Strona 1 z 28

: 03 lipca 2011, 00:16
autor: Keth
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan

Tawerny w portowej dzielnicy miasta zbudowane zostały po wewnętrznej stronie szerokiego wału ciągnącego się wzdłuż wybrzeża, toteż ich pierwsze i wyższe piętra wznosiły się ponad kamienistym nasypem oferując przesiadującym na zadaszonych tarasach klientom wspaniałą panoramę na port kupiecki, kotwicowisko i przystanie rybackie przylegające do rzędów kamiennych magazynów zbożowych. Spokojna tafla Morza Perłowego odbijała miriady słonecznych refleksów, cięta kadłubami kupieckich kog i rybackich łodzi.

Szczupły mężczyzna o pociągłej twarzy i wystających spod włosów ostro zakończonych uszach przechylił się ponad drewnianą balustradą tarasu spoglądając z wysokości pierwszego piętra na zatłoczone portowe ulice Tahar-garu. Wystawione na nich stoły kramarzy uginały się pod ciężarem towarów: świeżych owoców, pieczonego w ceglanych piecach chleba, solonych ryb morskich i dopiero co odłowionych słodkowodnych. Na drewnianych wózkach piętrzyły się dynie, jabłka i małe dzikie gruszki. Nie brakowało sprzedawców zwierząt zachwalających donośnymi okrzykami węże o leczniczym jadzie i jaskrawo upierzone ptaki. W powietrzu unosił się zapach pieczonych mięs, egzotycznych ziół i przypraw.

Przechodnie targowali się z kupcami w wielu językach i chociaż Hariquiel zauważył, że na ulicach dominowało talinoi, niosły się nimi również dźwięki mowy asseryjskiej, orklashu, karondu i osmandilu. Południowy Tabadan stanowił bramę dla kupców z Osmundu, Walgaru i Gutum-guru, a przywożone przez nich towary wędrowały na północ archipelagu opłacane sowicie srebrem i złotem Katańczyków.

Elf skrzywił się nieznacznie obrzucając wzrokiem ciasną zabudowę Tahar-garu i jego zgiełkliwe ulice, odsunął się od balustrady żegnając gładko wypolerowane drewno muśnięciem długich, niemalże kobiecych palców, przeszedł poprzez zatłoczony taras na przeciwną stronę zatapiając wzrok w spokojnym oceanie i starając się nie zwracać uwagi na siedzących wszędzie wokół hałaśliwych gości tawerny.

Leżący pod narożnym stolikiem czarny pies o srebrzystych łatach na grzbiecie zaskomlał cicho wyczuwając mieszane emocje swego pana, po czym przycisnął wielki łeb do drewnianej podłogi obwąchując dyskretnie znoszone buty siedzącego obok człowieka.

Hariquiel przymknął oczy czując na twarzy delikatny dotyk morskiej bryzy, ale wrażenie przemożnej błogości psuł niesiony wiatrem od strony rybackich przystani odór rybich wnętrzności i odprowadzanych wprost do portowych basenów miejskich nieczystości.


Wątek techniczny

Podtrzymuję termin startowy sesji na 10.07.2011, ale nudząc się przed kompem nie potrafiłem odmówić sobie przyjemności napisania postu inicjującego nową sesję - tym samym witam wszystkich graczy i życzę wielu wrażeń. Nowe aktualizacje niebawem.

: 03 lipca 2011, 19:46
autor: Keth
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan

Rozparty w plecionym z wikliny fotelu krasnolud podrapał się leniwie po łysej czaszce, odprowadzając beznamiętnym spojrzeniem zmierzającego poprzez taras Hariquiela. W przeciwieństwie do czującego się nieswojo w tak tłocznym i gwarnym miejscu elfa Goldasthowi panujący w tawernie ścisk wcale nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie: pomagał krasnoludowi zabić nudę wyczekiwania na skarbnika jednego z miejskich tartaków. Chociaż brodaty wojownik nie rozumiał ani słowa z wszechobecnego talinoi, wielu portowych bywalców rozmawiało ze sobą w znanym mu po części orklashu lub mowie asseryjskiej, dowodząc jawnie wielokulturowego charakteru tej południowej mieściny.

