: 02 kwietnia 2017, 16:35
Salt Lake City UT, późny wieczór 23 października 1994
W światowej stolicy Mormonów zaszło słońce, okraszając wody Wielkiego Słonego Jeziora tysiącem złotych refleksów. Majestatyczne, skaliste wzgórza górowały nad zabudowaniami, otaczając je swym zwartym łańcuchem z drugiej strony. Już od jakiegoś czasu miasto ubierało się w blask ulicznych latarni, zgiełk ulic stopniowo zanikał, sporą część mieszkańców miasta wyganiając w zacisza ich domostw. Nie oznaczało to bynajmniej, że w "Rozdrożach Zachodu", jak powszechnie nazywano aglomerację, życie całkowicie zamilknie do świtu. Wiele szlaków handlowych prowadziło przez miasto, zapewniając tu ciągły ruch, wystarczające zapasy Vitae dla spokrewnionych, a dla tych lepiej przystosowanych - niemały zysk.
[center]
[/center]
Noc była ciepła jak na tę porę roku. I zapowiadała się na jedną z tych głośniejszych. Na stadionie Rice-Eccles odbywał się właśnie koncert Rolling Stones, na Uniwersytecie Utah odbywały się właśnie wystąpienia przedwyborcze dla tutejszych studentów, a w Calvin L. Rampton Salt Palace Convention Center miejscy włodarze decydowali o losach maluczkich, którzy z uwagi na naturę swej wiary, nieświadomi niczego przytulali swoje bawełniane poduszki.
[center]***[/center]
Mało kto wiedział, że w tym samym czasie kilku samotnych kainitów zmierzało w nieco inne okolice miasta. Nieopodal świątyni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, po mało uczęszczanej i jeszcze niedbałej oświetlonej 2951 S Rushton Park Drive, spacerował w tą i z powrotem, niepasujący swym militarystycznym ubiorem do spokojnej okolicy mężczyzna. Co jakiś czas chował się w cieniach niemal całkowicie spowijających okolicę, znikając ewentualnemu obserwatorowi z pola widzenia. Wyraźnie kogoś wyczekiwał.
Z razu na niewielkiej uliczce pojawiali się inni, równie wyraźnie obcy temu miejscu. Krążący w ciemności mężczyzna szybko materializował się w takich chwilach przy nowo przybyłym i zamieniał z nim kilka słów, po których ponownie zlewał się z ciemnością. Natomiast zaczepione przez niego osoby po kolei udawały się do wskazanego przez mężczyznę niewielkiego domku, podobnie jak 90% tego dziwnego miasta - parterowej zabudowy.
Wewnątrz nie paliło się światło, a jedynie kilka porozstawianych po kątach świec. Pomieszczenia były puste i na pierwszy rzut oka było widać, że nikt tu nie zamieszkuje. Jedynie krótki korytarzyk dzielił drzwi wejściowe od niewielkiego saloniku, jedynego pomieszczenia gdzie było jakiekolwiek umeblowanie, w tym przypadku sześć plastikowych krzeseł, z których jedno zajęte przez ukrytą pod czerwonym płaszczem młodą kobietę, obecną tu zanim przybył pierwszy z gości. Nie zdejmowała ona obszernego kaptura, jednak był on skrojony w ten sposób, że dało się bez problemu zobaczyć jej twarz, w tańczącym blasku świec.
[center]
[/center]
W światowej stolicy Mormonów zaszło słońce, okraszając wody Wielkiego Słonego Jeziora tysiącem złotych refleksów. Majestatyczne, skaliste wzgórza górowały nad zabudowaniami, otaczając je swym zwartym łańcuchem z drugiej strony. Już od jakiegoś czasu miasto ubierało się w blask ulicznych latarni, zgiełk ulic stopniowo zanikał, sporą część mieszkańców miasta wyganiając w zacisza ich domostw. Nie oznaczało to bynajmniej, że w "Rozdrożach Zachodu", jak powszechnie nazywano aglomerację, życie całkowicie zamilknie do świtu. Wiele szlaków handlowych prowadziło przez miasto, zapewniając tu ciągły ruch, wystarczające zapasy Vitae dla spokrewnionych, a dla tych lepiej przystosowanych - niemały zysk.
[center]
[/center]Noc była ciepła jak na tę porę roku. I zapowiadała się na jedną z tych głośniejszych. Na stadionie Rice-Eccles odbywał się właśnie koncert Rolling Stones, na Uniwersytecie Utah odbywały się właśnie wystąpienia przedwyborcze dla tutejszych studentów, a w Calvin L. Rampton Salt Palace Convention Center miejscy włodarze decydowali o losach maluczkich, którzy z uwagi na naturę swej wiary, nieświadomi niczego przytulali swoje bawełniane poduszki.
[center]***[/center]
Mało kto wiedział, że w tym samym czasie kilku samotnych kainitów zmierzało w nieco inne okolice miasta. Nieopodal świątyni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, po mało uczęszczanej i jeszcze niedbałej oświetlonej 2951 S Rushton Park Drive, spacerował w tą i z powrotem, niepasujący swym militarystycznym ubiorem do spokojnej okolicy mężczyzna. Co jakiś czas chował się w cieniach niemal całkowicie spowijających okolicę, znikając ewentualnemu obserwatorowi z pola widzenia. Wyraźnie kogoś wyczekiwał.
Z razu na niewielkiej uliczce pojawiali się inni, równie wyraźnie obcy temu miejscu. Krążący w ciemności mężczyzna szybko materializował się w takich chwilach przy nowo przybyłym i zamieniał z nim kilka słów, po których ponownie zlewał się z ciemnością. Natomiast zaczepione przez niego osoby po kolei udawały się do wskazanego przez mężczyznę niewielkiego domku, podobnie jak 90% tego dziwnego miasta - parterowej zabudowy.
Wewnątrz nie paliło się światło, a jedynie kilka porozstawianych po kątach świec. Pomieszczenia były puste i na pierwszy rzut oka było widać, że nikt tu nie zamieszkuje. Jedynie krótki korytarzyk dzielił drzwi wejściowe od niewielkiego saloniku, jedynego pomieszczenia gdzie było jakiekolwiek umeblowanie, w tym przypadku sześć plastikowych krzeseł, z których jedno zajęte przez ukrytą pod czerwonym płaszczem młodą kobietę, obecną tu zanim przybył pierwszy z gości. Nie zdejmowała ona obszernego kaptura, jednak był on skrojony w ten sposób, że dało się bez problemu zobaczyć jej twarz, w tańczącym blasku świec.
[center]
[/center]Spoiler!
Spoiler!
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]
[/center]