Kufel Bajarza II – Cena talentu

Tawerna świeciła pustkami, siąpiący na zewnątrz zimny deszcz skutecznie zniechęcał zwyczajowych gości do włóczęgi po mokrych uliczkach portu. Znudzony Nanatar kręcił się przy kontuarze skupiając swą uwagę siłą rzeczy na kilku obecnych klientach. Jeden z nich, tajemnicza postać odziana w czarny płaszcz z kapturem, trzymała się własnego towarzystwa w najdalej położonym kącie lokalu, siedząc nad nietkniętym kuflem warzonego z liści agawy piwa. Pozostali goście tworzyli dla odmiany malowniczy tercet, złożony z gnola, centaura i malauka o bardzo ciemnej skórze. Stłoczeni przy największym ze stolików, pochylali się nad rzeźbioną drewnianą planszą, po której przy wtórze turlanych kości przesuwali niewielkie polerowane kamyczki.

Nanatar próbował przez chwilę zgłębić zasady emocjonującej gości. Szybko się poddał, bo chociaż rozum miał nielichy i dobrze sobie radził z obrachunkami, ogrom skomplikowanych reguł wywołał u niego nieznośny ból głowy.

– Gdzie pchasz te swoje brudne racice?! – zawarczał ledwie zrozumiale barczysty gnol, kiedy rozochocony przewagą w grze centaur niechcący nastąpił mu na obutą w skórzany sandał łapę.

– To nie są racice, ty skundlony pchlarzu, tylko kopytka! – półludzka, półkońska hybryda uniosła się z miejsca honorem i zadem zarazem, zapominając o kamyczkach i wściekle chłoszcząc zaplecionym ogonem oparcie siedziska – Kopytka!

– Po co wasze swary głupie, już jesteście w czarnej dupie! Mojej dupie! – ryknął dzikim śmiechem trzeci gracz, obnoszący się z gołym przyrodzeniem czarny malauk w rogatym hełmie, który korzystając z nieuwagi zwaśnionych kompanów przestawił cichaczem jeden z cudzych kamieni, a potem zbił go swoim własnym – Przeszedłem przez Labirynt!

Nanatar gwizdnął porozumiewawczo na miętoszącego hobbicką kucharkę Silvarana, przywołał go z kuchni widokiem trzymanej poniżej krawędzi blatu okutej pałki. W \”Kuflu Bajarza\” bójki nie należały do rzadkości, ale zazwyczaj miały miejsce po zmroku, gdy do lokalu ściągała bardziej buńczuczna klientela. W ciągu dnia wspólnicy zwykli karmić portowych robotników bądź wracających z połowu rybaków, toteż bójki – same w sobie stanowiące interesującą formę rozrywki dla gapiów – o tej porze nie były mile widziane, bo skutecznie płoszyły mniej agresywnych klientów.

Gnol i centaur jęli pokrzykiwać na siebie ze złością, gotowi obalić stolik razem z planszą i rzucić się sobie nawzajem do gardeł. Czarny malauk przez chwilę podjudzał kompanów do bitki, szybko jednak zauważył skradających się od kontuaru gospodarzy, uzbrojonych w solidne pały i złowieszcze grymasy na obliczach.

– Toż to tylko krotochwile! – zakrzyknął rozkładając szeroko wszystkie cztery ręce – Swawolą, bo w dziczy chowani, ci moi druhowie! Co sierścią pokryte, wiecznie ma kiełbie we łbie, od razu widać, lecz oni nie mają niczego złego na myśli. Po co zaraz takie miny?

Nanatar rzucił szybkim spojrzeniem pomiędzy nogi czterorękiego olbrzyma, z trudem zwalczając wrażenie nieopisanej zazdrości na widok okazałych bliźniaczych przymiotów sterczących spod krawędzi skórzanego kaftana gościa. Uczucie zazdrości walczyło o lepsze z równie nieopisaną ulgą na myśl o tym, że Frygha bawiła w tym czasie na mieście, bo jurna pianitka spozierała na niego ostatnio coraz przychylniejszym okiem, a widok hojnie obdarzonego przez bogów malauka mógłby poczynić straszliwe spustoszenie w jej żądnej dzikiej miłości główce.

