Charleston 08.08.1993 22:21
[center]

[/center]
Obudził się. Chwilę jeszcze leżał w bezruchu, nie otwierając oczu, wsłuchując się w otaczającą go ciszę. Nic, żadnego odgłosu pracującego silnika, żadnych rozmów. Jedynie poskrzypywanie starego drewna, odległy ruch uliczny i samotny oddech kogoś, kto musiał znajdować się w tym samym pomieszczeniu. Blisko, a jednak nie czul zagrożenia. Ten ktoś musiał więc być sprzymierzeńcem, nie wrogiem. Namtar zresztą nie znał wielu innych kategorii, jego świat z zasady dzielił się na przyjaciół, wrogów i ofiary.
Otworzył oczy. Bardziej wyczuł niż zobaczył zawieszone nad sobą wieko trumny. Usiadł, odsuwając je ręką. Nie stawiało oporu. Pokój tonął w mroku, przecięty jedynie samotnym pasmem księżycowego światła, prześwitującym spoza zbutwiałych zasłon. Przypominało mu ostrze: tak czyste i proste w swym pięknie. Skrzywił się czując w ustach smak popiołu. Zapach wilgoci, kurzu i czegoś jeszcze, co przywodziło na myśl niektóre strzępy jego snu, wisiał w pomieszczeniu niczym woal. Nieliczne sprzęty rysowały się w półmroku, rozmieszczone chaotycznie, niczym spłoszone zwierzęta. Sięgnął ku ciemności płynącej w jego krwi i poczuł, jak staje się z nią jednym. W jego odczuciu pomieszczenie natychmiast pojaśniało, wypełniając się widmową, szarą poświatą emanującą z powierzchni każdego przedmiotu. Teraz widział wyraźnie: szkielet kanapy bez obicia, kulawy rzeźbiony stolik, fotel, na którym dostrzegł postać młodego, długowłosego mężczyzny. Jego oczy były całkowicie czarne - podobnie, jak oczy Assamity, które w tym momencie patrzyły nie poprzez, lecz dzięki ciemności. Namtar wstał. Siedzący młodzieniec wstał również.
- Witaj, Rafiq Namtar - odezwał się - Jestem Szkarłatny Deszcz. Silsila Dahir ibin Saleh, Kasztelan 'Ushshu Al'aqrabi*, Pierwszej Twierdzy na tej ziemi, pozdrawia cię i modli się do Haqima, aby twe zwycięstwa były liczne. Vizaresh, Czarny Anioł Zachodniego Wybrzeża, z Krwi Shadowslayers, także cię pozdrawia i przysyła mnie, abym ci służył.
- Ayana anaa**? - zapytał Namtar podchodząc do okna. Światło księżyca wydawało mu się teraz stanowczo zbyt jasne. Spojrzał przez szczelinę między zasłonami. Ogród za szybą porośnięty był chwastami i wysoką trawą. Dalej, za rysującym się w mroku ogrodzeniem, ujrzał przemykające w oddali światła samochodów, mknące samotnie przez noc, niczym dogasające iskry. Żadne z nich jednak nie docierało do okna, przez które spoglądał. Dom musiał być położony w dużej odległości od szosy.
- W Charleston. Wybacz, Rafiq, mój arabski nie jest jeszcze najlepszy. Wolałbym mówić po angielsku...
- Dobrze. Co to za miejsce?
Zapytał, zaciągając zasłony. Świetliste, księżycowe ostrze zgasło niczym zdmuchnięta świeca. Odwrócił się od okna i rozejrzał ponownie, ogarniając wzrokiem wytarty dywan i zżółkłą tapetę, o modnym w latach 80, nieco psychodelicznym deseniu. Teraz pokrywały ją zacieki wilgoci i prostokąty jaśniejszej barwy w miejscach, gdzie niegdyś musiały wisieć obrazy. Pod sufitem wisiała naga żarówka.
- Wynająłem ten dom za psie pieniądze - powiedział Szkarłatny Deszcz - Jest na przedmieściach i raczej nie cieszy się powodzeniem. Ludzie boją się tu przychodzić. Kilka lat temu mieszkała tu rodzina. Ojciec zabił żonę i dwójkę swych dzieci. Strzelił im po kolei w usta z dubeltówki, a potem sam ją pocałował. Na górze, w sypialni są jeszcze ślady krwi.
Namtar uśmiechnął się i nieśpiesznie przejechał językiem po zębach, czując ostrość kłów i lekki smak własnej krwi. W tym uśmiechu nie było niczego, co ludzkie. Przypominał raczej grymas drapieżnika, który zwietrzył krew i w istocie bliższy był rekinom niż istotom ciepłokrwistym.
- Podoba mi się - powiedział powoli - Dobrze się spisałeś.
Dopiero teraz przyjrzał się swemu rozmówcy. Był młody, lecz jego sylwetka i muskulatura wskazywały na dość aktywny tryb życia. Czarne oczy i włosy zdradzały częściowo indiańskie pochodzenie, mimo iż rysy były bardziej europejskie. Mężczyzna ubrany był w czarną podkoszulkę i wytarte jeansy, jego ramiona pokrywały uliczne tatuaże.
- Jakie są twoje kompetencje? - zapytał taksując go wzrokiem.
