Przygody rozegrane na żywo - streszczenia

Awatar użytkownika
Nanatar
Reactions:
Posty: 620
Rejestracja: 04 sierpnia 2009, 11:38
Lokalizacja: Kraków
Polajkował: 131 times
Polajkowany: 96 times

Przygody rozegrane na żywo - streszczenia

Post autor: Nanatar » 18 maja 2019, 20:57

Zanim zredaguje luźno rozrzucone opisy spotkań upłynie nieco czasu, ale na dobra monetę, oddaję do przeczytania opis przygody rozegranej na jednym posiedzeniu, jest to część kampanii, którą prowadził dretch, choć wydarzenia te nie są ściśle związane z głównym jej wątkiem.

Życzę miłej lektury.

Wyprawa Tana Yagody Uter i El Joreka do ruin wieży maga. Przedwiośnie, wyspa Melfis.

W rolach głównych:
-Jorek – elf czarnoksiężnik
-Yagoda – ludzki tropiciel alchemik


W pozostałych rolach: Kurghan – olbrzymi rycerz o ponurym usposobieniu i nieskończonym apetycie.
Bury – ludzki chłop, obecnie najemnik Yagody
Lukas – półork, rekrut, chorąży Yagody
martwiczy kapłan – kościotrup miękkogłowy, pomiot Joreka

Powróciwszy z portu Oazy, gdzie łowca potajemnie zlecił budowę porządnej, ładownej kogi, rycerz i czarodzieje zatrzymali się w Pustce. Yagoda na krótko zaglądnął do swych Pań, siedział później długo przy kominku przyjmując kolejnych kontrahentów. Grubo po północy, zjawił się Jorek. Łowca pomyślał, że to wymarzona wprost dla elfa pora.

"Czy on kiedyś śpi?" przemknęło mu przez głowę. Z drugiej strony ucieszył się. Co prawda upodobania, a szczególnie magia czarnoksiężnika budziły w Yagodzie przynajmniej niesmak, to z drugiej strony było z kim pogadać. Jorek miał nie lichy łeb, nieźle pokręcony, ale na prawdę Wizard.

- A czy te oślepiające refleksy mogą zniszczyć ożywieńców? - spytał beztrosko elf.
- A jakże mogą, wszystkie one martwiaki światłem błysk razi. A czemu to ważne? Jakby szarani martwiaki przyzywali? - popatrzył na kompana i zrozumiał. - Tyś oszalał! Nieumarłymi chcesz walczyć, ja ludzi pół roku ćwiczę, nie ma mowy, nie będą oni pospołu z nieumarłymi na murach stać!
- Nie będą, do przodu upiory poślemy, a jak sprowadzimy ciemności, to nie będzie ich nawet widać. -szelmowski uśmiech rozświetlił ponurą zazwyczaj twarz czarnoksiężnika.
- Sprowadzenie Ciemności! Zachwiejesz równowagą! Ja do tego ręki nie przyłożę! - protestował rozdarty Yagoda.
- Bo i Twojej reki do tego nie potrzebuję, pozwól niech rycerz rozstrzygnie. Przyznaj sprawiedliwie, trzech nas jest, każdy głos da. -skwitował cynicznie elf.- Ale zobacz, znalazłem opisy ciekawych miejsc na tej wyspie, to zgadza się z moimi mapami. Popatrz tu pojedziemy, tam stała ongiś wieża maga, pomyśl tylko we dwóch. To umocni naszą przyjaźń. – Jorek poparł swe słowa podsuwając pod nos Yagodzie pożółkłą mapę i całkiem przyzwoicie wyglądające przedruki starszych atlasów.
- Czyś ty oszalał, z morghlita łaski czarnoksiężniku? Nigdzie nie jadę, teraz idę do laboratorium i daj mi spokój. Kurwę se znajdź w mieście i się wyżyj.

