Krypta Nieśmiertelnego

Autor: Aeryn Rudel

I

Elyshyvah podniosła spojrzenie ku stojącemu wysoko na niebie słońcu i obnażyła w bezwolnym grymasie swe zęby. Nader rzadko miewała okazje do podróżowania tak daleko na południe i skwar wczesnego lata wyjątkowo jej dokuczał.

Rozciągające się przed nią mokradła stanowiły przedsionek odstręczającej krainy Gnarlu. Zastygłe w bezruchu cuchnące wody rozlewisk pełne były rojących się chmurami komarów i ważek. Dla nawykłych do lodu, śniegu i przenikliwego wichru Nyssów okolica ta stanowiła wstrętne zaprzeczenie wszystkiego, co uważali za bliskie swym sercom.

Elfka cofnęła się o krok znikając w cieniu rzucanym przez konary prastarego lasu i pozwalając, by ich listowie osłoniło ją przed dokuczliwym dotykiem promieni słońca. Za plecami Elyshyvah ukrywał się tuzin przepatrywaczy Nyssów, znoszących trudy dalekiej podróży bez słowa skargi. Podobnie jak Elyshyvah, oni również obdarzeni zostali błogosławieństwem Wszechskaziciela: przekształcone nogi pozwalały im poruszać się z większą szybkością, a twarze i ramiona pokryte były kościanymi naroślami o ostrych stożkach. W porównaniu z nimi skaza Elyshyvah wydawała się dużo subtelniejsza, nie przejawiająca się cielesnymi zmianami – jeśli nie brało się pod uwagę rzędu fioletowych plam na skórze jej karku, biegnących od pleców po tył czaszki. Będąc Pasterzem, elfka obdarzona została darami skrywanymi głęboko w jej umyśle, darami więzi i zwierzchności nad smoczym pomiotem.

Ostatni członek wyprawy myszkował w półmroku leśnego poszycia. Dzierżąc w pazurzastych łapach ogromną kuszę, nephilim kręcił powoli pozbawionym oczu łbem, obserwując swe otoczenie z pomocą zmysłów wykraczających dalece poza ograniczone możliwości zwyczajnego wzroku.

Niewielka ekspedycja przybyła z północy, przemierzając stary las zwany przez ludzi i trollaków Olgunholtem, następnie zaś przeprawiając się skrycie przez szeroki nurt Rzeki Smoczego Jęzora. Przez cały ten czas członkowie wyprawy dokładali ogromnych starań, by nikt nie spostrzegł ich obecności. Słudzy Wszechskaziciela mieli na południu niezliczonych nieprzyjaciół i niewielka świta Elyshyvah stanowiłaby łatwą zdobycz dla dobrze uzbrojonego oddziału ludzi czy trollaków – lecz towarzyszący elfce sojusznicy posiadali ogromne doświadczenie w skrytym przemieszczaniu się poprzez wrogie terytorium. Z tego właśnie powodu zostali wybrani przez Vayl, Konsul Wszechskaziciela. Powierzono im zadanie dyskretnego przedostania się na niebezpieczny obszar i zdobycia przedmiotów zainteresowania Vayl, a poprzez nią również samego Wszechskaziciela. Ciesząc się łaskami swej pani, Elyshyvah mogła działać z dużą swobodą i wolność ta pozwoliła jej już kilkakrotnie zdobyć cenne znaleziska będące źródłem ukontentowania Vayl.

Lecz tym razem los zmusił elfkę do połączenia sił z kimś, kogo w każdych innych okolicznościach uznałaby za wroga. Nawiązując w sobie tylko znany sposób kontakt z ludzką czarownicą noszącą miano Czarnej Fiony, Vayl zyskała wiedzę o istnieniu starożytnych ruin Orgothów na trzęsawiskach dalekiego południa. Elyshyvah i jej świta udali się w lasy Olgunholtu w poszukiwaniu wysłannika Fiony, podejmując wielkie ryzyko dla magiczki, o której elfka nie wiedziała niczego prócz oddania wobec ludzkiej bogini Thamar.

– Elyshyvah – niczym chłodny powiew wiatru, zza pleców wysłanniczki dobiegł niski męski głos. Elfka nie usłyszała najmniejszego szelestu mogącego zdradzić obecność zbliżającego się Ryvara, ale znienacka uświadomiła sobie, że zabójca znalazł się tuż za jej plecami.

Elyshyvah odwróciła się w kierunku rozmówcy, wbijając swój pastorał w grunt pomiędzy stopami.

– Czego chcesz, Ryvar? – spytała lodowatym tonem.

Wyższy od stopę od Pasterki, Ryvar był jednym z roślejszych Nyssów, nawet podług standardów tych śnieżnych elfów, które naznaczone były smoczą skazą. Jego długie ręce pokrywały silne mięśnie, a zwinne smukłe palce równie dobrze radziły sobie z zakrzywionym mieczem, noszonym na plecach refleksyjnym łukiem czy szyją duszonego gołymi rękami wroga. Razem ze swą towarzyszką Kyryl, Ryvar cieszył się pośród przepatrywaczy reputacją wybornego skrytobójcy, często niosącego nagłą śmierć nieprzyjaciołom wskazanym przez zaklinaczy Wszechskaziciela.

– Jesteśmy gotowi do ruszenia w drogę – odpowiedział Nyss, cichym sykliwym głosem. Jego nienaturalnie brzmiąca mowa była okrutną pamiątką sprzed lat, kiedy krtań śnieżnego elfa została rozdarta przez żądnego krwi Tharna – Vayl przykłada wielką wagę do czasu tej wyprawy.

Elyshyvah ścisnęła mocniej trzymany w dłoni pastorał.

– Jestem świadoma tego, czego żąda Vayl, Ryvar – odpowiedziała chłodno – Nie zapominaj, ile lat służę woli Konsula.

– Rzecz jasna – rzekł elf przytakując nieznacznie głową i unosząc w cieniu uśmiechu jeden z kącików ust – Wszelako ostatnio nieco mniej udanie jak kiedyś.

Spojrzenie zimnych oczu Nyssa pobiegło ku lewej nodze elfki. Ciemnoczerwona blizna znaczyła jej gładką jasną skórę na udzie tuż poniżej skórzanej przepaski, będąc wspomnieniem rany zadanej Pasterce przez iosańską orężniczkę Kaelyssę ponad rok przed rozpoczęciem wyprawy za Olgunholt. Biorąc udział w zniszczeniu fortecy elfów z Ios w Szczytach Gromów, Elyshyvah ścigała Kaelyssę aż do krasnoludzkiej twierdzy, w której zbiegowie chcieli uzyskać azyl, dopadając w końcu swą przeciwniczkę i rzucając jej wyzwanie. Karą za zbytnią ufność we własne siły okazały się klęska i bolesna rana, której ślad Pasterka miała nosić do końca swego życia.

Lecz nie to było najgorszą konsekwencją porażki. Nie dając elfce umrzeć, przepatrywacze zabrali ją z pobojowiska unosząc upokorzoną i okrytą wstydem przed oblicze Vayl. Konsul Wszechskaziciela nie wpadła w straszny gniew, nie zagroziła swej faworycie śmiercią w męczarniach – tak prymitywne barbarzyńskie praktyki nie leżały w zwyczaju Vayl. Zamiast tego zauszniczka Wszechskaziciela nakazała Elyshyvah wyleczyć rany i powrócić w chwili, którą uzna za słuszną. Odzyskawszy po pewnym czasie swoją świtę przepatrywaczy, Pasterka odkryła w jej szeregach obecność Ryvara i Kyryl.

Niespodziewana obecność utalentowanych zabójców nie mogła być traktowana inaczej jak tylko przypomnieniem, że kolejna porażka nie spotka się z podobną wyrozumiałością, co pierwsza.

– Wróć do reszty, Ryvar – rozkazała Elyshyvah – Nie trać sił w tym skwarze, bo rychło mogę cię potrzebować.

– Wedle twego życzenia – ukłonił się Ryvar – Jeśli tego zażądasz, będziemy z Kyryl twymi cieniami.

Nie dodając nic więcej Nyss powrócił do swej towarzyszki, kucającej wśród korzeni wyjątkowo okazałego dębu i wodzącej w milczeniu osełką po klindze swego miecza.

Spoglądając ponownie ku bagnom, Elyshyvah poczuła ukłucie podniecenia na widok tuzina postaci brnących poprzez rozlewiska w stronę krawędzi lasu. Wiodący je człowiek odziany był w czerń, toteż najpewniej on był wysłannikiem Fiony.

– Melech – Elyshyvah wezwała cicho swego nephilima. Stwór odwrócił obły łeb w jej stronę na dźwięk własnego imienia – Chodź do mnie.

Potwór odpowiedział natychmiast na wezwanie, stanął u boku swej pani. Potężne cielsko górowało nad smukłą elfką, napełniając ją poczuciem bezpieczeństwa i dumy.

Elyshyvah pozostała na skraju lasu, czekając w milczeniu na brodzących w błotnistej wodzie ludzi, nie przejawiając najmniejszej ochoty do wyjścia im naprzeciw i zanurzenia tym samym swych stóp w mokradle. Kiedy obcy zbliżyli się do skraju puszczy, elfka spojrzała w stronę swych przepatrywaczy.

– Pozostańcie na swoich pozycjach. Łuki w dłoniach, ale nie zakładajcie strzał na cięciwy dopóki nie rozkażę inaczej – wydawszy polecenia Pasterka wychynęła z półmroku rzucanego przez gęste listowie drzew, z Melechem stąpającym u jej boku.

Zbliżający się ludzie nosili luźne bluzy i spodnie, ręce trzymali w pobliżu samopałów, rękojeści mieczy i stylisk toporków. Ich skóra miała ciemnobrązową barwę i sprawiała wrażenie szorstkiej w dotyku, zdradzając długie miesiące spędzone w żarze słonecznych promieni i podmuchach słonej morskiej bryzy. Sprawiali wrażenie żylastych i twardych zabijaków o niewielkim upodobaniu do dyscypliny.

