem i rzucić nagle wam na stół niczym asa z rękawa. Jeb, macie tu jest rozwiązanie. Nie, sorry nic z tych rzeczy.

- Przez gros czasu żyłem na marginesie, angażując się jedynie w sprawy rodzinne kiedy sytuacja tego wymagała. Na przykład kiedy z kurtuazyjną wizytą odwiedzali nas kuzyni z Sabatu. Natomiast cała ta polityka i knucie po elizjach, to po prostu mnie nigdy... - pokręcił głową - Nie ja się do takich rzeczy nie nadaję i naprawdę nie wiem czemu mnie wybrał.

- Dlatego na przykład tego czerwonego Chevroleta przypomniałem sobie dopiero w sanktuarium. Bardziej to zasługa duchowego miejsca niż moja. Myślę jednak, że wśród tych czterech Brujahów jeden był Alastorem. Im dłużej nad tym myślę tym bardziej się upewniam co do słuszności. Robyn mówił dużo o Nyctofili. Skoro wywołał temat to powiem wam kilka rzeczy o tym miejscu...

- Bawią się tam różni ludzie, ale lokal trzyma wysoki poziom kultury. Wszystko przez właściciela czyli ten cały napuszony Edgewood Country Club*, który stawia na obywateli z kasą. Wiecie to są tacy co lubią sobie powsadzać w osiemnaście dołków piłkę i pryskają się piżmem z dupy świstaka za 500$ sztuka tycia fioleczka. Prócz śmiertelników przychodzą tam wszyscy obywatele Camarilli, których męczy widok Museum. Teoretycznie każdy tam może wejść a zasady są takie same jak w każdym Elizjum. Cały teren Klubu Edgewood ma status Elizjum. Budynek mieści się na uboczu kompleksu, a jego klienci nie mogą zapuszczać się w głąb. No chyba, że jesteś VIP'em. Nosferatu muszą zadbać o swój zapach i wygląd, pod groźbą Śmierci Ostatecznej. Chamstwo czułych nosków no nie? A ci hipokryci sami pryskają się świstakowym gównem. Tłumaczone jest to utrzymaniem Maskarady i jak ktoś to złamie to śmierć ostateczna. A ja się pytam jak ja mam być ładniejszy jak od dwóch stuleci szukam na to sposobu? No, mniejsza z tym. Opiekunem Elizjum jest Garibald Lshandt bogaty Francuz.

[center]Obrazek[/center]

- Nie pytajcie mnie tylko jakiego jest ten Torreador pokolenia. Wiem tylko, że jest w mieście od ponad 70 lat. W środowisku Spokrewnionych znany z ciętego i trafiającego w sedno języka. Jeden z lepszych krytyków sztuki szeroko rozumianej: rzeźba, malarstwo, fotografia, poezja, muzyka, śpiew.. Wiele razy publicznie upokorzył, krytykując to co wystawia się w Muzeum, co uderzyło w innych z jego klanu. Primogen Toreadorów cieszy się z tego, mimo że dzieła Primogena też zostały wiele razy "kreatywnie upokorzone". Kontroluje rodzinę Edgewood'ów i pozwala jej najstarszym członkom żyć wiecznie póki mu wiernie służą jako ghule. Pańskie oko, konia tuczy więc sami rozumiecie, że interes rodziny się rozkręcił po jego przybyciu. Obecnie cały kompleks jest bardzo luksusowy.

- Nie mówiłem wam o tym miejscu bo mamy tam zakaz wjazdu nałożony przez Księcia, ale... - w jego oczach pojawił się błysk przebiegłości - ...ale teraz mamy mistrza Darshana, który póki nie wejdzie w skład koterii póty ma pełne możliwości ruchu, a to daje nam pewne zupełnie nowe pole do działania...
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 11 września 2015, 11:50

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 10.08.1993 Przed świtem i modlitwą, a w trakcie przepychanek Nosferatu i LaSombra

Kiedy skończył opowiadać Darshanowi swoją wersję ostatnich dni, przez chwilę przysłuchiwał się rozmowie Nosferatu i LaSombra. Miał nadzieję, że wraz z końcem nocy, skończą się nerwy i wszyscy się uspokoją. I może nawet wspólnie zastanowią się co dalej, bez zbędnych, negatywnych emocji. Tymczasem zarówno Horacy jak i Czarna Victoria szybko rozwiali jego naiwne oczekiwania.

- Powiedz mi proszę przyjacielu, czy ta dwójka na ogół tak ze sobą rozmawia? Jak myślisz, co w Horacym sprawiło, że powiedział to co właśnie powiedział? - zapytał niespodziewanie Ravnos. Jak widać nie tylko Terry poczuł się zniesmaczony rozgrywającą się przed ich oczyma sceną.

Nie chciał jednak zwracać na siebie uwagi prawie kłócących się towarzyszy. Nachylił się więc delikatnie, by jego słowa trafiły przede wszystkim do uszu Darshana.

- Często. Nasza Koteria funkcjonuje na zasadzie nieufania nikomu spoza niej. I wydaje mi się, że to rodzi oczekiwania co do nieskazitelnych relacji wewnątrz niej. Przynajmniej u mnie tak jest. Ale prawda jest taka, że każde z nas jest z zupełnie innego świata. I jak widzisz, rodzi to pewne... nieporozumienia. Co do samego Horacego, musisz zrozumieć, że ta noc nie była dla niego łaskawa. Zginął jego przyjaciel. A jego syn zniknął i nie wiadomo co z nim się dzieje. Dodając do tego jego... wybuchowe dość usposobienie, otrzymujemy to co masz okazję właśnie podziwiać. - uśmiechnął się smutno, powracając do śledzenia toczącej się dyskusji.

[center]***[/center]
Kiedy Nosferatu wspomniał o Darshanie odwiedzającym Elizjum, Terry uśmiechnął się sam do siebie. Nigdy nie myślał w ten sposób, ale nauczył się już, że większość kainitów postrzega świat właśnie w tych barwach. Jako wielką piaskownicę, w której te silniejsze dzieci ustalają zasady, a te słabsze ale sprytniejsze znajdują sposoby na ich obejście. Zresztą zawsze podejrzewał, żze też by to robił, gdyby nie ostatnie trzy stulecia ciągłych przeprowadzek. I gdyby nie Łaska Pana, który uchronił go od większości ziemskich pokus.

Pomysł, chociaż szalony, miał szanse zadziałać. Jednak w świecie Malkaviana, ryzyko tego rodzaju mogło zostać podjęte tylko w ostateczności i tylko w jednym celu. Zamiast więc z właściwym sobie entuzjazmem zgodzić się i zacząć namawiać innych, cofnął się o krok, by nikt nie wpadł na pomysł zapytania go, co o tym sądzi.
Ostatnio zmieniony 11 września 2015, 13:03 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 11 września 2015, 12:42

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem

Zabijanie uspokajało go zawsze. Bardziej niż Zir, bardziej niż czyszczenie broni czy jazda na motorze... Właściwie wszystkie te czynności wykonywał głownie po to by odwrócić uwagę. Zając ją czymś. I zwykle, przez chwilę to działało, jednak chwila ta była najczęściej zbyt krotka. Zabijanie zaś trafiało w sedno problemu i pozwalało pozbyć się napięcia, rozładować frustracje i poczuć, że naprawdę żyje. Cokolwiek by to nie znaczyło... Smak krwi w ustach stanowił namacalne potwierdzenie tego faktu. I nie potrzebował wiele więcej. Bowiem wszystkie odpowiedzi zawierały się w tym doznaniu. Dlatego pojawienie się obcego nie wywołało szczególnej reakcji w Assamicie. Kolejny przeciwnik stanowiłby jedynie kolejną okazję do tego, by się odprężyć. Jednak nie wyczuł zagrożenia. Szkoda...

