Przed wejściem do miasta macie wizję, wywołaną przez Chen Shu, zdążyliście się zorientować, że wizje się uaktywniają w obecności silnej magii, a jesteście blisko Gazal, gdzie czai się jakaś starożytna groza.
Wizja ukazuje jak Amalryk jakieś 2 tygodnie temu odwiózł tu Lissę, ukazuje też samo Gazal i zachowanie mieszkańców, oddając klimat tego miejsca.
"2 tygodnie wcześniej akwiloński najemnik Amalryk odwozi ocaloną Lissę do Gazal..."
Tuż przed zachodem słońca Lissa wykrzyknęła, wskazując ręką:
Spójrz! Wieże Gazal!
Wtedy zobaczył je na horyzoncie - kopuły i strzeliste minarety wznoszące się
nefrytowozieloną chmurą na tle błękitnego nieba. Gdyby nie dziewczyna, uznałby, że to
miraż. Ze zdziwieniem spojrzał na Lissę; nie zdradzała radości z powodu powrotu do domu.
Westchnęła i zdawało mu się, że zgarbiła swe drobne ramiona.
W miarę jak podjeżdżali bliżej, dostrzegali coraz więcej szczegółów. Mury otaczające
wieże wyrastały wprost z piasków pustyni. Amalryk dojrzał, że głazy w wielu miejscach
kruszyły się. Wieże też były w kiepskim stanie. Dachy pozapadały się, w blankach ziały
wielkie dziury, wieżyczki chyliły się jak pijane. Poczuł przerażenie: czyżby, wiedziony przez
wampira, jechał do miasta umarłych? Zerknąwszy na dziewczynę, pozbył się tych obaw.
Żaden demon nie mógłby przybrać tak boskiej postaci. Spojrzała nań z dziwnym, tęsknym
pytaniem w oczach, potem niezdecydowanie spojrzała na pustynię i z cichym westchnieniem
znów zwróciła twarz w stronę miasta, jakby z rezygnacją poddając się losowi.
Teraz, przez wyrwy w nefrytowym murze, Amalryk ujrzał poruszające się figurki. Nikt nie
okrzyknął ich, gdy przez szeroki wyłom wjechali na ulice miasta. Z bliska, w świetle
zachodzącego słońca opłakany stan budowli był jeszcze bardziej widoczny. Gęsta trawa
porastała ulice, stercząc między popękanymi płytami bruku, małe place były zarośnięte jak
łąki. Ulice i dziedzińce były usłane potrzaskanymi kamieniami osypującymi się z budynków.
Tu i ówdzie gruz uprzątnięto i w wolnym miejscu uprawiano warzywa.
Kopuły były spękane i szare ze starości. Pozbawione drzwi portale ziały pustką. Niszcząca
ręka czasu pozostawiła znaki na wszystkim. Wreszcie Amalryk dostrzegł jedną nietkniętą
budowlę: błyszczącą, czerwoną, cylindryczną wieżę, wznoszącą się na południowo
wschodnim krańcu miasta. Sterczała dumnie pośród ruin. Wskazał ją ręką.
Dlaczego ta wieża jest mniej zniszczona niż inne? spytał.
Lissa pobladła, zadrżała i kurczowo złapała go za rękę.
Nie mów o niej głośno! szepnęła. Nie patrz tam! Nawet o niej nie myśl!
Amalryk zmarszczył brwi; jej słowa w dziwny sposób zmieniły wygląd tajemniczej wieży.
Teraz zdawała się przypominać łeb żmii, unoszący się wśród ruin i zniszczenia. Wysoko, z
ciemnych szczelin okien, śmignął rząd czarnych plamek skrzydlatych nietoperzy.
Młody Akwilończyk rozejrzał się czujnie wokół. Mimo wszystko nie miał żadnej
pewności, że lud Gazal przyjmie go przyjaźnie. Zobaczył ludzi snujących się ulicami. Kiedy
przystanęli i zaczęli mu się przyglądać, z jakiegoś powodu poczuł dreszcz przebiegający mu
po plecach. Ich twarze były łagodne, a zachowanie spokojne. Jednak nie okazywali
szczególnego zainteresowania przybyłymi jedynie słabą, przelotną ciekawość. Nawet nie
próbowali podejść czy porozmawiać. Zdawało się, że widok zbrojnego jeźdźca wjeżdżającego
z pustyni do miasta jest dla nich czymś najzwyklejszym w świecie, a przecież Amalryk
wiedział, że tak nie jest i obojętność, z jaką mieszkańcy Gazal przyjęli ich przybycie,
wywołała w jego sercu dziwny niepokój.
