Zatrzymał motor. Ręce mu drżały. Czuł ulotny zapach krwi krystalizującej się na skórze. Uspokój się, uspokój się... Zagryzł wargi na tyle mocno, by zdusić krzyk. Smak żelaza w ustach przywrócił go do rzeczywistości. Nie pamiętał, dlaczego stanął? Dlaczego tutaj? Podniósł głowę i rozejrzał się. Z prawej, w odległości kilku zaledwie metrów wznosił się jednopiętrowy dom, z gładkiej, klinkierowej cegły. Jego fasada kryła się w cieniu klonów, rosnących wzdłuż ulicy. Do wejścia prowadziło pięć stopni, ozdobionych kutą faliście balustradą. Drzwi pomalowane były na seledynowo. Chodziła po nich ćma. Trupia Główka. Przejechał drżącą dłonią po twarzy i przełknął ślinę. Wiedział, że musiał zauważyć ją już wcześniej. Że właśnie ona sprawiła, że zatrzymał się. Jednak nie mógł sobie tego przypomnieć. Poczuł nagłą suchość w ustach, gdy uświadomił sobie, jak niewiele zostało mu czasu. Nie, nie pamiętał teraz by kiedykolwiek doprowadził się do tego stanu. To prawda, nie raz bywał na krawędzi, spoglądając w nienasyconą czerń... Zawsze jednak udawało mu się uciszyć ją zanim głód... Zanim pustka zdołała doprowadzić go do dalej, zmusić, by przekroczył próg... Tym razem było inaczej. Tym razem przeszedł na drugą stronę i nic poza tym nie miało znaczenia... Wspomnienia bladły, obrazy w jego umyśle zapadały się i gasły, niczym konające gwiazdy. Lub świece. Tysiące umierających świec... Próżnia w jego sercu wysysała resztki emocji, które uchowały się jeszcze, na granicach obłędu. Zamknął oczy. Reszta była milczeniem. Gdzieś, wewnątrz usłyszał echo własnego krzyku. A później on również ucichł, a noc stała się kolejnym koszmarem, złożonym z krótkich rozbłysków świadomości, zagubionych w labiryncie szaleństwa. Nigdy już nie zdołał zebrać razem tych wspomnień. Jego potrzaskana pamięć zachowała jedynie skrawki obrazów i odczuć, okrywając kirem resztę...
[center]***[/center]
Obserwuje dom z zaułka po drugiej stronie ulicy. Pamięta, gdzie zostawił motor. Ćma odleciała już. Nie wie dokąd. Przez chwilę jednak czuje się tak, jakby jego serce również było ćmą. Ogromnym owadem o kosmatych skrzydłach, trzepoczącym niespokojnie w klatce z żeber i mięśni... Dom jest cichy. Na piętrze w jednym oknie pali się światło. Obraz spowija nagle upiorna, szara poświata, gdy ciało Mordercy zmienia się w żywy mrok. Cień przemyka przez pustkowie ulicy. Szyba w oknie nie stanowi dla niego przeszkody. Czerń w budynku wita go, niczym gościa, z dawna wyczekiwanego. Łączy się z nim i daje mu oparcie, podczas gdy głodny strzęp nocy wspina się na schody...
[center]***[/center]
Gabinet obity zielonym materiałem. Na półkach książki o fotografii, podróżach, jeździectwie. Na biurku stoi komputer. Pod ścianą przeszklona szafka ze sprzętem fotograficznym i oparty o ścianę statyw. Jest cicho. Gdzieś z głębi domu dobiega go nagle stłumiony, kobiecy śmiech. Zastyga przez chwilę w bezruchu, smakując jego fakturę. Wychodzi.
