PBF - Grzechy ojców
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Skoro Treant podzielił się swą wiedzą z Ulą, mogę chyba zdradzić więcej szczegółów (po tę zresztą informację półork poszedł na drugą stronę drogi do jaskini zajętej przez Esajan). Następny przystanek karawany to odległa o dzień (czy raczej noc) jazdy turegańska wojskowa strażnica w Ukrath, od niej zaś dzielą Was dalsze dwa dni drogi od górskiego masywu stanowiącego formalną granicę Tureganu.
Skoro Treant podzielił się swą wiedzą z Ulą, mogę chyba zdradzić więcej szczegółów (po tę zresztą informację półork poszedł na drugą stronę drogi do jaskini zajętej przez Esajan). Następny przystanek karawany to odległa o dzień (czy raczej noc) jazdy turegańska wojskowa strażnica w Ukrath, od niej zaś dzielą Was dalsze dwa dni drogi od górskiego masywu stanowiącego formalną granicę Tureganu.
-
mordimer00
- Reactions:
- Posty: 2226
- Rejestracja: 07 stycznia 2011, 09:44
Uhra najperw zadbała o konia, później o siebie - umyć się i najeść, ma nadzieję że odeśpi podróż później, chce dowiedzieć się więcej więc musi pilnować kapłana. Wie , że z nią mało kto szczerze lubi rozmawiać a on jak walnie taką dziwną gadkę to od razu się przed nim ludzie otwierają. Jeśli kapłan będzie po osadzie łaził dłużej niż dwie godziny, to Uhra po tym czasie się pożegna i wróci się wyspać.
Bardzo wykończona to Uhra raczej nie jest, jeździć konno umie, więc na siodle nie raz podrzemie - karawana porusza się ślimaczym tępem i szczęsliwie na pustyni idąc w zastępie ciężko o jakąś niespodziankę terenową.
Uhra kupi wody i jedzenia dla siebie i konia tak by starczyło na następne 3 dni drogi, bo w stanicy wojskowej może być kiepsko z zaopatrzeniem. Jeśli całość będzie ciężka pójdzie do szefa karawany spróbować zagadać by część rzeczy przewiózł jej za drobną dopłatą na wozie.
Bardzo wykończona to Uhra raczej nie jest, jeździć konno umie, więc na siodle nie raz podrzemie - karawana porusza się ślimaczym tępem i szczęsliwie na pustyni idąc w zastępie ciężko o jakąś niespodziankę terenową.
Uhra kupi wody i jedzenia dla siebie i konia tak by starczyło na następne 3 dni drogi, bo w stanicy wojskowej może być kiepsko z zaopatrzeniem. Jeśli całość będzie ciężka pójdzie do szefa karawany spróbować zagadać by część rzeczy przewiózł jej za drobną dopłatą na wozie.
Ostatnio zmieniony 10 maja 2011, 18:38 przez Ula, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, świt czwartego dnia podróży
Oporządziwszy swe wierzchowce wędrowcy podziękowali uprzejmie, aczkolwiek stanowczo duvikańskim przekupniom, odsyłając ich do osady ze skrzeczącymi pisklętami wejhurów, jajami i koszykami warzyw. Wszyscy czuli narastające z każdą chwilą zmęczenie, objawiające się ze zdwojoną siłą. Podróżowali w siodłach przez całą noc i ciała podróżników domagały się odpoczynku. Posiliwszy się wyciągniętymi z juków skrawkami suszonego mięsa i czerstwego chleba półorki i ludzie zlegli na miękkich matach, układając tkwiącą w pochwach broń w zgięciach łokci i zasypiając niemal natychmiast po przyłożeniu głów do posłania.
Mordil odczekał jeszcze chwilę, kucając w progu ceglanego domku i taksując bacznym wzrokiem krzątających się po Duviku mieszkańców. Goblin nie mógł nie zauważyć, że niemal wszyscy tubylcy byli ludźmi czystej krwi, chociaż tu i ówdzie jego bystre oczy dostrzegły mieszańców będących owocami wizyt bawiących w osadzie przejazdem wysłanników z krain Katana, równie hojnych dla miłych im dziewcząt, co jurnych. Pogodziwszy się z końcem targów miejscowi wrócili do swoich codziennych zajęć, chowając przeznaczone dla przyjezdnych towary do swych domostw i zajmując się ponownie codziennymi zajęciami. Widoczni po przeciwnej stronie kamiennej drogi Esajanie również się pokładli na derkach i większość z nich najwyraźniej spała, będąc jednak ludźmi na wskroś podejrzliwymi wobec obcych wystawili dwóch ziomków na straży obok zagrody dla wołów.
Mordil pojmował ich tok rozumowania, sam wszak też nie należał do istot łatwowiernych i przesadnie ufnych. Niepokoił go widok noszonej przez Duvikan broni, przypasanej do boków lub trzymanej w zasięgu ręki przez tych osadników, którzy zajmowali się swoimi codziennymi pracami. Oręż był na pograniczu czymś nieodzownym, bo na pustynne społeczności czyhało wiele niebezpieczeństw, ale kilkunastoletni chłopcy wybierający z zagłębień w ziemi jaja wejhurów z przewieszonymi przez plecy oszczepami wydali się goblinowi przesadnymi środkami ostrożności. Nad osadą wydawał się wisieć jakiś złowieszczy cień, który odbierał miejscowym zwyczajową radość życia. Wejhury skrzeczały, woły porykiwały, woda ciurkała w drewnianych korytach, w oddali stukały młotki i niosły się nawoływania rozmawiających z wysokości dachów ludzi, ale nigdzie nie słychać było śmiechów ani śpiewów. Nie słychać było nawet zwyczajowego zgiełku dziecięcych głosów, co szczerze Mordila dziwiło, goblin wiedział bowiem, że ludzie byli drugą po jego ziomkach rasą oddającą się równie ochoczo mnożeniu gatunku i ich sadyby zawsze wydawały się pełne po brzegi rozwrzeszczanych bachorów.
Mordil kucał w progu domku przez dłuższą chwilę przyglądając się uważnie zabudowaniom Duviku, nigdzie nie spostrzegł jednak oznak tego, by miejscowi strzegli osady w sposób uniemożliwiający gościom jej opuszczenie. Grupka okrytych w powłóczyste odzienia i chusty żołnierzy udała się do strażnicy nad dawną rzeką, na dachach kilku wyżej położonych domów siedzieli też sprawiający wrażenie strażników uzbrojeni mężczyźni w sile wieku, ale miejscowi zdawali się nie zwracać większej uwagi na odpoczywających w domku wędrowców.
Zaspokoiwszy w końcu swą ciekawość goblin wślizgnął się do zagrody dla koni i zwinięty w kłębek między łapami drzemiącego na piasku gulmaka zasnął niczym znużone zabawą dziecię.
I chociaż miał się za czujnego ponad wszelką miarę, nie zauważył, że leżąca na wprost progu Uhra jeszcze przez długą chwilę wyzierała na zewnątrz chatki spoglądając na Duvik zmrużonymi oczami.
