-No to luz blues panowie. Widzimy się tu jutro. Mam nadzieję, że będę miał już parę konkretów. - Kojak wstał, a jego sylwetka zmieniła się. Kolor skóry przybrał ciemniejszą barwę, rysy wymłodziły się i wyraźnie uszlachetniły. Przed wampirami stał szczupły mulat w afro w skórzanych spodniach i kurtce. Uśmiechnął się do wciąż lekko zdzionych kainitów i wyszedł.
Westwood pod postacią przystojnego kreola wszedł w podwoje klubu Oz przy Bourbon Street. Przywitała go szalona muzyka taneczna z radiowych czartów i setki mężczyzn i kobiet na parkiecie. Jeśli to co nazywano karnawałem toczyło się na ulicach Nowego Orleanu, to atmosfera w Oz prześcigała tę definicję. Wijącę się ludzkie sylwetki falowały w rytm muzyki w oparach tytoniowego dymu, marihuany w orgiastycznym, dekadenckim festiwalu homoseksualnego seksu. Zaczął przeciskać się do baru. Para całujących się namiętnie mężczyzn przywołała wspomnienia z Nowego Yorku, gdy jeszcze był żywy i był bywalcem takich klubów w innym celu niż po tym jak przeistoczył się w głodnego vitae potwora.
Dostrzegł to po co tu przyszedł. Chłopak miał może dwadzieścia lat. Szczupły, wysoki, przystojny ale emanujący nieśmiałością. Może był tu pierwszy raz i nie bardzo potrafił się odnaleźć w tym wirującym seksie, a może był taki z natury. Podszedł do niego zagadując zdawkowo i poczęstował papierosem. Przedstawili się sobie, ale Nosferatu nawet nie zapamiętał imienia. Nie to go interesowało. Zaczęli rozmawiać. Był tak jak się domyślał Bradley młodym gejem, jeszcze nie obytym w środowisku LGBT, studentem NYU. I nie miał partnera. Wstydził się. To też nie obchodziło spokrewnionego, słuchał tego wszystkigo jakby mimowolnie, równie dobrze mógłby słyszeć, że przemawia do niego inkarnacja Gandhiego. Westwood objął go delikatnie ramieniem. Porozmawiali jeszcze trochę a potem wyszli za rękę z klubu.
Pocałowali się w pobliskim parku, gdy tylko upewnili się, że nikt nie będzie im przeszkadzał. Bradley nie lubił tego robić. Chłopak wzbudzał sympatię, a kainita okłamywał go. Cały czas myślał, że spotkał przystojnego, młodego kreola, a tym czasem jego usta zwarły się z ohydną twarzą potwora. Zszedł ręką w dół wyczuwając, że chłopak jest już dobrze ukrwiony. Odpiął powoli pasek jego spodni, sięgnął dalej. Po chwili klęknął i zakosztował jego krwi z męskości. Tylko o to mu chodziło, miał gdzieś kim był, co robił, liczył się tylko metaliczny smak szkarłatu. Mężczyzna jęknął ekstatycznie doznając przyjemności jakiej jeszcze nigdy w życiu nie skosztował. A chwila ta przeciągała się nieskończoność. Ten który obdarzał go ekstazą nie śpieszył się, samemu delektował się przepełnionym ekstazą bukietem vitae.
Gdy skończył, oblizał ranę. Chłopak osłabiony usiadł na trawie oddychając spazmatycznie. Mówił jak było cudownie i takie tam, ale to też nie obchodziło Bradley'a. Skorzystał tak jak chciał, obchodził go jedynie akt perwersyjnej przyjemności jakiej zaznał samemu. Dla świętego spokoju doradził studentowi, żeby wziął taksówkę i wracał do domu. Westwood też musiał się zbierać do własnego schronienia. Miał rzeczy, którymi musiał się zająć bezwłocznie...
***
Gdy tylko znalazł się we wnętrzu zapomnianego atomowego bunkra, zabrał się do roboty. Najpierw puścił kilka mailów do swoich kilku przyjaciół w Nowym Yorku, prosząc o sprawdzenie blach vana. Obdzwonił jeszcze swoich informatorów prosząc o rozenanie w interesujących go kwestiach.
Potem zaczął ekspertyzę kul i łusek jakie zabrał sprzed Żądła. Nie miał zbyt dużo szczęścia. Naboje były dostępne w każdym sklepie militarnym w USA.
- Żeby zrobić balistykę potrzebne by mi było laboratorium z prawdziwego zdarzenia. Informacje jakie mógłbym uzyskać pewnie pozwoliłyby dopasować kule do broni. Czyli wybiorę się jednak na komendę w jeszcze jednym celu...
Znów zasiadł do komputerów i zaczął grzebać w bazach danych. W źródłach były tylko śladowe dane na temat N.O.S.T.F. Książę mówił prawdę. jednostka miała swoją siedzibę w budynkach komendy głównej policji, a dokładnie w piwnicy. Nie byli podłączeni do internetu, ale na pewno mieli tam swoje komputery i bazę danych.
- Fuck, mało tych danych trochę. Za mało i to nie jest przypadek. Albo ktoś z moich ziomków ich tu celowo nie umieścił, albo usunął. Jeśli zostały usuniętę, to pół biedy, do przyszłego roku je odtworzę, tylko tyle czasu Marcel pewnie nie mi nie da...
Zadzwonił telefon. Bradley podniósł słuchawkę. To był jeden z jego szczurków. Zaczął mówić, a mina Nosferatu stawała się coraz bardziej niewyraźna.
- Ok, Dzięki, za pomoc. Bardzo mi pomogłeś. - rozłączył się i zaklął cicho: - Fuck... To wiele tłumaczy...

[/center]