Platforma R-313, 217.815.M41
Na lądowiskach platformy wciąż tkwiło pół tuzina ciężkich wahadłowców, ale wychylony ponad barierką schodów Nathan pojął w jednej chwili, że przedarcie się do nich graniczyło z cudem. Tłum ogarniętych ślepą paniką ludzi walczył o dostęp do maszyn z zaciekłością zapędzonych w ślepy róg zwierząt, tratując się wzajemnie w brutalny sposób. Wycofujący się w mniej chaotyczny sposób regulatorzy Magistratum ugrzęźli w mrowiu ludzkich ciał, więc w zamiarze przebicia sobie drogi zaczęli oddawać strzały ostrzegawcze, a kiedy te nie pomogły, niektórzy z nich otworzyli ogień wprost do tłumu, co tylko pogłębiło powszechne pandemonium.
Silvanusowi wystarczyła zaledwie krótka chwila, by ujrzeć to wszystko i pojąć dramatyzm sytuacji.
- Chrońcie głowy! - krzyknął jeden z akolitów Wanga, ostrzyżony na wojskową modłę wysoki mężczyzna o wyjątkowo bladej karnacji. Sekundę później spadający stromym torem kinetyczny ładunek przetoczył się ponad platformą i uderzył w morze półtora kilometra dalej z ogłuszającym hukiem wieszczącym początek prawdziwej apokalipsy. Pływająca instalacja zadygotała targnięta ogromnymi falami, niektóre z jej kominów i szkieletowych wieży pękły siejąc wokół elementami zniszczonych konstrukcji. Tu i ówdzie natychmiast wybuchły pożary wywołane zwarciami w przewodach energetycznych. Scintillijski regulator zbladł jak ściana uświadomiwszy sobie, co oznaczałoby bezpośrednie uderzenie pocisku w platformę.
Przez lądowiska przetoczył się kolejny huk, nie mniej ogłuszający jak odgłos towarzyszący upadkowi łądunku w morze. Dwa prowadzone przez ulegających coraz większej panice pilotów wahadłowce zderzyły się ze sobą łamiąc elementy skrzydeł i sekcji napędowych. Jeden z nich utrzymał się z trudem w powietrzu, zaczął się oddalać ciągnąc za sobą wstęgę czarnego dymu.
Drugi runął w dół jak kamień, zniknął z oczu Nathana za nadbudówkami platformy. Silvanus oszacował naprędce, że na jego pokładzie mogło się zmieścić nawet dwieście upchanych w niemiłosiernym ścisku osób.
Nigdy nie zdołamy na czas przebić się do lądowiska, nawet w trybie bojowym! Musimy znaleźć jakiś wyżej położony punkt o łatwym przystępie z powietrza! Wymuszę na którymś z pilotów, żeby nas stamtąd zabrał!
Dźwięczący ponurą determinacją głos Garradona wypełniał umysł przerażonego Hostera uniemożliwiając młodzieńcowi sformułowanie własnych myśli. Potrącony znienacka przez kogoś, kto wyskoczył zza rogu nadbudówki, Merisier wrzasnął na całe gardło. Umazany sadzą upiór przetarł rękami twarz, w której lśniły zdesperowane oczy, spoliczkował młodego psionika bez słowa ostrzeżenia wprawiając go w jeszcze większe przerażenie.
- Weź się w garść, mięczaku! - ryknął gniewnie ojciec-spowiednik Kazadi - Błagaj Boga-Imperatora o łaskę, na którą najpewniej i tak nie zasługujesz! Jeśli nasz Pan na Złotym Tronie wejrzy na nas miłosiernym wzrokiem, pokonamy wszelkie przeciwności losu!
Wreszcie ktoś, kto doda Wam otuchy!