Przewodzący grupie mężczyzna nosił podobne do reszty odzienie, ale jego narzucony na wierzch czarny płaszcz okazał się starannie uszyty i wyraźnie czyściejszy od strojów pozostałych ludzi. Nie miał też przy sobie żadnej broni, ale elfka podejrzewała, że kapłan złowieszczej bogini potrafił zadbać o swe bezpieczeństwo na wiele innych sposobów.

Przybysze zatrzymali się dziesięć jardów od Pasterki, pochód podjął jedynie ich przywódca. Wszyscy pozostali przesunęli dłonie na swą broń, nie odrywając oczu od monstrualnego kształtu Melecha.

Człowiek w czerni nie sprawiał wrażenia zatrwożonego widokiem smoczego pomiotu, stając bez śladu lęku przed Elyshyvah. Jego ciemne włosy były krótko przycięte, policzki i podbródek pokrywał starannie wypielęgnowany zarost. Oczy mężczyzny miały kolor czystego lazuru, przywodząc elfce na myśl czyste niebo dalekiej północy. Pasterka przypuszczała, że jej sprzymierzeniec uchodził wśród kobiet swego gatunku za urodziwego.

– Ty zwiesz się Elyshyvah? – zapytał przemawiając w aericu, z drażniącym ucho akcentem zdradzającym brak biegłości w mowie śnieżnych elfów – W jakich przemawiasz językach?

Elyshyvah nie uważała się za znawczynię ludzkich języków, ale poznała dość słów w khardiku i mowie Cygnarczyków, by móc się nimi porozumiewać. Wybrała mowę Cygnaru, bo jej rozmówca nie sprawiał wrażenia mieszkańca północy.

– Jestem Elyshyvah – odparła krótko.

– Zwę się Garrus – odparł mężczyzna – Moja pani poleciła, aby ci to przekazał.

W ręce człowieka pojawił się zwinięty ciasno pergamin. Elyshyvah ujęła go w dłoń i odsznurowała, wodząc spojrzeniem po symbolu, którego winna była się spodziewać: skrzyżowanych ze sobą trzech strzałach umieszczonych na czarnym tle. Elfka wiedziała, że znak ów był emblematem Thamar, bogini patronującej Fionie, i że potwierdzał zarazem prawdziwość słów Garrusa.

Pasterka oddała pergamin w ręce człowieka, ten zaś schował go ostrożnie pod swym płaszczem.

– Zaprowadzisz nas do grobowca – oznajmiła nie znoszącym sprzeciwu tonem.

– Zaprowadzę, jeśli wciąż uznajesz warunki naszego sojuszu – odrzekł Garrus.

– Warunki nie uległy zmianie – Elyshyvah zmarszczyła gniewnie czoło – Miecz należy do twej pani, księga do mnie.

Elfka przyłożyła jedną dłoń do łuskowatej przedniej kończyny Melecha.

– Będę trzymała się umowy tak długo jak będziesz to czynił ty – dodała.

– Dobrze – Garrus kiwnął głową, puszczając obok uszu subtelną groźbę Elyshyvah – Podążajcie za nami.

II

Garrus wędrował kilkanaście kroków za kobietą Nyssów i jej monstrualnym strażnikiem. Towarzyszący elfce wojownicy, zwani przez nią przepatrywaczami, wiedli całą grupę prowadząc ją w kierunku wskazanym przez zaszyfrowane instrukcje Fiony. Świta Garrusa trzymała się z tyłu, skupiona w grupki liczące trzech bądź czterech rębaczy i poruszająca się w sposób wyraźnie świadczący o tym, że każdy z tych ludzi nawykł bardziej do rozkołysanego pokładu statku niż gęstego poszycia lasu. Lecz wszyscy zostali dobrani spośród żeglarzy pływających na Przewrotnej Fortunie, flagowym okręcie Czarnej Fiony i Garrus wiedział, że doskonale radzili sobie z bronią i zabijaniem.

Elyshyvah nie odezwała się ani słowem od chwili, kiedy obie grupy wyruszyły na południe. W oczach thamaryty elfka i jej ziomkowie jawili się człowiekowi istnymi dzikusami, przykuwającymi zafascynowany wzrok deformacjami wywołanymi przez smoczą skazę. Efekt oddziaływania tej niezwykłej mocy bezgranicznie Garrusa ciekawił, toteż kleryk korzystał z każdej chwili, by tylko móc się mu bliżej przyjrzeć.

Jeszcze bardziej fascynujący od elfki okazał się towarzyszący jej smoczy pomiot. Garrus był doskonale świadomy tego, że znalazł się znienacka w bardzo wąskim gronie mieszkańców zachodniego Immorenu mających sposobność znaleźć się tak blisko podobnej bestii i nie postradać przy tym życia. Człekokształtny stwór poruszał się na dwóch długich pazurzastych łapach, a jego równie długie i naznaczone żylastymi ścięgnami przednie kończyny zwieńczone były dłońmi o czterech palcach. Ściskana w nich ogromna kusza przypominała bardziej balistę niż zwyczajny miotacz bełtów, zdradzając na dodatek przynajmniej ograniczony intelekt skrywany pod aparycją zwierzęcej natury. Nephilim był bez wątpienia fascynującym stworzeniem, budząc w Garrusie dziką żądzę zgłębienia tajemnic jego anatomii, najchętniej z pomocą wiwisekcyjnego stołu thamaryckiego kleryka.

Mężczyzna wyzbył się z trudem niepożądanych myśli, koncentrując uwagę na swym zadaniu. Fiona okazała swemu zausznikowi niezwykłe zaufanie, wysyłając go z misją odnalezienia starożytnego grobowca Orgotów i spoczywającego w nim miecza zwanego Ciemnibronem. Czarna Fiona szukała legendarnego oręża kuszona tajemnicą mrocznej magii Orgotów, żądna pogłębienia okultystycznej wiedzy i powierzenie tego zadania Garrus poczytywał sobie za największy zaszczyt.

Roślinność poczęła znienacka rzednąć, a rosnące wciąż wokół dęby i buki sprawiały wrażenie obumierających, straszących swymi pozbawionymi listowia konarami. Po pewnym czasie las urwał się ukazując oczom wędrowców obszar całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek życia. Widząc to Garrus zmarszczył czoło, albowiem mimo wiedzy na temat natury swej misji nie do końca spodziewał się takiego właśnie krajobrazu.

Grunt po podeszwami intruzów pękał z głuchym trzaskiem odsłaniając ukryty pod spodem popiół o szarej barwie. Kleryk oderwał spojrzenie od wyjałowionej gleby i przeniósł wzrok na przywódczynię Nyssów, dostrzegając cień głębokiego niepokoju majaczący na jej twarzy.

– Co tu się stało? – zapytała Pasterka, wypowiadając obce dla niej brzmiące słowa w mowie Cygnarczyków i wodząc jednocześnie wzrokiem po cichej martwej krainie.

– Nekromantyczna magia Orgotów może osłabiać lub zabijać żywe istoty – objaśnił Garrus stając u boku elfki – Ale spodziewałbym się, że moc tego rodzaju dawno już winna się rozpłynąć…

Elyshyvah skinęła głową podzielając opinię thamaryckiego kapłana, ale nic więcej nie odrzekła, ruszając ponownie przed siebie.

Przemierzając połacie spopielonej ziemi upstrzonej pniami dawno już obumarłych drzew, wędrowcy natrafili w końcu na pozostałość po dawnej polanie. Na jej środku wznosił się wielki kopiec z ziemi i głazów, otoczony sześcioma kamiennymi filarami. Wszystkie miały co najmniej dziesięć stóp wysokości i wszystkie pokryte były runicznymi znakami, a ich dobrze zachowana forma pozwalała domniemywać, że znalazły się w tym miejscu długo po położeniu fundamentów pod starożytny kurhan.

Na jednym ze zboczy grobowca ział mrokiem otwór obwiedziony futryną z czarnego kamienia, tak ogromny, że bez trudu przeszedłby przez niego stwór dwukrotnie wyższy od człowieka i po wielokroć szerszy. Wielki kamienny blok będący najpewniej pokrywą broniącą dostępu do wnętrza leżał na ziemi opodal otworów. Na jego widok przywódczyni Nyssów wydała z siebie niski złowróżbny pomruk, a sam Garrus poczuł ukłucie wzburzenia na myśl, że ktoś mógł go w wyprawie do kurhanu uprzedzić.

Elyshyvah uniosła rękę w znanym przepatrywaczom geście i widząc ów ruch Nyssowie natychmiast zamienili swe łuki na dobyte wprawnie krótkie miecze, a smoczy pomiot przysunął się jeszcze bliżej swej pani. Garrus przywołał własnych ludzi w pobliże kopca, ostrożnym krokiem zbliżając się do jednego z runicznych monolitów.

– Czym są te filary? – zapytała obserwująca go bacznie Elyshyvah – Nie są dziełem rąk Orgotów. Rozpoznajesz te znaki?

– Robota trollaków – odpowiedział ze zmarszczonym czołem Garrus – To zapewne rodzaj ostrzeżenia albo ochrony.

– Ochrony? Czy to może nas powstrzymać przed wejściem do środka?

– Nie sądzę – potrząsnął w odpowiedzi głową człowiek – Najpewniej postawiono je tutaj, aby uwięziły drzemiące w kurhanie moce.

Elyshyvah odwróciła się w kierunku jednego z przepatrywaczy, rosłego śnieżnego elfa, który w trakcie podróży wyraźnie trzymał się na uboczu grupy swych ziomków.

– Yorvek! – kleryk przywołał do siebie jednego z własnych ludzi, obwieszonego pistoletami ciemnoskórego mężczyznę – Wejdziemy do środka, bosmanie. Chcę, żeby każdy miał zapalone łuczywo i broń w ręce. Wybierz dwóch, którzy zostaną na górze, by przypilnować wejścia.