Wątek techniczny
Słuszna decyzja z tym odpoczynkiem i już śpieszę uprzedzić tych BG, którzy wyczuwają w moim updacie paranoiczne zagrożenie dla śpiących podróżników - nic Wam nie grozi. Przebudzenie nie podniesie Wam poziomu adrenaliny, w zamian zaś pozbędziecie się statusu zmęczonych. Ula, bez urazy, ale skoro Eithart poszedł najpierw spać, to i Uhrę musiałem uśpić.
Nowa aktualizacja jeszcze dzisiaj, teraz zaś poproszę wszystkich o wysłanie do Mastuga PW z informacją o stanie gotówki na rozpoczęcie przygody, ponieważ od początku przygody pełni on również rolę Waszego księgowego i skrupulatnie będzie rozliczał wszystkie zakupy.
Oporządziwszy swe wierzchowce wędrowcy podziękowali uprzejmie, aczkolwiek stanowczo duvikańskim przekupniom, odsyłając ich do osady ze skrzeczącymi pisklętami wejhurów, jajami i koszykami warzyw. Wszyscy czuli narastające z każdą chwilą zmęczenie, objawiające się ze zdwojoną siłą. Podróżowali w siodłach przez całą noc i ciała podróżników domagały się odpoczynku. Posiliwszy się wyciągniętymi z juków skrawkami suszonego mięsa i czerstwego chleba półorki i ludzie zlegli na miękkich matach, układając tkwiącą w pochwach broń w zgięciach łokci i zasypiając niemal natychmiast po przyłożeniu głów do posłania.
Mordil odczekał jeszcze chwilę, kucając w progu ceglanego domku i taksując bacznym wzrokiem krzątających się po Duviku mieszkańców. Goblin nie mógł nie zauważyć, że niemal wszyscy tubylcy byli ludźmi czystej krwi, chociaż tu i ówdzie jego bystre oczy dostrzegły mieszańców będących owocami wizyt bawiących w osadzie przejazdem wysłanników z krain Katana, równie hojnych dla miłych im dziewcząt, co jurnych. Pogodziwszy się z końcem targów miejscowi wrócili do swoich codziennych zajęć, chowając przeznaczone dla przyjezdnych towary do swych domostw i zajmując się ponownie codziennymi zajęciami. Widoczni po przeciwnej stronie kamiennej drogi Esajanie również się pokładli na derkach i większość z nich najwyraźniej spała, będąc jednak ludźmi na wskroś podejrzliwymi wobec obcych wystawili dwóch ziomków na straży obok zagrody dla wołów.
Mordil pojmował ich tok rozumowania, sam wszak też nie należał do istot łatwowiernych i przesadnie ufnych. Niepokoił go widok noszonej przez Duvikan broni, przypasanej do boków lub trzymanej w zasięgu ręki przez tych osadników, którzy zajmowali się swoimi codziennymi pracami. Oręż był na pograniczu czymś nieodzownym, bo na pustynne społeczności czyhało wiele niebezpieczeństw, ale kilkunastoletni chłopcy wybierający z zagłębień w ziemi jaja wejhurów z przewieszonymi przez plecy oszczepami wydali się goblinowi przesadnymi środkami ostrożności. Nad osadą wydawał się wisieć jakiś złowieszczy cień, który odbierał miejscowym zwyczajową radość życia. Wejhury skrzeczały, woły porykiwały, woda ciurkała w drewnianych korytach, w oddali stukały młotki i niosły się nawoływania rozmawiających z wysokości dachów ludzi, ale nigdzie nie słychać było śmiechów ani śpiewów. Nie słychać było nawet zwyczajowego zgiełku dziecięcych głosów, co szczerze Mordila dziwiło, goblin wiedział bowiem, że ludzie byli drugą po jego ziomkach rasą oddającą się równie ochoczo mnożeniu gatunku i ich sadyby zawsze wydawały się pełne po brzegi rozwrzeszczanych bachorów.
Mordil kucał w progu domku przez dłuższą chwilę przyglądając się uważnie zabudowaniom Duviku, nigdzie nie spostrzegł jednak oznak tego, by miejscowi strzegli osady w sposób uniemożliwiający gościom jej opuszczenie. Grupka okrytych w powłóczyste odzienia i chusty żołnierzy udała się do strażnicy nad dawną rzeką, na dachach kilku wyżej położonych domów siedzieli też sprawiający wrażenie strażników uzbrojeni mężczyźni w sile wieku, ale miejscowi zdawali się nie zwracać większej uwagi na odpoczywających w domku wędrowców.
Zaspokoiwszy w końcu swą ciekawość goblin wślizgnął się do zagrody dla koni i zwinięty w kłębek między łapami drzemiącego na piasku gulmaka zasnął niczym znużone zabawą dziecię.
I chociaż miał się za czujnego ponad wszelką miarę, nie zauważył, że leżąca na wprost progu Uhra jeszcze przez długą chwilę wyzierała na zewnątrz chatki spoglądając na Duvik zmrużonymi oczami.
Wątek techniczny
Słuszna decyzja z tym odpoczynkiem i już śpieszę uprzedzić tych BG, którzy wyczuwają w moim updacie paranoiczne zagrożenie dla śpiących podróżników - nic Wam nie grozi. Przebudzenie nie podniesie Wam poziomu adrenaliny, w zamian zaś pozbędziecie się statusu zmęczonych. Ula, bez urazy, ale skoro Eithart poszedł najpierw spać, to i Uhrę musiałem uśpić.
Nowa aktualizacja jeszcze dzisiaj, teraz zaś poproszę wszystkich o wysłanie do Mastuga PW z informacją o stanie gotówki na rozpoczęcie przygody, ponieważ od początku przygody pełni on również rolę Waszego księgowego i skrupulatnie będzie rozliczał wszystkie zakupy.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Mordil obudził się pierwszy, jego wyczulone na niepokojące dźwięki uszy z miejsca wychwyciły dźwięk zbliżających się do domku kroków. Nie poruszając się nawet o cal goblin otworzył swe bursztynowe oczy i wciąż udając śpiącego przyjrzał się uważnie trójce nadchodzących z głębi osady mężczyzn.
Nad płaskowyżem unosiło się niemiłosiernie rozpalone słońce i jego skwar wdzierał się powoli nawet na dno szczeliny, ale panująca w przepaści temperatura i tak nijak się miała do słonecznego piekła trawiącego teraz piaski i skały wyżyny. Otępiałe od gorąca wejhury ucichły, okopały się w piaszczystym gruncie u wylotu wąwozu strosząc co chwila pióra i rozgarniając dziobami grunt. Pracujący wcześniej w obejściach osadnicy zniknęli gdzieś bez śladu, najpewniej odpoczywając w chłodnych wnętrzach swoich domostw. Z głębi Duviku wciąż dobiegał stukot młotków oraz stłumiony dźwięk, który natrętnie kojarzył się goblinowi z pełnym boleści niewieścim zawodzeniem.
Przewodzący trójce gości człowiek spowity był w powłóczyste szaty sięgające aż do sandałów, na głowie zaś nosił szal przesłaniający mu również policzki i podbródek. Suchymi pomarszczonymi palcami ściskał drewniany kostur, na którym wspierał się przy każdym kroku. Towarzyszyli mu dwaj inni mężczyźni, jeden młodziutki i odziany w prostą jasną szatę przepasaną rzemieniem, drugi rosły i brodaty, o spalonej słońcem twarzy i odzieniu myśliwego.