Dopiwszy resztkę piwa z glinianego, ręcznie malowanego kubka Goldasth odstawił naczynie na drewniany blat stołu i zabębnił w jego krawędź grubymi zrogowaciałymi palcami spoglądając na płaski talerz z grubym dnem, charakterystyczny dla południowej części Tabadanu. Parę ocalałych z posiłku kawałków pieczonej ryby zdążyło już wystygnąć, a wlany do zagłębienia w rogu talerza sos zgęstniał odbierając sytemu krasnoludowi resztkę apetytu.

Wyciągając nogi na tyle ostrożnie, by nie kopnąć przez przypadek wielkiego psa druida Goldasth począł wodzić oczami po ruchliwym wnętrzu pierwszego piętra tawerny, starannie omijając wzrokiem roziskrzoną taflę morza. Widok sięgającej po widnokrąg wody budził w krasnoludzie starannie skrywany niepokój, odpędzany zmawianymi regularnie w myślach modlitwami słanymi do Gotam-gora.

Dwaj siedzący przy sąsiednim stoliku mężczyźni w jaskrawo barwionych kubrakach i luźnych spodniach o szerokich frędzlowanych nogawkach rozprawiali ze sobą z ożywieniem w orklashu, smagłą karnacją, spiętymi w końskie ogony ciemnymi włosami i sterczącymi z ust kłami jawnie dowodząc czystej orkowej krwi. Śledząc mimochodem ich konwersację krasnolud domyślił się, że rozmawiają na temat cen zboża w północnym Tabadanie, aczkolwiek wypowiadali słowa zbyt szybko, by potrafił zrozumieć bez trudu całe zdania.

W śledzeniu rozmowy przeszkadzał zresztą widok ich posiłku, budzącego w Goldasthu mieszaninę odrazy i chorej fascynacji. Obaj katańscy kupcy, najpewniej przybyli w interesach z Ag-Coto-garu lub Tobor-garu na Orkusie Wschodnim, zamówili sobie na obiad świeżo złowione kamułaki, mackowate głowonogi występujące nader pospolicie w Morzu Perłowym. Z racji swego pochodzenia Goldasth nie przepadał za owocami morza, nie miał jednak nic przeciwko rybom, o ile nie pojawiały się zbyt często w jego jadłospisie.

Z kamułakami sprawa miała się zupełnie inaczej. Chociaż można je było piec, smażyć lub suszyć z myślą o bardziej wrażliwych kulinarnie cudzoziemcach, uśmiercone szybko traciły swój ceniony przez miejscowych smak, a gęsta lepka wydzielina zastępująca w ich przypadku krew ścinała się wówczas w galaretę. Z tego właśnie powodu dwaj Katańczycy, najwyraźniej podzielający kulinarne upodobania miejscowych, spożywali podane im głowonogi na żywca, rozmawiając między sobą między kolejnymi kęsami i wydając się nie zwracać zupełnie uwagi ani na wlepione w siebie okrągłe czarne oczy ani tarmoszące ich za widelce małe ruchliwe macki.

Smukła wysoka dziewczyna o opadających na plecy ciemnych włosach zatrzymała się przy stoliku eskorty drwali, przechylając się nad jego blatem i zabierając opróżniony przez Goldastha dzban po piwie. W przeciwieństwie do innych hożych dziewoj obsługujących klientów w tawernie ta nie nosiła rozciętej po bokach sukni odsłaniającej opalone na ciemny brąz gładkie uda, zakrywając w zamian aż po kostki swe smukłe piękne nogi i dowodząc tak daleko posuniętą obyczajnością bliskie pokrewieństwo z właścicielem przybytku.

- Świeżo złowione, panie - powiedziała melodyjnym głosem dostrzegając oczywiste zainteresowanie Goldastha kamułakami, ale całkiem opacznie je pojmując. Mówiła w języku asseryjskim, uznawanym w całej bez mała Kartarii za wspólną mowę, a posługiwała się nim z biegłością zdradzającą wieloletnie doświadczenia z przewijającymi się przez Tahar-gar cudzoziemcami - Podać jednego?


Wątek techniczny

Przesiadujecie w przybrzeżnej tawernie opodal przystani rybackiej i z pięknym widokiem na morze, czekając na przybycie skarbnika jednego z tutejszych tartaków. Człek ów (albo nieludź) ma Wam zapłacić za eskortę ładunku drewna przywiezionego z interioru wyspy do Tahar-garu właśnie. Powinien przyjść lada chwila, więc zabijacie nudę oczekiwania syceniem oczu i uszu lokalnym folklorem.