Czy elf skorzystał z rady człowieka czy nie, jednak pojechali, na północny zachód. Towarzyszyli im Bury i Lukas i chyba jakieś poczwary Joreka. Z początku podróż szła dobrze, strumienie puszczały wody, pierwsze zioła dawały kwiaty. Po dwóch dniach drogi pokonali równiny i lasy, pełne dzikiego zwierza. Znaleźli się w górskiej dolinie, u jej zarania znaleźli truchło pożartego na wpół niedźwiedzia. Łowca orzekł, że mógł to zrobić smok.
Jorek z niepokojem dostrzegał chorobliwą fascynację łowcy smokami, od kiedy ten posiadł Smoczy Amulet. Potraktował to jednak za próżność ludzkiego szlachetki.

Kiedy rozbijano popas miedzy skałami, powietrze wypełnił okrutny wrzask, a oczom bohaterów ukazał się pikujący na nich skrzydlaty gad.
Wpadł prosto na zaskoczonego Burego. Capnął chłopa w pól przebijając szponami łuskową zbroję okrywającą najemnika i zaczął wzlatywać w powietrze.
Yagoda widząc w oczach czarownika nieprzyjemny błysk, zakrzyknął o spokój, następnie z jego gardzieli wydobyły się dźwięki niemożliwe zawało się elfowi, dla jego pospolitej rasy. Olbrzymi gad wypuścił pokiereszowanego wojownika, ale dalsze zabiegi tresera w okiełznaniu stworzenia zdały się marne, gad odleciał, będąc w pobliżu jeszcze przez jakiś czas.

WYWERNY -oznajmił łowca. -czytałem o nich, to dzienne stworzenia, duże, latające, mięsożerne jaszczury.

Używając magicznych mikstur opatrzyli rany Burego i rozłożyli obóz. Tej jeszcze nocy Jorek przywołując magiczne stworzenie, które nosiło go na grzbiecie, latając jak rzeczone wywerny, patrolował okolicę. Wypatrzył wieżę. Czarodzieje odesłali sługi z końmi pod osłoną nocy pod las, a sami posługując się owym magicznym stworzeniem przelecieli w najbliższą okolicę zawalonej wieży.

Ta leżała pochylona w rozpadlinie, połowa kondygnacji była zniszczona , ale trzy niższe piętra łudziły skrywaną tajemnicą. Zidentyfikowali na dole leże wywern. Alchemik próbując rozświetlić dół rozpadliny, zasłabł i ...śnił że czarnoksiężnik latał, a później obudził go martwiaczy kapłan, sługa elfa. Yagoda powinien się spodziewać, że specyficzna aura miejsca, może zakłócać rzucanie zaklęć.
Czarownicy nie dali za wygraną. Oczy Joreka jarzyły sie martwiaczym blaskiem. Kolejny ognik alchemika rozświetlił delikatnie leże gadów.
Postanowili stworzenia uśpić i niepostrzeżenie dostać się do wieży. Rozpalano zioła, odprawiano czary.

- Mi nic nie zrobią. -zawyrokował łowca i dosiadł latającego potwora.
- A dlaczegóż to? - ale pytanie Joreka pozostało bez odpowiedzi, Yagoda już szybował na poczwarze w dół. Wylądował, rozpalił kolejny ognik i przywołując elfa, wszedł do wieży, celem powtórzenia czaru. Kiedy śmiałkowie znaleźli się w bibliotece, a alchemik tkał czary uśpienia, samiec wywern przebudził się i zrobił raban. Po usypianiu i cichej penetracji, celem ochrony zagrożonych gatunków, pozostało mgliste wspomnienie. Zaczęła się rzeź.

Yagoda przygotował się w korytarzu otoczony dywanem czarów, otumanił bestię i rozpoczęli z Jorekiem nierówną walkę z gadami. Pierwsze chwile starcia nie przyniosły bohaterom wyraźnej przewagi. Łowca zdawał się być w swym żywiole, pojedynkując sie z wywerną na stal, ząb i czar, słyszał z wyższego piętra zbliżające się kolejne potwory.

Uczuł że za jego plecami czarnoksiężnik panikuje, człowiek usłyszał to, czego tak pragnął nie słyszeć, Elf wzywał nieumarłych.