Wysłuchał co tamten miał do powiedzenia, przesuwając powoli językiem po zębach i podniebieniu. Smak czerwieni powoli stawał się wspomnieniem, lecz nie przeszkadzało mu to. Nie teraz. Podniósł leżący u jego stóp worek i przyjrzał się szybko zawartości. Mimo wszystko nie mógł ryzykować, nadmiernie ufając obcym. Lecz słowa Caleba najwyraźniej były prawdą. Podniósł głowę, spoglądając na przybysza. Nie umiał określić, czy jego ostentacyjne zachowanie było jedynie pustą manifestacją, czy też wynikało z temperamentu. Jednak nie zaprzątał sobie tym głowy. Działania Czarnego Widma wymagały bowiem odpowiedzi i była to sprawa honoru.

- As-salamu alayka* - odezwał się spokojnie i tym razem, wyjątkowo, w jego głosie nie było ukrytej groźby. - Ten, kto przychodzi z pozdrowieniem dla mego Mistrza, przynosząc ze sobą cenne podarunki raduje moje serce. 'Afwan. Shukran jaziilan.** Przekażę mu, to co przyniosłeś. I przekażę pozostałym wybrańcom Arta-hasisa twe słowa i dary.

Zrobił spokojnie kilka kroków w stronę Caleba pilnując, aby trzymać ręce z daleka od broni.

- Oto krew z haszyszem, znanym jako Czerń Alamut - uśmiechnął się lekko, pokazując tamtemu trzy fiolki na dłoni. - Min faDlik,*** przyjmij je jako prezent, ze strony sługi Jamala. Bowiem w na tej ziemi trudno spotkać kogoś, kto pamięta o tym co znaczy słowo Honor. Ufam, że mój dar uraduje Cię tak bardzo, jak mnie uradowało to spotkanie. Szanuję twe powinności i obowiązki, jednak nie chciałbym, abyś odchodził stąd z pustymi rękami, gdy mogę temu zapobiec.

Mówił cicho, bez zbędnych emocji, których zresztą nigdy do końca nie rozumiał. Jedynie lekkie skrzywienie ust pozwalało zrozumieć, że się uśmiecha. Była to wszakże jedna z jego twarzy, której Kuffrowie zebrani w Santuarium nie mieli jeszcze okazji poznać. I co do której szczerze wątpił, by mieli poznać ją kiedykolwiek.

- Zanim jednak odejdziesz, zechciej mi powiedzieć jedno: skoro byłeś częścią koterii mojego Klienta i znane są ci nasze sprawy... Dlaczego nie wybrał ciebie, aby dopełnić obowiązku zemsty za swoją śmierć?
W ostatnim pytaniu Namtara nie ma żadnych dziwnych podtekstów czy sugestii. Po prostu szczerze go interesuje ta kwestia.
* arab. Pokój z tobą
** arab. Witaj więc. Dziękuję ci.
*** arab. Proszę
Ostatnio zmieniony 11 września 2015, 14:01 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 11 września 2015, 14:22

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, Sanktuarium, 10.08.1993 Przed świtem i telefonem do Tabaha - oby nie poszedł wcześnie spać.

- Przykro mi Horacy, ale nie będę ukrywał przed księciem powodu swojej obecności w mieście. Jak wspomniałem jest to dla Klanu sprawa honorowa. Poza tym nie sądzę by w długim okresie płynęły z tego korzyści. Książę w końcu dowie się, że pracuję z Wami i wtedy będzie miał doskonały pretekst by zastosować kolejną karę. - Darshan nie wspomniał nawet o uwadze jaką ściągnął by na siebie wampir z zewnątrz, który zaczyna interesować się sprawami w które zamieszani są infernaliści, Lupini i najprawdopodobniej Alastor. Była to według niego najkrótsza i najszybsza droga do długich przesłuchań a on niestety byłby tym, który musiałby mówić. Być może Horacy faktycznie był czyjąś wtyczką i chciał się go pozbyć?

- Nie sądzę aby książę zakazał mi wstępu do Elizjów. Po pierwsze dlatego, że osobiście nie uchybiłem mu w żaden sposób, po drugie zamierzam go oficjalnie przeprosić w imieniu klanu i wręczyć mu jakiś prezent jako zadośćuczynienie. Poza tym sądzę, że badania Tremerki potwierdzą, że księga była użyta tak jak opisał to Terry, tym samym liczę na to, że książę cofnie swój zakaz. Ponad to, gdyby bez dobrego powodu i na mnie postanowił nałożyć tą karę, to pokaże wszystkim jasno, że jest przeciwny działaniom koterii. Jego polityczny wizerunek nie zniósłby tego obciążenia jak przypuszczam.

- Zgadzam się, że warto wybrać się do Nyctofilii. Richard powiedział, że spędził tam cały wieczór ze Spiro, albo więc ktoś się za Spiro podszywał, albo Richard miał powody aby dać mu alibi. Myślę, też że syn księcia, ze względu na swoje zainteresowania zawodowe, może być agentem tej technokracji. Posiada szerokie wpływy w mieście i gdyby pojawiła się siła z zewnątrz, byłby jedną z pierwszych osób, które by to zauważyły. Tekst przyniesiony przez kruka mówił o ich sposobie rekrutacji. Jeżeli ktoś się nimi interesuje, nakłaniają go do współpracy. Inne fragmenty tekstu, choć nie do końca przez mnie zrozumiane, każą mi myśleć, że zwerbowanie kogoś pokroju Richarda, leży w ich możliwościach. Przy okazji, może spotkamy tam Angie Braun, tę kobietę, która siedziała obok Spiro podczas spotkania u księcia.

- Horacy, czy pamiętasz może kiedy zniknięto Martina Schaklera? Syna Richarda? I czy mógłbyś proszę powiedzieć nam dokładnie co wydarzyło się kiedy wróciłeś do Muzeum z kawałkiem materiału na którym była krew Spiro?

- Victorio, Ciebie z kolei chciałbym zapytać, czy jesteś w stanie dowiedzieć się, kiedy i dlaczego Camarilla zabroniła kontaktów z Arcanum? Blue Crane, który szukał o nich informacji jest bardzo prestiżowym złodziejem, jest niezależny i za swoje usługi oczekuje zapłaty w formie magicznych przedmiotów. - Mówiąc to, wręczył Terremu misterne orgiami wyjęte z pudełka od filmu do aparatu - Czy jesteś w stanie coś wyczuć Terry?

Na koniec Hindus stanął przodem do Horacego i ze zwykłym dla siebie wyrazem twarzy, spojrzał mu w oczy - oczywiście nie zapomniałem o Twoim synu i kiedy tylko uda się odzyskać dysk, wezmę się do roboty. Dodam także, że jego zniknięcie uważam za związane ze sprawą. Mam nadzieję, że Twój syn uciekł kiedy zaalarmowany hałasem jaki musiał spowodować podkop Kreta. Jeżeli jednak został porwany, ktoś może chcieć Cię szantażować, jego bezpieczeństwo w zamian za współpracę. - Hindus zastanawiał się, czy może to już się nie stało a zachowanie Nosferatu jest właśnie tą współpracą z porywaczami.
Ostatnio zmieniony 11 września 2015, 15:27 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 11 września 2015, 15:17

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem

Assamita odezwał się mentalnie do Strażnika:

- Wiesz kim jest Caleb?

