Ogarnięty pogłębiającą się paniką, śnieżny elf odczekał jeszcze chwilę pozorując uległość i wypatrując zarazem z rozpaczliwą nadzieją innych przechodniów. Lecz pogrążona w nocnych ciemnościach ulica okazała się ku jego przerażeniu zupełnie opustoszała. Naprężając niepostrzeżenie mięśnie surelianin postanowił postawić wszystko na jedną kartę i zagrać o życie nie czekając już dłużej na wątpliwe wybawienie.
Nie wydając z siebie żadnego dźwięku wyrzucił do przodu prawą nogę, kopiąc w tył kolana idącego przodem setytę. Mężczyzna stęknął głucho, bardziej z zaskoczenia niż bólu, stracił równowagę zwalając się pod nogi towarzyszy.
Nim jeszcze pierwsza ofiara grzmotnęła o kamienny bruk, w ręku Jareha zalśnił dobyty spod odzienia sztylet. Elf szarpnął ciałem w zamiarze wyzwolenia się z uścisku kultysty po swej prawicy, pchnął jednocześnie ostrzem na lewo, ku mamroczącej coś w religijnym uniesieniu kobiecie o pomalowanej w pręgi twarzy. Zachowanie setytów kazało Jarehowi domniemać, że jego prześladowcy znajdowali się pod wpływem narkotycznych wywarów, być może trujących grzybów albo dekoktu z jadu węży. Otumanienie powinno było zadziałać na korzyść elfa. Powinno.
Pręgowana setytka poruszyła się z niebywałą zwinnością, złapała za nadgarstek uzbrojonej ręki Jareha, przytrzymała ją w miejscu. Ktoś uderzył Jareha w kark, ktoś unieruchomił jego ramiona. Zewsząd poleciały wściekłe okrzyki.
Elf skulił się oczekując gradu ciosów, żaden jednak nie padł. W zamian uścisk trzymających go rąk zelżał, a gniewne okrzyki przycichły.
Jakaś tajemnicza postać w ciemnym płaszczu z kapturem tarasowała samotnie drogę korowodu. Spod zasłaniającego jej oblicze kaptura wysuwał się wąski rozwidlony język, jako żywo podobny do języka świętego węża Seta.
- Trupi Jadownik! - zakrzyknął z euforią któryś z kultystów - Awatar Ojca Węży się nam objawił! Niechaj będzie pozdrowiony!
- Trupi Jadownik! Trupi Jadownik! Chwała majestatowi Seta!