Obejrzawszy z bezpiecznej odległości drzemiącego gulmaka i udającego sen goblina starzec z kosturem nakazał swym kompanom zaczekać na zewnątrz chatki, sam zaś przekroczył ostrożnie próg i obrzuciwszy wzrokiem nieruchome ciała na matach zastukał kosturem w posadzkę.
Przebudzeni tym dźwiękiem podróżnicy pousiadali na posłaniach trąc oczy i przeciągając się z trzaskiem kości. Kilka godzin spokojnego snu pozwoliło im odzyskać nadwątlone nocną wyprawą siły, toteż w mig odzyskali wrodzoną czujność spoglądając na dzierżącego kostur starca przenikliwym wzrokiem.
- Bądźcie pozdrowieni w imię Graama - oznajmił zaskakująco dźwięcznym głosem przybysz - Jeśli są pośród was jego słudzy, niechaj im sprzyjają łaski i dobrodziejstwa. Jeśli się kto nawrócić zechce, powitamy go w naszej kongregacji z otwartymi ramionami. Jestem Jared Brunta, kapłan Graama i głowa tutejszej starszyzy. Rzeknijcie mi, który z was jest sługą Gorlama?
Wątek techniczny
I proszę, 8ART, kwestia szukania miejscowych kapłanów sama się rozwiązała, bo graamita przyszedł Was właśnie odwiedzić. Poproszę o deklaracje zachowania wobec tak dystyngowanego gościa (nie dość, że kapłan, to jeszcze głowa duvikańskiej rady starszych). Jest późne popołudnie, do zachodu słońca pozostaje dobre dziewięć godzin, a Wam już nie chce się za bardzo spać, więc jest okazja trochę pokonwersować/pozwiedzać/kupić wejhurze jaja na jajecznicę? Swoją drogą, wyszliście na nielada skąpców i dusigroszy wydając złoto wyłącznie na wodę i spyżę, niejeden Duvikanin Wam pewnie teraz skrycie życzy, żebyście się udławili tym suszonym mięsem z racji podróżnych.
Mordil obudził się pierwszy, jego wyczulone na niepokojące dźwięki uszy z miejsca wychwyciły dźwięk zbliżających się do domku kroków. Nie poruszając się nawet o cal goblin otworzył swe bursztynowe oczy i wciąż udając śpiącego przyjrzał się uważnie trójce nadchodzących z głębi osady mężczyzn.
Nad płaskowyżem unosiło się niemiłosiernie rozpalone słońce i jego skwar wdzierał się powoli nawet na dno szczeliny, ale panująca w przepaści temperatura i tak nijak się miała do słonecznego piekła trawiącego teraz piaski i skały wyżyny. Otępiałe od gorąca wejhury ucichły, okopały się w piaszczystym gruncie u wylotu wąwozu strosząc co chwila pióra i rozgarniając dziobami grunt. Pracujący wcześniej w obejściach osadnicy zniknęli gdzieś bez śladu, najpewniej odpoczywając w chłodnych wnętrzach swoich domostw. Z głębi Duviku wciąż dobiegał stukot młotków oraz stłumiony dźwięk, który natrętnie kojarzył się goblinowi z pełnym boleści niewieścim zawodzeniem.
Przewodzący trójce gości człowiek spowity był w powłóczyste szaty sięgające aż do sandałów, na głowie zaś nosił szal przesłaniający mu również policzki i podbródek. Suchymi pomarszczonymi palcami ściskał drewniany kostur, na którym wspierał się przy każdym kroku. Towarzyszyli mu dwaj inni mężczyźni, jeden młodziutki i odziany w prostą jasną szatę przepasaną rzemieniem, drugi rosły i brodaty, o spalonej słońcem twarzy i odzieniu myśliwego.
Obejrzawszy z bezpiecznej odległości drzemiącego gulmaka i udającego sen goblina starzec z kosturem nakazał swym kompanom zaczekać na zewnątrz chatki, sam zaś przekroczył ostrożnie próg i obrzuciwszy wzrokiem nieruchome ciała na matach zastukał kosturem w posadzkę.
Przebudzeni tym dźwiękiem podróżnicy pousiadali na posłaniach trąc oczy i przeciągając się z trzaskiem kości. Kilka godzin spokojnego snu pozwoliło im odzyskać nadwątlone nocną wyprawą siły, toteż w mig odzyskali wrodzoną czujność spoglądając na dzierżącego kostur starca przenikliwym wzrokiem.
- Bądźcie pozdrowieni w imię Graama - oznajmił zaskakująco dźwięcznym głosem przybysz - Jeśli są pośród was jego słudzy, niechaj im sprzyjają łaski i dobrodziejstwa. Jeśli się kto nawrócić zechce, powitamy go w naszej kongregacji z otwartymi ramionami. Jestem Jared Brunta, kapłan Graama i głowa tutejszej starszyzy. Rzeknijcie mi, który z was jest sługą Gorlama?
Wątek techniczny
I proszę, 8ART, kwestia szukania miejscowych kapłanów sama się rozwiązała, bo graamita przyszedł Was właśnie odwiedzić. Poproszę o deklaracje zachowania wobec tak dystyngowanego gościa (nie dość, że kapłan, to jeszcze głowa duvikańskiej rady starszych). Jest późne popołudnie, do zachodu słońca pozostaje dobre dziewięć godzin, a Wam już nie chce się za bardzo spać, więc jest okazja trochę pokonwersować/pozwiedzać/kupić wejhurze jaja na jajecznicę? Swoją drogą, wyszliście na nielada skąpców i dusigroszy wydając złoto wyłącznie na wodę i spyżę, niejeden Duvikanin Wam pewnie teraz skrycie życzy, żebyście się udławili tym suszonym mięsem z racji podróżnych.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
- No, no widzę, że plotki rozchodzą się w Duviku z prędkością wejchura w rui - odezwał się śmiejąc Eithart, przecierając zaspane oczy - Jam jest Eithart, z woli boskiej miecz Gorlama... - wymownie wsparł się na półtoraku po czym podszedł do Jareda i serdecznie uściskał prawicę graamity.
Kapłani wymienili zwyczajowe pozdrowienia. Brunta zwrócił się do gorlamity - Wyjdźmy na krótki spacer Eitharcie, chciałbym omówić z Tobą kilka kwestii...
- Daj mi kilka minut, niech no się ogarne tylko. Mam nadzieję, że nie bedzię Ci przeszkadzało towarzystwo Uhry. I tak i tak, chciała udać się wraz ze mną na poszukiwania Ciebie i zdaje się przebywającej w mieście kapłanki Asteriusza.
Jared uśmiechnął się - Cóż, zaprawdę plotki rozchodzą się w Duviku z prędkością wystraszonego wejchura...
-Skoro o wejchurach mowa to może chodźmy coś zjeść. Za świeżą jajecznice z wejchurzych jajek i kufelek pienistego oddałbym wszystko. Jak mawiają hobbici nic gorszego nad rozmowe o głodzie.