- Oczywiście to Caleb, dawny kompan koterii do której należał Red Wisdom. Bardziej znany jako Czarne Widmo.

Caleb zatrzymał się w progu patrząc w nienaturalnie czarne niebo. Namtar wiedział, że przybysz słucha jego słów, a gdy padło pytanie nieznajomy lewą dłonią poprawił kapelusz i coś zamruczał pod nosem.

- Oto nadchodzą Ostatnie Noce, które będą bardzo długie - odpowiedział dalej wpatrując się w kłębiące się smoliste chmury.

- Świt nie nadejdzie prędko, a wasz rodzaj nie zaśnie tego dnia. Atrahasis miał rację... Zawsze powtarzał, że Helios kolejny raz ukryje swe oblicze, a z ziemi powstaną duchy zemsty.

Caleb odwrócił się na pięcie, po czym wrócił do pokoju. Chwilę rozejrzał się za miejscem do siedzenia, upatrując sobie krzesło pod ścianą. Gdy usiadł krzesło zatrzeszczało pod ogromnym ciężarem Caleba, który odłożył na stolik stojący obok, naładowanego obrzyna. Teraz Namtar widział dokładniej co kryło się pod czarnym płaszczem Caleba. Była to spora ilość broni białej, palnej oraz granatów wkomponowanych w dwa pasy z nabojami do dwururki. W tym świetle Caleb wyglądał na brudnego bladego trupa o czerwonych oczach, a jego ubranie naznaczone było wieloma śladami krwi. Wzrok Caleba zatrzymał się na fiolkach z Czernią Alamut.

- Widać, że płynie w tobie Assamicka krew i od razu przechodzisz do honorowego podziękowania. Doceniam gest i wiem jaką on prezentuje wartość, ale muszę odmówić... Nie mogę pić krwi wampirów.

- Co do twojego pytania to, Atrahasis nie wiedział, że udało mi się powrócić niecałe dwa tygodnie temu. Jestem mu winien bardzo dużo, albowiem gdy w 1795 zostałem podstępnie oszukany, moje ciało błyskawicznie zaczęło się rozpadać. Atrahasis zamroził moje ciało w czasie, a wcześniej odwrócił proces gnicia i opiekował się nim, aż znów powrócę. Bez ciała nie mógłbym powrócić... Sam zaś trafiłem z powrotem do Krain Umarłych, osaczony przez cholernych Stygijczyków. Pieprzyć to! Teraz znów jestem tutaj i się zemszczę! - krzyknął zaciskając pięści.

[center]Obrazek[/center]
- Ale najpierw chciałem spłacić stare długi. Cholera spóźniłem się, gdybym wrócił kilka pieprzonych nocy wcześniej.... Gdybym tu był zrobilibyśmy to po staremu i teraz siedziałbym z Atrahasisem w jednej z jego bibliotek wspominając pozostałych z koterii. Wiesz te jebańce z Puppeteers Guild się opierdalali i zwlekali nie wierząc, że w ciele mózg i serce mam nienaruszone. Nie chcieli mi powiedzieć jak wrócić, gdy mój Fetter się rozpierdolił. Tak się w końcu wkurwiłem, że dopiero to pozwoliło mi wrócić. No więc jestem... Co się tak dziwnie patrzysz? Wygrzebańca nie widziałeś? Muszę zabić kilku kultystów w Europie... A może będzie ich więcej... Hmmm...
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 11 września 2015, 15:57

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem

- Więc jesteś kutrubem - skinął głową Morderca, jakby fakt ten wyjaśniał wszystko. Zignorował przy tym ostatnie pytanie przybysza, uznając je jedynie za ozdobnik. Właściwie, nie wydawało się, by fakt rozmawiania z chodzącym trupem robił na Mordercy jakiekolwiek wrażenie. Sam przecież niewiele różnił się od niego. Poza tym Caleb przynajmniej nie był wrogiem... Właściwie bardziej interesowała go śmierć słońca... Ale do tego mógł wrócić za chwilę...

- Wybacz moją pomyłkę. Wziąłem cię za Kainitę. Aasif.* W takim razie zechcesz może przyjąć te trzy naboje. Kaliber 12,7 milimetrów - rzekł kładąc na stoliku trzy srebrne pociski. - Zostały pobłogosławione w taki sposób, by stanowić skuteczną broń przeciwko każdemu rodzajowi nadnaturalnych istot. Żałuję, że nie mogę dać ci więcej, lecz sam musiałbym się wtedy rozbroić.

Uśmiechnął się lekko, właściwie, było to niewiele więcej ponad skrzywienie ust.

- Powiedziałeś, że słońce nie wstanie więcej... Chciałbym zrozumieć dlaczego. Rozumiem, że wierzysz w jego istnienie...? - przerwał na chwilę i potrząsnął głową, jakby chciał pozbyć się kilku natrętnych myśli. Nie bardzo pomogło. Był ciekaw: Czy Caleb kiedykolwiek widział słońce? A może tylko zdawało mu się... - Laa,** nie ważne... Wszystko, co mógłbyś powiedzieć mi o tej sytuacji, a zwłaszcza o śmierci mojego Klienta mogłoby mi pomóc dokonać zemsty. A z tego co mówisz moje powodzenie powinno być bliskie twemu sercu, skoro Atra-hasis był twym przyjacielem...


* arab. Przepraszam
** arab. Nie
Ostatnio zmieniony 11 września 2015, 17:14 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 11 września 2015, 17:28

Terry wysunął rękę, na którą Darshan upuścił malutką figurkę origami. Przyjrzał się jej uważnie, po czym zamykając oczy zamknął ją pomiędzy dłońmi i pogrążył się w modlitwie.

[center]Duchu Przenajświętszy, racz mi udzielić daru mądrości, abym widział, co złe a co dobre,
daj mi dar rozumu, abym poznał prawdy objawione na ile tylko jest to możliwe
daj mi dar umiejętności, abym wszystko odnosił do Boga,
daj mi dar rady, abym ostrożnie postępował wśród niebezpieczeństw życia po-doczesnego
daj mi dar męstwa, abym przezwyciężał pokusy nieprzyjaciela i znosił prześladowania,
daj mi dar pobożności, abym się rozmiłował w modlitwie
daj mi dar bojaźni Bożej, abym bał się Ciebie obrazić
Napełnij Duchu Święty serce moje Boską miłością i łaską wytrwania, abym żył po chrześcijańsku i zaznał zbawienia.
[/center]

Następnie skupił się na trzymanym przedmiocie, wyczekując tej krótkiej chwili, w której jego umysł zalała jakże wyraźna wizja istoty o potwornej aparycji. Wrzasnął przerażony i cofnął się kilka kroków, upuszczając przedmiot na ziemię. Przez kilka dłuższych chwil nieprzytomnym spojrzeniem skakał po pomieszczeniu, chociaż nie sprawiał wrażenia, że cokolwiek rejestruje. Drżał na całym ciele, kuląc się z lekka, jakby gotował się do biegu. W końcu zamknął oczy i wspominając modlitwę skupił się na mocy Ducha Świętego. A kiedy poczuł jak Łaska Jego nań spływa, uspokoił się w końcu. Wciąż jeszcze był wstrząśnięty Diabelskim obliczem, które swymi czerwonymi ślepiami przeraziły jego bestię, niemal zmuszając ją do ucieczki.