Lissa przemówiła do nich, wskazując na Amalryka, którego ujęła za rękę jak dziecko:
To jest
Amalryk z Akwilonii, który ocalił mnie przed czarnymi ludźmi i przyprowadził
do domu.
Tłum wydał uprzejmy, powitalny pomruk i kilka osób podeszło do nich, wyciągając ręce
na powitanie. Amalryk pomyślał, że jeszcze nigdy nie widział takich łagodnych, miłych
twarzy: ich oczy były wielkie i spokojne, bez lęku i bez zdziwienia. A jednak nie były to oczy
stada osłów; raczej oczy ludzi żyjących w świecie marzeń.
Ich spojrzenia sprawiły, że wszystko wydało mu się nierzeczywiste; z trudem rozumiał, co
do niego mówią. Wszystkie jego myśli zaprzątała niezwykłość tego wszystkiego: ci spokojni,
senni ludzie w swych jedwabnych tunikach i miękkich sandałach, snujący się bezcelowo
wśród zrujnowanych budowli. Lotosowy raj złudzeń? Jednak obecność tej czerwonej wieży
stanowiła niepokojący dysonans.
Jeden z mężczyzn, o gładkiej twarzy bez zmarszczek, lecz z siwą głową, rzekł:
Akwilonia? Słyszeliśmy, że została napadnięta przez króla Bragorusa z Nemedii. Jak
potoczyła się wojna?
Został odparty rzekł krótko Amalryk, opanowując drżenie. Minęło dziewięćset lat,
od kiedy Bragorus poprowadził swoich oszczepników na równiny Akwilonii.
Tamten nie wypytywał dalej; tłum rozszedł się, a Lissa pociągnęła młodzieńca za rękę.
Obrócił się i zmierzył ją spojrzeniem. W tym królestwie złudzeń i snów jej miękkie, kształtne
ciało było jedyną konkretną rzeczą. Ona nie była snem, lecz rzeczywistością; jej ciało było
słodkie i dotykalne jak mleko i miód.
Chodź powiedziała. Pójdziemy odpocząć i pożywić się.
A co z nimi? opierał się. Czy nie opowiesz im o swoich przygodach?
Nie będą uważać; może tylko przez chwilę odrzekła. Trochę posłuchają, a potem
rozejdą się. Ledwie zdają sobie sprawę z tego, że mnie nie było. Chodź!
Amalryk wprowadził konia i wielbłąda na otoczony murem dziedziniec, gdzie rosła
wysoka trawa, a z pękniętej fontanny na marmurowy bruk sączyła się woda. Tam je uwiązał i
poszedł za Lissą. Wziąwszy go za rękę, poprowadziła go przez dziedziniec do łukowatych
drzwi. Zapadła noc. Na niebie zapaliły się gwiazdy, ukazując poszarpane szczyty wież.
Lissa przeszła przez szereg ciemnych komnat, krocząc z pewnością siebie zdradzającą
długotrwałą praktykę. Amalryk szedł za nią, kierowany jej drobną dłonią. Nie była to
przyjemna przechadzka. W gęstym mroku unosiła się woń kurzu i rozkładu. Stopami często
natrafiał na popękane kafle i wytarte dywany. Wolną ręką wymacywał otwory bocznych
korytarzy. Wreszcie blask gwiazd wpadł przez dziurawy sufit, ukazując mroczną, długą salę,
obwieszoną zbutwiałymi gobelinami. Poruszały się w słabym wietrze; ich szmer był niczym
głos szepczący zaklęcia i Amalrykowi włosy zjeżyły się na głowie.
Później weszli do komnaty słabo oświetlonej blaskiem gwiazd wpadającym przez otwarte
okna i Lissa puściła dłoń młodzieńca. Poszukała czegoś i po chwili rozbłysło nikłe światło.