Wątek techniczny
dusigrosze? najpierw sen potem śniadanie:P
Kapłani wymienili zwyczajowe pozdrowienia. Brunta zwrócił się do gorlamity - Wyjdźmy na krótki spacer Eitharcie, chciałbym omówić z Tobą kilka kwestii...
- Daj mi kilka minut, niech no się ogarne tylko. Mam nadzieję, że nie bedzię Ci przeszkadzało towarzystwo Uhry. I tak i tak, chciała udać się wraz ze mną na poszukiwania Ciebie i zdaje się przebywającej w mieście kapłanki Asteriusza.
Jared uśmiechnął się - Cóż, zaprawdę plotki rozchodzą się w Duviku z prędkością wystraszonego wejchura...
-Skoro o wejchurach mowa to może chodźmy coś zjeść. Za świeżą jajecznice z wejchurzych jajek i kufelek pienistego oddałbym wszystko. Jak mawiają hobbici nic gorszego nad rozmowe o głodzie.
Wątek techniczny
dusigrosze? najpierw sen potem śniadanie:P
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Eithart podniósł się z posłania czując na sobie spojrzenia towarzyszy, zapiął odruchowo poluźniony na czas spoczynku pas.
- No, no widzę, że plotki rozchodzą się w Duviku z prędkością tokującego wejhura - roześmiał się kapłan przecierając zaspane oczy - Jam jest Eithart z Ordaru, z woli boskiej miecz Gorlama.
Gorlamita klepnął wymownym gestem pochwę swego miecza, po czym przyłożył otwartą prawicę na piersi na wysokości serca pozdrawiając obyczajem swego kultu rozmówcę. Starzec oparł kostur o ścianę, złożyłobie dłonie na kształt kielicha odchylając je w kierunku Eitharta i odwajemniając w ten sposób pozdrowienie.
- Kapitan Sharat przekazał mi wieść o twym przybyciu, przyjacielu - oznajmił Brunta ujmując ponownie kostur i wodząc osadzonymi w pomarszczonej twarzy oczami po reszcie obcych - Przyniósł też smutną wieść o tym, żeście na szlaku napotkali na ciała dwojga naszych ziomków, okrutnie pomordowanych.
Eithart spoważniał natychmiast wyczuwając napięcie w starczym głosie Jareda Brunty, skinął niemo głową na znak potwierdzenia.
- Smutna to zaiste wieść, wszelako mus mi o wszystko wypytać. Aby nie zaprzątać uwagi twych towarzyszy, racz przejść się ze mną po Duviku, sługo Gorlama. W trakcie przechadzki łacniej nam będzie rozmówić się o tym i owym.
- Pozwól jeno, że się ogarnę - Eithart wciągnął na bose stopy swe buty i zarzucił cienką koszulę na obnażony dotąd tors. Kątem oka spostrzegł podnoszącą się z posłania Uhrę, spoglądającą w jego stronę z porozumiewawczym błyskiem w oczach. Chociaż gorlamita znał dziewczynę od zaledwie kilku dni, wydawało mu się, że odczytał w mig ukryte intencje towarzyszki podróży.
- Wierzę, że nie będzie ci przeszkadzało towarzystwo Uhry - rzucił kapłan siląc się na wyjątkową uprzejmość w głosie - Żądna była wielce od chwili przyjazdu spotkania z tobą i bodajże kapłanką Asteriusza.
Jared Brunta uśmiechnął się życzliwie do ubierającej własne buty dziewczyny, wsparł się na kosturze kiwając z aprobatą głową.
- Cóż, zaprawdę plotki rozchodzą się w Duviku z szybkością wystraszonego wejhura - odparł graamita - Bawi u nas przejazdem asteriańska kapłanka, wprawdzie niewiasta, ale mądra iście niczym mąż. Skoroś taka kapłanom chętna, dziewko, pójdź z nami, wszelako z tyłu jak białogłowie przystoi, mężom pozostaw duchowe dysputy.
Eithart spostrzegł zaciskające się natychmiast szczęki Uhry, odczytał w lot jej rosnący gniew i postąpił krok do przodu odwracając uwagę graamity od poczerwieniałej nieco po twarzy gwardzistki.
- Skoro już o wejhurach prawimy, można i coś zjeść - oznajmił pozornie beztroskim tonem, który w rezultacie zabrzmiał bardzo sztucznie i chyba tylko Brunta tego nie spostrzegł - Za świeżą jajecznicę i kufelek piwa oddałbym wszystko.
Graamita pożegnał niemym skinięciem głowy Trehanta i Skelę, wciąż siedzących na swych posłaniach, opuścił domek wychodząc na zewnątrz w towarzystwie Eitharta i Uhry.
Eithart podniósł się z posłania czując na sobie spojrzenia towarzyszy, zapiął odruchowo poluźniony na czas spoczynku pas.
- No, no widzę, że plotki rozchodzą się w Duviku z prędkością tokującego wejhura - roześmiał się kapłan przecierając zaspane oczy - Jam jest Eithart z Ordaru, z woli boskiej miecz Gorlama.
Gorlamita klepnął wymownym gestem pochwę swego miecza, po czym przyłożył otwartą prawicę na piersi na wysokości serca pozdrawiając obyczajem swego kultu rozmówcę. Starzec oparł kostur o ścianę, złożyłobie dłonie na kształt kielicha odchylając je w kierunku Eitharta i odwajemniając w ten sposób pozdrowienie.
- Kapitan Sharat przekazał mi wieść o twym przybyciu, przyjacielu - oznajmił Brunta ujmując ponownie kostur i wodząc osadzonymi w pomarszczonej twarzy oczami po reszcie obcych - Przyniósł też smutną wieść o tym, żeście na szlaku napotkali na ciała dwojga naszych ziomków, okrutnie pomordowanych.
Eithart spoważniał natychmiast wyczuwając napięcie w starczym głosie Jareda Brunty, skinął niemo głową na znak potwierdzenia.
- Smutna to zaiste wieść, wszelako mus mi o wszystko wypytać. Aby nie zaprzątać uwagi twych towarzyszy, racz przejść się ze mną po Duviku, sługo Gorlama. W trakcie przechadzki łacniej nam będzie rozmówić się o tym i owym.
- Pozwól jeno, że się ogarnę - Eithart wciągnął na bose stopy swe buty i zarzucił cienką koszulę na obnażony dotąd tors. Kątem oka spostrzegł podnoszącą się z posłania Uhrę, spoglądającą w jego stronę z porozumiewawczym błyskiem w oczach. Chociaż gorlamita znał dziewczynę od zaledwie kilku dni, wydawało mu się, że odczytał w mig ukryte intencje towarzyszki podróży.
- Wierzę, że nie będzie ci przeszkadzało towarzystwo Uhry - rzucił kapłan siląc się na wyjątkową uprzejmość w głosie - Żądna była wielce od chwili przyjazdu spotkania z tobą i bodajże kapłanką Asteriusza.
Jared Brunta uśmiechnął się życzliwie do ubierającej własne buty dziewczyny, wsparł się na kosturze kiwając z aprobatą głową.