– Tak jest – odparł Yorvek cofając się w stronę reszty marynarzy. Wydawszy rozkaz Garrus obejrzał się ku Elyshyvah, rozmawiającej półgłosem z własną świtą. Wydane przez nią polecenia zdawały się podobne do plany thamaryty: większość przepatrywaczy oraz smoczy pomiot zmierzało ku ciemnemu wejściu do grobowca, jedynie dwóch pozostało na krawędzi martwej polany. Wysoki śnieżny elf właśnie podawał kobiecie zapaloną pochodnię.

– Jestem gotowa – oznajmiła Pasterka podchodząc do otwartego wejścia kurhanu i mierząc w nie ostrzem swego pastorału – Ty podążysz tam pierwszy.

Garrus okazał wystudiowaną obojętność słysząc dźwięczącą w głosie elfki nieufność, dusząc w zarodku cisnący mu się na usta grymas. Nie do końca radował się myślą o dziesiątce Nyssów i ich monstrualnym stworze za swymi plecami, ale powątpiewał w to, by Elyshyvah chciała go zdradzić przed spenetrowaniem najgłębszych zakamarków kurhanu. W tej chwili jego uwagę dużo bardziej zaprzątała troska o ukryte w ciemnościach pułapki, których obecności był niezbicie pewien, ale których bynajmniej się nie lękał. Idące przodem śnieżne elfy najpewniej uruchomiłyby wiele z nich w swej pogardy godnej ignorancji, a na to thamaryta nie mógł pod żadnym pozorem pozwolić.

– Niechaj tak będzie – przyznał kobiecie słuszność – lecz to wielce ważne, abyś ty i twoi… przyboczni przestrzegali mych wskazówek. Orgoci nie przejawiali cienia miłosierdzia wobec rabusiów ich grobowców.

Garrus ujął podane mu przez Yorveka łuczywo i uniósł je wysoko w górę stając na progu grobowca. Migotliwa poświata pochodni odkryła jego oczom stromy korytarz z obrobionego gładko kamienia, opadający w głąb ziemi. Stęchłe powietrze wydobywające się z czeluści kopca niosło ze sobą ulotny zapach zgnilizny i wilgoci.

– Trzymajcie się za mną – powiedział do marynarzy Garrus, czyniąc pierwszy krok do wnętrza starożytnych podziemi.

III

Elyshyvah posłała swego pupila śladem ludzkich sprzymierzeńców, stąpając ostrożnie poprzez ciemność. Słyszała odgłos skrobiących kamienną posadzkę pazurów stworzenia, które nie potrzebowało wzroku, by bez trudu poruszać się w mroku podziemi. Przepatrywacze podążali tuż za nią, czujni i nieufni w zupełnie dla siebie obcym środowisku.

Kawalkada poruszała się w ospałym tempie, wyznaczanym przez podążającego na czele ludzkiego kleryka. Elyshyvah studiowała w blasku pochodni mijane sekcje korytarza. W większości przypadków ściany były gładkie, ale gdzieniegdzie bystre oczy elfki dostrzegały naniesione na kamień znaki przypominające widziane na powierzchni trollackie runy bądź też starannie wyrzeźbione twarze, wykrzywione w demonicznych grymasach, wedle wiedzy Pasterki będące jednym z motywów przewodnich w inskrypcjach odnajdywanych pośród orgockich ruin.

Kilkakrotnie wędrowcy natrafili na szkielety poniewierające się w różnych miejscach podziemi, sugerujące iż grupa śnieżnych elfów i ich thamaryckich towarzyszy nie była pierwszymi niepożądanymi gośćmi w kurhanie. Za każdym razem w przypadku napotkania szczątków, a także w kilku innych miejscach wiodący pochód Garrus wstrzymywał wszystkich w miejscu, później zaś studiował bacznie ściany i posadzkę korytarza. Obeznany widać z tajemnicami Orgotów i ich pułapek, ostrzegał resztę grupy przed nastąpieniem na pewne fragmenty podłogi, kilkakrotnie też wsuwał swe palce w niemal niedostrzegalne szczeliny w ścianach, budząc do życia swymi ruchami dłoni stłumione skałą szczęki i warkoty i unieruchamiając ukryte tam przed wiekami mordercze niespodzianki.

Po ciągnącym się w nieskończoność czasie Elyshyvah dostrzegła daleko w przedzie lekką poświatę. Żółtawy blask przybierał z każdym krokiem na sile, rzucając na ściany korytarza dziwne rozmyte cienie. Docierając do krańca tunelu elfka uświadomiła sobie, że poświata biła z wnętrza rozległego pomieszczenia. Garrus i jego towarzysze wślizgnęli się do środka bez śladu wahania. Elyshyvah uniosła w górę prawą dłoń i wystawiła serdeczny i wskazujące palce. Widząc ten znak przepatrywacze wsunęli w pochwy miecze i wyjęli z sajdaków łuki.

Wieńcząca korytarz komnata wydawała się dość dużą, by jej rozmiary nie ograniczały możliwości elfich łuczników.

Wślizgując się do kolistej komnaty Elyshyvah poczuła zdumienie na widok jej rozmiarów. Zbudowana z doskonale obrobionych kamiennych bloków i licząca sobie setki stóp średnicy, posiadała kopulaste sklepienie wznoszące się dobre trzydzieści stóp ponad głowami intruzów. Wysoko w górze wzrok elfki natrafił na bezlik dziwnych runicznych znaków i wykrzywionych w zwierzęcych grymasach ludzkich obliczy widywanych wcześniej na płaskorzeźbach znaczących ściany korytarza.

Pośrodku komnaty znajdował się wielki dół wypełniony po brzegi paleniskiem, strzelający w powietrze jaskrawymi płomieniami o niezwykłej jasności palącymi się mimo zdumiewającego braku opału.

Pozbawiona niemal całkowicie umeblowania, komnata przykuwała uwagę monumentalnym tronem z czarnego kamienia, ustawionym pod jedną ze ścian naprzeciwko wylotu korytarza. Posadzkę przed tronem znaczył rozsypane kości kilkunastu szkieletów, częstokroć ściskających w palcach zardzewiałe ostrza z żelaza lub jeszcze starszy oręż wyrabiany z kamienia, przemieszane z resztkami zbutwiałego odzienia i pokrytymi patyną kawałkami zbroi.

Na tronie zasiadał zmumifikowany trup rosłego mężczyzny, odzianego w wykonany z pietyzmem stalowy pancerz. Obnażony miecz spoczywał ułożony w poprzek kolan zwłok.

Garrus i jego ludzie zaczęli przemieszczać się bardzo ostrożnie w kierunku tronu, omijając jaskrawe palenisko szerokim łukiem. Nie pozwalając Melechowi oddalić się choćby o krok Elyshyvah poszła w ślady sprzymierzeńców. Przepatrywacze rozproszyli się po komnacie, trzymając w dłoniach napięte łuki.

Zbliżając się do tronu Elyshyvah dostrzegała coraz więcej szczegółów jego rezydenta. Mumia nosiła zbroję, która musiała mieć orgocki rodowód. Napierśnik, karwasze i nagolenniki zdobiły znajome już diaboliczne oblicza, groteskowo wydłużone w celu pokrycia całej powierzchni elementów zbroi, na które je naniesiono. Okrągły otwarty hełm zwieńczony zakrzywionymi stalowymi rogami tkwił na pochylonej ku przodowi czaszce wiekowego trupa.

Dostrzegając u swego boku elfkę Garrus wskazał dłonią na miecz leżący w poprzek kolan Orgota.

– To Ciemnibron – oznajmił przyciszonym tonem. Jednosieczna broń przywodziła swym widokiem na myśl dzierżony oburącz falcjon. Nieludzkie oblicza poruszały się nieznacznie na klindze broni, widoczne w promieniującej od ostrza zielonkawej poświacie.

– Więc go sobie zabierz – odparła Elyshyvah.

– Nie wierzę, by było to aż tak proste – potrząsnął głową kleryk – Ciemnibron jest zbyt wiele warty, by nic go nie strzegło.

Mężczyzna znieruchomiał w głębokim milczeniu, wpatrzony w tron i pogrążony w gorączkowej zadumie. Elyshyvah przyjrzała się porozrzucanym przed tronem szkieletom, naznaczonym śladami nagłej i brutalnej śmierci: strzaskanymi żebrami, rozbitymi czaszkami, połamanym orężem. Wiele z nich musiało spoczywać tu od setek lat, ale w przypadku kilku resztki zasuszonej tkanki pozwalały przypuszczać, że ich właściciele umarli jeszcze za życia elfki. Jeden ze szkieletów był mniejszy od pozostałych i bardziej proporcjonalnie zbudowany, a w swych kościanych dłoniach ściskał ciężką księgę oprawioną w skórę barwioną na ciemnoniebieski kolor. Wysłanniczka Wszechskaziciela natychmiast rozpoznała owe tomiszcze, ale w żaden sposób nie okazała obcym targającego nią ożywienia.

Głos Garrusa zwrócił jej uwagę z powrotem na tron i miecz.

– Nie widzę śladu pułapek ani wpisanych w runy czarów – oznajmił thamaryta – Musi tu być jakiś strażnik.

Kleryk przeciągnął badawczym spojrzeniem po ścianach komnaty, ale podobnie jak Elyshyvah nie dostrzegł nigdzie śladu wejścia innego niż wylot korytarza, którym grupa rabusiów weszła do wnętrza kopca.

– Ze strażnikiem możemy walczyć – oznajmiła szorstko Pasterka – Jak go odnajdziemy?

Na wąskie usta Garrusa wychynął cień drapieżnego uśmiechu.

– Zwabimy go – odparł ludzki kleryk.

Thamaryta odwrócił się w stronę swoich ludzi i wskazał palcem na jasnowłosego żeglarza stojącego opodal starannie obrobionej kamiennej ściany.

– Ty! – oznajmił podniesionym głosem kleryk – Przynieś mi miecz!