- Mam dbać o bezpieczeństwo tej kryjówki- odparł Szkarłatny Deszcz - i dostarczać ci tego, czego będziesz potrzebować. Jestem w stanie załatwić broń i amunicję, a także krew. Choć w tej chwili mam jej jedynie niewielką ilość. Tyle co przytachałem z N.Y. Postaram się jednak zdobyć coś jutro.
- Świetnie... Nie zostawiaj tylko trupów w okolicy.
- Bez obaw. Piwnica nie ma podłogi, tylko klepisko. Wstawiłem tam już beczułkę gaszonego wapna. Czy jest coś czego teraz potrzebujesz?
- Moja broń?
- Wszystko jest tutaj, w torbie - metys wskazał na leżącą obok kanapy czarny, wypchany kształt. - Krew w lodówce turystycznej. Później skołuję coś lepszego. Motor masz w ogrodzie, Honda 600, nieco ulepszony prototyp, na razie nie do kupienia. To także prezent od mojego szefa.
- Znakomicie. Zostaw mnie teraz. Będę potrzebował paru rzeczy... Później...
Ghul skinął głową i wyszedł z pokoju. Namtar zamknął oczy i jeszcze raz zatopił się w atmosferze tego miejsca. Zaczynało mu się tutaj podobać.
Nieco później siedział na sfatygowanym łóżku, w sypialni na górze, przeglądając i czyszcząc broń. Robił to w sumie co noc, nawet jeśli nie było takiej potrzeby. Broń jednak musiała być zawsze w doskonałym stanie, tak jak i on był doskonałym narzędziem zemsty, tak jak doskonałe były nauki Haqima we wszystkich księgach i jak doskonały będzie Jego powrót w czasie Ostatecznych Nocy. Broń musiała być zawsze gotowa do tego by przelewać krew...
Poza tym, byłą dopiero 22.43 i miał jeszcze trochę czasu.
Szkarłatny Deszcz mówił prawdę. Istotnie, na wyblakłej, różowej ongiś tapecie dało się zauważyć rdzawo-brązowe plamy, choć musiał zapalić na chwilę światło, aby zanotować ten szczegół. Sufit w jednym miejscu wyglądał na wygryziony - tam, gdzie pocisk breneka wbił się w niego po tym, jak roztrzaskał mózg i kości ojca, mordercy swych dzieci. Namtar czuł się tutaj dobrze. Świadomość zbrodni, strachu i cierpienia wyzwolonego w tym miejscu sprawiała, iż wszystko stawało się nieco ostrzejsze, nieco bogatsze w odcienie, wyrywając go z codziennej szarości. Przed nim, na zaplamionym materacu leżały części Desert Eagel i SWD Dragunow, wszystkie pokryte matową czarną farbą. Jeśli chodziło o wyposażenie Namtar był aż nadto praktyczny i preferował skuteczność i prostotę. Wiedział, że tak naprawdę nie miało znaczenia, czy zabijało się kogoś tulipanem z flaszki od wódki, czy koltem anakonda z przedłużoną lufą i okładziną z masy perłowej. Liczył się efekt - a efektem była zawsze śmierć. Wszystko inne stanowiło jedynie otoczkę, narzędzia potrzebne do wykonania pracy. To śmierć była sednem i tajemnicą. Jedyną kochanką mordercy żyjącego w cieniu niekończących się nocy...
Wykonując rutynowe czynności myślał o Kontrakcie. Mistrz Akramah zdążył na szczęście przekazać podstawowe informacje do Kasztelana, zanim zasnął. Umowa wywodziła się z 1634 roku, co samo w sobie było niecodzienne. Zakładała ochronę czterech osób, czterech Niewiernych, munafiqun - skrzywił się - znał imiona i klany tych Bękartów Khayyina. Nie miały one zresztą tak naprawdę większego znaczenia. Kwestią, która go najbardziej zastanawiała była ochrona - Namtar nigdy jeszcze nie brał takiej roboty. Oczywiście, był przeszkolony pod tym kątem i sam rodzaj działania nie sprawi mu problemów. To, psuło mu aktualnie nastrój, polegało raczej na zgrzycie innego rodzaju - Kontakt zakładał, że będzie musiał spędzić z Niewiernymi naprawdę dużo czasu, słuchając ich kłamliwych słów, patrząc na ich przeklęte twarze... Sama myśl o tym sprawiała, że miał ochotę wbić im nóż w serce. Jednak Akramah ufał mu i zlecił mu ten obowiązek. Namtar wiedział, że wypełni go najlepiej, jak potrafi. Kontrakt był świętością, a sama myśl o tym, iż mógłby zhańbić honor Klanu lub zawieść swego Mistrza była niczym nóż wycelowany we własną pierś. To, co odczuwał nie miało tutaj większego znaczenia - liczyła się jedynie wartość jego służby.
Spojrzał na zegarek: zbliżała się 23, a o północy miał się znaleźć na umówionym spotkaniu. Sprawnie złożył broń i umieścił ją w plecaku. Ubierając się zagwizdał fragment starej, bluesowej piosenki:
[center]People don't live or die, people just float,
She went with the man in the long black coat...[/center]
* Gniazdo Skorpiona
** Gdzie jestem?
Używam oczywiście Ultimate Darkness na poziomie 1 (efekt Wizja Nocy), aby widzieć w ciemności.