Puszcza. Podgórze sudeckie, koło roku pańskiego 1300.
[center]

[/center]
Księżyc skryty za chmurą połyskiwał złowrogo słabym blaskiem. Nikt w noc taką jak ta się nie wyprawiał, bo to strach było. Noc w pośród leśnej kniei była ciemna a tak gęsta, że zdawać się mogło, że chwycić w dłonie ją można, a przez palce nie przecieknie. Pośród podsudeckich pomroków słychać było jeno pohukiwania puszczyka i skrzypienie kół na wybojach. To przez te wiekowe czeskie bukowiny, na wyboistym dukcie, gibała się z wolna kolebka ciągniona przez cztery czarne jak noc koniki. Konie parskały wyraźnie już zmęczone od długiej jazdy. Przybocznych ani posługujących było przy karecie dwóch jeno. I nie dziwota bo z razu widać było, że na boku swym ta masywna landara ślady niedawnej potyczki nosiła. Jakby się kto przyjrzał dokładniej to mógłby rzec, że to pazury bestii jakowejś bok jej przeorały. Po rzezi krwawej z zeszłej nocy z całej obstawy karety przy żywych ostał się jeno jeden Zygfrydowy rycerz oraz ledwie trzymający się życia Sigwald. Niedźwiedzich rozmiarów rycerz, który z racji ran otrzymanych dawno już winien pożegnać się z życiem, wprawdzie był nie przytomny ale iskra życia paliła się w nim jeszcze.
Wewnątrz karocy, było cicho ni szeptu ni słowa, ni oddechu ludzkiego. Wiozła bowiem ta kareta śmierć ludziom, po wielokorć. Siedziała tam sama Nova Arpad ze swym nasieniem przeklętym Zygfrydem a także Erchard no i on...
W ciemności nie widać był jego twarzy ale tego białego płaszcza z krzyżem na czerwono wymalowanym nijak pomylić nie było można. Ci którzy go nosili pieczętowali się znakiem dwóch ubogich rycerzy jadących na jednym koniu. Byli to jego bracia Templariusze. Ramię zbrojne Chrystusa Pana, do których jeno najbardziej bitni i do srogości przyzwyczajeni mogli przystąpić. Posługę świadczyli rozliczną. Mieczem nawracali niewiernych, heretyków palili, bili się z Maurami, bronili przystępu do Ziemi Świętej zagonom saraceńskim, a na drogach do Jerozolimy co dnia pielgrzymów strzegli. Nad niejednym polem bitwy co w ciała poległych było upstrzone powiewał postrzępiony Beaucéant na znak ich zwycięstwa.
Alfonso Buonafiori czuł jak w martwym serc zalega coś na kształt cienia. Na drodze czeskiej chrześcijan nie wybronił. Coś podobnego odczuł już wiele lat temu na smaganych pustynnym wiatrem ziemiach, których poprzysiągł był strzec przed ordami Maurowemi. Zawiódł teraz, zawiódł takoż i wtenczas...
Przeszłość zakonu może i na nas cieniem się kładzie stary przyjacielu.
Myśli mimowolnie powędrowały do czasów spędzonych na pustyni, na Ziemi Świętej. Pamiętał jak wysłano jego i kilkunastu jego braci do pewnej Saraceńskiej świątyni gdzie miała być pewna chrześcijańska relikwia, puchar. Templariusze wdarli się do środka i kielich niewiernym wydarli. Jednak zaskoczyły ich posiłki Maurów, które nagle nie wiadomo skąd nadciągnęły w dużej liczbie. Mimo bitności braci przegrali walkę. Jeno Alfonso przeżył i jego zbiegły z relikwią giermek. Reszta braci rychło wyginęła w kazamatach Hassana Sabbaha.