Wszyscy pewnie się już zorientowali, że dokonałem pewnych daleko idących zmian w kwestii języków znanych Waszym postaciom. Talinoi to rdzenna mowa mieszkańców Talibanu, a mowa asseryjska jest Mową Wspólną, orklash zaś językiem orków.

: 03 lipca 2011, 20:08
autor: Goldwin
Spod krzaczastych brwi rzucił szybkie spojrzenie na pożywienie znajdujące się na misach leżacych przed Katańczykami, wzdrygnął się lekko, zbladł i szybko odwrócił wzrok.

- Aghr Gotam! Khdram gybhyr ughe...! - wychrypiał w krasnoludzkim. Nagle zorientował się, że może nie być zrozumiany i z lekkim skrzywieniem ust mającym zapewne wyglądać na uśmiech poprawił dobierając z wysiłkiem słowa we Wspólnej mowie patrząc na dziewkę.

- Dyć nie na moje trzewia ta strawa... Jeno piwa dolej z łaski swojej bo suszy...

: 03 lipca 2011, 21:24
autor: Zygi
- Ja natomiast chętnie spróbuję - odrzekł Hariquiel, jakby nagle wyrwany z zadumy. - Dwie sztuki, co o tym myślisz Akki? - rzucił spokojnym, acz radosnym głosem elf spoglądając w stronę rozłożonego psa, któremu w karczmie było równie przyjemnie jak jego elfiemu towarzyszowi. Pies podniósł tylko łeb w stronę Hariquiela i spojrzał na niego, swymi przenikliwymi oczyma, z lekkim zniechęceniem. Elf widać potraktował to jako zgodę, gdyż już w stronę obsługującej ich dziewczyny powiedział z szerokim uśmiechem - Jedną z nich poprosił bym na drewnianym półmisku, o ile to możliwe.. i bez sztućców, Akki ma kiepskie maniery przy stole. - dokończył odrywając radosne oczy od karczmarki, i kierując na psa, który podniósł się i siadając znalazł sobie wygodną pozycję do jedzenia, nim zdziwiona dziewczyna zdążyła zareagować ma całe zamówienie, Akki spojrzał na nią oczekującym wzrokiem, otworzył pysk i lekko wysunął język, domagając się swojej porcji.

: 03 lipca 2011, 21:50
autor: Keth
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan

Dziewczyna z początku spozierała na psa zdumionym spojrzeniem, wraz jednak roześmiała się dźwięcznie i klasnęła w dłonie iście niczym rozradowane cyrkową sztuczką dziecię.

- Ależ z niego zmyślny zwierzak! - oświadczyła zapominając w mig o mowie asseryjskiej i przechodząc mimowolnie na talinoi, w którym przemówił do niej Hariquiel - Pewnikiem od maleńkości do sztuczek ćwiczony! Teraz już żem pewnista, coście za jedni, chociaż wcześniej jeno mi się tak zdawało! Cyrkowcy jako żywo, zeszłego roku też u nas taka trupa gościła, a wielce ucieszne dawała występy. Pies, co zna sztuczki przemyślne, krasnolud ogniem zionący to z jednej, to z drugiej strony, gdzie mu akuratnie żagiew podłożyli, a paru innych równie w krotochwilach biegłych. Zara jadło doniosę.

Elf roześmiał się szczerze, nie potrafiąc zdusić wybuchu wesołości spowodowanej jakże nietrafną oceną poczynioną przez ciemnowłosą ślicznotkę, skinął jej głową na sposób ani nie potwierdzający rzekomego cyrkowego rodowodu Akkiego ani w wyraźny sposób temu nie przeczący. Dziewczyna błysnęła zębami w uśmiechu odchodząc śpiesznie w kierunku rozgrzanego kuchennego pomieszczenia na parterze tawerny i kołysząc krągłymi biodrami w rytmie, który pozwolił Hariquielowi zapomnieć na chwilę o swej niechęci do Tahar-garu i jego mieszkańców.

- Co ona rzekła jak na mnie spozierała? - zapytał Goldasth odprowadzając dziewczynę równie zainteresowanym spojrzeniem i nic sobie najwyraźniej nie robiąc z surowej obyczajności krasnoludów w kwestii bliższych relacji z ludzkimi niewiastami - Nic nie pojmuję z tej waszej mowy, psiamać! A ty czego się tak gapisz, psiaku, przecie nie do ciebie gadam!