Dobywało się ze szklanej kuli, lśniącej złocistą poświatą. Postawiła ją na marmurowym stole i
gestem pokazała Amalrykowi zasłaną jedwabiami sofę, na której spoczął. Sięgnąwszy do
jakiejś ukrytej wnęki wydobyła złoty dzban z winem i inne naczynia zawierające nieznane
Akwilończykowi produkty. Były tam daktyle, lecz innych owoców i warzyw pozbawionych
barwy i smaku nie zdołał rozpoznać. Wino miało przyjemny smak, lecz było równie mocne
co popłuczyny.
Usiadłszy na marmurowym krześle naprzeciw Amalryka Lissa jadła schludnie.
Co to za miejsce? zapytał. Jesteś podobna do innych mieszkańców miasta, a
jednak dziwnie odmienna.
Mówią, że jestem taka, jak nasi przodkowie odpowiedziała Lissa. - Dawno temu
przybyli na tę pustynię i wybudowali to miasto wokół wielkiej oazy, gdzie tryskało kilka
źródeł. Kamienie do budowy wzięli z ruin o wiele starszego miasta, tylko
Czerwona Wieża,
Zniżyła głos i nerwowo obejrzała się za siebie.
....tylko ta
czerwona wieża stała tu wcześniej. Wtedy była pusta. Nasi przodkowie,
którzy zwali się Gazalami, zamieszkiwali niegdyś południowe Koth. Słynęli w świecie jako
uczeni. Jednak zamierzali wskrzesić kult Mitry, dawno porzucony przez Kothijczyków, i król
wygnał ich ze swego królestwa. Przybyli na południe i było ich wielu: kapłani, uczeni,
nauczyciele i mędrcy ze swymi shemickimi niewolnikami. Na pustyni wznieśli Gazal, jednak
gdy tylko miasto zostało zbudowane, niewolnicy zbuntowali się i uciekłszy, połączyli się z
dzikimi, pustynnymi plemionami. Nie traktowano ich źle, lecz pewnej nocy dowiedzieli się
czegoś, co sprawiło, że uciekli jak szaleni z miasta.
Mój lud zamieszkał tu i nauczył się wytwarzać żywność i wodę z tego, co było pod ręką. Ich wiedza czyniła cuda.
Kiedy niewolnicy uciekli, zabrali ze sobą wszystkie wielbłądy, konie i osły, jakie były w mieście.
Tak więc od tej pory nie mieliśmy kontaktu ze światem. W Gazal są całe komnaty pełne map,
książek i kronik, lecz sprzed co najmniej dziewięciuset lat, bo upłynęło dziewięć wieków, od
kiedy nasi przodkowie opuścili Koth. Od tej pory żaden człowiek z zewnątrz nie postawił
stopy w Gazal. A ten lud powoli wymiera. Są tak senni i zamknięci w sobie, że nie dla nas
ludzkie namiętności i apetyty. Miasto popada w ruinę i nikt nie rusza palcem, aby je
naprawić. A kiedy ogarnia ich, przełknęła ślinę i zadrżała.
Kiedy ogarnia ich
zgroza, nie potrafią ani uciekać, ani walczyć.
Co chcesz przez to powiedzieć? szepnął, czując się tak, jakby zimny podmuch
przeleciał mu po plecach. Szelest zbutwiałych draperii w ciemnych korytarzach budził w nim
dziwne, mroczne obawy.
Potrząsnęła głową. Wstała, obeszła stół i położyła mu ręce na ramionach. Oczy miała
wilgotne od łez, pełne przerażenia i rozpaczliwej tęsknoty, od której ścisnęło go w gardle.
Instynktownie objął ją ramieniem i poczuł, że drży.
Obejmij mnie! prosiła. Boję się! Och, marzyłam o takim mężczyźnie jak ty. Ja nie
jestem taka, jak mój lud; oni są jak umarli, przemierzający zapomniane ulice, ale ja żyję!
Oddycham i czuję. Czuję głód i pragnienie i łaknę życia. Nie mogę znieść tych cichych ulic,
zrujnowanych sal i sennych mieszkańców Gazal, chociaż nigdy nie zaznałam niczego innego.
To dlatego uciekłam tęskniłam za życiem.
Teraz pytanie czy chcecie tam wejść?
Druss, przekazanie przedmiotu może być trudne ale jak Czerwone Turbany nie zauważą, albo przedmiot niewielki to może się wam uda coś przemycić z miasta.