Zapamiętał dobrze dwa lata spędzone u tego piekielnego Saracena w niewoli o chlebie i wodzie jeno. O czarnej magii i obrzędach jakie po kryjomu czynił Sabbah. Bracia templariusze zaś jak kozły ofiarne byli traktowani. Pojmani bracia służyli mu w obrzędach. A jak który nie wytrzymywał, podcinano mu gardło a jego krew do pucharu spływała. Alfonoso wytrzymał dłużej niż inni, dzięki niezwykłemu hartowi ciała, jakim obdarzył go Pan w swej łaskawości. A te jego dziwną oporność zauważył i sam Hassan. O tamtej chwili kazał go znaczyć tatuażami, najwyraźniej zmierzając do jakiegoś gorszego i równie wszetecznego obrzędu. Na szczęście temu piekielnikowi nie dane było go skończyć. Odbili go bracia Templariusz. Alfonso do dziś dzień w głowie słyszał przekleństwo Sbbaha kiedy salwować się ucieczką musiał.
- Yel'an Ardak A'rs!* - wrzasnął wówczas mag. Alfonso czuł, że to właśnie jego przeklął czarnoksiężnik piekłu zaprzedany.
Czasy upokorzenia w niewoli przeszły raz na zawsze. Ale nie poszły do końca w niepamięć albowiem do dziś dzień fragmenty nieskończonych heretyckich tatuaży towarzyszyły Templariuszowi.
Kiedy Alfonso wrócił do Italii się kurować z bólem przyjął co języki ludzkie szemrały. W owym czasie już po cichu mówiono, że Templariusze dusze swe Bahometowi zaprzedali. Że czarostwo i herezję po świecie szerzą. Alfonso wiedział o tym więcej, niż by chciał przyznać. Prawda była zgoła inna. Poszukiwania Czarnego Kielicha, stare inicjacje zakonników czerpiące z rytuałów niewiadomego pochodzenia których osobiście doświadczył, pogoń Wewnętrznej Rady za nieśmiertelnością…
Czy to ślepe posłuszeństwo mistrzom zgubę na moją duszę przyniosło? Nie! Ja sam był zgubiony już wcześniej przekleństwem psa pogańskiego. To Maurowie winę za to ponoszą. Tamtej nocy gdy mnie Nova Arpad, ta diablica, przeklęła krwią swoją sycąc...
Noc wcześniej...
Kiedy diablica wyskoczyła nagle z powozu łapiąc Rundstedta Alfonso modlił się. Zamknął oczy i liczył na pomoc wojska niebieskiego albowiem żaden człek nie ma siły by z diabłem sam na sam stawać w szranki. Wzywał wszystkie znane sobie siły niebieskie by go wspomogły, a przede wszystkim strach go ogarnął okrutny. I jak nigdy członkiem nie mógł poruszyć żadnym.
- "Boże Wszechmocny w Niebiosiech... Chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną..."
Posłyszał modlitwę po niemiecku wypowiadaną ustami Rundstedta i to ona go do przytomności przywiodła. Otworzył oczy i widział jak krew przeklętą Niemiec z żył diabła chłepce. Nie bacząc na swe rany poderwał się i po broń sięgał ale jedno uderzenie diabelskiej łapy w głowę odebrało mu zmysły w ciemność posyłając.
Powoli się budził. W głowie dzwoniło i czuł się jakby w półśnie. Słyszał łamanie ludzkich kości a kiedy otworzył oczy obok siebie zobaczył bladą twarz martwego brata Rotgiera, do cna ze krwi wszelakiej osuszonego. Coś go szarpnęło, jakąś pazurzasta łapa porwała zakutego w stal rycerza do góry, niby chuchro jakie. Naprzeciwko jego twarzy była twarz Novy Arpad. Czuł jej dech, ale tylko gdy mówiła, wiało z niego krwią ludzką i grobem. W poprzek jej twarzy od lewej skroni ciągnęła się uzębiona paszcza między którą paliło się dwoje złowrogich oczu. Diablica miast łopatek miała rzędy ciągnących się kolców. Templariusz sięgał po sztylet przy pasie i wtedy paszcza się rozwarła i jednym kłapnięciem zacisnęła na szyi. Alfonso odpłynął w boską błogość jakby drzwi raju uchylił kiedy diabli pomiot go krwi pozbawiał. Puściła go niemal bez krwi, serce walczyło jak opętane ale prawie nie miało już czego w żyły pompować. Alfonso umierał, słyszał w oddali parszywe chłeptanie krwi kiedy Rundstedt sycił się gdzieś w oddali. Templariusz nie chciał tak zdychać. I w ten czas jego usta zadrżały, szepcząc słowa straszliwe...