Kiedy odzyskał panowanie nad sobą, rozejrzał się po zdziwionych twarzach. Spojrzał na leżącą u jego stóp figurkę, po czym ją podniósł, zwracając Ravnosowi. Dłonie wciąż mu się trzęsły. Oblizał wargi, po czym zwrócił się do niego drżącym głosem.

- Blue Crane jest tym, który wcześniej oszukał Lucjusza, udając Gavina. Nie wiem jak ci go opisać. Ale mogę pokazać.

Po czym nie czekając, przesłał obraz wprost do umysłu Darshana.
Spoiler!
Obrazek
Nadwrażliwość 4, przesyłam obraz do jego umysłu. Wydaję punkt SW.
Ostatnio zmieniony 11 września 2015, 18:08 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
lightstorm
Reactions:
Posty: 882
Rejestracja: 25 października 2014, 09:40

Post autor: lightstorm » 11 września 2015, 18:15

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem

Caleb bez słowa sięgnął ręką po srebrne naboje, by po chwili przyjrzeć im się bliżej.

- Ha! Amunicja! Faktycznie błogosławiona... Tego było mi trzeba. Dzięki, bo czasem mój obrzyn nie nadąża za moim refleksem - uśmiechnął się złowieszczo.

- Co do długiej nocy to nie znam się na tym, ale widziałem kiedyś coś podobnego. Podczas Wojny Secesyjnej... tylko nie pamiętam teraz gdzie to było. Wtedy też wampiry nie zasnęły, a Helios przestał istnieć, a przez to wpływać na Skinland. Ktoś odciął zasilanie jak to mawiają śmiertelni. A co do śmierci Atrahasisa... Nie wiem, kto za tym stoi i nie zamierzam w to ingerować. To honorowe zadanie, a Atrahasis wskazał was więc jedyne co mi pozostało, to mały podarunek. Będę ruszał dalej jeśli pozwolisz... Wróciłem zza grobu, bo mam w tym świecie pewne rzeczy do dokończenia.
[center]To rule in blood is to rule in truth. Ventrue Clan Motto[/center]

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 14 września 2015, 20:23

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem Długiej Nocy

- Nie będę cię zatrzymywał dłużej niż muszę - odrzekł Morderca. Mówił spokojnie, lecz w jego głosie dostrzegalny był pewien dystans. Jakby sprawy, o których rozmawia tak naprawdę nie interesowały go. Jego wzrok błądził gdzieś za oknem, szukając fragmentów nieba, widocznych między gałęziami rosnących w ogrodzie drzew. - Powiedz mi jeszcze tylko... W Point-Plesant pojawiły się jakieś zaniepokojone duchy zmarłych. Wiadomo ci coś na ten temat?

- Nie - odparł Caleb wstając. Srebrne naboje zadźwięczały cicho znikając w kieszeni jego płaszcza. - przykro mi, ale nie mogę ci z tym pomóc.

Assamita skinął głową i odprowadził wygrzebańca do drzwi. Chwilę jeszcze stał, gdy tamten oddalał się ścieżką w kierunku bramy. Nie patrzył jednak na niego. Spoglądał w niebo, zastanawiając się, czy oto przed jego oczyma nie rozgrywa się oto cud z tak dawna oczekiwany i będący odpowiedzią na wszelkie modlitwy - świt Ostatecznej Nocy...

[center]Obrazek[/center]
[center]***[/center]

Piętnaście stopni dzieliło go od pokoju rytualnego. Najpierw cztery, później jedenaście i korytarz. Wiedział, bowiem policzył je już wcześniej, tak jak liczył i teraz, przeskakując po dwa i gwiżdżąc Chasing Shadows Deep Purple:
[center]All I'm asking some secret voice
is to lead me in darkness...[/center]

Roześmiał się tym rodzajem śmiechu, który rozbrzmiewa jedynie w pustych i ciemnych domach na przedmieściach. W domach, do których nigdy nie zagląda słońce i gdzie zapach śmierci miesza się z wonią wszechobecnej pleśni, szaleństwa i samotności. Minął drzwi do pokoju i przystanął przed kręgiem. Z worka, który dostał od Widma wyjął pierścień z symbolem Dzieci Haqima i ukrył go w kieszeni. A później ponownie jego rysy stężały w kamienną maskę, gdy zrobił krok wchodząc do Sanktuarium...

[center]***[/center]

- Zlikwidowałem zagrożenie. Trzech śmieci ulicznych: anarchiści, albo Sabat - zameldował w swój zwykły, pozbawiony wzruszenia sposób. Nie chciał, aby Kuffrowie widzieli emocje, które kotłowały się w nim. Nie teraz, gdy wyzwolenie mogło być tak blisko. Zresztą, tylko by wszystko spieprzyli...

- Stawiałbym jednak na Sabat, gdyż wykonali napis na ścianie, nazywający cię zdradziecką suką. - zwrócił się obojętnie do Victorii. - Teraz są martwi. Trupy są w zamrażarce. Były zbyt świeże. Ich krew też była słaba. Każdy miał jednak na plecach fragment tatuażu "Witamy w Charleston", więc sądzę, że zostali wysłani na śmierć.

Przerwał i przejechał językiem po zębach. Nie było sensu spekulować dłużej. Zresztą tego rodzaju przemyślenia wolał pozostawiać Niewiernym. Ich interesowała polityka, układy i powody. Jego interesowało kogo ma zabić. Paradoksalnie, to zwykle wystarczało, by załatwić problem. A więc świat był tak naprawdę o wiele prostszy niż ten labirynt luster, w którym żył Pomiot Khayyina. Uśmiechnął się lekko myśląc o tym.

- Był tutaj też niejaki Caleb, były członek koterii Atra-Hasisa. Teraz jest yaani* kutrubem. Przyniósł dary, aby nas wspomóc w wykonaniu misji - mówiąc to postawił worek na środku podłogi. - Min faDlik.** Brosza Ventrów dla Lasombry, Kamień Prawdy, dla Ravnosa, Paznokieć Absimiliard'a dla Nosferatu i Pęknięte Lustro dla Malkavianina - wyrecytował jednym tchem. Miał nadzieję, że nic nie pokręcił. - To tyle w temacie.

Odsunął się od worka i podszedł do swojego sarkofagu. Wyjął z niego zestaw do czyszczenia broni i jak zwykle usiadł za stołem, zdejmując z ramienia karabin. Miał nadzieję, że upora się z tym szybko i będzie mógł zniknąć Kuffrom z oczu. Z właściwą sobie pewnością i ekonomią ruchów zaczął rozkładać broń.

- Jest jeszcze jedna sprawa - odezwał się po chwili wahania, jakby nie był do końca przekonany, czy powinien o tym wspominać. - możliwe jest, że jeśli spojrzycie w niebo dzisiejszej nocy, nie ujrzycie świtu. Nie wiem co prawda, czy wam się to uda. Jesteście Niewierni - dodał wzruszając ramionami, tak jakby ten fakt wyjaśniał wszystko. - Kłamstwo jest waszą ścieżką i wierzycie w światło. Jednak dla mnie słońce nie wstanie tego dnia. A może nie wstanie już nigdy... - dodał w myślach i wyszczerzył zęby, czując poruszenie duchów ciemności w swym sercu. - więc będę mógł działać...

