Wynajęcie kapitana Wulfrede
Ruszyliście za Springaldem na nadbrzeże. Tam okazało się, ze owszem mają upatrzony statek, ale jeszcze się nie rozmówili z jego kapitanem.
To...
Springald wskazał łódź zacumowaną sto kroków od nabrzeża zingarski statek budowany w Kordawie. Skonstruowano go z myślą o przybrzeżnym handlu w tym kraju. Zadbano o szybkość, gdyż w pobliżu Kordawy leżą Wyspy Baracha, gdzie roi się od piratów. Barachańczycy cenią sobie te okręty, bo łatwiej na nich dopędzić ofiarę. Widzicie skosy tych dwóch masztów?
Skosy to lekkie odchylenie masztów w tył wytłumaczył Springald. Ten typ omasztowania cieszy się popularnością wśród żeglarzy, gdyż zapewnia lepszą sterowność.
Żadnego żaglowca nie buduje się z tak pochylonymi masztami. Ustawienie zależy od kapitana, który sam wypróbowuje różne kąty, położenie rei oraz powierzchnię żagli, aby osiągnąć jak największą szybkość i jak najlepszą sterowność. W tym wypadku, kapitan skoncentrował się na szybkości. Tuż przed waszym wejściem do Albatrosa, statek ten okrążył cypel i opuścił trójkątne duże żagle. Jedynie stary wilk morski z dobrze wyszkoloną załogą może poradzić sobie z takim takielunkiem. Niedoświadczony kapitan mógłby wywrócić okręt.
Kilku ludzi wskoczyło do łódki i w chwilę później szalupa odbiła od żaglowca, a wiosła zaczęły rytmicznie młócić wodę. Wasza grupka zebrana na lądzie czekała z mieszanymi uczuciami. Po paru minutach łódź przybiła do drabiny zwisającej z nabrzeża. Z powodu odpływu ludzie z łodzi, aby wejść na pomost, musieli pokonać kilka szczebli. Gdyby był przypływ, wystarczyłby jeden krok.
Mężczyzna, który wysiadł pierwszy, był pokaźnej postury, miał długi płaszcz i kapelusz o szerokim rondzie.
Rudowłosy popatrzył na Cymeryjczyka, szmat drogi dzieli nas od domu rzekł. Mój i twój lud często walczą ze sobą.
Ale, chyba potrafię znieść widok Cymmerianina tak daleko od domostw moich ojców.
Zostawmy zatargi na ziemiach przodków. Na południe od Królestw Kresowych przyjaźniłem się nawet z Hyperborejczykami. Tutaj jesteśmy po prostu barbarzyńcami z Północy.
Co to wszystko znaczy? - zapytał cicho Chen Shu.
Kapitan jest Vanirem wyjaśnił Springald a Vanirowie i Cymmerianie są odwiecznymi wrogami. Vanirowie najeżdżają Cymmerian i porywają ich dzieci, które wychowują na niewolników, a Cymmerianie napadają na nich w odwecie i, no cóż, dla rozrywki.
Kapitan popatrzył na nieznajomych.
Zdaje się, że macie do mnie jakiś interes. O co chodzi?
Czy pójdziesz Pod Albatrosa i usiądziesz z nami przy stole, kapitanie? zapytał Springald. A niby jakiego statku i ludzi potrzebujecie?
Potrzebujemy łodzi do żeglugi po wodach, na których zwykły statek kupiecki przypomina tłustego gołębia na niebie pełnym chyżych jastrzębi. Potrzebujemy ludzi, którzy nie lękają się rzucić wyzwania najniebezpieczniejszym wybrzeżom. Potrzebujemy też kapitana, który poprowadzi okręt i dzielną załogę.
Van wyszczerzył zęby.
Tygrys Morski jest właśnie takim żaglowcem, a ja,
Wulfrede z Vanaheimu, takim kapitanem. Co do moich ludzi, sam ich zobacz i oceń. Wielu szczurów lądowych na ich widok wzięłoby nogi za pas ze strachu. Jeśli jesteś do nich podobny, nie nadajesz się do podróży, o której raczyłeś napomknąć.
Kapitan ruszył z wami do tawerny.
Czy przyłączysz się do nas, kapitanie? zapytała Malia.
Van z uśmiechem zmierzył jej smukłą sylwetkę.
Jak mógłbym odmówić? Tak, gotów jestem nawet usiąść obok Cymmerianina, by wysłuchać, co macie do powiedzenia. Za tą propozycją musi kryć się coś niezwykłego.
Wulfrede błysnął zębami w uśmiechu.
Wobec tego zostańmy przyjaciółmi przynajmniej na czas posiłku i rozmowy.
W tawernie przyniesiono wam tace z jedzeniem. Zaczęliście się posilać, podczas gdy Ulfilo powtarzał plan wyprawy. Słuchaliście uważnie, szukając jakiejkolwiek rozbieżności. Sądziliście, że Aquilończycy nie powiedzieli mu wszystkiego.
Powiem ci szczerze: uważam tę misję za głupią rzekł Wulfrede. - Ale to nie mój interes. Jestem pewien, że uprzedzono was, iż szansę odnalezienia tego człowieka są niewielkie.
Masz rację w obu przypadkach powiedziała sucho Malia. To nie twoja sprawa, i wspomniał nam o nikłych szansach. Co z tobą i twoim statkiem?
Najdalej żeglowałem trzy dni drogi na południe od Zarkheby i nigdy nie dotarłem do Wybrzeża Kości. Ale oferujecie dobrą zapłatę, a ja nie należę do ludzi, którzy wzdragają się przed ryzykiem, gdy mają nadzieję na duży zysk.
A jak z twoją załogą? - zapytał Ufilio.
Wulfrede wzruszył ramionami.
Powiem im, dokąd ruszamy, jak zawsze. Mogą płynąć lub zejść z okrętu. Jeśli będziemy mieli za mało rąk, weźmiemy ludzi z Khemi czy z przybrzeżnych wysp. Na tamtych wodach paru miejscowych żeglarzy na pokładzie jest dobrym pomysłem. Są bardziej odporni na miejscowe choroby.
Zatem zgoda? zapytał Ulfilo.
Jedno mnie kłopocze. Wulfrede pochylił się lekko, wsparł ręce na stole i splótł palce.
Ta dama. Czy ona rzeczywiście chce z nami popłynąć?
Tak, odpowiedziała Malia. Nie boję się.
Nie wątpię w to, moja pani, ale taka podróż jest śmiertelnie niebezpieczna nawet dla doświadczonych wojowników i zahartowanych marynarzy. Słońce może być groźne dla osoby o tak jasnej skórze. Poza tym moi chłopcy nie są dobrze wychowani. Obca jest im ogłada i subtelność, a będziesz, pani, jedyną kobietą wśród nich.
Stanę pomiędzy nią a twoją załogą, kapitanie, zadeklarował Ulfilo z dłonią na rękojeści miecza.