- Cóż, zaprawdę plotki rozchodzą się w Duviku z szybkością wystraszonego wejhura - odparł graamita - Bawi u nas przejazdem asteriańska kapłanka, wprawdzie niewiasta, ale mądra iście niczym mąż. Skoroś taka kapłanom chętna, dziewko, pójdź z nami, wszelako z tyłu jak białogłowie przystoi, mężom pozostaw duchowe dysputy.
Eithart spostrzegł zaciskające się natychmiast szczęki Uhry, odczytał w lot jej rosnący gniew i postąpił krok do przodu odwracając uwagę graamity od poczerwieniałej nieco po twarzy gwardzistki.
- Skoro już o wejhurach prawimy, można i coś zjeść - oznajmił pozornie beztroskim tonem, który w rezultacie zabrzmiał bardzo sztucznie i chyba tylko Brunta tego nie spostrzegł - Za świeżą jajecznicę i kufelek piwa oddałbym wszystko.
Graamita pożegnał niemym skinięciem głowy Trehanta i Skelę, wciąż siedzących na swych posłaniach, opuścił domek wychodząc na zewnątrz w towarzystwie Eitharta i Uhry.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Rozzłoszczona protekcjonalnym zachowaniem starca Uhra demonstracyjnie gapiła się na dachy mijanych domostw, co chwila zerkając w kierunku idących kilkanaście kroków z przodu i pogrążonych w cichej rozmowie kapłanów. Chociaż bacznie nadstawiała uszu, nie słyszała ani słowa z ich wyraźnie ożywionej konwersacji, to zaś złościło ją jeszcze bardziej. Z tego też powodu ostentacyjnie ignorowała parę idących z nią ramię w ramię mężczyzny, przedstawionych Eithartowi przez Bruntę po wyjściu przed domek.
Młodziutki chłopiec o piegowatej twarzy i małym zadartym nosie zwał się Efar Garral i był jednym z kilku neofitów Brunty. Widok pokiereszowanego oblicza Uhry najwidocznie bardzo chłopakiem wstrząsnął, bo ledwie zerknął on na paskudne blizny dziewczyny, z miejsca pobladł i od tej pory uparcie wbijał swój wzrok w nędzne sandały. Drugi Duvikanin, rosły mąż budzący respekt zarówno posturą jak i groźną miną, nosił miano Hakan Harmun i był wedle słów graamickiego kapłana jednym z członków miejscowej starszyzny. On to odezwał się jako pierwszy, przełamując w końcu ciężką ciszę.
- Sharat nam rzeknął, żeście po drodze naszli Isafa i jego żonę, dziewko - powiedział mężczyzna - Zginęli jakoby z rąk zbójców. Pewniście tego? Nie zasadziły się na nich jakie dzikie bestie aby?
Wątek techniczny
Uhra, o ile jesteś zainteresowana, możesz podjąć próbę podjęcia rozmowy, być może samej pociągnąć Duvikan za ozorki; możesz też naturalnie dalej się złościć na seksistowskiego Bruntę i wyładować swą frustrację na jego ziomkach, wybór należy do Ciebie
Rozzłoszczona protekcjonalnym zachowaniem starca Uhra demonstracyjnie gapiła się na dachy mijanych domostw, co chwila zerkając w kierunku idących kilkanaście kroków z przodu i pogrążonych w cichej rozmowie kapłanów. Chociaż bacznie nadstawiała uszu, nie słyszała ani słowa z ich wyraźnie ożywionej konwersacji, to zaś złościło ją jeszcze bardziej. Z tego też powodu ostentacyjnie ignorowała parę idących z nią ramię w ramię mężczyzny, przedstawionych Eithartowi przez Bruntę po wyjściu przed domek.
Młodziutki chłopiec o piegowatej twarzy i małym zadartym nosie zwał się Efar Garral i był jednym z kilku neofitów Brunty. Widok pokiereszowanego oblicza Uhry najwidocznie bardzo chłopakiem wstrząsnął, bo ledwie zerknął on na paskudne blizny dziewczyny, z miejsca pobladł i od tej pory uparcie wbijał swój wzrok w nędzne sandały. Drugi Duvikanin, rosły mąż budzący respekt zarówno posturą jak i groźną miną, nosił miano Hakan Harmun i był wedle słów graamickiego kapłana jednym z członków miejscowej starszyzny. On to odezwał się jako pierwszy, przełamując w końcu ciężką ciszę.
- Sharat nam rzeknął, żeście po drodze naszli Isafa i jego żonę, dziewko - powiedział mężczyzna - Zginęli jakoby z rąk zbójców. Pewniście tego? Nie zasadziły się na nich jakie dzikie bestie aby?
Wątek techniczny
Uhra, o ile jesteś zainteresowana, możesz podjąć próbę podjęcia rozmowy, być może samej pociągnąć Duvikan za ozorki; możesz też naturalnie dalej się złościć na seksistowskiego Bruntę i wyładować swą frustrację na jego ziomkach, wybór należy do Ciebie
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Skela podniósł się z posłania, kiedy tylko w oddali ucichł odgłos depczących kamyczki butów. Odrzucając na bok derkę tropiciel naciągnął na stopy własne buty, udając przy tym, że nie zauważa uniesionych pytająco brwi Trehanta.
- Gdzieś się wybierasz? - mruknął remziński półork sięgając po swój bukłak, nie doczekał się jednak jednoznacznej odpowiedzi. Skela mruknął coś niewyraźnie pod nosem, zakładając pas i stając w progu gościnnego domku. Jego wzrok podążył w ślad za oddalającymi się postaciami. Eithart i Brunta wysforowali się do przodu, pozostawiając w tyle Uhrę maszerującą w towarzystwie dwóch innych mężczyzn. Obaj kapłani rozmawiali z wyraźnym ożywieniem, Skela czytał to w ułożeniu ich ciał i gestykulacji rąk, a była to konwersacja, której chętnie by się przysłuchał, gdyby miał ku temu sposobność.
Niski kształt minął go w progu, wślizgnął się do środka domku siadając na posłaniu Uhry. Mordil zastrzygł uszami, podrapał się po karku poruszając jednocześnie rytmicznie szczękami. Trehant dostrzegł wiszący goblinowi z kącika ust kawałek jedzenia, rozpoznał w nim jednego z pustynnych wijów.
- Chce robala? - Mordil podchwycił spojrzenie myśliwego, wypluł do połowy przeżutego wija na dłoń wyciągając ją w geście zachęty w stronę półorka - Se ugryzie kawałka.
- Jakbym nie jadł przed drzemką, całego bym spałaszował - zapewnił Trehant czując dziwny ucisk w gardle - Nie chcę cię objadać, przyjacielu.
- Ty się nie troskany - wyszczerzył kiełki Mordil klepiąc dłonią skórzany woreczek przy pasie - Mam ichnych tukej na pęczki, jak ty głodny będzie, pożujtamy razem.
Skela znieruchomiał przy wyjściu z domku ważąc coś najwyraźniej w myślach. Mordil otaksował go bacznym spojrzeniem, uśmiechnął się złośliwie pod nosem posyłając kpiarskie mrugnięcie okiem w stronę Trehanta.