Żeglarz odsłonił zęby w grymasie niezdecydowania, potem zaklął widząc spoglądających na niego z sposępniałymi twarzami kompanów. Ruszył w stronę tronu z wyciągniętym do przodu pistoletem, starając się nie nastąpić na żaden z zaścielających posadzkę szkieletów. Dotarłszy do tronu oplótł palcami lewej dłoni pokrytą paskami wyprawionej skóry rękojeść miecza.

Zimny pot wystąpił na czoło człowieka.

Pociągnięty siłą ludzkich mięśni miecz uniósł się w górę, a na twarzy żeglarza zagościł pełen ulgi uśmiech.

Niosąc niezwykły oręż w lewej ręce mężczyzna zawrócił w stronę Garrusa, ale zdołał uczynić zaledwie trzy kroki, kiedy jego oblicze wykrzywiło się w grymasie nieopisanego cierpienia.

– Patrzcie na ostrze – wyszeptał Garrus. Groteskowe oblicza majaczące w klindze Ciemnibronu zaczęły pulsować jaśniejszą poświatą. Ich nieziemska iluminacja zaczęła sączyć się z metalu broni, oplatając zielonkawymi pasmami blasku ramię intruza. Żeglarz runął ciężko na kolana, w przerażającym milczeniu wykrzywiając swą twarz.

Złowroga poświata pochłonęła w jednej chwili całe jego ciało. Elyshyvah spoglądała z chorobliwą fascynacją jak skóra i mięśnie człowieka zaczynają się obracać w proch trawione zielonkawym ogniem, odsłaniając ukryte pod spodem kości i organy wewnętrzne. Otwarte szeroko usta mężczyzny wciąż otwierały się dalej i dalej, w nienaturalny sposób wykraczając tym grymasem poza anatomiczne granice możliwości. Stopione magicznym żarem oczy zapadły się do wnętrza czaszki, lecz mimo tych wszystkich strasznych obrażeń żeglarz wciąż pozostawał żywy i świadomy tego, że przeklęty miecz wysysa z niego z drapieżną zachłannością każdą cząstkę życia.

Nawet sprowadzony do postaci skurczonego zezwłoku, nieszczęśnik przez długą chwilę wciąż drgał konwulsyjnie, nie potrafiąc oderwać swej lewej dłoni od rękojeści Czarnibronu.

Kiedy drgawki żeglarza ustały w końcu ostatecznie, miecz upadł z donośnym szczękiem na kamienną posadzkę. Jego klinga płonęła oślepiającą poświatą, która na krótką chwilę wręcz odebrała wszystkim w komnacie wzrok. Kiedy blask zaczął ponownie gasnąć, Elyshyvah odsunęła przedramię sprzed oczu i ścisnęła mocniej swój pastorał. Otaczający ją ludzie poderwali w stronę tronu lufy samopałów, a Nyssowie napięli do końca łuki.

Syczący głośni Melech uniósł w górę swą ciężką kuszę.

Orgocki trup zasiadający na tronie nie był już dłużej trupem. Stał wyprostowany przed swym siedziskiem, z opaloną brązową skórą zauważalną pomiędzy częściami stalowego pancerza. Spoglądająca spod hełmu twarz miała patrycjuszowskie rysy, ostro zarysowany nos i głęboko osadzone oczy o barwie czystego onyksu.

Orgocki wojownik uczynił kilka kroków, stanął przy szczątkach strawionego magicznym ogniem żeglarza z zamiarem podniesienia upuszczonego na posadzkę Ciemnibronu. Jego ruch wystarczył, by zdrętwiali pod wpływem przemożnego wstrząsu intruzi odzyskali w końcu panowanie nad swymi mięśniami. Cięciwy łuków zaśpiewały jękliwie, dołączył do nich ogłuszający w zamkniętej przestrzeni huk wystrzałów z pistoletów. Grad strzał i ołowianych kul uderzył w pancerz Orgota odrzucając go o kilka kroków w tył, lecz wszystkie spadły na posadzkę pod postacią połamanego drewna i spłaszczonych grudek metalu.

Śmiercionośny ostrzał nie zrobił na Orgocie większego wrażenia.

Donośny huk wystrzałów ustąpił przerażonym okrzykom i przekleństwom towarzyszącym pośpiesznemu nabijaniu samopałów. Elfi łucznicy nie przerywali strzelania, śląc strzałę za strzałą w kierunku starożytnego upiora.

Orgot uniósł Ciemnibron, a jego usta wykrzywiły się w drapieżnym uśmiechu, lecz w tej samej chwili poprzez komnatę przemknął głuchy trzask kuszy Melecha. Ogromny bełt trafił Orgota w napierśnik, ciskając wojownikiem o tron. Pocisk przebił gruby metal i zagłębił się w ukrytym pod nim ciele, wychodząc na blisko dwie stopy z przeciwnej strony.

Rezydent kopca odzyskał równowagę w ułamku chwili. Wyraz wściekłości wyrysowany na jego dumnej wyniosłej twarzy budził prawdziwe przerażenie. Sięgając po bełt jedną ręką, wyrwał ciężki pocisk z ciała i cisnął za siebie, a potem ujął Ciemnibron w obie dłonie.

I zniknął rozmywając się w powietrzu.

Jedne uderzenie serca później Elyshyvah usłyszała przeraźliwy skowyt Melecha. Elfka okręciła się w miejscu i ujrzała smoczy pomiot powalony na kolana przed orgockim wojownikiem. Czarna posoka bryzgała szerokim strumieniem z ogromnej rany w jego cielsku. Miecz Orgota błysnął w powietrzu i łeb nephilima odleciał w bok pośród kolejnego rozbryzgu krwi.

Kolejna kanonada zwieńczyła moment śmierci Melecha, ale jego zabójca ponownie zniknął. Elyshyvah odrzuciła trzymaną w lewej ręce pochodnię i złapała oburącz pastorał, zasłaniając się nim w obronnym geście. Całe pomieszczenie wibrowało mieszającymi się ze sobą dzikimi wrzaskami ludzi i śnieżnych elfów.

Orgot pojawił się pośród grupy żeglarzy, a jego miecz świsnął trzykrotnie w powietrzu. Zaraz potem wojownik przepadł bez śladu pozostawiając po sobie trzy rozczłonkowane ciała. Sekundę później Elyshyvah dostrzegła go w innej części komnaty, za plecami dwóch zaskoczonych przepatrywaczy. Ciemnibron zasmakował krwi Nyssów. Grad strzał i kul pomknął w stronę zabójcy, ale wszystkie odbiły się od kamiennej ściany, kiedy Orgot znowu zniknął.

Przez krótką chwilę przerażającego wojownika nie można było nigdzie dostrzec, znienacka jednak zmaterializował się na swoim tronie, z Ciemnibronem przełożonym przez kolana. Strugi krwi ściekały z unurzanego w posoce ostrza, spływając po nagolennikach Orgota i kapiąc na posadzkę.

Pistolety żeglarzy i łuki Nyssów skierowały się ponownie ku tronowi, wyrywając z gardeł Elyshyvah i Garrusa niemal równoczesne okrzyki.

– Nie strzelać!

Orgocki wojownik spoglądał na intruzów błyszczącymi czarnymi oczami.

– Poważyliście się wkroczyć na mój dwór? – jego dudniący głos odbił się echem od ścian komnaty – Oddajcie mi zatem hołd albo ponieście konsekwencje swej zuchwałości – Orgot przemawiał w mowie Cygnarczyków, jednakże tak archaicznej, że Elyshyvah prawie go nie rozumiała.

Garrus postąpił krok do przodu i uklęknął przed tronem.

– Zechciej wybaczyć nasze najście, czcigodny – przemówił lekko drżącym głosem – Nie przybyliśmy tu po to, by zakłócić spokój twego spoczynku.

Orgocki wojownik przeniósł spojrzenie na Elyshyvah i elfka z miejsca poczuła niezwykły ciężar jego wzroku, przepełniony mroczną okrutną mądrością.

– A co z tobą, bladoskóra? – zapytał – Zbyt harda, by zgiąć kolana przed lepszym od siebie?

Elyshyvah pochyliła nieznacznie głowę.

– I ja nie pragnę okazać despektu, wszelako nie mogę uklęknąć przed tym tronem – oświadczyła zastanawiając się jednocześnie, czy te słowa nie będą aby jej ostatnimi – Moja wierność przypisana pozostanie komuś potężniejszemu nawet od ciebie.

– Potężniejszemu ode mnie? – powtórzył Orgot, a potem wybuchnął śmiechem – Masz w sobie wiele odwagi, zimnokrwista. Doceniam tę zaletę w niewolniku. Stoicie czy klęczycie, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Thamarycki kleryk podniósł się z kolan ściągając na siebie wzrok nieumarłego.

– Zwę się Garrus – oświadczył – Ta, której służę przysłała mnie, bym się z tobą spotkał. To właśnie sprowadziło nas do twego… dworu.

– Czego ode mnie chcecie? Nie mam żadnych skarbów, a moi niewolnicy już dawno temu obrócili się w proch.

Nie mogąc się przed tym powstrzymać, Garrus zerknął bezwiednie na skurczone zwłoki marynarza leżące u podstawy kamiennego tronu, a Orgot natychmiast to spojrzenie podchwycił.

– Rzecz jasna szukacie miecza – powiedział kładąc jedną dłoń na rękojeści Ciemnibronu – Nie będę go przed wami strzegł.

Wojownik pochwycił miecz za ostrze i wyciągnął broń w stronę intruzów, rękojeścią w ich kierunku.

– Podejdźcie tu i weźcie go sobie.

– Moja pani pragnie Ciemnibronu – przyznał Garrus, ale miast sięgnąć po miecz, cofnął się o krok.

– Nie? – uśmiechnął się szyderczo Orgot – A ty?

Widząc wyciągniętą ku sobie rękojeść miecza Elyshyvah nic nie odrzekła, tkwiąc w zupełnym bezruchu. Wojownik na tronie położył oręż na swych kolanach.

– Wiele lat minęło od czasu, kiedy pojawił się tutaj ostatni godny tej broni intruz – oświadczył Orgot.