[center]***[/center]
Stoi w salonie. W powietrzu unosi się lekki zapach lawendy i róż. Światło jest zgaszone. Zza drzwi po prawej wydobywa się słaba poświata. Słychać stamtąd cichą muzykę i odległą rozmowę dwóch osób. Nie wiedzą o jego wizycie. Wie o niej tylko ciemność... Gruby, kremowy dywan tłumi kroki, gdy podchodzi do kominka. Stoją na nim zdjęcia. Kilka starych fotografii w ramkach. Niektóre czarno białe, niektóre w kolorze sepii. Ale to nie one przyciągają jego wzrok. Ponad kominkiem, w ramie lustra tkwią bowiem inne, kolorowe i bardziej współczesne. Wszystkie przedstawiają kobietę i mężczyznę. Oboje są młodzi. On, przystojny, choć może nieco zbyt pulchny brunet. I ona, szczupła blondynka z kucykiem. Niesforne włosy co rusz wymykają jej się spod kontroli. Za nimi różnorodne krajobrazy przedstawiają pustynie, lasy, miasta we mgle, sawanny i morskie plaże. To jednak nie ma dla Mordercy żadnego znaczenia. Przygląda się ich oczom, w których dostrzega tą przedziwną rzecz, której nie umie nazwać. Lecz o której wie, że będzie zdolna ugasić jego głód. Przywrócić kontrolę.
[center]
[/center]- Tajemnica labiryntu - szepcze wyciągając rękę. Jego palce jednak zatrzymują się kilka milimetrów od powierzchni zdjęcia. Uważa, aby nie zostawiać śladów. Zbyt wiele osób mogłoby na tym skorzystać...
Przez chwilę stoi tak, oblizując spierzchnięte wargi. Elementy w pomieszczeniu nagle zaczynają nabierać znaczenia i układać się w spójną całość. Bukiet świeżych róż na stole. Celofanowa folia wciąż leży obok. Nieco dalej korek od szampana. Na kanapie fragment niedokończonej robótki przedstawia zaczęty sweter. Wydaje się zbyt mały dla dorosłej osoby. I Morderca wie już, że to właściwy dom. Robótka nigdy nie zostanie dokończona. Róże umrą pozbawione opieki. Powoli zakłada lateksowe rękawiczki...
[center]***[/center]
Kuchnia jest przestronna, urządzona w kolorze seledynu i bieli. Na parapecie zauważa doniczki z ziołami: pietruszką, bazylią, rozmarynem. Na stole stoją dwa gliniane kubki. Ktoś wsypał do środka herbatę, jednak zapomniał nastawić wodę. Morderca podchodzi do kuchenki i zapala gaz pod czajnikiem. Wie, że ryzykuje w ten sposób, ale godzi się na to. Lubi ryzyko. Przez chwilę spogląda na zapalniczkę, a później chowa ją do kieszeni. Wybiera nóż o szerokim, prostym ostrzu. Teraz jest gotowy.
[center]***[/center]
Podkład: https://www.youtube.com/watch?v=eeZcI4u0ZQg
Kobieta i mężczyzna rozmawiają w sypialni o rzeczach, których nie umie zrozumieć. To jednak nie stanowi problemu. W ich śmiechu bowiem słyszy tą samą tajemnicę, którą dostrzegł wcześniej, na zdjęciach. Ktoś ma wkrótce dołączyć do nich. Planują przyszłe podróże. We trójkę. Mężczyzna wymienia miejsca, które będzie chciał mu pokazać. Kobieta przekomarza się, że na pewno będzie to ona... Morderca czuje dreszcz słysząc ich słowa. Nie do końca rozumie dlaczego, ale nie przejmuje się tym. Rękojeść noża jest chłodna. Jego ostrze odbija blask padający zza uchylonych drzwi. Muzyka cichnie, ktoś zmienia kasetę. Teraz słyszy inny utwór: Strawberry Fields Beatlesów. Cień za drzwiami czeka cierpliwie, aż woda w czajniku zagotuje się. Po chwili słyszy gwizd pary. Wyszczerzone zęby błyskają w mroku.
- Chrabąszczyku? Wstawiałaś wodę?
- Nie. A ty nie miałeś czasem wstawić?
Morderca sztywnieje lekko. Czeka.
- Kurczę, no nie pamiętam teraz. Chyba faktycznie musiałem, skoro gwiżdże. Albo mamy nawiedzony dom.