-Oszczędź, oszczędź chociaż pisklęta! - wykrzyczał zalany łzami wściekłości Yagoda Uter, wbijając jednocześnie po rękojeść miecz w gardło ojca piskląt, które chciał ratować, poświęcając matkę i braci.

"Był niczym,
Mieczem, gdy chciał tego jego Pan,
Niczym był, później strasznie pił,
Był tym, kto tego zabił,
Kogo nikt nie zabił."

fragment ballady o Mistrzu Yagodzie






Łowca wyczuwał gęstniejące w pobliżu byty przywoływane przez nekromantę, stłumił obrzydzenie i wykończył ataki, topiąc miecz głęboko w szyi samca wywerna. Elf nie znał litości, jego diabłom podobne psy zamordowały bezbronne pisklęta, nim te poznały czym jest lot i polowanie. Samica i szczenięta wyleciały ze szczeliny i pozostały w pobliżu. Yagoda
obdarzony smoczym amuletem wyczuwał jej żal po stracie dzieci, jej wściekłość, bo zginęły w nierównej walce. Tymczasem oczy czarnoksiężnika zadrgały spazmatycznie, ręka wykonała niekontrolowany tik i demoniczni mordercy rozbiegli się po terenie.
Podniecony walką łowca, umazał się we krwi pokonanego wroga dedykując zwycięstwo Katanowi i polecając się jego opiece. Następnie wyszedł z wieży, by stara suka wywerna mogła go dojrzeć, rzucił wyzwanie i użył perswazji zamiast miecza, powołując się na moc smoków i na swe starożytne pochodzenie, nakazał jej odlecieć i trzymać się z dala od jego stada. Skrzeczał niczym marabut w godach, wywerny odleciały na wschód.
Tymczasem czarnoksiężnik, badał bez błysku w martwiczym oku ciało wielkiego gada. Alchemik spostrzegł to wracając do wnętrza zawalonej wieży.
- Nie czyń tego! Nie waż się! Walczył jak wojownik, nie zasłużył na martwiczy los.
- Dlaczego miałbym cię słuchać tropicielu? Jesteś sentymentalnym głupcem i nie sądź że możesz mi rozkazywać.
- Bo jestem tu jedynym Tanem i w imieniu Katana stanowię prawo.
- To będziesz musiał, wykazać się możliwością owych praw egzekwowania.
Groźby zawisły niemiło w powietrzu.
- Suka wywerny nie wróci, przywlokłeś mnie tu przeszukać wieżę i szukać źródła mocy, to weźmy się do pracy. – przerwał ciszę Yagoda.
Tak uczynili. W wieży znaleźli pergaminy, z enigmatycznymi notami i obraz drzwi, te zaś znaleźli na dole, a za nimi wyczuli silne źródło magii. W świetle dnia ukazał się ich oczom run-klucz. Alchemik odruchowo, czy może brawurowo uaktywnił magię runu, zastygł spięty jego siłą. Czuł wzorzec, za którym winien podążać, lecz raz jego palec zmienił bieg, coś kazało mu, nie, sam zdecydował, coś w pierwotnym kształcie było nie do przyjęcia. Kiedy skończył obaj czarodzieje poczuli niemiłe fale gorąca, które wyzwolił ludzki szlachcic, bóle rwące końcówki nerwowe. Do dziś dnia na owo wspomnienie włoski na ciele stają im na sztorc.
Drzwi otworzyły się, śmiałkowie ostrożnie weszli, na schody, nimi w górę wprost do olbrzymiej skalnej groty. Ich oczom ukazał się osobliwy widok. Oczywiście najpierw dostrzegał wszystko bystry nekromanta, swymi oczami bez blasku. Alchemik zrobił sobie latarenkę z ognika, liche to było światło, dla słabych ludzkich oczu.