- Skela, ty człek wielce mądrzasty, Mordil to widzi - oznajmił goblin - Ty nie lubi kąpciać jako ja. Pewniście słyszałżeś o mojem ujcu, co po kąpcianiu go wejhur dziobnął, co?
Posępny tropiciel zignorował ewidentną zaczepkę Mordila, chociaż wiedział, że jego przepocone odzienie i wciąż pokryta piaskowym pyłem skóra upodabniało mężczyznę w kwestii dbałości o czystość bardziej do goblinów właśnie niż własnej rasy. Trehant wzruszył ramionami dając Mordilowi do zrozumienia, że dalsze próby konwersacji z milczkiem nie mają sensu, wtedy zaś do uszu całej trójki dobiegł ponownie dźwięk zbliżających się do chatki kroków. Skela cofnął się w stronę swego posłania czekając, aż dwaj zmierzający w stronę domku mężczyźni wejdą do środka.
Jednym z gości był kapitan Ilef Sharat, drugim zaś zbliżony do niego wiekiem mąż o krótko przyciętej bródce i twardych rysach człowieka, który niejedno w życiu widział.
- Witajcie, przybysze - powiedział nieznajomy, posyłając wędrowcom skinięcie głowy i demonstracyjnie odpinając obciążony mieczem pas. Sharat z miejsca poszedł w ślady ziomka, zdejmując z bioder własną broń wedle obyczaju mającego zapewnić gości o pokojowych zamiarach gospodarzy.
- Jestem Detlef Oktar, pierwszy kapitan Duviku - oznajmił obcy - Ilef mówi, że przybyliście od strony Esai. Dziwny to czas na przejazdy karawan, wszak pora sucha ciężko doskwiera. Jak wygląda na szlaku? Widzieliście gdzie ślady grasantów, Zuguanów może? Dzikie stwory wam nie dokuczały?
Wątek techniczny
Człowiek ten przedstawił się jako dowódca duvikańskiej milicji, więc należy go traktować raczej poważnie. Widać, że próbuje Was wybadać, poznać to po taksującym Was przenikliwym spojrzeniu. Początkowe pytania raczej zwyczajowe, może ktoś odpowie? Może zarazem sami spróbujecie pociągnąć jego i Sharata za języki?
Skela podniósł się z posłania, kiedy tylko w oddali ucichł odgłos depczących kamyczki butów. Odrzucając na bok derkę tropiciel naciągnął na stopy własne buty, udając przy tym, że nie zauważa uniesionych pytająco brwi Trehanta.
- Gdzieś się wybierasz? - mruknął remziński półork sięgając po swój bukłak, nie doczekał się jednak jednoznacznej odpowiedzi. Skela mruknął coś niewyraźnie pod nosem, zakładając pas i stając w progu gościnnego domku. Jego wzrok podążył w ślad za oddalającymi się postaciami. Eithart i Brunta wysforowali się do przodu, pozostawiając w tyle Uhrę maszerującą w towarzystwie dwóch innych mężczyzn. Obaj kapłani rozmawiali z wyraźnym ożywieniem, Skela czytał to w ułożeniu ich ciał i gestykulacji rąk, a była to konwersacja, której chętnie by się przysłuchał, gdyby miał ku temu sposobność.
Niski kształt minął go w progu, wślizgnął się do środka domku siadając na posłaniu Uhry. Mordil zastrzygł uszami, podrapał się po karku poruszając jednocześnie rytmicznie szczękami. Trehant dostrzegł wiszący goblinowi z kącika ust kawałek jedzenia, rozpoznał w nim jednego z pustynnych wijów.
- Chce robala? - Mordil podchwycił spojrzenie myśliwego, wypluł do połowy przeżutego wija na dłoń wyciągając ją w geście zachęty w stronę półorka - Se ugryzie kawałka.
- Jakbym nie jadł przed drzemką, całego bym spałaszował - zapewnił Trehant czując dziwny ucisk w gardle - Nie chcę cię objadać, przyjacielu.
- Ty się nie troskany - wyszczerzył kiełki Mordil klepiąc dłonią skórzany woreczek przy pasie - Mam ichnych tukej na pęczki, jak ty głodny będzie, pożujtamy razem.
Skela znieruchomiał przy wyjściu z domku ważąc coś najwyraźniej w myślach. Mordil otaksował go bacznym spojrzeniem, uśmiechnął się złośliwie pod nosem posyłając kpiarskie mrugnięcie okiem w stronę Trehanta.
- Skela, ty człek wielce mądrzasty, Mordil to widzi - oznajmił goblin - Ty nie lubi kąpciać jako ja. Pewniście słyszałżeś o mojem ujcu, co po kąpcianiu go wejhur dziobnął, co?
Posępny tropiciel zignorował ewidentną zaczepkę Mordila, chociaż wiedział, że jego przepocone odzienie i wciąż pokryta piaskowym pyłem skóra upodabniało mężczyznę w kwestii dbałości o czystość bardziej do goblinów właśnie niż własnej rasy. Trehant wzruszył ramionami dając Mordilowi do zrozumienia, że dalsze próby konwersacji z milczkiem nie mają sensu, wtedy zaś do uszu całej trójki dobiegł ponownie dźwięk zbliżających się do chatki kroków. Skela cofnął się w stronę swego posłania czekając, aż dwaj zmierzający w stronę domku mężczyźni wejdą do środka.
Jednym z gości był kapitan Ilef Sharat, drugim zaś zbliżony do niego wiekiem mąż o krótko przyciętej bródce i twardych rysach człowieka, który niejedno w życiu widział.
- Witajcie, przybysze - powiedział nieznajomy, posyłając wędrowcom skinięcie głowy i demonstracyjnie odpinając obciążony mieczem pas. Sharat z miejsca poszedł w ślady ziomka, zdejmując z bioder własną broń wedle obyczaju mającego zapewnić gości o pokojowych zamiarach gospodarzy.
- Jestem Detlef Oktar, pierwszy kapitan Duviku - oznajmił obcy - Ilef mówi, że przybyliście od strony Esai. Dziwny to czas na przejazdy karawan, wszak pora sucha ciężko doskwiera. Jak wygląda na szlaku? Widzieliście gdzie ślady grasantów, Zuguanów może? Dzikie stwory wam nie dokuczały?
Wątek techniczny
Człowiek ten przedstawił się jako dowódca duvikańskiej milicji, więc należy go traktować raczej poważnie. Widać, że próbuje Was wybadać, poznać to po taksującym Was przenikliwym spojrzeniu. Początkowe pytania raczej zwyczajowe, może ktoś odpowie? Może zarazem sami spróbujecie pociągnąć jego i Sharata za języki?
- Witaj, kapitanie. Nazywam się el Trehant, ten tajemniczy człowiek to el Skela, zaś siedzący obok goblin zwie się Mordil. Zaiste dziwna to pora na tak wymagającą podróż, jednak nie mieliśmy wyboru: sprytni taksatorzy widząc zagrożenie ze strony wędrujących plemion minotaurów postanowili wykorzystać okazję i obłowić się na opłatach za wstęp do podziemnych tuneli. Przyłączyliśmy się zatem do esajańskiej karawany wiedzionej przez starszego Salacha. Większa grupa jak dotąd zniechęca pustynne drapieżniki do ataków, również grasanci nie próbowali na nasze życie i majątek nastawać. W przeciwieństwie do tej nieszczęsnej pary wędrowców, o których smutnym końcu zapewne już usłyszałeś. Ale przecież tak dobrze ufortyfikowana osada nie musi obawiać się ani bandytów, ani dzikich stworów? Tymczasem nawet i wasz kapłan nie rozstaje się ze swoją laską, która zdaje się nie tylko za podporę mu służyć.
