"Złota Kula"; 25 orakt-ran
Smakowita woń jadła unosząca się w karczmie ustawicznie atakowała powonienie surelian, nie dając im spokojnie pomyśleć nad dalszymi poszukiwaniami zabójcy. Na okolicznych stołach lądowały półmiski kaszy z gulaszem, pieczone kurczaki, smażone ryby, parujące jeszcze ziemniaki, połówki dyń i kapusty, marchew z cebulą, ostre sosy i świeżo wyciągnięte z pieca pieczywo. Zasobni w złoto oriakańscy pielgrzymi nie szczędzili monet na strawę, dla większości z nich bowiem świąteczny pobyt w stolicy dobiegał już końca. Piękne kelnerki w ciasno zasznurowanych kaftanikach uwijały się pośród biesiadników roznosząc na tacach gliniane kufle z piwem i bukłaki wina.
- Chyba zaraz oszaleję - jęknął sączący oszczędnie swe piwo Ecco, od dłuższej chwili zmagający się z burczącym głośno żołądkiem - Głodny jestem... Otlaf, przestać żreć na moich oczach, bo cię aresztuję!
Obdarzony zwinnymi palcami mieszaniec roześmiał się w odpowiedzi, wgryzł się mocniej w pieczony kartofel z chrupiącą skórką, który ledwie chwilę wcześniej ukradł z sąsiedniego stolika korzystając z nieuwagi jedzącego tam krasnoluda.
- Dobra, wy skąpiradła - sarknął w końcu Ortin - Gorsi jesteście od Saara Sansara, a nigdy bym nie pomyślał, że może istnieć ktoś bardziej skąpy od tego jaszczura. Okażę swą wspaniałomyślność, najedzcie się za cudze.
Rozwiązując swą niezbyt okazałą sakiewkę handlarz menhirami zajrzał z niesmakiem do środka, wysupłał z trzosika kilka srebrnych monet.
- W sam raz na pajdę ze smalcem dla każdego, może nawet słoniną posypią - zdecydował wysypując odliczone srebro na blat stolika - Niech no który zawoła tę Sorayę, mnie nie wypada, wszak mam uchodzić za poważanego kupca z pachołkami.
Otlaf wcisnął w jednej chwili w gębę niedojedzonego kartofla, złapał jedną z monet spoglądając na nią z zainteresowaniem. Uniesione w palcach srebro zalśniło w poświacie rzucanej przez woskowe świece.
- Talabański osmar - oznajmił tonem znawcy - I to bardzo rzadki, bity za panowania poprzedniego księcia. Nieczęsto się je widuje nawet w Ostrogarze.
Ortin przewrócił oczami dając złodziejowi do zrozumienia, że numizmatyczne popisy mieszańca nie robią na nim wrażenia. W tej samej chwili ktoś pochylił się nad jego stołkiem i rzucił na blat stołu inną monetę. Pieniążek upadł tuż przed rękami zdziwionego Otlafa, podskoczył dwa razy na dębowym drewnie.
Był to talabański osmar, identyczny jak rzadka moneta wciąż dzierżona przez mieszańca.
- Długo kazaliście czekać na znak - oznajmiła poirytowanym tonem stojąca nad kupcem postać, przemawiająca wystarczająco cicho, by usłyszeli ją wyłącznie surelianie - Dobrze wiecie, że nie powinno mnie tu już być.
...