Gnol i centaur zmitygowali się błyskawicznie, sami przybrali przyjazne wyrazy twarzy, co w przypadku psiego oblicza gnola nie przyniosło specjalnie uspokajającego efektu. Ich opanowana poza trwała tylko chwilę, bo kiedy zerknęli na planszę do gry, ponownie unieśli się wzburzeniem.

– Oszustwo! Oszustwo! Znowu przestawiłeś kamienie! A przysięgałeś na Tfama, że więcej tego nie zrobisz! – zdenerwowany centaur dał się ponieść zwierzęcej cząstce swej natury, zaczął walić kopytami w drewnianą podłogę lokalu – Bodaj ci sflaczały te fiuty za karę! Oddawaj złoto!

– Małostkowi głupcy! Dajecie się ponieść żądzy złota niczym cukrowe rybiki soku z agawy!

Nanatar potrzebował krótkiej chwili, by uświadomić sobie z nielada zdumieniem, że po pustawej izbie poniósł się głos tajemniczego gościa w czarnym płaszczu, bezimiennego w swym naciągniętym aż po nos kapturze.

– Współczuję wam, albowiem pojęcia nie macie jaką zgubę może na wasze głowy sprowadzić nieskrępowana żądza bogactwa! – przemawiający we Wspólnej Mowie człowiek wysławiał się na modłę istoty wyedukowanej, poprawnie rozkładając akcenty i dbając o składnię języka, który dzień w dzień kaleczony był na mnóstwo sposobów przez rzesze niedouczonych plebejuszy.

– A ty coś za jeden, hę? – gnol znowu zawarczał, przez co ledwie można go było zrozumieć – Wędrowny kapłan Askabadana? Graamita od siedmiu boleści?

– Jeśli dzięki temu przywrócę wam choć krztynę pomyślunku, opowiem swoją historię – chociaż graczom krew wciąż uderzała do głowy, coś w głosie zakapturzonego mężczyzny sprawiło, że wszystkich obleciał znienacka zimny dreszcz. Pomrukując coś pod nosami centaur i gnol usiedli ostentacyjnie przy sąsiednich stolikach, spozierając na odzianego w czerń człowieka z ukosa.

– Mus wam wpierw pojąć, z kim macie do czynienia. Jestem tan Abigard Rupertus z Get-warr-garu, mistrz pędzla i sztalugi, z którym niegdyś nikt na zachodnim wybrzeżu Orkusa nie mógł iść w szranki. Możni szlachcice zabiegali o mą przychylność przy wybieraniu zleceń, sowicie opłacali odbierające mowę portrety żon i kochanek, a także swe własne, zwłaszcza te w rycerskich pozach. Żyłem w swych najświetniejszych latach niczym sam Katan bez mała, a złoto lało się przez moje palce na podobieństwo mleka tryskającego z piersi brzemiennej Arianny!

Głos tana Rupertusa płynął przez jadalnię przybytku niczym dźwięk spiżowych trąb grających na wieżach katanickich hadr. Zaintrygowani jego opowieścią, właściciele i goście pospołu zapomnieli o swoich wzajemnych animozjach, przysunęli bliżej stołki próbując dojrzeć w cieniu kaptura choćby zarys twarzy znamienitego malarza.

– Miałem najpiękniejsze elfki na skinięcie palca, piłem nektar sprowadzany z podniebnych krain dżinów – ciągnął dalej artysta, a w jego tonie pojawiła się wyraźnie melancholijna nutka – Dzięki talentom zesłanym przez boskiego Boriego nie mogłem narzekać na brak hojnych protektorów, znawców sztuki i jej sponsorów. Lecz w swej niepowstrzymanej pysze i chciwości pragnąłem wciąż więcej, bez końca i opamiętania. I pycha ta została ukarana.

Wszyscy słuchacze wstrzymali mimowolnie oddech, kiedy mistrz pędzla zawiesił teatralnie głos.

– I co było dalej? Co dalej? – zapytał ledwie zrozumiale gnol, drapiący się zapamiętale tylną łapą po boku.