– Co chcesz przez to powiedzieć, panie? – spytał Garrus.

– Ostrze stało się ciężkim brzemieniem przez te lata. Jestem gotów oddać je komuś, kto dowiedzie, iż jest warty jego potęgi. Być może ktoś taki jest pomiędzy wami.

– Jak miałbym… mielibyśmy dowieść swej wartości, panie? – zapytał Garrus zerkając jednocześnie z ukosa na Elyshyvah. Jego spojrzenie kryło w sobie coś, co elfce wcale się nie spodobało.

Orgocki wojownik uśmiechnął się diabolicznie, odsłaniając rzędy pięknych białych zębów.

– Wystarczy przeżyć – oznajmił.

IV

Grigor Orłow wyszarpnął ostrze swego topora z ciała leżącego pod nogami Nyssa. Śnieżny elf okazał się dużo poważniejszym wyzwaniem niż człowiek początkowo sądził, nie okazując śladu lęku przed wybuchem wystrzelonego z Awangarda pocisku i rzucając się na intruza z mieczem w dłoni.

Khadorianin zmuszony został do rozprawienia się z przeciwnikiem własnymi rękami, czy raczej ostrzem swego runicznego topora. Drugi pilnujący kopca Nyss zniknął niczym duch pomiędzy pniami martwego lasu, a Grigor nie uznał za konieczne wysłanie za nim pościgu.

Sprzymierzeńcy Orłowa zgromadzili się przy wejściu do kurhanu, oglądając bez większego zainteresowania zmasakrowane ciała dwóch pilnujących otworu ludzi. Obaj zabici sprawiali wrażenie ludzi morza, ogorzałych od wiatru i bryzy, pasujących bardziej do nabrzeża Pięciu Palców niż puszczańskich ostępów Gnarlu.

Topory trollaków przeistoczyły ich w zakrwawione bezwładne kształty, ale jeden z napastników też oddał w potyczce ducha. Grigor odnotował w myślach, że grzęznąca w mózgu ołowiana kula potrafiła jednak powstrzymać nawet niebywale odpornych na śmiertelne dla ludzi obrażenia trollaków.

– Rozpoznajesz tych ludziów? – zapytała nadciągająca od strony trollaków wojowniczka. Jej lud znał ją pod mianem Janissy Kamiennej, była bowiem otaczaną poważaniem rzeźbiarką runów. Wysoka i muskularnie zbudowana, posiadała bladą skórę charakterystyczną dla trollaków obdarzonych szamanistycznymi mocami. Jej prosta kolcza koszulka kryła się pod ciężkim naszyjnikiem z bloczków gładkiego kamienia, pokrytych runami.

W ręce ściskała ogromny górniczy oskard, również przyciągający oczy wyrytymi w metalu runicznymi znakami.

– Jeden z nich nosi na ramieniu znak Thamar – odparł Grigor wskazując dłonią martwego człowieka z tatuażem pod postacią trzech strzał – Sądzę, że to jeden ze sługusów Fiony.

– Zatem Starucha mówiła prawdę – odparła Janissa – Szukają Ciemnibronu.

– Tak sądzę – kiwnął głową człowiek – Lecz co tu robi ta maszkara? – spojrzenie Grigora pobiegło ku martwemu elfowi.

– To splugawiony smoczą mocą Nyss – odrzekła Janissa – Mój lud walczy z takimi istotami na północy. Wszelako to nader dziwne widzieć jednego z nich tak daleko na południu, co więcej zaś, w sojuszu z piratami. Nigdy nie słyszałam, by oni się z kimkolwiek sprzymierzali.

Piastując funkcję kolduna Orłow posiadał sporą wiedzę na temat Nyssów, chociaż nigdy dotąd nie miał sposobności ujrzeć śnieżnego elfa na własne oczy. Tak, Nyssowie mogli być zainteresowani reliktami z czasów panowania Orgotów.

– Dwaj ludzie i dwaj Nyssowie na straży – oznajmił rozmyślając na głos – Reszta musi być pod ziemią.

– Zapewne – kiwnęła głową Janissa.

Grigor rozejrzał się wokół siebie. Otaczała go żywa rana wydarta w ciele wielkiej puszczy; wyjałowiona z wszelkiego życia przestrzeń sięgająca dwustu jardów średnicy. Cmentarny kopiec Orgotów wznosił się pośrodku tej nienaturalnej pustyni, otoczony sześcioma kamiennymi cokołami pokrytymi bezlikiem runicznych znaków.

– Te kolumny – spytał Khadorianin – Czemu służą?

– Mój lud wzniósł je tutaj wieki temu, by trzymały w ryzach śpiące pod ziemią zło – wyjaśniła wojowniczka trollaków – Lecz ich moc słabnie.

– Zdołasz ją przywrócić? – zapytał Grigor uświadamiając sobie znienacka powód obecności, dla którego nakazano mu sprzymierzyć się z trollakami. Zezanna Agha poleciła koldunowi zawrzeć porozumienie z Janissą, ale nie wyjaśniła mu, dlaczego dobrała Orłowowi tak niecodziennego sojusznika. Biegłość szamanki w tworzeniu i odnawianiu runicznych znaków czyniła nagle zrozumiałym ukryty powód tego sojuszu.

– Zdołam, wpierw jednak musimy wypędzić stamtąd ludzi i Nyssów – kiwnęła głową Janissa – Nie możemy pozwolić, by uwolnili drzemiące w kopcu moce.

– Zło budzące zatroskanie Starej Wiedźmy musi budzić niepokój – odparł Grigor – Wiele mówi tu również to, że nakazała wam do mnie dołączyć.

Janissa zmarszczyła swe obłe czoło.

– Niczego nie byliśmy Starusze winni – rzekła szamanka, z nutą gniewu dźwięczącą w jej tubalnym głosie – Zgodziliśmy się dołączyć wyłącznie przez wzgląd na to, że mój lud pojmuje istotę tego zła dalece lepiej od was.

Grigor ukrywał starannie swą niewiedzę, ale w głębi duszy nie pojmował do końca motywów Starej Wiedźmy. On sam prędzej spodziewałby się, że Agha zechce położyć na mocy Orgotów rękę niż uwięzić ją na wieki w kurhanie. Koldun służył od blisko dziesięciu lat pod rozkazami komandir Zerkovej, plądrując starożytne grobowce nie różniące się w niczym od wzniesionego na polanie kopca. Sprzysiężenie Szarych Magów weszło przez te lata w posiadanie setek orgockich artefaktów, ujarzmiając moc niebezpiecznych reliktów dla wyższego dobra Ojczyzny. Co sprawiało, że ten akuratnie grobowiec różnił się od innych?

– Dość tych rozważań – zdecydował koldun – Nie zaprzeczysz, że musiałem tutaj przybyć, bo twój lud nie dopełnił obowiązku uczynienia tego miejsca sekretnym i bezpiecznym.

Mężczyzna wskazał dłonią na wielką granitową płytę zamykającą niegdyś wejście do grobowca, leżącą opodal otworu podziemnego tunelu. Na jej widok grymas na obliczu szamanki jeszcze się pogłębił.

– Nie jestem tu po to, by toczyć z tobą wojnę na słowa, człeku. Możesz lekceważyć potęgę ukrytą w tych podziemiach, ale nie puszczaj w niepamięć słów Staruchy.

Zezanna Agha odeszła w sobie tylko znanym kierunku krótko po opuszczeniu wioski trollaków, nim jednak zniknęła bez śladu w dziczy Gnarlu, udzieliła na uboczu Grigorowi i Janissie ostatniego ostrzeżenia. Runy mające zatrzymać nieumarłych nie potrafią pętać żyjących.

– Pamiętam – wycedził przez zęby Khadorianin – Jej ostrzeżenie mówi, że musimy powstrzymać tych, którzy zechcieli splądrować kopiec.

– Podzielam te słowa – odparła Janissa odwracając się od człowieka i ruszając w kierunku sześciu trollackich wojowników stojących wokół wejścia do grobowca.

Grigor przypasał do boku swój runiczny topór i obejrzał się w stronę własnej świty, ośmiu osobiście dobranych pod kątem odwagi i posłuszeństwa żołnierzy Zimowej Gwardii. Co prawda koldun wolałby w takich okolicznościach zabrać ze sobą grupę Rezunów Zagłady, ale konieczność wyprawy głęboko na terytorium Cygnaru uniemożliwiała wykorzystanie tak specyficznego wsparcia. W zamian komandir Zerkova udostępniła swemu podkomendnemu jeden ze swoich przeprogramowanych Awangardów, parobotów zdobytych na Rynach w trakcie podboju Llaelu. Orłow wiedział, że Awangard potrafiłby poradzić sobie z każdym przeciwnikiem, któremu nie zdołaliby stawić czoła gwardziści i trollaccy wojownicy.

Rozmiary podziemnego korytarza wydawały się dość obszerne, by pancerny konstrukt zdołał wejść do środka, ku nieskrywanej uldze kolduna.

– Parobot i ja pójdziemy przodem – oznajmił mężczyzna, kiedy jego ludzie dołączyli do wojowników Janissy – Razem zdołamy obrócić w niwecz zasadzę albo zapewnić wam bezpieczny odwrót.

– Zgadzam się – oznajmiła szamanka zabierając jednemu ze swych ziomków pochodnię. Grigor odczekał, aż jego żołnierze zapalą własne łuczywa. On sam nie potrzebował źródła światła, ponieważ jasna niebieska poświata rzucana przez wyryte w ostrzu topora runy wystarczała w zupełności, by rozświetlić koldunowi drogę.

– Podążaj za mną – powiedział do stojącego u swego boku Awangarda. W przeciwieństwie do prawdziwych paromagów Orłow nie posiadał czarodziejskiego talentu pozwalającego scalić swą jaźń z korteksem konstruktu, ale był szkolony w sztuce dowodzenia parobotami za pomocą komend werbalnych i gestów.

