Dla tych, którym spodobał się prolog powieści "Rzeźnik z Khardovu", mam niewielki ciąg dalszy...
- Bocie!
Orsus puścił koło uszu rzuconą w swą stronę zaczepkę, podnosząc w górę dzierżące ciężką siekierę ręce i uderzając narzędziem w ogromny pień drzewa. Nie znosił, kiedy pozostali wołali na niego "bot".
- Bot, mówię do ciebie! Jesteś równie głuchy jak szpetny?!
Orsus wyprostował się na swoje pełne siedem stóp wzrostu, imponujących w wieku zaledwie szesnastu lat, po czym obejrzał się w stronę Aleksieja.
- Mam imię.
Aleksiej był znacznie niższym od chłopca mężczyzną, chociaż dorównywał mu obwodem torsu. Kiedy się uśmiechał, szczerzył zęby w sposób tak upiorny, że kobiety w miasteczku bladły mimowolnie i kreśliły palcami znaki mające chronić je przed nadprzyrodzonym złem. I tym razem się uśmiechnął, czerpiąc ewidentne zadowolenie z poirytowania młodocianego drwala.
- Znam twoje imię, synku, ale wolę oficjalny tytuł. Skończyliśmy z tamtym drzewem i potrzebuję teraz bota, żeby przeciągnąć je w inne miejsce.
Orsus zerknął na pień leżący pod jedną ze stóp Aleksieja, starannie oczyszczony z kikutów gałęzi przez dwóch wyrostków i przygotowany do zawleczenia do wioski. Nie było to zbyt wielkie drzewo, być może nawet za małe dla potrzeb bandy drwali, ale ciągle jeszcze długie na dwadzieścia stóp i ważące kilkaset funtów. Orsus przyglądał mu się przez szacując w myślach rozmiary i wagę, potem potrząsnął z dezaprobatą głową. Ludzie Aleksieja trudnili się poważnym zajęciem i pozostając największą kompanią drwali w okolicznej puszczy zazwyczaj nie mitrężyli czasu na wyręb tak niewielkich drzew. To, nad którym Orsus właśnie pracował miało co najmniej dziewięćdziesiąt metrów długości i trzy stopy średnicy u podstawy. Młodzieniec dzielił je z pomocą drwalskiego topora na trzy części, dużo wygodniejsze w transporcie do wioski. Takich właśnie drzew było im trzeba. Łup Aleksieja... Orsus nie widział żadnego powodu, dla którego trzeba było przyłożyć do jego kory ostrze.
Żadnego rozsądnego powodu, za to jeden złośliwie oczywisty.
Aleksiej wyszczerzył zęby wskazując palcem drzewo i widząc ów gest kilku innych drwali przerwało własną pracę zamierzając zabawić się nieco kosztem Orsusa. Lecz młodzieniec jak zwykle nie zamierzał dawać im satysfakcji wracając do własnego pnia i zmieniając uchwyt dłoni na stylisku topora.
- Niech Łajka to zrobi - burknął.
Opuściwszy pchane siłą mięśni ostrze topora na pień wbił stal na dobre osiem cali w głąb drzewa. Zrąbany niedawno pień sięgał mu niemal do kolan pozostając prawdziwym leśnym potworem w oczach pozostałych drwali, a nie stanowiącym większego wyzwania dla samego Orsusa.
- Mój drogi chłopcze - Aleksiej przybrał dla odmiany ton ociekający protekcjonalizmem - Łajka to parobot, ona nosi najcięższe drewno. Coś tak małego było obrazą wobec pamięci konstruktorów, którzy ją stworzyli - jeden z kącików ust Aleksieja uniósł się cynicznie ku górze - To robota dla człekobota.
Orsus przestał na chwilę rąbać gotów ulec zaczepce, ale i tym razem skwitował ją jedynie zmrużeniem oczu. Kolejne uderzenie siekiery wraziło jej ostrze dokładnie w tym samym miejscu, co poprzednio, odrąbując od pnia kawałek drewna wielkości męskiego uda. Ujmując go w rękę młodzieniec odrzucił solidną szczapę na pobliską pryzmę drewnianych ułomków tak jakby to był dziecięcy klocek. Pozostali drwale wrócili do swojej roboty, rozczarowani uporem chłopaka.