Śmiech kobiety. Morderca rozluźnia się. Cofa się głębiej w cień holu i nieruchomieje, używając Niewidoczności, którą wykradł pożerając duszę Spiro.
- W porządku, pójdę i zaleję... - odzywa się kobieta.
- Nie ma mowy. W twoim stanie musisz o sobie dbać. Ja pójdę.
Skrzyp sprężyn informuje Mordercę o tym, że mężczyzna wstaje z łózka.
- Ej no nie przesadzaj. Niedługo mi zabronisz chodzić samodzielnie! Może wszędzie będziesz mnie nosił, co? Nawet do kibla. - przekomarza się kobieta.
- Nawet do kibla - przyrzeka żartobliwie mężczyzna.
Smuga światła w holu rośnie, gdy drzwi uchylają się.
[center]***[/center]
Spogląda na kobietę, cień zaczajony wśród cieni. Nie pamięta przemiany, ani tego, by wchodził do sypialni. Ale to nie ma znaczenia. Tak wiele rzeczy nie ma znaczenia. Liczy się tylko tajemnica. Ona siedzi na łóżku. Kolana podciągnęła pod brodę. Jest ubrana jedynie w męską koszulę w paski. Nie zapięła guzików. Pod spodem jest naga. Morderca widzi krągłość piersi i delikatne półkole sutka. Nie zwraca jednak na to uwagi. Interesuje go coś innego. Martwy od trzynastu lat John Lenon śpiewa:
[center]Always, no sometimes, I think it's me,
But you know I know and it's a dream.[/center]
I Assamita dokładnie rozumie, co tamten miał na myśli. Przyjmuje formę fizyczną, otaczając siebie i kobietę całunem Śmiertelnej Ciszy. Ona patrzy na niego oczyma wielkimi i czystymi niczym dwa leśne jeziora. Cofa się gwałtownie. Krzyczy bezgłośnie. Przez chwilę Morderca obserwuje ją, przekrzywiając lekko głowę. Niczym drapieżny ptak, lub atakująca murena. Później łapie ją za szyję i bez wysiłku unosi w powietrze. Kobieta porusza ustami, przyciskając jedną rękę do brzucha, jakby chciała coś chronić. Wydaje się prosić go o coś. Morderca uśmiecha się.
[center]***[/center]
Walczyła ze wszystkich sił. Nie o siebie, lecz o dziecko ukryte w jej łonie. Nie o sobie, lecz o męża i dziecko, i o ich wspólne marzenia... Przeszłość, tak pełną śmiechu i słońca. Przyszłość, która zdawała się na wyciągnięcie ręki, zanim ten koszmar nie stał się rzeczywistością. Nie wiedziała dlaczego, los nie dał jej nawet szansy, by mogła zadać to pytanie... Walczyła ze śmiercią, o mięśniach ze stali, która wyszła z mroku i trzymała ją w tym dławiącym uścisku. Próbowała paznokciami dosięgnąć jej twarzy... I wtedy poczuła ból. Ostrze noża kuchennego weszło w jej brzuch, gładko niczym wydra wsuwająca się do wody. Pomyślała o dziecku i coś w niej zawyło w rozpaczy. A później spojrzała w wyszczerzoną w obłędnym uśmiechu twarz śmierci...