Mój skromny dorobek jako gracza w PBF: http://www.krysztalyczasu.pl/nickpage.php?user=35
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Detlef Oktar bacznie przyglądał się swemu rozmówcy, kiedy ten opowiadał o konsekwencjach nieoczekiwanego mintongu i przebiegu dotychczasowej podróży, siedząc na skrzyżowanych nogach wprost na polepie chatki.
- Nie lękaj się kostura naszego kapłana, przybyszu, bo to jeno kawałek drewna, chociaż przyznać trzeba, że świątobliwy Brunta wciąż potrafi nim skórę wygarbować jak się rozeźli - odparł wymijającym tonem pierwszy kapitan Duviku - Wszyscy zmierzacie do Tureganu?
- Wszyscy, a przynajmniej tak mi wiadomo - odrzekł Trehant zerkając z ukosa na Mordila, który przysłuchując się rozmowie wyciągnął ze skórzanego woreczka kolejnego zdechłego wija i najwyraźniej wahał się, czy poczęstować smakołykiem gości. Żadnemu z Duvikan nawet brew nie drgnęła na ów widok, chociaż remziński myśliwy pewien był, że obaj czuli na widok martwego robaka podobną odrazę, co on sam.
- Wyglądacie na takich, co w robieniu mieczem są obyci - powiedział Oktar po krótkiej chwili namysłu. Wędrowcy nic nie odrzekli z miejsca zauważając zmianę w tonie Detlefa. Siedzący w kucki mężczyzna potarł pokryte lekkim zarostem policzki, spoglądając na swych rozmówców podkrążonymi oczami. Goście już wcześniej spostrzegli, że zarówno on sam jak i Ilef nie dosypiali od wielu dni, a niepokój zdawał się gościć na stałe w bacznych podejrzliwych spojrzeniach obu wojowników. Dowódca duvikańskiej milicji przesunął czubkami palców po chitynowej rękojeści swego noża, wykonanej z tarczek grzbietowych makuna i misternie rzeźbionej w liściaste wzory o delikatnych kształtach, potem rozsznurował podany mu przez Ilefa skórzany woreczek i wysypał na dłoń matowe grudki wielkości przepiórczych jaj.
- Nieoszlifowane opale - słowa Duvikanina zdawały się przyciągać uwagę gości z magnetyczną wręcz siłą, a widok surowych klejnotów rozpalił przybyszom oczy - W wielkich miastach będą warte krocie, jeśli ktoś o wprawnych palcach się wpierw nimi zajmie. Dołożymy do tego dwa tuziny miedzianych płytek, cały i ćwierć drahela w czystym metalu, w Tureganie wart co najmniej tuzin halarów. W zamian pytamy o przysługę, która się błaha zdawa dla takich rębajłów jak wy.
Żaden z gości nic nie powiedział czekając ewidentnie na dalsze wyjaśnienia, ale wiszące w powietrzu milczenie zdawało się iskrzyć od starannie skrywanej niecierpliwości. Detlef zachował kamienna twarz, Ilef w zamian pozwolił sobie na leciutki uśmiech zarysowany w kącikach ust.
- W osadzie choroba, która jeszcze do końca nie przeszła, a póki się nie skończy, mus nam ze zdwojoną uwagą obejść pilnować, bo pustynne drapieżniki sprytne są i jeszcze gotowe do wąwozu podejść, coby łatwą zdobycz ucapić - oznajmił Oktar wsypując opale z powrotem do woreczka - Mało tego, jakieś się już najpewniej w naszej kopalni usadowiły, albo piaskowe jeżłacze albo szczekuny, bo nam paru górników zniknęło dni kilka temu bez śladu. Szczekun w stadzie i z zasadzki górnikowi podoła, ale orężnym rębaczom nie dostoi, tedy łatwo wam przyjdzie na nagrodę zapracować, jeśliście naprawdę takie zuchy jak wyglądacie.
Detlef Oktar bacznie przyglądał się swemu rozmówcy, kiedy ten opowiadał o konsekwencjach nieoczekiwanego mintongu i przebiegu dotychczasowej podróży, siedząc na skrzyżowanych nogach wprost na polepie chatki.
- Nie lękaj się kostura naszego kapłana, przybyszu, bo to jeno kawałek drewna, chociaż przyznać trzeba, że świątobliwy Brunta wciąż potrafi nim skórę wygarbować jak się rozeźli - odparł wymijającym tonem pierwszy kapitan Duviku - Wszyscy zmierzacie do Tureganu?
- Wszyscy, a przynajmniej tak mi wiadomo - odrzekł Trehant zerkając z ukosa na Mordila, który przysłuchując się rozmowie wyciągnął ze skórzanego woreczka kolejnego zdechłego wija i najwyraźniej wahał się, czy poczęstować smakołykiem gości. Żadnemu z Duvikan nawet brew nie drgnęła na ów widok, chociaż remziński myśliwy pewien był, że obaj czuli na widok martwego robaka podobną odrazę, co on sam.
- Wyglądacie na takich, co w robieniu mieczem są obyci - powiedział Oktar po krótkiej chwili namysłu. Wędrowcy nic nie odrzekli z miejsca zauważając zmianę w tonie Detlefa. Siedzący w kucki mężczyzna potarł pokryte lekkim zarostem policzki, spoglądając na swych rozmówców podkrążonymi oczami. Goście już wcześniej spostrzegli, że zarówno on sam jak i Ilef nie dosypiali od wielu dni, a niepokój zdawał się gościć na stałe w bacznych podejrzliwych spojrzeniach obu wojowników. Dowódca duvikańskiej milicji przesunął czubkami palców po chitynowej rękojeści swego noża, wykonanej z tarczek grzbietowych makuna i misternie rzeźbionej w liściaste wzory o delikatnych kształtach, potem rozsznurował podany mu przez Ilefa skórzany woreczek i wysypał na dłoń matowe grudki wielkości przepiórczych jaj.
- Nieoszlifowane opale - słowa Duvikanina zdawały się przyciągać uwagę gości z magnetyczną wręcz siłą, a widok surowych klejnotów rozpalił przybyszom oczy - W wielkich miastach będą warte krocie, jeśli ktoś o wprawnych palcach się wpierw nimi zajmie. Dołożymy do tego dwa tuziny miedzianych płytek, cały i ćwierć drahela w czystym metalu, w Tureganie wart co najmniej tuzin halarów. W zamian pytamy o przysługę, która się błaha zdawa dla takich rębajłów jak wy.
Żaden z gości nic nie powiedział czekając ewidentnie na dalsze wyjaśnienia, ale wiszące w powietrzu milczenie zdawało się iskrzyć od starannie skrywanej niecierpliwości. Detlef zachował kamienna twarz, Ilef w zamian pozwolił sobie na leciutki uśmiech zarysowany w kącikach ust.