Akki ziewnął ostentacyjnie i odwrócił łeb w przeciwną stronę, spoglądając swymi mądrymi ślepiami w kierunku morza.

: 03 lipca 2011, 22:40
autor: Goldwin
Zaczerwieniony z lekka oderwał wzrok od psiaka i przeniósł uważne spojrzenie na elfa.

- Hej! Ylfie! Dalej no tu do kufla się przyłącz, a i rzeknij co też ta dziewka z taką wesołością popatrywała... - zachrypiał unosząc kufel.

Poprawił się w fotelu moszcząc wygodniej.

- Dyć chyba nie odmówisz, nie jest to spiryt, ale da się gardło spłukać.

Zmrużył lekko oczy i popatrywał na elfa uważnie.

: 03 lipca 2011, 23:26
autor: tzeentch
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan

Gwar i zgiełk Tahar-garu działał już el Moriento nieco na nerwy, choć przecież przez te lata powinien już do przywyknąć do takiego życia. Siedział właśnie jedząc, pijąc i czekając. Czas dłużył się niezmiernie jednak cierpliwość była jedną z jego cnót... choć zapewne niewielu o tym wiedziało. Krzykliwy strój a także niedbała poza z jaką rozparł się na zydlu, sugerowały, że ten człowiek może być jakimś kuglarzem, aktorem, a może bardem (choć nie miał jednak żadnego instrumentu) - a tacy przecież cierpliwością nie grzeszą.

Słysząc słowa służki odwrócił sie, aby uważniej przyjrzeć się nie-ludziom przez nią zagadniętym.

- Coż, służka chyba jednak pomylila się w waszej ocenie, drogi panie. Wielu cyrkowców widziałem, lecz wy na takich nie wyglądacie.


Wątek techniczny

Do MG: Postaram się jutro wysłać gotową postać.

: 04 lipca 2011, 01:44
autor: Keth
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan

Rosły drwal o imieniu Aldur, małomówny dotąd towarzysz podróży, który od chwili wyruszenia z puszczańskiego obozu więcej czasu poświęcał obserwacji pozostałych najmitów niż rozmowom z kimkolwiek, odsunął od siebie wytarty do czysta skórką chleba talerz i podniósł się z zydla zmierzając na podobieństwo elfa do drewnianej balustrady odgradzającej wnętrze tawerny od nadmorskiego wału.

Bystre oczy mężczyzny przesunęły się po barwnych żaglach wizytujących port w Tahar-garze statków, przyglądając się z ciekawością osmundzkim i awarimskim kogom oraz holkom z tabadańskimi banderami na masztach. Daleko na kotwicowisku kołysały się leniwie na falach dwie potężne gaugery, z wsuniętymi pod pokład wiosłami i opuszczonymi do połowy masztów banderami oznaczającymi zejście załóg na brzeg.

Aldur obejrzał wyciągających na brzeg swe łodzie rybaków, dzieci naprawiające podarte sieci i psy walczące zaciekle o wyrzucone na pryzmy odpadków rybie wnętrzności. Jego czoło pokryło się zmarszczkami na widok procesji niosących zapalone pochodnie mężczyzn i kobiet w prostym odzieniu biedoty, zmierzających poprzez pobliską plażę ku morzu. Wchodząc po kolana do wody miejscowi rybacy i ich rodziny poczęli śpiewać pieśń o melancholijnym brzmieniu, niosącą się stłumioną nutą po niedalekiej portowej dzielnicy.

- To elamarnici - powiedział zupełnie niepotrzebnie jakiś człowiek, który podobnie jak Aldur przyglądał się zza barierki procesji czcicieli bogini mórz - Dziękują modlitwą za kolejny udany połów.

Nie doczekawszy się odpowiedzi Aldura mężczyzna wzruszył ramionami i wrócił do swego stolika, przekonany o natrafieniu na kolejnego nie znającego talinoi cudzoziemca.

Rosły drwal stał przez dłuższą chwilę na skraju tarasu, wsłuchany w bezruchu w pieśń elamarnitów i zatopiony bezbrzeżnie we własnych myślach.


Wątek techniczny

Jeśli o pisanie postów idzie, bardzo prosiłbym o przestrzeganie jednej reguły: kolor czarny dla fabularki i niebieski dla wątku technicznego (innych kolorów nie używajmy). I mała uwaga do sformułowania "panie" użytego w dialogu przez Tzeentcha - podróżowaliście ze sobą od sześciu dni, toteż chociaż wciąż praktycznie nic o sobie nie wiecie, przynajmniej możecie się już zwracać do siebie po imieniu :)

: 04 lipca 2011, 02:16
autor: Goldwin
Z hukiem odstawił kufel aż ostatnie krople bryznęły wysoko i opadły dookoła. Poczerwieniał ze złości i zacisnął pięści.