Aleksiej podszedł kilka kroków bliżej. Wiedząc już, co się święci, Orsus zaczął szukać w myślach argumentu dość zasadnego, by z miejsca odrzucić propozycję znajomka.
- Chcę, żebyś wybrał się z nami dzisiejszej nocy - oznajmił konspiracyjnym tonem Aleksiej - Molonochnaja, zaraz po zmroku. Nawet nie będziemy nikogo bić, po prostu popsujemy trochę bardziej ich i tak popsuty sprzęt.
Molonochnaja była sąsiednią puszczańską sadybą, odległą od wioski Orsusa o godzinę marszu poprzez las. Orsus wiedział, że od niedawna tamtejsi drwale uruchomili własny tartak, zawzięcie próbując uwolnić się spod kontroli Aleksieja, który bynajmniej nie zamierzał im na to pozwolić. Chłopiec nie był takim rozwojem sprawy zaskoczony, bo też Aleksiej poczynał sobie w podobny sposób od kilku lat, dbając o własny interes poprzez bezwzględne zwalczanie konkurencji. Praktyki takie były czymś zwyczajnym pośród ambitnych kajazów i wcale Orsusa nie zaskakiwały. Było nie było, należał od kilku lat do szajki zbirów Aleksieja.
Lecz takie życie stało się już przeszłością.
- Tu rośnie dość drzew dla wszystkich - powiedział Orsus pochylając się nad pniem i odrąbując od niego kolejny ogromny kawałek drewna.
- Drzew owszem - zgodził się łaskawie Aleksiej - Ale co z kupcami? Gdzie mam znaleźć więcej zamówień, jeśli w Molonochnaji zaczną sprzedawać towar na własną rękę? I co z wioskami na wschód od nich, na nie też mam machnąć ręką? Ledwie mi starcza, by wam płacić za robotę, człekobocie. Jeśli stracę klientów, będę musiał ciąć po kosztach zatrudnienia. Oczywiście to nic osobistego.
Orsus poczerwieniał na dźwięk przezwiska "człekobot", ale znaczenie kiepsko zamaskowanej groźby Aleksieja natychmiast skoncentrowało jego uwagę na pewnej ważnej kwestii. Opuszczając drwalską siekierą spojrzał uważnie na swego rozmówcę.
- Miałbyś mnie zwolnić?
- Musiałbym zwolnić wielu ludzi...
- Robię w twojej drużynie za dwóch - wycedził przez zaciśnięte zęby Orsus - a ty grozisz mi zwolnieniem, bo nie chcę dla ciebie połamać nóg jakiemuś wieśniakowi?
- A jak miałbym ci zapewnić pracę? - sarknął Aleksiej krzywiąc pociągłą twarz w grymasie urazy - Jeśli w Molonochnai ruszy pełną parą nowy tartak, stracę kupców na drewno i stracę dochody. Przepadnie cały nasz interes. Dobrze wiesz, że nie życzę źle żadnemu z was, ale jeśli nie zadbamy o swoje, nie będę miał innego wyjścia.
- Więc zmuszasz mnie, bym ci pomógł albo stracę swoją robotę.
Aleksiej zesztywniał, a wyraz urażonej godności goszczący na jego twarzy ustąpił w mgnieniu oka prawdziwej złości.
- Myślisz tylko o swojej robocie? Patrzysz wyłącznie na siebie! Tu chodzi o coś więcej niż tylko moją czy twoją robotę! Pracuje dla mnie połowa naszej wioski i karmi ze swych zarobków drugą połowę, a to znaczy, że zabierzesz im strawę sprzed ust. Na wieść o nowym tartaku w okolicy nie powinieneś szukać tchórzliwych wykrętów, tylko pognać do Molonochnai i połamać tamtym nogi, zanim jeszcze cokolwiek powiem. Ja cię do niczego nie zmuszam, Orsusie, ja ci tylko pokazuję słuszną drogę - Aleksiej obejrzał się nad ramieniem na parę pracujących opodal wyrostków, chłopców z ich rodzimej wioski - Tak jak przewodzę im. Upewnię się, że nikt nie zrobi niczego głupiego i nikomu nie stanie się krzywda. Pójdziemy tam wszyscy albo wcale.