- W osadzie choroba, która jeszcze do końca nie przeszła, a póki się nie skończy, mus nam ze zdwojoną uwagą obejść pilnować, bo pustynne drapieżniki sprytne są i jeszcze gotowe do wąwozu podejść, coby łatwą zdobycz ucapić - oznajmił Oktar wsypując opale z powrotem do woreczka - Mało tego, jakieś się już najpewniej w naszej kopalni usadowiły, albo piaskowe jeżłacze albo szczekuny, bo nam paru górników zniknęło dni kilka temu bez śladu. Szczekun w stadzie i z zasadzki górnikowi podoła, ale orężnym rębaczom nie dostoi, tedy łatwo wam przyjdzie na nagrodę zapracować, jeśliście naprawdę takie zuchy jak wyglądacie.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Duvik, późne popołudnie czwartego dnia podróży
Oddaliwszy się na stosowną dla kleryckiego statusu odległość od wioskowej świty kapłan Graama ujął Eitharta pod ramię i począł mówić ściszonym głosem, zdradzającym niezawodnie chęć zachowania treści rozmowy dla uszu swoich jedynie i tych należących do gorlamity.
- Sługo Gorlama, wiedz, że cieszy mnie niezmiernie twe przybycie - powiedział starzec - Nasze kulty nie żywią wobec siebie zgubnej wrogości, tedy jest nadzieja na to, że siłami wspólnymi i z Sanną pospołu wybawimy Duvik od wielkiej opresji. Lecz wpierw jedno muszę ci rzec, do twego honoru się odwołując, a poszanowania prawa pierwszeństwa. Duvik to graamicka jest osada, mego boga to dusze jak jeden mąż i niewiasta, z tymi biedakami, których na szlaku pochowałeś. Wszyscy oni są jako dziecięta, czasami cichaczem palą na pustyni ogniska dla Sharami albo wrzucają do skalnych rozpadlin ofiarę na chwałę Gothmeda, ale w głębi dusz to wierni graamici... i niechaj tak pozostanie.
Chudy jak szczapa starzec wsparł się na wykonanej z ciemnego drewna lasce i oplótłszy ją kościstymi, naznaczonymi plamkami wybroczyn dłońmi przeniósł na wędrowca spojrzenie uginające się pod ciężarem zmęczenia i zatroskania. Idąca w tyle trójka zatrzymała się w stosownej od rozmówców odległości, skrzętnie udając, że wcale nikomu z nich przez myśl nie przeszedł pomysł podsłuchania rozmowy obu kapłanów.
- Jeśli wiedziony dobrocią serca zechcesz mnie wspomóc, hojnie cię wynagrodzę, byś poza ścianami tej osady mógł dalej głosić chwałę swego boga - podjął wywód Jared Brunta przenikając Eitharta na wylot swymi oczami - Jeśli jednak nie uszanujesz starszeństwa i mej prośby i poczniesz głosić pośród mej gromady nauki Gorlama, mus mi będzie cię prosić, abyś natychmiast opuścił Duvik. Co rzekniesz, przyjacielu? Czy aby nie zbyt srogie to dla ciebie wyzwanie?
Wątek techniczny
Sprawa wydaje się postawiona bardzo jasno - Brunta nie życzy sobie, aby Eithart nawracał Duvikan na gorlamicką wiarę. A co na to sam zainteresowany?
Oddaliwszy się na stosowną dla kleryckiego statusu odległość od wioskowej świty kapłan Graama ujął Eitharta pod ramię i począł mówić ściszonym głosem, zdradzającym niezawodnie chęć zachowania treści rozmowy dla uszu swoich jedynie i tych należących do gorlamity.
- Sługo Gorlama, wiedz, że cieszy mnie niezmiernie twe przybycie - powiedział starzec - Nasze kulty nie żywią wobec siebie zgubnej wrogości, tedy jest nadzieja na to, że siłami wspólnymi i z Sanną pospołu wybawimy Duvik od wielkiej opresji. Lecz wpierw jedno muszę ci rzec, do twego honoru się odwołując, a poszanowania prawa pierwszeństwa. Duvik to graamicka jest osada, mego boga to dusze jak jeden mąż i niewiasta, z tymi biedakami, których na szlaku pochowałeś. Wszyscy oni są jako dziecięta, czasami cichaczem palą na pustyni ogniska dla Sharami albo wrzucają do skalnych rozpadlin ofiarę na chwałę Gothmeda, ale w głębi dusz to wierni graamici... i niechaj tak pozostanie.
Chudy jak szczapa starzec wsparł się na wykonanej z ciemnego drewna lasce i oplótłszy ją kościstymi, naznaczonymi plamkami wybroczyn dłońmi przeniósł na wędrowca spojrzenie uginające się pod ciężarem zmęczenia i zatroskania. Idąca w tyle trójka zatrzymała się w stosownej od rozmówców odległości, skrzętnie udając, że wcale nikomu z nich przez myśl nie przeszedł pomysł podsłuchania rozmowy obu kapłanów.
- Jeśli wiedziony dobrocią serca zechcesz mnie wspomóc, hojnie cię wynagrodzę, byś poza ścianami tej osady mógł dalej głosić chwałę swego boga - podjął wywód Jared Brunta przenikając Eitharta na wylot swymi oczami - Jeśli jednak nie uszanujesz starszeństwa i mej prośby i poczniesz głosić pośród mej gromady nauki Gorlama, mus mi będzie cię prosić, abyś natychmiast opuścił Duvik. Co rzekniesz, przyjacielu? Czy aby nie zbyt srogie to dla ciebie wyzwanie?
Wątek techniczny
Sprawa wydaje się postawiona bardzo jasno - Brunta nie życzy sobie, aby Eithart nawracał Duvikan na gorlamicką wiarę. A co na to sam zainteresowany?
-
mordimer00
- Reactions:
- Posty: 2226
- Rejestracja: 07 stycznia 2011, 09:44
Na widok błyskotek Mordilowi aż ślinka pociekła a może to za sprawą wija?? Przyglądam się uważnie tym błyskotkom (wycena) i zerkam na Trehant'a delikatnie kiwając w bok głową.
-"Bieremy ta robota? Cacka wszyńdzie się przydać, jo bych się szoł piwa naduldać wperw co wyśta na to? Pójdź som do karczma co Trehant? A ty Skela iść z nami czy ni. Bo dyć to przy suchym pysku o robota nie godoć, tak mi mówić moja dziadek to być pecha przynosić ogromniastego!"-rzekł Mordil dłubiąc w zębach za resztkami wija.
-"Bieremy ta robota? Cacka wszyńdzie się przydać, jo bych się szoł piwa naduldać wperw co wyśta na to? Pójdź som do karczma co Trehant? A ty Skela iść z nami czy ni. Bo dyć to przy suchym pysku o robota nie godoć, tak mi mówić moja dziadek to być pecha przynosić ogromniastego!"-rzekł Mordil dłubiąc w zębach za resztkami wija.
"Stara?em si? tak ?y?, abym w godzinie ?mierci móg? si? raczej cieszy? ni? l?ka?..."