- Cyr... ckyr... cyrkowiec?! - zagrzmiał zachłystując się własną śliną - Mnie cyrkowcem?!

Złapał mocno za stylisko topora poderwawszy się z siedziska i wyszarpnął do połowy. Jednak po chwili opadł ciężko na siedzisko.

- Cyrkowiec, psia juha! Byś smarkulo była chłopem to pokazałbym ci sztuczki kuglarskie! - zasapał do siebie szarpiąc w zacietrzewieniu końcówkę brody.

Popatrzył uważnie spode łba na el Moriento.

- A nie przesłyszał żeś Ty się aby w tym co prawiła z ylfem? Żarty żartami ale niedobrze kpić z woja co nie zawsze obcą mową prawi...

Pokiwał ciężko palcem ku przedmówcy i obejrzał się przez ramię na elfa.

- Hrrk... Hariquiel! - zaklął szpetnie kolejny raz mając problem z wymową - Prawdę ci on rzecze?!

: 04 lipca 2011, 07:17
autor: tzeentch
Hmmm. Podróżowaliśmy razem? Ok - nieporozumienie :)

: 04 lipca 2011, 08:56
autor: Zygi
- Spokojnie mości woju, nie ma się co niepotrzebnie unosić na nietrafiony komplement - powiedział spokojnym, radosnym głosem, który miał ukryć tę odrobinę sarkazmu - czy swojej zdolności wymachiwania toporem nie nazwał byś sztuką? Czy do przeskakiwania od jednego przeciwnika do drugiego mniej musisz mieć zwinności i wprawy od sztukmistrzów cyrkowych? - kładąc rękę na ramieniu krasnoluda i delikatnie naciskając w dół, ba zasugerować mu spokojne siedzenie i czekanie na posiłek i trunki nowe, Hariquiel jakby od niechcenia dokończył - rozejrzyj się: marynarze i rybacy, skąd to urocze dziewcze ma wiedzieć cokolwiek o wojach...
- Przybyliśmy tu w określonym celu, spróbujmy nie robić niepotrzebnego zamieszania, czy wzbudzać niezdrowych sensacji. - rzekł już stanowczo i wyważonym głosem do swych towarzyszy.
Kiedy to radosna jeszcze dziewczyna wróciła z częścią zamówienia Hariquiel poprosił o dzbanek wina i towarzystwo - Widzę pani, że gości mnóstwo, ale i jadło już na stołach mają i kufle pełne, nie ma co tak pomiędzy ławami się przeciskać, gdy u nas miejsce jest, a i nowi w mieście jesteśmy. - tu z oczyma próbującymi ukazać radość, a jednocześnie zaciekawienie spojrzał na dziewczynę, a następnie na Goldastha - Mój towarzysz ma problemy ze zrozumieniem i lokalnej mowy i pewnych zwyczajów, gdybyś chciała chwilę z nami zabawić i poopowiadać co w mieście się dzieje, może ktoś jeszcze ciekawy, ..poza cyrkowcami oczywiście, odwiedzał miasto niedawno, albo jest tu co interesującego zobaczyć. W głębi lądu nie przywykliśmy do morza, więc może i na inne atrakcje rzucić okiem, nim przyjdzie nam opuszczać ..to miejsce? - chwilami głos elfa cichł, jakby Hariquiel uciekał gdzieś myślami rozmarzony, czy jedynie próbował dobrać właściwe, jego zdaniem, słowa czy ton.

: 04 lipca 2011, 17:02
autor: avnar
Aldur delektował się chwilą. Leniwie przysłuchiwał się rozmowie towarzyszy, obserwując tętniące życiem miasto. Ilość różnorakich bodźców troszkę go przytłaczała a noszona wiatrem pieśń elamarnitów działała mu na nerwy, wywołując dziwne wrażenia i wspomnienia o których wolałby zapomnieć. Pełny brzuch i letnie słońce pozwalało się jednak odprężyć i odegnać złe myśli. Przymknął oczy i cieszył się promieniami słońca muskającymi jego twarz, leniwie przyglądając się cieszącym oko kształtom młodej karczmarki. Kiedy napotkała jego wzrok, lekko się uśmiechnął, ale nie nachalnie, tak by jej nie zawstydzić ani nie spłoszyć. Dobrze byłoby pocieszyć się w ramionach kobiety, ale będzie co ma być - pomyślał.