[center]
[/center][center]***[/center]
Stoi w sypialni i uśmiecha się. Kobieta pełznie po podłodze do drzwi, zostawiając za sobą szeroki, ciemny ślad. Wciąż zdaje się coś mówić, lecz bezlitosna Cisza pożera jej szloch i błagania. Nóż spoczywa na łóżku. Morderca orientuje się, że trzyma teraz w dłoni dwadzieścia centymetrów stalowej rurki. Nie ma pojęcia skąd ją wziął. Jego ruchy są jednak spokojne. Powoli podchodzi do kobiety, która dociera na środek pomieszczenia. Staje nad nią unosząc ramię, a później opuszcza je z miażdżącą siłą. Błysk stali. Uderzenie. Krew. Kobieta upada. Próbuje się podnieść. Kolejne uderzenie. Rozbryzg czerwieni. Krew spływa po ścianach. Wsiąka w dywan. Morderca katuje ofiarę spokojnie, metodycznie, na zimno. Czuje, jak z każdym uderzeniem wraca mu kontrola. Nie używa Potencji. Nie chce zabić jednym ciosem. Czaszka ustępuje pod kolejnym uderzeniem. Pomiędzy zlepionymi krwią włosami widać biel nagiej kości. Zabójca musi jednak powtórzyć cios jeszcze dwa razy, nim kobieta w końcu znieruchomieje. Przygląda się jej przez chwilę, a później pochyla się i zrywa z jej szyi łańcuszek. Wisi na nim niewielkie, złote serduszko. Chwilę obraca je w lepkich od krwi palcach, a później chowa do kieszeni. Na zewnątrz słyszy kroki mężczyzny, powracającego z kuchni. Jego uśmiech nie blednie nawet na chwilę, gdy po raz kolejny porzuca formę fizyczną i powraca w cień. Stalowa rurka upada na ziemię z metalicznym dźwiękiem.
[center]***[/center]
- Słuchaj, Chrabąszczyku, czy wolisz może...?
Artur Connigham nigdy nie dokończył tego pytania. To, co ujrzał w sypialni sprawiło, że oba kubki z herbatą wypadły z jego zmartwiałych nagle dłoni, roztrzaskując się na podłodze. Ich zawartość rozlała się, wsiąkając w jego kraciaste kapcie. Nie zauważył jednak tego. Widok krwi i ciała Alice sprawił, że stał przez chwilę jak skamieniały. Coś w jego wnętrzu mówiło mu, że to nie może być prawda. To było zbyt nierzeczywiste, zbyt szalone, zbyt koszmarne... Jednak inna część jego umysłu, część stara i mądra, która umiała rozpoznać śmierć wiedziała... Uklęknął obok ciała i dotknął dłoni Alice. Była wciąż ciepła. Jej palce zaciskały się na frędzlach dywanu. Tego samego, który kupili trzy miesiące temu, za jej pierwszą wypłatę w nowej pracy. W ciszy usiadł pod ścianą i przyciągnął ciało żony do siebie. Przytulił ją ten sam sposób, w jaki tulił ją co dzień. Przycisnął policzek do jej czoła. Nie modlił się, ani nie przeklinał. Jego oczy były suche. Z gardła mężczyzny jednak wydobywało się coś, co przypominało zawodzenie śmiertelnie rannego ptaka...
[center]
[/center]Morderca obserwował cała scenę z ciemności. Czuł obecność Tajemnicy. Tak blisko. Prawie na wyciągnięcie ręki. Czuł, że teraz mógłby... Byłby w stanie zrozumieć ją... Ta wiedza przepływała przez całą jego istotę. Rezonowała w końcówkach nerwów falą nowej, obcej energii. Nie umiał nadać jej imienia. Tak, jak nie pojmował do końca uczuć, które ze sobą niosła. Po prostu otwierał się, czerpiąc z tego strumienia. A to, co gasło powoli w oczach siedzącego pod ścianą śmiertelnika, wsączało się w jego mrok, wypełniając Mordercę spokojem, karmiąc pustkę i gasząc szalejący w żyłach głód. To była jego osobista forma wybawienia. Jedyna, na którą mógł liczyć tak naprawdę. Jedyna, którą znał.
A kiedy jęk mężczyzny zmienił się w bolesne wycie rozpaczy, cień wzniósł się, przemykając po ścianie i opuścił pomieszczenie. Artur nie miał nawet szansy ujrzeć go. Gdyby jednak udała mu się ta sztuka, nikt by i tak nie uwierzył w jego słowa. Tak jak nie uwierzył mu później, gdy zaklinał się, że to nie on zamordował Alice...
Przed powrotem do domeny poluję, by uzupełnić krew.
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]