[center]Obrazek[/center]
Namtar jest rozluźniony, niemniej z uwagi na wcześniejsze złe doświadczenia w relacjach z koterią stara się to ukryć (zakładam jednak, że niekoniecznie mu się to udaje). Jest też czymś najwyraźniej podekscytowany i chyba nie mówi wam wszystkiego. Czyszcząc broń pogwizduje rockowe kawałki, a jego uśmiech nie wróży niczego dobrego.

* arab. tak jakby
** arab. Proszę
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:24 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 15 września 2015, 19:11

"- Przykro mi Horacy, ale nie będę ukrywał przed księciem powodu swojej obecności w mieście..."

Szczerość, to tą cholerną szczerość czułem w nim kiedy się chwilę temu zastanawiałem, dlaczego jest w tym Ravnosie coś czego nie było w Gavinie. Szczerość czy może mistrzowskie wyrachowanie, w końcu to Oszust.

Horacy podrapał się po brodzie pod maską. Ostatnio stale go uwierała była ciasna jak jego łuszcząca się martwa skóra. Krępowała też niektóre ruchy podobnie jak skrępowane ruchy miała koteria.

"- Horacy, czy pamiętasz może kiedy zniknięto Martina Schaklera? Syna Richarda? I czy mógłbyś proszę powiedzieć nam dokładnie co wydarzyło się kiedy wróciłeś do Muzeum z kawałkiem materiału na którym była krew Spiro?"

- Jasne, że pamiętam. Martin Shackler, Ventrue syn Richarda, do ostatnich nocy nikt nie wiedział, co się z nim naprawdę stało. Primogen cały czas aż do dzisiaj kłamał mówiąc, że wyjechał do innego miasta wspierać klan Ventrue, a de facto zabiło go czterech kainitów w zaułku, między budynkami przy Morris St. Moim zdaniem był jednym z lepszych Ventrue jeśli chodzi o charakter. Idealista starający się zadowolić wszystkich. Nie zawsze mu to wychodziło no dobre. Nie był jednak słabeuszem. Uważał, że władza jest dana po to by rozwiązywać problemy wampirzej społeczności. Nie dyskryminował żadnego z klanów. Nie przypominam sobie by kogoś obrażał albo by w rozmowach dał wyprowadzić się komuś z równowagi. Z powodu swoich poglądów wiele razy spotkał się z falą krytyki ze strony lokalnych Harpii. Krótko mówiąc jeździli po nim jak po burej suce ale za każdym razem, pozostał wierny swoim wartościom i nigdy nie zniżył się do poziomu swoich rozmówców. Tylko Great EyE chciał by wszedł w grono harpii, nawet wygłosił wygłosił przemówienie w Nyctofilii ale wniosek upadł przez wyciszenie.

"..ktoś może chcieć Cię szantażować, jego bezpieczeństwo w zamian za współpracę..."

- Serdeczne, dzięki... - powiedział dziwnie spokojnie jak na siebie, przez chwile się zawahał i poklepał Ravnosa po ramieniu z dziwną niezręcznością. - Jeśli tak jest to mam nadzieję, że te fikołki do mnie zadzwonią, przynajmniej będe pewny że żyje. No i będę wiedział co wtedy zrobić z tymi gnojami
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

zapalki_chaosu
Reactions:
Posty: 167
Rejestracja: 08 sierpnia 2015, 11:57

Post autor: zapalki_chaosu » 15 września 2015, 22:56

Reakcja Terrego zainteresowała Darshana. Nie wiedział czy jest to związane z tym co przeczuwa czy tylko z jego chaotycznym stanem ducha i umysłu, który był tak naturalny dla przedstawicieli jego klanu.

"Blue Crane jest tym, który wcześniej oszukał Lucjusza, udając Gavina. Nie wiem jak ci go opisać. Ale mogę pokazać."

Po tych słowach Hindus przygotował się na coś odrażającego i był to dobry odruch. Wizja jaką przekazał mu Terry była dziwna, Darshan skupił się na niej by zapamiętać jak najlepiej każdy szczegół.

- Mówi się o nim, że za każdym razem wygląda inaczej, to co mi pokazałeś musi być więc jego prawdziwą twarzą. Dziękuję ci Terry. Widzę, że ta wizja Tobą wstrząsnęła, czy mogę Ci jakoś pomóc?

Malkavianin zasługiwał na więcej niż tylko życzliwość, jednak w tej chwili Darshan nie mógł zaoferować mu nic innego. Dzięki bezinteresownemu wysiłkowi Terrego, Darshan był pierwszym Ravnosem, który zobaczył jak naprawdę wygląda Blue Crane.

- Ostateczna Śmierć Martina Schacklera wydaje mi się z jakiegoś powodu bardzo istotnym wątkiem, chociaż równie dobrze może nie mieć nic wspólnego ze śledztwem, które nam powierzono. Oczywiście wypytując o tą sprawę, ściągniemy na siebie tylko więcej nieprzychylnej nam uwagi. Chyba, że będziesz wiedział kogo pytać - tu zwrócił się do Horacego. - Coś mi mówi, że nie będę mile widzianym gościem w Nyctofilii, chociaż przyznaję, że Great Eye o którym wspominasz budzi pewne nadzieje. Mamy wiele rzeczy do zrobienia. Jeżeli dobrze zrozumiałem to za kilka minut Victoria dostarczy dysk z Twojego domu. To będzie więc pierwsza rzecz, którą się zajmę. W międzyczasie spróbuję skontaktować się z Lucjuszem i Tabahem Mufazalem. Jutro natomiast po świcie odwiedzę księcia i może uda mi się zdobyć jakieś nowe informacje. Trudno mi mówić o innych przyszłych działaniach, ponieważ jeśli o mnie chodzi, wolałbym uzależnić to od wskazówek jakie uda się odczytać z dysku Otta... - już miał dodać, że naturalnie jego zdanie jest tylko jego zdaniem i że uszanuje każdą koterii co do kolejności przyszłych działań jednak w tym momencie do sanktuarium wszedł Assamita.

Darshan zignorował sposób w jaki Łowca obraził go wypowiadając się o jego ścieżce traktując go jak przedstawiciela kultury Zachodu. Nie było teraz czasu na rozmowy o tak błahych sprawach. Pozostawił więc Assamitę w jego ignorancji. Spojrzał jednak na niego zastanawiając się ile w tych słowach było przemyślanej intencji a ile odruchowej niechęci. Poczuł jednak konsternację, kiedy usłyszał jego ostatnie słowa. Czyżby świt miał nie nastać? Czy może on jest nie mniej szalony niż obecny tu Frater Terry.

- Jeżeli świt istotnie nie wstanie, to czy myślcie, że to będzie dorby czas żeby przedstawić się księciu? - zapytał w zasadzie retorycznie, zastanawiając się nad tym zawiłym zachodnim kazusem dyplomatycznym. Sprawa oczywiście była prosta, niemniej zawiłe umysły Ventrue mogły interpretować ja na tak wiele sposobów, zawsze w sposób wygodny i uzasadniający ich ogólną politykę...
Darshan gapi się przez chwilę na Assamitę, tak jakby jego oczy pytały - czy ty który uważasz siebie za takiego, który podąża prawdziwą ścieżką nie jesteś w stanie rozpoznać innego, który podąża ścieżką? Kiedy ten inny jest w stanie rozpoznać, że ty istotnie podążasz ścieżką?
Ravnos jako ostatni będzie sięgał po fant z worka.
Ostatnio zmieniony 17 września 2015, 18:38 przez zapalki_chaosu, łącznie zmieniany 1 raz.