: 04 lipca 2011, 21:47
autor: Keth
27 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, Tabadan

Roześmiana jeszcze chwilę temu dziewczyna znienacka spoważniała uświadamiając sobie znaczenie słanych jej przez kilku rozmówców spojrzeń, pochyliła głowę przestając się im przyglądać i kładąc dwa niewielkie naczynia z żywymi kamułakami przed elfem i jego psim towarzyszem.

- Wybaczcie, cni panowie, rąk dzisiaj mamy urwanie - powiedziała szybko w mowie asseryjskiej, wyraźnie spłoszona jawnie okazywanym jej zainteresowaniem - W porcie co rusz jakaś koga do nabrzeża przybija, czasu nie styka, coby wszytkich gęb nakarmić.

Posławszy ostatnie na poły niepewne, na poły jakby tęskne zerknięcie Hariquielowi ciemnowłosa dziewoja smyrgnęła w stronę schodów wiodących na parter tawerny, odprowadzana rozczarowanymi spojrzeniami najmitów.

- Ech, pomiarkowałby kto jeszcze, że cnotliwa, a pewnikiem jej już dwie dziesiątki stuknęły podług ludzkiej miary - roześmiał się chrapliwie Goldasth - A przecie wy się z takim upodobaniem chędożycie, jeno ino w pieluchów wyskoczycie, tedy czego taka płocha?

Moriento uśmiechnął się pod nosem nie komentując wprost słów krasnoluda, po czym spoważniał widząc wspinającego się po schodach tęgiego mężczyznę ze złotym łańcuchem na piersiach. Z łańcucha zwisał ściągający pożądliwe spojrzenia co niektórych gości wisior w postaci skrzyżowanych ze sobą tartacznych pił, ale sunący w ślad za skarbnikiem tartaku ponury półolbrzym szybko studził swym widokiem emocje gości tawerny, wymownym gestem obejmując stylisko przypasanego do boku topora.

Noszący szytą na miarę jelenią kurtę i frędzlowane końskim włosiem nogawice elf nie potrafiłby się w barwnym tłoku tawerny ukryć nawet wówczas, gdyby bardzo by tego chciał, toteż tęgi jegomość skierował swe kroki wprost do narożnego stolika najmitów przeciskając się między innymi jedzącymi strawę gośćmi i co chwila kogoś swą tuszą trącając.

- Czas ucieka, a czas to złoto, nikomu tego powtarzać nie trzeba - oznajmił skarbnik siadając na krótkiej drewnianej ławie obok Goldastha - Rzeczone było, pięciu najmitów, a jest pięciu i pies, wszelako psu wynagrodzenie nie przysługuje. Dorgul, podajże mieszek.

Odziany w przesłoniętą płaszczem z wełny almaka kolczugę półolbrzym otaksował towarzystwo przy stoliku ponurym wzrokiem, odwiązując od szerokiego skórzanego pasa nabity trzos i podając go bez słowa swemu pryncypałowi. Nie bawiąc się w zwyczajowe uprzejmości tęgi skarbnik wysupłał z mieszka zapłatę dla każdego z najemników, odliczając z metalicznym trzaskiem ciężkie złote monety. Goldasth przyglądał się temu procesowi z wyraźnym zainteresowaniem, nie rozumiejąc ani słowa z talinoi, ale doskonale rozumiejąc znaczenie ujrzanej właśnie sceny.

- Po pięć dinonirów na głowę, w uczciwiej wadze, nie nacinanych - oznajmił przedstawiciel tartaku kładąc ostatnie monety przed Hariquielem - Tym samym żeśmy kwita, ale jeśliście gotowi znów cosik zarobić, jutro z ranka drwale z powrotem do Ungartu wracają, tedy razem z nimi pojechać możecie, coby nowego zrębu przypilnować. Zapłata jako teraz, po pięć sztuk złota od łeby. Jeśliście interesantni, stawajcie jutro przy północnej bramie po pierwszym dźwięku rogów w katanickiej hadrze.