Parobot zareagował natychmiast, opuszczając dzierżące wielką gizarmę ramię przed siebie i podążając z głuchym łoskotem uderzających w posadzkę metalowych stóp w ślad za swym kontrolerem.

V

Janissa poruszała się na ugiętych nogach, starając się nie wdychać cuchnącego czarnego dymu buchającego z paleniska parobota. Cała grupa nie przemieszczała się ani skrycie ani szybko, lecz w obliczu obecności innych intruzów nie miało to większego znaczenia – poprzednicy szamanki najpewniej pozbyli się już strzegących grobowca prastarych strażników.

Korytarz wykonany był w całości z kamienia, od posadzki poprzez ściany aż do sufitu. W wielu miejscach bystre oczy Janissy dostrzegały wycięte w skale trollackie runy. Umieszczono je w różnych miejscach tunelu, by wspierane mocą runicznych cokołów na zewnątrz kopca spychały zło głębiej w podziemia. Tworzenie takich znaków było odpowiedzialną sztuką, przekazywaną w plemionach z pokolenia na pokolenie. Jannisa była jednym z wybrańców, prócz głęboko poważanych umiejętności zyskując również wiedzę o zagrożeniach, przed którymi runy miały chronić.

Legenda Ciemnibronu była znana jej plemieniu od wieków. Orgoci przynieśli ten miecz na pobliskie wybrzeże tysiąc lat temu, czyniąc jego ostrzem i ramieniem jego pana ogromne spustoszenie. Ciemnibron nie był jedynie zwyczajnym magicznym orężem, pozwalał jakoby oszukać śmierć i dawał swemu właścicielowi nieśmiertelność. Jeśli w legendzie tej tkwiła choć cząstka prawdy, starożytny orgocki władca najpewniej tkwił w śpiączce głęboko pod kurhanem, czekając na chwilę przebudzenia i powrotu w krainy Immoreńczyków. Kiedy pozornie poległ w boju, Orgoci pochowali go w kopcu, a poznawszy opowieści o rychłym zmartwychwstaniu trollaki wzniosły wokół grobowca runiczne obeliski mające zapobiec temu nieszczęściu.

Lecz odpędzanie chciwych i żądnych wiedzy ludzi wykraczało dalece poza możliwości tych przesyconych magią cokołów.

Janissa nie była jedyną wciąż żyjącą istotą świadomą obecności uśpionego zła. Kiedy w jej puszczańskiej wiosce pojawiła się znienacka wiodąca Grigora i jego ludzi Starucha, szamanka pewna była niespodziewanej napaści. Lecz stara kobieta – istota w ludzkiej postaci, która wcale nie była człowiekiem – chciała jedynie rozmawiać. Gwoli ścisłości, mówił niemal wyłącznie Grigor. To on opowiedział szamance o zbliżających się czcicielach ludzkiej bogini Thamar, wysłanych przez Czarną Fionę z misją splądrowania grobowca.

Janissa wiedziała, że gdyby nie obecność Staruchy, nigdy nie dałaby wiary słowo Khadorianina. Ludzie jego pokroju zwykli spadać na ruiny Orgotów niczym szakale, grabiąc je z wszystkiego, co tylko mogło mieć wartość w rękach żołnierzy północnych armii. Postępowanie takie naznaczone było szaleńczą głupotą, o czym Janissa i jej ziomkowie wiedzieli od dawna: nic pozostawione przez Orgotów nie było wolne od ukrytego przekleństwa.

Spoglądając w coraz bliższy wylot korytarza Janissa ujrzała ogromną komnatę oświetloną płomieniami wielkiego paleniska gorzejącego w dole pośrodku pomieszczenia. Wydostając się z tunelu wraz z resztą towarzyszy szamanka pojęła, że nie jest sama.

Na północnym krańcu komnaty, za oślepiającym swą poświatą całopalnym stosem, na wyciętym z czarnego kamienia tronie zasiadała wysoka postać okryta pancerzem Orgotów. Przed tronem, aczkolwiek w rozsądnej od niego odległości, tkwiło kilkanaście innych postaci: noszących skórznie elfich łuczników o bladej skórze i znamionach smoczej plagi oraz ogorzałych od słońca i wiatru ludzi ściskających w dłoniach pistolety i krótkie miecze.

Lufy ich samopałów i groty nasadzonych na cięciwy strzał mierzyły w nadciągających intruzów.

Janissa omiotła wzrokiem obie jakże nie pasujące do siebie grupy, w poszukiwaniu postaci mogących być ich przywódcami. Nie sprawiło jej to większego kłopotu. Wysoka elfka z zwieńczonym ostrzami pastorałem stałą pośrodku swoich ziomków, otoczona ich ochronnym kordonem. Żeglarze Fiony wydawali się szamance drażniąco identyczni, ale jeden w ich gronie nosił się całkowicie na czarno i sprawiał wrażenie zausznika thamaryckiej kapłanki.

– Oto okazja, byście mogli dowieść swej wartości – oznajmił zasiadający na tronie mężczyzna, głębokim dudniącym głosem odbijającym się od ścian rozległej komnaty. Podnosząc z kolan ciężki miecz Orgot wymierzył jego promieniujące chorobliwą zieloną poświatą ostrze w intruzów. Nieumarły wojownik był ogromnym człowiekiem, muskularnością swej budowy mogąc bez obaw stawać w szranki z najpotężniejszym trollakiem w świcie Janessy. Jego zbroja zdobiona była wykrzywionymi w diabolicznych grymasach obliczami, których widok jeszcze pogłębiał przerażające wrażenie wywołane widokiem orgockiego wodza. Ukryta pod rogatym hełmem twarz miała ewidentnie ludzkie rysy, mogąc uchodzić za przystojną, aczkolwiek niepokojąco drapieżną.

Jedynie jego oczy nie miały w sobie nawet iskry człowieczeństwa: były czernią błyszczącą nieludzkim głosem w blasku bijącym od ognia. Janissa nigdy rzecz jasna nie widziała Harrowdima, ale nie wątpiła w to, że miecz dzierżony przez Orgota był tym właśnie przeklętym ostrzem.

Atmosfera w podziemnej komnacie stężała w ułamku chwili, toteż szamanka okręciła się w miejscu chcąc ostrzec okrzykiem Grigora. Jej słowa utonęły w ogłuszającym huku wystrzału z działa parobota i trzasku garłaczy. Lawina ołowiu uderzyła w ludzkich żeglarzy, nie dając im szans na ucieczkę i odbierając w pierwszej salwie życie połowy grupy.

W grobowcu wybuchło istne pandemonium. Pozostali przy życiu piraci wypalili ze swoich pistoletów, skacząc na wszystkie strony w zamiarze zniknięcia z oczu strzelcom Orłova. Nyssowie poszli z miejsca w ich ślady, umykając z niezwykłą zwinnością ku jednej ze ścian komnaty, lecz chociaż wszyscy dzierżyli w zdeformowanych dłoniach łuki, żaden nie wystrzelił jeszcze ani jednej strzały.

– Zabić ich wszystkich! – krzyknął na całe gardło Grigor, unosząc w górę runiczny topór. Kule żeglarzy odbijały się z metalicznym trzaskiem od pancerza parobota, nie czyniąc stalowej bestii najmniejszej szkody. Ukryci za machiną khadoriańscy żołnierze pośpiesznie ładowali na nowo garłacze.

Smukła strzała przemknęła sykliwie ponad głową Janissy. Nyssowie ruszyli w kierunku tunelu wiodącego na powierzchnię, strzelając w ruchu.

– Tarcze! – ryknęła szamanka wyszarpując z pętli przy pasie swój oskard. Wojownicy krielu odpowiedzieli natychmiast na wezwanie, w ułamku chwili tworząc wokół rzeźbiarki runów ochronny pierścień uczyniony ze swych wielkich tarcz. Strzały Nyssów uderzały w nie z głośnym suchym trzaskiem.

Zerkając w bok Janissa spostrzegła nacierającego do przodu Grigora. Huk wystrzałów ustawicznie wstrząsał zamkniętą przestrzenią grobowca. Nyssowie nie opuszczali swych łuków, ale nie przejawiali zarazem chęci do wzięcia udziału w walce. Wręcz przeciwnie, ich grupa wydawała się przemieszczać w lewo, jakby w zamiarze wymanewrowania trollaków. Uwaga wysokiej elfki była skoncentrowana nie tyle na szaleńczej konfrontacji, co pryzmie leżących na posadzce szkieletów. Osłaniana przez ślących strzału ku ludzkim żołnierzom ziomków, wysłanniczka Wszechskaziciela pochyliła się nad jednym z kościotrupów wyszarpując z jego martwego uścisku opasłą księgę. Zarówno samo tomiszcze jak i dzierżący je szkielet sprawiały wrażenie pokrytych cienką warstewką lodu, ale elfka poradziła sobie bez trudu z odebraniem zmarłemu jego skarbu, uśmiechając się nieznacznie i wskazując pobratymcom wejście do korytarza.

I wtedy jej oczy pochwyciły spojrzenie Janissy. Elfka uniosła władczo dłoń, a wówczas łucznicy przestali szyć ze swej broni.

Szamanka położyła własną dłoń na ramieniu chroniącego ją trollaka.

– Poczekajcie – poleciła. Wojownicy zatrzymali się słysząc rozkaz, ale wciąż kryli się przezornie za tarczami. Wpatrzona w przywódczynię Nyssów Janissa oparła Ziemiołamacza o ramię, łudząc się nadzieją, że przeciwniczka w odpowiedni sposób zinterpretuje owe neutralne w swym wydźwięku ułożenie broni. Przesłanie wydawało się oczywiste: \”[i]Nie będę próbowała cię zabić, jeśli ty odwzajemnisz się tym samym[/i]\”. Wszystko wskazywało na to, że śnieżne elfy były jedynie częściowo uwikłane w akt przebudzenia uśpionego zła rozgrywający się na oczach trollaków.

Przywódczyni Nyssów skinęła leciutko głową i opuściła swój pastorał. Widząc ów gest, towarzyszące jej elfy przestały napinać łuki przyśpieszając w zamian kroku w zamiarze jak najszybszego dotarcia do wyjścia.

