Zorian miał nie lada orzech do zgryzienia. Z jednej strony mógł pozbyć się najemników i kupić reszcie grupy czasu na ucieczkę do Gazal. Z drugiej strony opuszczanie towarzyszy to skaza na honorze i reputacji najemnika. Gdyby się rozniosła plotka, że dowódca Zorian i jego świta opuszcza towarzyszy, to nie miałby czego szukać w tej części świata. Poza śmiercią... Akwilończyk spojrzał w niebo, oceniając, kiedy będzie ciemno.
Dwie godziny. W dwie godziny mogą nas rozgromić. Ciężkozbrojni nie ujadą daleko, ale... Jest jeden sposób. Blef.
- Stygijczyku, ty... ty nie wiesz, z kim rozmawiasz... Chen... pozwól.. ekhu ekhu! - Zorian przywołał gestem obcokrajowca, a ten wystąpił przed szereg. - Pamiętasz, co stało się z ostatnim stygijczykiem, który nam groził?
- Chodzi o tego w Merore? Co go końmi kazałeś włóczyć po całym mieście, a na końcu posypałeś go solą i dałeś psom na pożarcie? - zagrał Chen, zgodnie z planem.
- Nie, chodziło mi o tego, co przyłożyliśmy mu wiadro ze szczurami do brzucha, po czym je ogrzewaliśmy ogniem. Cudownie krzyczał... A teraz weź tą flagę i wypierdalaj w podskokach, żadnych układów nie będzie, a bez zapasów wody zdechniecie niczym robactwo, którym jesteście. A dowódcy powiedz, że nie jest godzien zlizywać gówna z moich butów. Audiencja skończona.
* gdy poseł odjedzie *
- Żołnierze! Na koń i do Gazal! Chen, będziemy potrzebować trochę twojej magii... możesz znowu puszczać dym z nogi? - wykrzyczał Zorian wkakujący już na wierzchowca. - Zdenerwowałem ich, niech gna ich teraz ślepa wściekłość, w której nie zauważą naszego podstępu...
Mistrzu, zdołamy im uciec? Kiedy nastąpi przypuszczalny atak, jeżeli będą pędzić na nas zaraz po tym, jak poseł wróci do swoich? Są w okolicy pagórki, wydmy, skały, drzewa? Cokolwiek, poza piaskiem i ścigającymi nas?