Tęgi Tabadańczyk obrzucił najmitów obojętnym spojrzeniem, niezbyt się widać interesując tym, czy mężczyźni przyjmą nową ofertę czy nie - trudno się temu było dziwić zważywszy na kręcącą się po Tahar-garze ilość mieczy do wynajęcia szukających każdej okazji do zarobku. Nie czekając na odpowiedź skarbnik podniósł się z ławy i przywoławszy do siebie milkliwego półolbrzyma zniknął w dole schodów, mijając się z grupką odzianych w jasne żeglarskie stroje mężczyzn o spalonej słońcem cerze i potarganych wiatrem płowych włosach, różniących się już na pierwszy rzut oka od wyższych od nich i ciemnowłosych Tabadańczyków. Śmiali się cicho wiodąc rozmowę w języku, którego krasnolud nigdy dotąd nie słyszał, ale Goldasth nie poczuł się tym odkryciem zmartwiony: Tahar-gar gościł w swych murach wielu przybyszów z południa Archipelagu i któżby zdołał spamiętać wszystkie rozbrzmiewające na jego ulicach mowy?

- Pięć dinonirów od łeby - powtórzył mimowolnie słowa skarbnika wypowiadając je z namaszczeniem we wspólnej mowie - Za takie dutki da się porządnie spić, jeno co potem?


Wątek techniczny

Mały prezent od MG na początek sesji (żebyście mnie lubili bardziej od Dretcha!) - po pięć sztuk złota dla każdego w tabadańskiej walucie, nanieście sobie na swój stan sakiewki. Pora jest nieco późna, zbliża się wieczór, a Wy nie załatwiliście jeszcze sobie noclegu, ale macie dwie opcje w tawernie, w której teraz jesteście: kilkunastoosobowe dormitorium na poddaszu za 10 tabarów (sztuk srebra) lub hamak na wale nabrzeżnym w obrębie ogrodzenia tawerny za 15 tabarów.

Najciekawsza alternatywa pracy na już to powrót z drwalami do interioru po następny ładunek cedrowego drewna, ale wieczór jeszcze młody, może trafi się coś ciekawszego?

: 04 lipca 2011, 22:26
autor: avnar
Zna ktoś w ogóle to całe Tahar-gar?? Może skoczym na miasto, szczęścia u młódek albo jakiej innej rozrywki szukając?? Pora jeszcze młoda, sakiewka pełniejsza, a kto wie co nas spotkać później może? Skorzystajmy pókim możem.
Powiedziawszy to Aldur, rozejrzał się po twarzach towarzyszy czekając na ich reakcję. Zebrał bambetle i przezornie zapłacił z góry za noc w hamaku, bo spanie w dormitorium, mordęgą jakąś mu się wydało. Zszedł później na dół, omijając wzrokiem speszoną dziewoję i poczekał przy wyjściu na tych co się zdecydowali ruszyć za nim.
-To co? Rundka po portowych, czy głębiej w miasto pójdziem? Może jakieś kości, siłowanie na rękę, rzucanie nożami albo cuś? Przydałoby się pomnożyć to cóżeśmy dostali.

: 04 lipca 2011, 22:41
autor: Keth
Wątek techniczny

Tahar-gar jest Wam zupełnie obcy, nikt z Was wcześniej tutaj nie był. Do dzielnicy portowej i tawerny trafiliście z pomocą drwali z karawany, któej pilnowaliście. Wiecie z grubsza, gdzie jest północna brama oraz potraficie wypatrzyć z dogodnego miejsca na ulicy zarówno wieżyce katanickiej hadry (dużej świątyni Katana) jak i kopułę pałacyku miejscowego księcia, ale w labiryncie uliczek łatwo pobłądzicie, zwłaszcza kiedy zapadnie zmrok.

Jeśli o dziewki idzie, znajdzie się parę chętnych na obłapianie, szczypanie, a może i co bardziej figlarnego, bo inne posługaczki są równie urodziwe, co ta w długiej sukni i szybko się przy tym pomiarkowały, żeście właśnie powiększyli zasobność mieszków.

Rozrywki takie jak kości, siłowanie się na rękę czy rzucanie nożami macie na miejscu na górnym piętrze tawerny, wybierajcie tylko, w co chcecie się pobawić i za jakie stawki. Do tego ktoś elokwentny może zabawić resztę coraz liczniejszego towarzystwa ciekawą opowieścią (najlepiej we wspólnej mowie, czyli asserze), można za to zgarnąć sporo darmowego piwa.