- A zatem wcale - odparł twardo Orsus.
- I ty się złościsz, kiedy wołają na ciebie bot - zacmokał z niesmakiem Aleksiej - Nie masz w piersiach serca, tylko pusty bojler.
Orsus znał już na pamięć wszystkie te słowne gierki - groźby, zaczepki, drwiny i obietnice. Aleksiej był człowiekiem ambitnym i bezwzględnym, ale brakowało mu wyobraźni, przez co jego argumentacja zmierzała zawsze w tym samym kierunku: tematowi własnych interesów. Najpierw odwoływał się do poczucia solidarności z wioską, kiedy to zaś nie pomogło, natychmiast zmieniał taktykę opierając ją na chciwości. Spodziewając się tego od początku Orsus tylko pokiwał głową słysząc kolejne słowa rozmówcy.
- Jeśli z nami nie pójdziesz, zbankrutuję, ale jeśli mi pomożesz, dostaniesz coś więcej niż reszta - mężczyzna potrząsnął znacząco uwieszoną u pasa kieską - Miesięczna pensja, po powrocie z tamtego tartaku. Nie byłem równie hojny w całym… czemu się śmiejesz?
- Bo jesteś taki łatwy do rozgryzienia i przewidywalny.
- I przemówiła siekiera do ramienia, które ją wiodło - odparował cierpko Aleksiej - Skoro masz się za dużo lepszego ode mnie, czemu to nie ja pracuję dla ciebie, co?
- Skończę z tą robotą, kiedy odłożę dość dużo, by otworzyć własny sklep. Już ci to wcześniej mówiłem.
- A jakże - odparł cynicznie Aleksiej - Wielki niedźwiedź z puszczy ciosający z drewna stołki I stoliki i może jeszcze małe drewniane medaliony do wieszania nad progiem, co? I ja nie mam wyobraźni? Spójrz w końcu na siebie. Chodząca z ciebie góra. Nigdy wcześniej nie znałem człowieka bardziej stworzonego do przemocy od ciebie, a wierz mi, na tym akurat znam się bardzo dobrze. Ty nigdy nie będziesz pasował do żadnego sklepu, Orsusie, ty nawet nie pasujesz do tej całej wioski. Żebyś ty wiedział jak mi serce krwawi każdego dnia na samą myśl o tym, ile potencjału marnujesz na własne życzenie! Mógłbyś być bogaczem, mógłbyś mieć prawdziwą władzę. Gdybym to ja był tobą, rządziłbym całą tą doliną, a tymczasem wszystko, czego dokonałeś w życiu to ścięcie kilku drzew. Prawdziwe marnotrawstwo.
Właściciel tartaku potrząsnął ponownie trzymaną w dłoni kieską.
- Jeśli nie chcesz zrobić czegoś dla siebie, przynajmniej zarób jakieś pieniądze. Tylko pomyśl, na ile zbliżysz się do tego swojego sklepu mając w sakiewce miesięczną pensję.
- Zbliżę się o miesiąc - odparł Orsus - Tyle mogę poczekać.
- Więc jesteś równie głupi jak parobot! - krzyknął rozzłoszczony Aleksiej i słysząc te słowa Orsus pojął, że rozmowa dotarła do ostatniego zwyczajowego punktu negocjacji - Pomyśl o wszystkim, co dla ciebie zrobiłem! Dałem ci wszystko, a ty tak mi się odpłacasz? Dałem pracę twemu ojcu, kiedy szczury spustoszyły waszą spiżarnię i dałem pracę tobie, gdy Tharnowie twojego ojca zabili. Kto zapłacił łapówkę werbownikom za to, żeby skreślili cię z listy poborowych? Bez mojej pomocy trafiłbyś już dawno do Zimowej Gwardii i zarobił kulę w łeb! Nauczyłem cię zawodu, dbania o siebie i walki, a teraz plujesz mi prosto w twarz! Co ty właściwie masz, co zdobyłeś bez mojej pomocy? Czego nie kupiłeś za moje pieniądze?
- Mam ją - Orsus uśmiechnął się na samą myśl o swoim najwspanialszym skarbie.