– Pięć lat temu z okładem najwyższy kapłan Gothmeda w Get-warr-garze rozesłał w miasto wieści, że oferuje sto tysięcy katanek za obraz swego bóstwa, odpowiednio majestatyczny i zapierający dech w piersiach. Obraz ten miał być umieszczony w wewnętrznym sanktuarium świątyni i pokazywany jedynie najbardziej zasłużonym członkom kultu jako dzieło sztuki nie mające sobie równego w świecie ludzi i bogów. Jak już rzekłem, byłem wtenczas pyszny i butny, toteż podjąłem wezwanie podobnie jak wielu innych, zdecydowanie mniej utalentowanych artystów.

– Myślę, że to wtedy Bori odwrócił ode mnie swe czcigodne oblicze. Chciałem użyć swego półboskiego talentu do namalowania portretu innego bóstwa. Dopiero później dotarło do mnie jakiego dopuściłem się w swej głupocie świętokradztwa.

Nanatar pokiwał ze zrozumieniem głową słysząc w głosie Rupertusa nutę rozżalenia i smutku, ale jednocześnie po plecach przebiegł mu dreszcz lodowatego lęku na myśl o tak zuchwałym igraniu z bogami.

– Przez wiele dni próbowałem namalować arcydzieło swego życia, lecz nie potrafiłem. Miast porażającego pięknem obrazu wychodziły mi jakieś żałosne karykatury, warte publicznego spalenia na stosie, a nie stu tysięcy katanek. Zacząłem popadać w coraz gorsze nastroje, niszczyłem sztalugi, zadusiłem pędzlem niewolnika sprowadzonego za słone pieniądze z krainy reptillionów. Miarka przebrała się, kiedy pewnego dnia odwiedził mnie dawny przyjaciel i zarazem rywal w sztuce malowania. Chociaż z pochodzenia mieszczanin, el Gamral Uthras był dość wybitnie utalentowany, by raz czy dwa zagrozić mi w walce o intratne zlecenia. On również tworzył portret Gothmeda i widząc mą artystyczną niemoc zapragnął pochwalić się własnym dziełem, skrzętnie dotąd skrywanym przed oczami publiki. Gdybym tylko odrzucił wtedy jego zaproszenie…

– Nigdy nie widziałem piękniejszego obrazu. Używając umagicznionych barwników z Elfich Wysp Uthras stworzył coś, z czym żaden z moich wcześniejszych dzieł nie mógł się równać nawet przy zgaszonym świetle. Mój umysł nie zniósł tego upokorzenia. Ogarnięty ślepą furią, zabiłem swego towarzysza, wypchnąłem go przez okno najwyższej komnaty domostwa na bruk odległej ulicy. A potem zabrałem obraz po kryjomu, by okrzyknąć się jego twórcą.

Któryś ze słuchaczy wydał z siebie niski pomruk aprobaty, centaur klasnął ukontentowany w kopyta.

– W dniu wyznaczonym na prezentację zjawiłem się w świątyni Gothmeda wraz z obrazem Uthrasa. Nie lękałem się tej wizyty, chociaż arcykapłan kthan Miradiar Gromowładny nie bez powodu budzi w Get-warr-garze lęk swoją surowością i niesłychanym oddaniem bóstwu. Stworzony na jego żądanie obraz wart był każdych pieniędzy, a nadto miał mi otworzyć drogę do najwyższych progów tego świata, Pałacu Katana. I nie myliłem się w swym osądzie. Kthan Miradiar uległ cudnemu dziełu podobnie jak wszyscy członkowie jego świty. W swej niezrównanej mądrości orzekł wszem i wobec, że nikt dotąd nie stworzył bardziej niezwykłego boskiego portretu i że tylko ja byłem artystą dość uzdolnionym, by podołać temu wyzwaniu. Potem polecił mnie wynagrodzić niezwłocznie umówioną wcześniej sumą.

– A potem spytał, czy jako najbardziej utalenowany malarz Orchii chcę, aby cudowny portret Gothmeda pozostał największym dziełem sztuki swego rodzaju w znanych nam światach. Ogłupiony radością i wizją niewyobrażalnego bogactwa, odpowiedziałem twierdząco. Chciałem, aby ten obraz pozostał namacalnym dowodem mego największego tryumfu. I przypieczętowałem swój los!