– Pozwólcie im odejść – rozkazała Janissa – Mam bardziej ważkie troski na głowach.

Niemal wszyscy ludzcy żeglarze zginęli już od kul gwardzistów bądź od ciosów ogromnej gizarmy Awangarda. Dzięki lepszemu wyszkoleniu i broni oraz czynnikowi zaskoczenia ludzie Grigora stracili tylko jednego spośród swoich, chociaż wielu z nich krwawiło z powierzchownych ran.

Przed tronem Orgota toczył się spektakularny pojedynek. Runiczny topór Grigora płonął niebieską poświatą, stanowiąc przeciwwagę dla okalanej pierścieniem czarnych płomieni prawicy thamaryckiego kleryka. Płomienie te wystrzeliły w jednej chwili do przodu na podobieństwo czarnej smugi, ale parobot rzucił się z donośnym łoskotem do przodu zasłaniając swą metalową masą kolduna. Piekielny czarny ogień sięgnął tarczy Awangarda, częściowo topiąc wzmocniony stalowy pancerz.

Interwencja parobota dała Orłowowi szansę na wygraną. Wyślizgując się zza Awangarda Khadorianin zaatakował thamarytę z rozpędu, tnąc z ukosa topora. Odziany w czerń mężczyzna targnął się rozpaczliwie w tył wyrzucając z ust szaleńczą inkantację, której nie zdążył już ukończyć. Topór Grigora wciął się w czaszkę thamaryty, rozszczepił ją na połowy zatrzymując się pośród rozbryzgu krwi i mózgu na zębach kleryka. Człowiek runął na plecy wyszarpując stylisko broni z rąk kolduna.

Grigor oparł jedną stopę na piersi zabitego kultysty, pochylił się w dół i zaparty nogą o trupa wyciągnął oręż z czaszki swej ofiary. Nie wypuszczając broni z ręki odwrócił się w kierunku zasiadającego na tronie Orgota, nie zwracając uwagi na nadbiegającą Janissę i jej towarzyszy.

– Wyczuwam w tobie moc – oznajmił starożytny władca wskazując szpicem Ciemnibronu na Grigora – I w tobie też.

Miecz skierował się sztychem ku szamance.

– Które z was jest bardziej godne? Które z was ma w sobie dość siły, by zdzierżyć ciężar Ciemnibronu?

Jannisa puściła koło uszu zadane gromkim głosem pytanie, ślizgając się na krwi zabitych dopadła boku kolduna. Jej serce ścisnęły zimne cęgi trwogi, kiedy spostrzegła wpatrzone w przeklęte ostrze oczy Orłowa.

– Grigor! – wykrzyczała – Musimy stąd uchodzić!

Khadorianin oderwał z wysiłkiem spojrzenie od Ciemnibronu, przeniósł swój wzrok na Janissę.

– Nie sądzę, bym był gotów do odejścia – odparł płytkim, nienaturalnie sztywnym głosem. Zerkając na przemian na szamankę i Orgota koldun ścisnął mocniej stylisko swego topora – Powinnaś czym prędzej powrócić do swego plemienia.

– Nie bądź głupcem – wyszeptała szamanka.

– Odejdź ode mnie, Janissa – sarknął ostrym głosem Grigor – Natychmiast!

Złowróżbny ton dowódcy sprawił, że niektórzy z żołnierzy wymierzyli garłacze w kierunku swych sojuszników. W odpowiedzi na mierzące złowrogo lufy, trollaki natychmiast skoczył do przodu chcąc zasłonić swą przywódczynię tarczami. Janissa osadziła ich w miejscu uniesioną raptownie ręką.

– Nie czyń tego, Grigorze – powiedziała cofając się jednocześnie w stronę wojowników krielu – Wciąż możemy stąd wyjść razem.

Nie zwracając uwagi na jej słowa Orłow uczynił krok w kierunku czarnego tronu.

– Jak mam dowieść swej wartości? – spytał grobowym głosem.

Orgot wyszczerzył w diabolicznym uśmiechu zęby.

– Człowiek o kamiennym, a jednak płonącym sercu – stwierdził – Jeśli chcesz posiąść ostrze, musisz być jedynym suplikantem przed tym tronem. Wciąż jeszcze pozostaje ona.

Spojrzenie czarnych oczu pobiegło ku szamance. Podążając za nim Grigor wbił wzrok w rzeźbiarkę runów, patrząc na nią w sposób całkowicie wyzbyty współczucia czy wręcz rozsądku. Nie stroniąca w swym życiu od walki Janissa czuła napinające się bezwiednie mięśnie, wiedzione instynktem ostrzegającym przed rychłą i nieuniknioną konfrontacją.

– Zabijcie ich! – wyrzucił z siebie Grigor, a lufy broni gwardzistów uniosły się w ułamku chwili.

Spodziewając się w głębi ducha takiego właśnie rozkazu, Janissa zdążyła sięgnąć swą jaźnią po dar Dhunii, zanim ludzie nacisnęli spusty. Śląc swą wolę wprost ku kamiennej posadzce komnaty, szamanka przywołała moc drzemiącą w kościach Wszechmatki. Pośród łoskotu i huku pękających kamieni ściana ziemi i gruzu wystrzeliła w powietrze tworząc w ułamku chwili zaporę chroniącą trollaków przed pociskami.

Garłacze wypaliły mgnienie oka później, ale grad metalowych szrapneli nie zdołał przebić się przez poderwany w górę magią ziemny wał.

Zaklęcie wyjątkowo nadwerężało potencjał Janissy, toteż szamanka pozwoliła ścianie gruzu opaść natychmiast po tym jak ta pochłonęła ołowiane pociski niedawnych sojuszników. Lecz nawet tak krótkotrwała osłona dała towarzyszom Janissy bezcenną przewagę – przeskakujące przez pryzmę strzaskanych kamieni trollaki runęły prosto na zajętych przeładowywaniem broni ludzi, zmuszając ich do podjęcia walki wręcz.

Janissa powiodła swych ziomków do boju, pośród dzikich i dźwięczących wściekłością porykiwań. Podczas kiedy wojownicy krielu skoczyli do gardeł Zimowej Gwardii, Janissa rzuciła się w stronę Grigora i strzegącego go Awangarda.

Szamanka była wyjątkowo biegła zarówno w splataniu zaklęć jak i żołnierskim rzemiośle, ale wiedziała doskonale, że chyba tylko Borka Beczkobójca albo Madrak Żelazoskóry mogli porywać się na kolduna i parobota z nadzieją na pokonanie tak potężnego przeciwnika. Lecz zwycięstwo nad tą parą nie było wcale celem Janissy: szamanka chciała jedynie przykuć do siebie uwagę Grigora na tyle długo, by wojownicy krielu zdążyli się w międzyczasie rozprawić z jego żołnierzami.

Dostrzegając jej szarżę Orłow rzucił rozkaz w stronę parobota. Awangard okręcił się na pancernych stopach, mierząc krótką lufą wbudowanego w tarczę działka w postać nadbiegającej szamanki. Janissa znów sięgnęła po moc Dhunii i posadzka zadrżała pod nogami wszystkich, kiedy wojowniczka wyciągnęła przed siebie jedną dłoń. Zaciskając ją w pięść wyrwała z podłogi ogromny kawał skały i unosząc go w powietrze dzięki swej niebywale silnej magii machnęła ręką ku Grigorowi. Khadoriański koldun skoczył zwinnie w bok, ale ociężały ze swej natury Awangard nie zdołał się uchylić. Głaz uderzył w machinę z przeraźliwym hukiem i zgrzytem gniecionego metalu. Wytrącony z równowagi, parobot runął z ogłuszającym hukiem na bok i chociaż masywna tarcza konstruktu przyjęła na siebie większość impetu uderzenia, skrywający kocioł i palenisko korpus machiny naznaczony był poważnymi wgnieceniami. Dopadając parobota szamanka przeskoczyła dzikim susem jego tarczę, biorąc oburęczny zamach Ziemiołamaczem. Przesycony magiczną mocą oskard sięgnęła swymi metalowymi obiciami korpusu Awangarda tuż powyżej wizjerów machiny, docierając do delikatnych mechanizmów odpowiadających za funkcjonowanie parobota. Wielkie snopy iskier wystrzeliły w powietrze wokół broni Janissy, w ślad za nimi zaczął buchać gęsty smolisty dym. Parobot zadygotał utrwalając szamankę w przekonaniu, że jej cios upośledził jakieś żywotne funkcje machiny.

Janissa wyszarpnęła oskard z rozdartego pancerza i zeskoczyła z korpusu parobota, szukając wzrokiem Grigora. Koldun stał na ugiętych nogach kilkanaście kroków dalej, z runicznym toporem w dłoni i twarzą mokrą od krwi cieknącej z głębokiego rozcięcia na czole. Stając w rozkroku szamanka skoncentrowała myśli chcąc sięgnąć po kolejne zaklęcie żywiołu ziemi. Przejrzawszy w mig jej intencje Orłow zacisnął swą dłoń w pięść.

– Powstań! – ryknął ochrypłym głosem. Janissa nie pojęła sensu tego rozkazu, póki nie słyszała za plecami przeraźliwego zgrzytu trącego o kamienie metalu. Zawirowała w miejscu dość szybko, by ujrzeć podnoszącego się z posadzki Awangarda, tnącego powietrze wymierzonym w ciało wojowniczki ostrzem swej gizarmy. Janissa poderwała w górę runiczny oskard, w akcie skrajnej desperacji próbując zasłonić się Ziemiołamaczem przed morderczym uderzeniem. Ogromne ostrze parobota uderzyło w oręż szamanki niemal wyrywając Ziemiołamacza z jej dłoni. Kości nadgarstka Janissy pękły z suchym trzaskiem, niczym wątłe konary stojące w obliczu huraganu.