- Kobietę? Mogę ci zapewnić mnóstwo kobiet.
- Nie takich jak Lola.
- Lepszych - sarknął Aleksiej - Tak pięknych, że na ich widok od razu zapomnisz o Loli.
- Widziałem już twoje dziewczęta, Aleksiej, i nigdy nie będą mogły obok niej nawet stanąć.
- A niech ci będzie - przywódca wioskowych drwali zmienił ton na bardziej spolegliwy i Orsus z miejsca poczuł podejrzliwość - Powiedzmy, że to najpiękniejsza kobieta na świecie, najlepsza kucharka, najsłodsza kochanka czy co tam jeszcze jeszcze lubisz w kobiecie-
- Najmilsza - odparł Orsus - Najodważniejsza, najmądrzejsza...
- Prawdziwy skarb, w porządku. Nie ma znaczenia, kim ona jest, tylko ty. Wciąż pozostajesz chłopaczkiem z puszczy bez miedziaka przy duszy, bez własnego konia, z przeciekającym dachem na chałupie i posłaniem z siana, a także nożem i łyżką zrobionymi z resztek złomu.
- Wszystko to prawda.
- I sądzisz, że ta dziewczyna tego chce? Wróć do mnie, wróć do bratki. Z nami zrobisz prawdziwe pieniądze, Orsusie, ale nie przy rąbaniu głupich drzew jak reszta tych durniów - Aleksiej wskazał niedbałych gestem pozostałych drwali - Ty i ja, możemy stać się bogaci. Bogatsi niż kiedykolwiek marzyłeś. Mógłbyś tej swojej Lolki kupić prawdziwy dom, zastawę z porcelany, jedwabne suknie... potrafisz wyobrazić ją sobie w jedwabiach? Powinna nosić klejnoty we włosach, Orsusie, a ty możesz jej to wszystko dać.
Orsus potrafił to sobie wyobrazić. Nie chciał tego zrobić, ale uczynił pod wpływem podszeptów Aleksieja i teraz nie potrafił się uwolnić od płonącej w umyśle wizji. Ona naprawdę była warta wszystkich tych luksusów, warta była wiele więcej niż jedna wycieczka do Molonochnai czy Telku czy Chaktizu...
Młodzieniec potrząsnął głową i Lola w jedwabiu zniknęła z jego myśli.
- Nie - odpowiedział szorstko łapiąc ponownie za stylisko siekiery - Nie takiego chcę życia.
- Więc naprawdę nie jesteś niczym więcej niż żywym botem - głos Aleksieja ciął niczym nóż.
Orsus obejrzał się ponad ramieniem, licząc powoli w myślach i próbując się w ten sposób powstrzymać przed zdzieleniem Aleksieja pięścią w pociągłą lisią twarz. Odrzucając pod nogi siekierę podszedł do pnia obrobionego przez parę młodocianych drwali i stanął nad nim szacując coś w myślach. Obaj chłopcy cofnęli się przed nim zaskoczeni, a reszta pracujących na wyrębie mężczyzn przerwała prowadzone między sobą rozmowy. Przez wszystkie minione lata Orsus ani razu nie uległ prowokacyjnym propozycjom Aleksieja.
Orsus obliczył w myślach ciężar pnia, ocenił jego punkt ciężkości i wybrał miejsca do schwycenia rękami. Wziął głęboki oddech, przykucnął wsuwając dłonie pod pień i pociągnął go w górę. Długie na dwadzieścia stóp drzewo uniosło się w powietrze, sypiąc kawałkami połamanych gałęzi i pokruszonych igieł. Ostrożnie stawiając kroki zagryzł z wysiłku zęby, napiął mięśnie do granic wytrzymałości wytrzymując całą drogę od miejsca upadku drzewa do pryzmy innych zrąbanych pni. Zaskoczony swoją własną krzepą, spojrzał na przeniesione drzewo dysząc ciężko, a potem zawrócił po swoją siekierę.
- Zapomnij o bratce - rzucił w ślad za nim Aleksiej - Taki człowiek jak ty powinien być przywódcą.
- Żadnych więcej bójek - odpowiedział młodzieniec.
- Ale dlaczego?
- Bo ona tego nie chce. I nie zrobię niczego, czego ona nie chce.