Choć dotąd artysta przemawiał spokojnym opanowanym tonem, ostatnie zdanie dosłownie wykrzyczał, co niektórych słuchaczy wystraszyło, zwłaszcza gnola i centaura. Podnosząc się ze stołka tan Rupertus zdarł z głowy kaptur, a wtedy przestrach udzielił się wszystkim pozostałym gościom.

Twarz znamienitego malarza byłaby najzwyczajniejsza w świecie, gdyby nie jego oczy, a raczej ich brak. Czarne puste oczodoły obwiedzione były tatuażami o miniaturowych runicznych znakach, które rozbłysły na krótką chwilę niebieskim blaskiem, by zaraz ponownie zgasnąć.

– Klątwa! – wymamrotał czarny malauk składając wszystkie cztery dłonie w geście błagania o boską protekcję – Niebiańska klątwa!

– Spełniając me życzenie kthan Miradiar zabrał mi oczy! – wyrzucił z siebie artysta, przemawiając z bólem, którego głęboka nuta szarpała za serce nawet nieczułego na co dzień Silvarana – Już nigdy więcej nie miałem namalować obrazu, który mógłby przyćmić swym pięknem portret Gothmeda! Arcykapłan sprawił, że skradzione przeze mnie dzieło stało się moim ostatnim arcydziełem… nie pomogły błagania i składane na ołtarzu ofiary… wydałem całą nagrodę i drugie tyle na próby zdjęcia klątwy przez kapłanów innych bóstw, ale nadaremno… straciłem cały majątek, a wraz z oczami również protektorów i stałem się nędzarzem…

– Taką zapłaciłem cenę za butną wiarę we własny talent i boską obrazę!

Bookmark the permalink.

11 Comments

  1. Doszedłem do Nanatara, centaura, czarnego malauka o jego czarnej d.. Boję się czytać dalej. Keth ryjesz mi psychę!

    Doczytałem. Niezła historia. Świetnie napisana.

  2. Jeszcze mu powinni pętle założyć w nagrodę za publiczne przyznanie sie do morderstwa.
    Bardzo fajny tekst Keth jak zwykle zresztą. Przypomniał mi historię pewnego architekta z bliskiego wschodu, którego potraktowano podobnie… Gdzie tu się do diaska klika lubię, to…

  3. Cieszę się Keth że znowu napisałeś coś do KC i to tak dobrego.

  4. Ładne i zgrabne. Oryginalna menażeria. :/dymek

  5. Genialny tekst Keth! Fajnie się rozkręca. Cieszą mnie te stawki z gry planszowej ;P Jest pocisk dosłownie i w przenośni! Może na sali jest inny bajarz?

  6. Czemu mam wrażenie, że tekst jest jakby urwany i brakuje mi solidnego zakończenia?

  7. Bo jesteś etatowym malkontentem! 😛

  8. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie zapytałem jak Nanatar czuje się w roli jednego z wspólników tawerny i czy aby nie postawiłem go w mało komfortowej sytuacji nie pytając wpierw o zdanie! Jeśli jest zły, obiecuję osłodzić ten gniew pikantną scenką z udziałem Nanatara i frywolnej Fryghi w następnej części cyklu (jeśli zaś Nanatar jest bardzo na mnie zły, aby mu to zrekompensować z nawiązką, mogę do takiej scenki wciągnąć jeszcze jurnego czarnego malauka)! Byle tylko nasze forumowe wampirki tego nie czytały…

  9. Zdziwiony, zmieszany, uradowany wreszcie, w końcu towarzystwo przednie. Mam nadzieje że ten miły człowiek(?) jeszcze nas zaszczyci, może nawet w towarzystwie Fryghi C:V, a i ciekaw jestem czy aby ten malauk tylko nie pozuje. Może jeszcze podarowałbym Nanatarowi grubego skręta międlonego w ustach, którego gęsty dym wyciskałby mu z oczu łzy :/dymek Tęskne spojrzenie na ciężki mierz, kiedy bierze okutą pałę. I [mail][/mail]celne splunięcie owym skrętem trafiające wprost do oddalonego o jard kufla. to moje trzy małe katanki.
    Zaszczyt Keth:/uklon

  10. Generalnie może i fajne, ale ten malauk z gołym przyrodzeniem w karczmie … zakończyłem czytanie na tym akapicie.

Pozostaw odpowiedź dretch Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *