Rezydencja rodu w Terres Putain, Tulon
- Migrujące ptaki - kapitan Perrault powtórzył określenie użyte podczas spaceru - Tak zwykli sami siebie nazywać. Wasza miłość zapewne słyszała o nich jako apokaliptykach. Przeważająca większość praworządnych Franków uważa, że to jedynie złodzieje i paserzy, ale prawda jest dużo bardziej złożona. W ostatnich latach miałem zaszczyt służyć z pewnym oficerem odpowiedzialnym za zbieranie informacji na ich temat i chociaż człowiek ów nie wprowadził mnie w żadne zastrzeżone wątki, podzielił się mnóstwem wiedzy ogólnej.
Wzmianka kapitana o informacjach z siatki wywiadu Sanglierów spowodowała, że tym razem wszyscy siedzący przy stole goście nadstawili bacznie uszu. Wyraźnie ukontentowany taką atencją oficer kontynuował swą opowieść gestykulując mimowolnie dzierżonym niczym miecz widelczykiem.
- Prawda jest taka, że oni są wszędzie, chociaż szczęśliwie Montpellier starają się omijać z lęku przed naszymi stróżami prawa. Tworzą kryminalne siatki rozprowadzające kradzione towary i nielegalne używki, w tym niestety również tak rygorystycznie zakazany płon, kontrolują prostytucję i przemyt. Istnieją uzasadnione podejrzenia, że czerpią też zyski z pokątnej sprzedaży białych niewolników na plantacje w Północnej Afryce.
Guido Dumas prychnął na dźwięk tego zarzutu z oburzeniem, bo też Sanglierom z trudem mieściło się w głowie, że biali Europejczycy muszą się mozolić w upiornym skwarze na plantacjach bawełny neolibijskich możnowładców. Co więcej, strzępy wiedzy o pradawych czasach sprzed Dnia Sądu Ostatecznego sugerowały, że niegdyś miała miejsce zupełnie inna sytuacja, odwrócona i znacznie przyjemniejsza w wyobrażeniu dla szlachty z Montpellier.
- Użył pan określenia sekciarze, kapitanie, dlatego pomyślałam, że to jakaś specyficzna grupa religijna - wtrąciła Angeline Lea - Tymczasem sugeruje pan, że to zwyczajni przestępcy.
- Nazwałem ich sekciarzami, ponieważ tworzą hermetyczne grupy o własnych obyczajach i tradycjach, posiadające sekretne języki i kanały komunikacji - odpowiedział Perrault - Wiem, że próbowaliśmy wielokrotnie infiltrować ich struktury, ale oni są praktycznie nie do przeniknięcia. Członków grup indoktrynują od małego dziecka, nie tylko własne dzieci, ale też podobno te specjalnie w tym celu porywane. Plotki twierdzą, że mają jakiś horrendalnie wypaczony pogląd na wychowanie potomstwa, że zmuszają małe dzieci do żebractwa, do produkcji narkotyków i sprzedawania ciał w domach uciech, by w ten chory sposób kształtować ich hart ducha, bezwzględność i całkowicie przeżarty cynizmem charakter. Kiedy dorastają, są tak związane z resztą koterii, że prędzej odbiorą sobie życie niż przejdą na naszą stronę.
- To straszne - odezwał się ponownie poczciwy skarbnik ekspedycji, pobladły niczym ściana - I nikt nie może tego powstrzymać?
- Szanse powodzenia równe planowi zamurowania delty Rhone - Perault wzruszył bezradnie ramionami - Jak już wspomniałem, oni są wszędzie. Bezwzględni i okrutni hedoniści lojalni wyłącznie względem siebie samych. Nie da się ich wykorzenić, bo popyt na ich usługi jest zbyt wielki. Kto ma pieniądze, a potrzebuje płonu, dziwek, niewolników czy broni, kupuje towary i usługi apokaliptyków. Są tu w Tulonie nielegalne areny, na których dziesięcioletnie dzieci walczą z psami, wiedzieli państwo o tym? Oficjalnie władze to potępiają, ale ten proceder wciąż kwitnie. W Bayonne sekciarze zbudowali własną osadę w miejscu, gdzie w bagnie tkwi porzucony przez Neolibijczyków czołgacz i zarządzają nią nie uznając naszej ani tulońskiej jurysdykcji. Co więcej, są tam tolerowani przez czerwonokrzyżowców, chociaż akurat Szpitalnicy z pewnością posiadają środki, by się ich z Bayonne definitywnie pozbyć.
Słuchacze pokiwali głowami przypominając sobie historię znaną powszechnie w Montpellier. Czarni kolonizatorzy przywieźli z Afryki ogromne pancerne wozy na gąsienicach, prawdziwe ruchome twierdze, które zdolne były przełamać każdą obronną pozycję Europejczyków, ale które z powodu swej niewiarygodnej masy stawały się zupełnie bezużyteczne na podmokłych obszarach delty Rhone. Taki właśnie pojazd utknął wiele lat temu na dobre w Bayonne, porzucony przez właścicieli, a następnie zagospodarowany przez Franków.
- Nie wolno nam popełnić błędu i lekceważyć tych ludzi - ciągnął dalej kapitan Sangów - Ich matecznik na Trupie jest doskonałym przykładem tego jak potrafią się zorganizować mając odpowiednie środki. Podejrzewam, że Trypolis nigdy nie zdoła ich wykorzenić z tej przeklętej wyspy. Zbyt silnie się tam ufortyfikowali.
- Słyszałem o kilku próbach lądowania na Trupie - wtrącił Nathan Barthez - Każda skończyła się porażką. Apokaliptycy mają tam baterie dział z prawdziwego zdarzenia, jakoby zdjęte z wraków okrętów Dawnych Ludzi. Gdzie je znaleźli i jak uruchomili, nie mam pojęcia, ale podobno neolibijska flota już się do Trupa nie zbliża. Teraz Trypolis tylko nęka tych na wyspie wysyłając tam pod osłoną nocy harapów, którzy okryli się hańbą, na stricte samobójcze misje. Transport w jedną stronę, jak słyszałem. Żaden z tych czarnych już stamtąd nie wraca.
- Prawdziwie barbarzyńska taktyka - skomentował Perrault - I jeśli to prawda, to takie rajdy przypominają kąsanie byka przez gzy, nic więcej.
Fragment konwersacji w odpowiedzi na pytanie Kargana. Apokaliptycy to temat-rzeka, mnóstwo można jeszcze na ich temat napisać, wielu rzeczy o nich nie wiedzą ani BG ani NPC. Myślę, że na początek wystarczy, ale oczywiście rzucajcie pytaniami, gdybyście chcieli wiedzieć coś więcej.
Czy chcielibyście porozmawiać o czymś jeszcze przy deserze, zanim przesuniemy akcję do wypadu na miasto? Mam przygotować fabularną scenkę, w której poruszycie temat władającego Bergamo rodu Lombardich i ich patriarchy Vespaccio Lombardiego, Białego Wilka z Bergamo? Czy wolicie przeskoczyć do następnego punktu na liście atrakcji, a o Bergamo poczytać w wątku technicznym?