- .....
- Cóżeś powiedział? - zapytała z sykiem diablica. Ciało Alfonso na ziemię od krwi śliską upadło. - Pij mą krew, księże i przeklęty ze mną na wieki już będziesz! - To mówiąc przegryzła nadgarstek. Tak oto sam diabeł w postać kobiety przyobleczon zabił ludzi pod jego pieczą, a duszę jego samego do piekieł skierował na wieki.
- A teraz żłop krew! - warknęła a zaraz potem zaśmiała się przekleńczo.
Temu głosowi diablicy, oprzeć się nijak nie potrafił. Musiał się napić. Piekielne trawiło go pragnienie, zmysły śmiertelnego człeka niemal do cna odbierając. Rzucił się niczym szakal pustynny na jeszcze ciepłe ciało swego brata templariusza Gotlieba. Ale krwi tej zbyt mało i gorzka w smaku była. Czuł nadal jak pragnienie w nim o nową krew woła. Nie chcąc człeka żadnego skrzywdzić, na konia się rzucił i z nadludzką siłą go jakoś obalił. Zatracił się w szale i gaszeniu pragnienia a kiedy na powrót się ocknął uwidział, że cały bok szyi końskiej niemal do kości pokąsał. Zdając sobie sprawę, że oto ludzką krew pił przed chwilą wyrzucił ręce do nieba.
- Eli lama sabachtani! - zakrzyknął na klęczkach w niebiosa.
Jednak mu nikt nie odpowiedział, jeśli okrutnego śmiechu diablicy nie liczyć.
[center]

[/center]
Od tego czasu minął jeno dzień jeden. Templariusz pomyślał na powrót o sobie i swoim towarzyszu niedoli Sigurdzie. I z razu żałość go ogromna wzięła bowiem z czterech braci templariuszy jeno on i Duńczyk przetrwali straszliwą noc wczorajszą. Mistrzowie co ich tu posłali pieczętowali się znakiem dwóch ubogich rycerzy jadących na jednym koniu.
Dwaj rycerze jadący na jednym koniu. Tako i nam Sigurdzie na koniec przyszło. Dwóch nas, a życie mamy jeno jedno do podziału. Momento mori, mówili księża. Momento finis brzmiało powiedzenie zakonników Templariuszy, oba jakże podobne a jak bardzo różne za razem. Czyśli to finis, tejże mojej chędogi i upokorzeń? Jeno coś się ze mną teraz stanie? Czy nie trafię do piekła z diabłami? - Poczuł głęboką gorycz w sercu.
Skrzypienie kół karety ustało, a Buonafori pogrążony w swoim namyślunku nawet nie zauważył kiedy zacz się stało. Siedział samojeden kiedy reszta już na popasie przy ognisku się grzała. Słyszał ich głosy niewyraźne, lecz to nie one go do rzeczywistości przywróciły. Zmysły w ciemnej jak smoła nocy coś bardziej nieuchwytnego wyłowiły. To woń świeżej krwi uniesiona powiewem nocnego wiatru. Wyraźna. Świeża.
Momento mori czy Momento finis dla tego pbf?
Tak sobie samowolnie posta napisałem co by mi nie straciła się ta postać bo siła wysiłku w nią włożyłem.
* arab. Niech będzie przeklęty twój ród! (dzięki Sigil

)