Z podłoża wystawała olbrzymia kamienna ludzka ręka, czysty kawał granitu, naturalna wychodnia, wyrzeźbiona w antropomorficzny kształt. Rękę jakoby podtrzymywała czwororęka kamienna postać, dziwnie przypominająca czterometrowego golema. Na rozłożonej zaś dłoni wielkiej granitowej ręki spoczywał tron, a na nim szkielet w koronie, wyglądający nad wyraz złowieszczo. Na wszystko zaś patrzyła twarz olbrzymia, ze ściany skalnej wystająca, a pozostająca w proporcjach do owej gigantycznej granitowej łapy. Czarodzieje poczęli badać stary okrwawiony ołtarz, w dalszej części jaskini, układało się to z informacjami o starym kulcie krwi. Gdy wreszcie zbliżyli się do granitowej ręki poczuli mrocznego zdusza animującego czworo ręki szkielet z tronu.
Obudzona istota, dosyć arogancko przywitała gości, mimo że alchemik zaoferował swój wyśmienity miecz w prezencie. Właściwie, elfowi, który skrył się swym zwyczajem w cieniu za plecami łowcy, trudno było ocenić, kto był w tej rozmowie bardziej butny i arogancki. Coś jednak w groźbach animowanego szkieletu tak przerażało czarnoksiężnika, pojął zaraz co, toż był szkielet nieprzejmowlny, zgroza nekromantów. Już bał się czarnoksiężnik przymierza dwóch agresywnych rozmówców, kiedy z ulgą pojął, że rozpoczęli walkę, poszło chyba o Katana, tak się elfowi wydawało. Przez kila ulotnych chwil, tych dwóch niedawno jeszcze skaczących sobie do oczu kogucików walczyło ramię w ramię, czar w czar, przeciwko poświtowi pamięci dawnego boga, którym mienił się przeciwnik czarodziei, walczyli niczym najlepsi kompani . Yagoda w zwykłym dla siebie podnieceniu, Jorek uważny i wycofany. Tarcze magiczne, wybuchy, promienie czarnoksięskie, prądy palące, wywoływali śmiertelni czarodzieje, nie pomogły martwemu bogu zaklęcia ochronne, zbroje i harpuny magiczne, które ciskał, nie pomogły przenosiny świadomości do kamiennego olbrzyma. Okrutny był duet tych dwóch kłótliwych czarowników.
Pokonali potwora, znaleźli skarby, tron sprawdzili, magią naznaczyli,
Wyszli z jaskini, z pełnymi trofeów rękami, w worki spakowali,
I się pokłócili, o truchło wywerny, o praktyki –nekromantyki
O alchemiki-hipokrytaki, czyje krytyki, z matematyki,
Który mądrzejszy.
Yagoda zniszczył ciało wywerna magicznym wybuchem, ratując przed zamianą w pomiot Joreka. Obrażeni na siebie czarodzieje podzielili skarby.
- Pójdę piechotą, to uczciwa droga, na pokute pychy, która poczułem –powiedział łowca, przywołał magiczną chmurkę, umieścił na niej ciężar, niczym na juczniaku i udał się w pieszo-chmurkową drogę do Pustki. Licząc, że spotka po drodze Burego i Lukasa. Czarnoksiężnik dosiadł niesmaczny swego latającego stwora, poszybował na skróty.
- Więcej tego nie daruję, zakrzyknął jeszcze do łowcy.
Elf szybował wysoko, łowca zaś przemierzał śnieżne rozpadliny, żując rozgrzewające zioła. Mimo trudów podróży, szperając swym zwyczajem mackami identyfikujących czarów w poszukiwaniu unikatowych ziół i istot.

Nie straszny mrok i pył,
Nie straszny zmarznięty tył,
Szedł bo był, czuł że żył
Póki miłość, ból i strach,
Pokonywał czas,
Płomień życia pali nas,
Niech nas spali, my zuchwali,
Myśmy śmierci oszukali.

Z ballady o Mistrzu Yagodzie
Załączniki
granitowa łapa.jpg
wielka granitowa łapa
wzorzec.jpg
wzorzec
mapa wyspy.jpg
mapa wyspy Melfis

ODPOWIEDZ