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 17 września 2015, 10:26

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem Długiej Nocy

- Jeżeli świt istotnie nie wstanie, to czy myślcie, że to będzie dobry czas żeby przedstawić się księciu?

- Jeżeli świt istotnie nie wstanie, to i my i Książę będziemy mieli ciut większy problem. Tak. - Pokiwał głową z wyrozumiałością. - Chociaż czemu nie?

Malkavian uśmiechnął się na wyobrażenie Księcia w panice wydającego polecenia, którego mina jednak diametralnie się zmienia, na widok nowego Ravnosa.

- I dziękuję, już mi lepiej. Niemniej doceniam troskę. - uśmiechnął się przyjaźnie do Darshana.

[center]***[/center]
Trochę skołowany przyglądał się Mrocznemu Jedi. Jego oświadczenie o braku świtu, wstrząsnęło Terrym nie mniej niż Diable oblicze, które miał wątpliwą przyjemność ujrzeć chwil parę temu. Nie ukrywał, że zarzut bycia niewiernym, w połączeniu z zarzutem naiwnej wiary w Światło, zabolał go nieco. Chciał podejść do Łowcy i zamienić z nim kilka słów na ten temat, jednak postanowił poczekać na moment odpowiedni, kiedy rozmowy już ustaną.

Podszedł do worka leżącego na środku. Pęknięte lustro dla niego...

Zdecydował jednak, że nie może czekać. Odwrócił się energicznie i szybkim krokiem podszedł do Assamity aktualnie pielęgnującego swoje metalowe zwierzątka.

- Pamiętasz jak pierwszej nocy Gavin zapytał się ciebie, czy skoro oczekujesz od nas szacunku, możemy liczyć na takowy z twojej strony?

- Nie odpowiedziałem mu wtedy... - Assamita wzruszył ramionami. - Na szacunek trzeba sobie zapracować. Ja zapracowałem będąc na Ścieżce Prawdy. Przelewając krew. On nie.

- Myślę, że właśnie takie zachowanie miał na myśli - kontynuował Malkavianin, a gdy wyczuł, że Łowca spogląda na niego, szybko dodał - Wiesz, nazywanie nas... wyznawcami kłamstwa? Albo zarzut... ZARZUT! ...że wierzymy w Światło? Czym ci uchybiłem, Duchu z Otchłani, że obrażasz mnie i moją religię w ten okrutny sposób?

- Powiedziałem prawdę. Przecież wierzysz w światło... A światło jest kłamstwem. - kolejne wzruszenie ramion i prosta odpowiedź Mordercy uświadomiły Terremu, że jest nie do końca kompatybilny. Łowca najwyraźniej nie za bardzo rozumiał na czym polega problem.

Przez chwilę Malkavian spoglądał na Namtara, w sposób w jaki przez większość jego nieżycia, inni patrzyli na niego.

- Przepraszam, co właściwie masz na myśli mówiąc, że Światło jest kłamstwem? - zapytał w końcu, unosząc brwi w szczerym zdumieniu.

- To co powiedziałem. Bezapt kidda* - odparł Morderca, podnosząc głowę. Odłożył na chwilę swoje mordercze zabawki i obdarzył Terrego długim, nieruchomym spojrzeniem zza ciemnych szkieł.

- Słońce - odezwał się w końcu, po przeszło półminutowej pauzie. - nie istnieje.

Ta prosta wypowiedź w jednej chwili skonfrontowała Terrego z otchłanią obłędu kryjącą się w tym podgolonym, arabskim łbie. Doskonale znał tą nutę naturalnej oczywistości, zbyt często zresztą słyszał ją w wypowiedziach członków własnego Klanu. Zaskoczony z początku, wyjąkał jedynie bezradnie:

- Jak to nie istnieje...?

- Słońce jest ojcem światła, a światło jest kłamstwem - odrzekł po prostu Assamita. Mówił powoli i spokojnie, tak jakby wyjaśniał jakąś oczywistą prawdę, szczególnie nierozgarniętemu i namolnemu dziecku. - Światło karmi iluzje. Możesz je dostrzec tylko dzięki niemu. Światło więzi także percepcję i zmusza istoty do tergo, by w nie wierzyły. Opowiada im kłamstwa na temat istnienia. Więc słońce jest kłamstwem i przyczyną kłamstwa. Tak naprawdę istnieje tylko Ciemność. I tylko ona jest ostateczną prawdą.

Wygłosiwszy tak długą jak na swoje standardy, przemowę, chciał wrócić do przerwanej czynności, Malkavian jednak nie dawał za wygraną.

- Ale... musisz sobie zdawać sprawę z tego, że to właśnie za sprawą słońca życie jest w ogóle możliwe. Rośliny nie urosły by, zwierzątka nie umiały by ich znaleźć a drapieżcy nie dostrzegli by swych ofiar. Jak więc coś, co daje życie na tak wielu poziomach, może być kłamstwem? Jak kłamstwo może spalać nasz gatunek na popiół? Jak... przecież żyłeś, jako dziecko z pewnością bawiłeś się w promieniach słońca. Na pewno czułeś jego ciepło na swej twarzy... - przerwał na króciutką chwilę zbierając myśli. Wystarczająco jednak długą, by Darth Namtar zdążył zabrać głos.

- Całe życie jest kłamstwem - wyjaśnił Morderca z doskonałą cierpliwością obłąkanego. - Wydaje ci się jedynie, że istnieją jakieś rośliny, zwierzęta i że sam istniejesz... Jedyną prawdą jest Ciemność i Pustka. Reszta jest iluzją... Paradą obłąkanych luster, kołyszących się bezmyślnie w labiryncie czasoprzestrzeni... Światło tworzy te koszmary i dzięki niemu wierzysz, że istnieje cokolwiek. Zresztą, zapytaj jego... - uśmiechnął się lekko, samymi wargami, wskazując głową Darshana. - powinien wiedzieć, że świat jest iluzją...

- Poza tym nie widziałem nigdy słońca - dodał po chwili dużo ciszej, jakby głośno myśląc. - Nie pamiętam niczego, sprzed przemiany. Sprzed tamtej chwili w laboratorium... Nie wiem jak to jest być dzieckiem i nie wiem, jak to jest żyć... Ale to dobrze, dzięki temu jestem czysty... Raz próbowałem zobaczyć słońce, żeby sprawdzić, czy mam rację. Spaliło mi nerwy wzrokowe - wzruszył ramionami. - Poczułem ból i ujrzałem ciemność. Tylko ciemność... Zrozumiałem wtedy, że nie mogę go zobaczyć, bo jest iluzją. Ciemność chroni mnie przed kłamstwem. I ból także. Dlatego nie mogę ujrzeć słońca, bo ono nie istnieje.

[center]Obrazek[/center]
Terry, chociaż w pierwszej chwili nie rozumiał dlaczego, poczuł szczerą fascynację. Oto bowiem stał naprzeciwko szaleńca większego niż on sam. A mimo to, to właśnie on miał łatkę wariata w koterii.

- I nigdy nie zdarzyło ci się pomyśleć, że twe oczy spłonęły właśnie dlatego, że jednak to słońce tam było? Wiesz, bo może to była przyczyna - zasugerował delikatnie.

Morderca ponownie wzruszył ramionami.

- Laa**, iluzja tak na mnie zadziałała, bo zbyt wiele osób w nią wierzy i sprawia, że wydaje się realna. To kwestia paradygmatu rzeczywistości.

Malkavianin pozostawił tą kwestię czując, że prowadzi ona w kolejną ślepą uliczkę. Interesowało go jednak coś jeszcze:

- Pamiętasz naszą rozmowę odnośnie aktu Amarantu? - dodał z wyraźnym błyskiem w oku - Skoro życie samo w sobie jest niczym innym jak zwykłym "wydaje mi się", i tak naprawdę nie istnieję, to gdybyś mnie spił, poczuł byś kłamstwo? Ale słodkie na tyle by się w nim zatracić? W sensie, skoro to wszystko jest kłamstwem, nawet moje istnienie... - urwał w pół zdania, z wyczekiwaniem patrząc na swoje odbicie w ciemnych okularach Mordercy.

- Niszcząc czyjeś światło, czyjąś duszę, niszczę kłamstwo - odparł spokojnie Assamita. - pozwalam aby iluzja bytu powróciła w mrok. Dlatego odczuwam rozkosz. Służąc Prawdzie. Przecież to jest piękne... Zgasić czyjeś światło, na zawsze...

Na moment zamilkł i zamyślił się.

- Wiesz - zaczął po chwili, jakby przypomniał sobie coś nagle. - Wy, Niewierni, z dziecinną arogancją uważacie, że dusza jest nieśmiertelna. Kiedyś rozmawiałem o tym z jednym Torreadorem. Próbowałem się dowiedzieć, czym jest dusza i pytałem go o to, ale nie umiał mi wyjaśnić. Wskazywał na serce i wzdychał, Hmar kelb tfou*** - Morderca uśmiechnął się zimno. - Więc wyrwałem mu serce i rozkroiłem je, ale nie znalazłem tam niczego, co byłoby nieśmiertelne... To, co nazywacie duszą jest tylko splotem iluzji i wspomnień, które umierają powracając w Wielką Ciemność... To chwilowe fantasmagorie, nie ma sensu przejmować się nimi.

Zapadła cisza, przerywana jedynie metalicznym odgłosem składanej broni. Wydawało się, że dyskusja zakończyła się już, gdy Terry odezwał się ostrożnie:

- I to jest oficjalne stanowisko klanu Łowców?

Pytanie Malkavianina sprawiło, że Assamita przez chwilę wyraźnie się spiął.

- Laa** - odparł chłodno. - ale nie będę rozmawiał o sprawach Klanu. Mamnú'a.**** Nie powinno cię to interesować. To co powiedziałem, wiem, ponieważ jestem synem Nar Mattaru i umiem patrzeć w serce nocy.

- Aha... W porządku. Nie mam więcej pytań w tej materii. Kulu Tamam - odparł Terry. Dziwnie się czuł, kiedy nagle to on w rozmowie przybrał ten protekcjonalny ton, którym dotychczas to raczej jego raczono. - Ale powiedz mi proszę jeszcze jedną rzecz. Co miałeś na myśli mówiąc, że słońce dziś nie wstanie?

- Erhal,***** zobacz sam, jeśli nie wierzysz mi - Assamita uśmiechnął się z wyraźną przyjemnością - Ja wciąż nie widzę świtu. Wiedziałem, że kiedyś nadejdzie ta chwila gdy będę w stanie wyzwolić się z iluzji... A bramy Nar Mattaru otworzą się i ziemię zaleje Ciemność. Mumu Tiamatu elu...!****** Asre',******* nie zostało już dużo czasu...

Zaśmiał się cicho w sposób, który sprawił, iż obecnych w pomieszczeniu przeszedł mimowolny dreszcz. Poczuli bowiem, że jeśli ta ciemność, o której mówił Morderca, istniała gdziekolwiek, to kryła się także w jego śmiechu. Szalonym, wypranym z litości i nadziei śmiechu istoty odartej ze światła...

Przez dobrą minutę Terry obserwował dłonie Dartha Namtara w ich wyćwiczonym tańcu ze śmiercionośnym urządzeniem. Zastanawiał się, czy jest coś, co mógłby powiedzieć, by skłonić Łowcę chociażby do odrobiny przemyśleń na temat istnienia lub nieistnienia słońca. Doszedł jednak do wniosku, że nie ma to większego sensu i bez słowa, wstrząśnięty właśnie odbytą rozmową podszedł do swojego sarkofagu. Ułożył dłonie na zimnej płycie kamienia, próbując pozbierać myśli. Z jednej strony podziwiał Mrocznego Jedi. Nie miał on wątpliwości, i wszystko w co wierzył, było dlań oczywiste. Z drugiej, wiedząc, że Darth Namtar przybył do nich z czeluści Otchłani, serdecznie mu współczuł. Nie tego skąd pochodził, raczej tego, w jaki sposób wykręciło to jego osobisty świat. Przecież Bóg Ojciec stworzył świat, dał ludziom słońce, wzrok i nadzieję. Wszyscy o tym wiedzieli. Tylko biedny Assamita nie potrafił tego dostrzec.

Terry westchnął z cicha. Zamknął oczy i oddał się niemej modlitwie w intencji Łowcy i tego, by udało mu się dostrzec prawdę. Czyli w tym przypadku Światło Pana na Wysokościach. Przez chwilę zastanawiał się, o co na jego miejscu modlili by się inni członkowie koterii. Uznał jednak, że nie ma to większego znaczenia, bo przecież to jego prawda była tą prawdą prawdziwą.
Post długim się zrobił dzięki współpracy Sigila. Do czego namawiam też innych współgraczy raz na czas jakiś, bo jak widać powyżej, rodzi to... ciekawe interakcje :)


* arab. dokładnie to.
** arab. Nie
*** arab. biedny idiota
**** arab. To zabronione
***** arab. Idż
****** sumer. Matko Tiamat Powstań
******* arab. Pospiesz się
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:55 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Sigil
Reactions:
Posty: 1972
Rejestracja: 08 stycznia 2015, 20:11
Been thanked: 1 time
Kontakt:

Post autor: Sigil » 17 września 2015, 16:39

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem Długiej Nocy

Morderca skończył czyścić broń, wstał i podszedł do swojego sarkofagu, aby schować przybory i karabin.

- Wiesz Terry - odezwał się nagle do stojącego niedaleko Malkavianina - Przepraszam, że czasem się ciężko ze mną gada. Aasif* Nie mam doświadczenia w rozmowach z Niewiernymi. Neik,** właściwie nie miałem wielu okazji do rozmowy z kimś spoza Klanu...

Uśmiechnął się krzywo, co miało chyba podkreślić jego dobre intencje. Niestety, efekt wydawał się przeraźliwie wymuszony i wypadł raczej sztucznie. Obecni mieli wrażenie, że spoglądają na rekina, próbującego zaprzyjaźnić się z tuńczykiem.

- Tak naprawdę, nie chciałem cię obrazić - kontynuował. - Pamiętam, co zrobiłeś dla mnie w piwnicy u Horacego.... Raczej zrobiło mi się ciebie żal. Nadchodzi Ostateczna Noc. Niedługo wszystko w co wierzysz zostanie pożarte przez Ciemność, hal tafham?*** I nawet ja nie będę w stanie obronić cię przed tym. Pomyślałem, że może powiem ci o tym, byś miał szansę nawrócić się przed śmiercią...

[center]Obrazek[/center]


* arab. Przepraszam.
** arab. kurwa
*** arab. rozumiesz?
Ostatnio zmieniony 24 września 2015, 11:56 przez Sigil, łącznie zmieniany 1 raz.
[center]No beast so fierce but knows some touch of pity. But I know none, and therefore am no beast.[/center]

Frater_Terry
Reactions:
Posty: 352
Rejestracja: 13 stycznia 2015, 12:19

Post autor: Frater_Terry » 17 września 2015, 17:38

Charleston WV 1017 Edgewood Tuckwiller House, 10.08.1993 Przed świtem Długiej Nocy

Terry przez chwilę patrzył na Łowcę ze szczerym zdumieniem. Duch z Otchłani pragnie mu pomóc. Dać mu szansę na nawrócenie. Jemu, Wysłannikowi Światła.

Ale nie to uderzyło go najmocniej. Oto bowiem, Darth Namtar, Mroczny Jedi z Klanu Łowców przeprosił go. Było to coś, czego Malkavian w ogóle się nie spodziewał. Nie dlatego, że uważał iż Mordercy nie stać na taki gest. Dlatego, że zwrócił się w te słowa do niewiernego, jak uparcie zwykł ich nazywać.

Nie był do końca pewien co to znaczy. Ale skoro Assamita zdobył się na tego typu pojednawczy gest, Terry nie mógł być gorszy. Uśmiechnął się więc najprzyjaźniejszym z uśmiechów i podszedł, chcąc równie przyjaźnie poklepać Łowcę po ramieniu. Ten spiął się w pierwszym odruchu, jakby chciał się cofnąć. Przemógł się jednak i pozwolił Malkavianowi na ten gest.

- Kulu tamam! - dodał Terry z niemalejącym uśmiechem.

Mroczny Jedi wyszczerzył zęby w swym zwyczajowym, drapieżnym grymasie. Tym razem jednak poza nutą "zwyczajnego" pojebania, kryła się w nim także radość. Skinął głową, jakby akceptują nową sytuację i odparł:

- Raa'irh*, cieszę się.


* arab. Świetnie
Ostatnio zmieniony 25 września 2015, 13:27 przez Frater_Terry, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Suriel
Reactions:
Posty: 3733
Rejestracja: 19 września 2010, 22:20
Lokalizacja: Wawa
Has thanked: 87 times
Been thanked: 150 times

Post autor: Suriel » 17 września 2015, 22:50

Horacy sięgnął po paznokieć Absymiliarda i zaczął obracać go w obu dłoniach dokładnie oglądając. Słuchał rozmowy Terrego z Namtarem ale bardzo wyrywkowo. Osobliwy przedmiot prawie w całości przykuł jego uwagę.

Czemu do jasnej cholery zawsze to mi się trafia największy badziew. Wprawdzie czułem, niedawno że jakiś paznokieć potrąca we mnie czułą nutę, ale do cholery czyżby to był akurat co go trzymam?

"- Słońce nie istnieje."

To zdanie na chwilę przerwało tok myśli Nosferatu zwracając uwagę na dyskutujących.

Gdybym dostał chociaż lusterko. Już ja bym wiedział co zrobić z lusterkiem, nawet pękniętym. Lusterko na przykład odbija promienie słońca. Słońca którego nie ma. Boże, co ja pierdolę. Oczywiście, że jest słońce, jest i lusterko i jest paznokieć Absymiliarda. A w ogóle to kim do cholery był ten Absymilirad. Chyba, że to Ten Absymilard? Niee, nie możliwe...

"...Wydaje ci się jedynie, że istnieją jakieś rośliny, zwierzęta i że sam istniejesz... "

Mi się zdaje, że ten paznokieć jednak jest prawdziwy. Jest tak obrzydliwie brudny, że prawdziwy być musi. Tylko obrzydliwe rzeczy są naprawdę prawdziwe, reszt to farsa. Cholera a czy to nie jest przypadkiem ten, jak mu tam, tips? Mam go sobie nakleić, pomalować wzorkiem i spedalić się do końca?

"... Raz próbowałem zobaczyć słońce, żeby sprawdzić, czy mam rację. Spaliło mi nerwy wzrokowe. Poczułem ból i ujrzałem ciemność. Tylko ciemność... Zrozumiałem wtedy, że nie mogę go zobaczyć, bo jest iluzją..."

Horacy z trudem zdusił w sobie chichot.
O rety, rety... szczęki ze stali jak u pitbula a mózg jak u pudelka. Ciekawe z którego jest palca ten paznokieć. Chciałbym zobaczyć jak się takie paznokcie robi. On go sobie sam oderwał czy mu wyrwali? A może mu niechcący się oderwał, na przykład zahaczył o pokrywę włazu do kanałów. Mi się tak często zdarza.

"- Niszcząc czyjeś światło, czyjąś duszę, niszczę kłamstwo - odparł spokojnie Assamita. - pozwalam aby iluzja bytu powróciła w mrok. Dlatego odczuwam rozkosz. Służąc Prawdzie. Przecież to jest piękne..."

Jak ja kocham tych wszystkich altruistycznych naprawiaczy świata. Wsadź se w dupę tą pomocną dłoń w wysyłaniu w ciemność. Wsadź razem z paznokciami. A właśnie jak on nie jest z ręki tylko z nogi wiedzie swoje pochodzenie? Ale jak go aktywować? Alladyn pocierał lampę, może trzeba go głaskać? Nieee... gdyby był głaskany przy uruchamianiu to by lśnił, a jest zajebany brudem.

"...Więc wyrwałem mu serce i rozkroiłem je, ale nie znalazłem tam niczego, co byłoby nieśmiertelne..."

Spróbuj Asamito rozkroić myśl, miłość albo honor. Skoro się nie da to czy znaczy to, że nie istnieją? O rety a jak on jest z nogi i jednak trzeba go połknąć by zadziałał? Ja się brzydzę. Może da się go zamienić na coś innego z kimś z koterii? Szybko Horacy! Zanim się kapną o co biega. Trzeba się najpierw jakoś inteligentnie włączyć w dysputę...

- Dobra proszę państwa, chyba... pora kończyć z tym lizaniem się po fiutach, pora wypluć włosy łonowe i pora brać się do konkretnego działania. Boi trochę się tego nazbierało, no nie? Powiem wam, że ten zajebisty pazur poprawił mi nastrój. Widoczny to znak, że opatrzność nad nami czuwa i mam gdzieś czy jest czarna czy jasna.
Spoiler!
gdzieś w trakcie tych oględzin, używam nadwrażliwości by spróbować coś więcej się dowiedzieć na temat paznokcia.
Spoiler!
Test Okultyzmu ST:8 = 3 sukcesy. Nadwrażliwość pozwoli stwierdzić, że paznokieć jest magiczny.
Ktoś z klanu opowiadał ci kiedyś jakąś historyjkę o paznokciu Przedpotopowca. Ma on podobno moc zwiększania działań Dyscyplin należących do klanu Nosferatu. Po użyciu Nadwrażliwości oraz sukcesach w Okultyzmie jesteś pewien, że to jest właśnie ten przedmiot. Działania w mechanice gry:
Dodaje +1 sukces przy użyciu Dyscyplin klanowych oraz +1 poziom do Niewidoczności. Sprawi to, że twoja Niewidoczność będzie na poziomie 6. Nie uzyskasz żadnej dodatkowej mocy, ale trudniej będzie cię wykryć Nadwrażliwością.
Żeby działał musisz go nosić przy sobie.

Przypominam, że tylko wampir z Nadwrażliwością 6+ będzie mógł cię teraz wykryć.
Ostatnio zmieniony 17 września 2015, 23:12 przez Suriel, łącznie zmieniany 1 raz.
Jeżeli zabałaganione biurko jest oznaką zabałaganionego umysłu, oznaką czego jest puste biurko? Albert Einstein

ODPOWIEDZ