Grigor zaatakował w tej samej chwili, skacząc w kierunku wojowniczki z niezwykłą szybkością. Odwracając się w jego stronę Janissa przerzuciła Pękacza do lewej dłoni i kiedy ostrze runicznego topora zaczęło spadać w jej stronę, pojęła w mgnieniu oka, że nie zdoła sparować tego ciosu. Unikając bez trudu jej zastawy Orłow ciął z całej siły w pas runicznych kamieni opinający biodra szamanki. Część amuletów rozprysła się w drobne kawałki, a ostrze topora wgryzło się w noszoną pod spodem kolczugę i przecięło mięśnie na lewym udzie Janissy.

Szamanka wydała z siebie ochrypły pomruk cierpienia, cofając się śpiesznie i uwalniając szarpnięciem tkwiące w głębokiej ranie ostrze. Grigor nie pozwolił jej uciec, brutalnym kopnięciem okrytej ciężkim butem nogi powalając Janissę na posadzkę. Szamanka przekręciła się na brzuch w próbie odczołgania się, ale nie odpełzła daleko.

– Pochwyć! – usłyszała okrzyk Grigora i w tej samej chwili poczuła na karku przytkniętą do niego szpicę gizarmy. Spróbowała wykrzyczeć na całe gardło swą bezsilną złość, lecz nie znalazła dość dechu w płucach, by móc obrócić go w mowę.

Dźwięczące w komnacie odgłosy walki zaczęły cichnąć. Janissa uznała w myślach, że wojownicy krielu oderwali się od przeciwnika w obawie, że dalsza konfrontacja przyniesie ich przywódczyni śmierć. Czując lżejszy dotyk gizarmy na karku szamanka przeturlała się w bok, próbując nie dać się obezwładnić fali przeraźliwego bólu promieniującego z połamanego nadgarstka i ciętej rany uda. Kamienna posadzka pod jej ciałem kleiła się od gorącej krwi, stawiając pod znakiem zapytania nadzieję, że naturalna odporność trollackiego organizmu uchroni szamankę przed wykrwawieniem się na śmierć.

Grigor stracił w jednej chwili zainteresowanie swą przeciwniczką, stając ponownie przed tronem. Orgocki wojownik dzierżył Ciemnibrona w ramionach, z rękojeścią wystającą ponad opancerzone przedramiona.

Janissa poczuła wzbierającą w umyśle trwogę przeczuwając to, co miało się zaraz wydarzyć.

– Zwyciężyłem – oznajmił Grigor – Oddaj mi ostrze.

Orgot podniósł się z tronu czyniąc krok w stronę kolduna.

– Zwyciężyłeś – oznajmił przywołując na swe oblicze maskę drapieżnego tryumfu – Podobnie jak ja.

Rękojeść miecza znalazła się kilkanaście cali od twarzy Orłowa.

– Grigor – wycharczała Janissa – Nie czyń tego!

Khadorianin obejrzał się w stronę szamanki, z grymasem nienawiści i chciwości na twarzy.

– Miecz trafi do Sprzysiężenia – wycedził przez zęby – Wykorzystamy jego moc, by ostatecznie pokonać naszych nieprzyjaciół i przynieść chwałę ojczyźnie.

– Więc weź go i niechaj się tak stanie – oświadczył Orgot – Weź go i stań się częścią legendy Ciemnibronu!

– Tak – Grigor oblizał spierzchnięte usta i sięgnął dłonią po rękojeść wielkiego miecza – Posiadłem wcześniej władzę nad wieloma takimi artefaktami. Podobnie jak one, ten też posłuży mi za narzędzie.

Janissa odniosła wrażenie, że usłyszała w głosie kolduna leciutką nutę wahania czy też nawet zalęknienia. Jej rozpaczliwa nadzieja na odwrócenie biegu wydarzeń znikła bez śladu zmiażdżona widokiem dłoni Orłowa oplatającej palcami rękojeść Ciemnibronu.

– Nie, nie, nie – wydyszała szamanka podnosząc się niezgrabnie z posadzki.

Rozległa komnata została skąpana w ułamku chwili w silnej zielonej poświacie. Poruszające się twarze odbite w klindze miecza promieniowały coraz mocniejszym blaskiem, który przeniósł się z ostrza na ciało Grigora, pokrywając go jadowicie zielonym światłem.

Orgocki wojownik cofnął się o krok i zerkająca w jego stronę Janissa ujrzała coś, co odebrało jej mowę. Opadając na czarny tron mężczyzna wyszeptał jakieś słowa w nieznanej jej mowie, z niezwykłym znużeniem i wyczerpaniem dźwięczącym w chrapliwym głosie. Ciało Orgota zaczęło się zapadać w jego zbroi, rozpływać się pod postacią tłustej mazi odsłaniającej ukryte dotąd po skórą i mięśniami kości. W przeciągu kilku uderzeń serca jedynym, co pozostało po starożytnym wojowniku był lepki od śluzu szkielet uwięziony w prastarym pancerzu.

Przerażająca moc utrzymująca go od długich wieków przy życiu opuściła stare ciało wnikając poprzez klingę miecza w Grigora.

Szamanka zaczęła się cofać w stronę trzech pozostałych przy życiu wojowników krielu. Khadoriańscy żołnierze przestali zwracać jakąkolwiek uwagę na trollaków, skamienieli z wrażenia i wpatrzeni w promieniującą zielonym blaskiem postać kolduna. Poświata Ciemnibronu zaczynała z wolna słabnąć odsłaniając pozornie nietknięte ciało człowieka.

Janissa poczuła ucisk w gardle dostrzegając subtelną zmianę w wyglądzie swego niedawnego sojusznika. Oczy Orłowa, wcześniej mające kolor stali, teraz przeistoczyły się w smoliście czarny onyks błyszczący mądrością i intelektem, który wcale nie należał do kolduna. Zasłyszane od Staruchy słowa zadźwięczały ponownie w pamięci szamanki, stając się znienacka przerażająco zrozumiałe: runy trollaków trzymały w potrzasku uwięzione pod kopcem zło, ponieważ pochowany tam Orgot już wieki temu zatracił swą śmiertelną naturę, lecz teraz diaboliczny władca przeniósł swą jaźń poprzez Ciemnibron do ciała żyjącego człowieka. Grigor Orłow mógł przejść bez szwanki pomiędzy ochronnymi runami, uwalniające ukryte w nim zło z pułapki kurhanu.

Gdyby trollaki zdołały zabić Grigora, Ciemnibron z pewnością ożywiłby ciało swego nosiciela wpadając w tę samą pułapkę, co orgocki wojownik, ale wyzwanie takie wykraczało całkowicie poza możliwości garstki wykrwawionych wojowników. Pozostało im już tylko jedno, o ile w ogóle mieli jeszcze szansę dopiąć swego.

Dopadając swych wojowników Janissa oparła się na ramieniu jednego z nich, z trudem łapiąc powietrze.

– Uciekajmy! – wydyszała – Już!

Trollaki rzuciły się w stronę wylotu korytarza wiodącego ku powierzchni. Pozbawieni swych upuszczonych wcześniej i zgaszonych w trakcie walk pochodni, musieli pokonać atramentową czerń przejścia polegając wyłącznie na zmyśle dotyku. Próbująca dorównać im kroku Janissa obejrzała się w ostatniej chwili ponad ramieniem, dostrzegając gwardzistów mierzących z garłaczy w swego dowódcę. Orłow nie poruszył się od chwili sięgnięcia po miecz, być może potrzebując więcej czasu, by w pełni zaabsorbować jego wnikającą w ludzkie ciało moc, lecz drgnął w tym samym momencie, kiedy szamanka na niego spojrzała, jakby wyczuwając jej wzrok.

Unosząc Ciemnibron w dłoni wskazał sztychem miecza na przekraczającą próg komnaty Janissę, wykrzywiając oblicze w grymasie szaleńczego ukontentowania.

– Uciekajcie! – zawyła szamanka pędząc na złamanie karku w ślad za swymi wojownikami. Uciekali na oślep, niesieni skrzydłami przejmującej trwogi, która pozwoliła im przedostać się przez ukryte w ciemnościach podziemia mimo licznych stłuczeń i potknięć. Janissa wciąż oglądała się za siebie, podświadomie oczekując nadciągającej śladem zbiegów diabolicznej zielonkawej poświaty, lecz ta się nie pojawiła. Zderzając się ze sobą trollaki wypadły z wnętrza przejścia wprost w jaskrawe promienie gorącego słońca.

Janissa i jej wojownicy runęli na pozbawioną wszelkiego życia szarą ziemię rozciągającą się wokół kopca, nie potrafiąc złapać tchu i walcząc jednocześnie z odbierającą zdrowe zmysły grozą. Ucieczka z podziemi nie oznaczała bynajmniej końca wyzwania, przed którym przyszło im stanąć.

Krzywiąc się z bólu szamanka powstała z klęczek i postąpiła w stronę ziejącego czernią wejścia do grobowca. Wbijając ostrze Ziemiołamacza w grunt przed progiem, zacisnęła powieki pozwalając swe jaźni wniknąć głęboko w ziemię, wyczuwając każdy skryty w niej kamień, każdą grudkę i ziarnko piasku. Nie poprzestała na tym, zanurzając się coraz głębiej w dół, ku korzeniom ziemi i drzemiącym w nich pierwotnym energiom natury. Wspierana mocą sączącą się z otaczających kopiec obelisków, wzniesionych setki lat wcześniej przez jej poprzedników, szamanka sięgnęła po tę uśpioną tajemną energię.

Wszystko zaczęło się od leciutkiego drżenia, głębokiego wibrowania wprawiającego w ruch grudki zalegającego na ziemi pyłu. Drżenie przybierało z każdą chwilą na mocy, wstrząsając gruntem i pniami tkwiących w niej martwych drzew. Na czole Janissy skroplił się lodowaty pot, a ból promieniujący w jej ciele jeszcze przybrał na sile, ale nie ustawała w swych desperackich wysiłkach. Ziemia pod jej stopami zaczęła pękać i marszczyć się niczym tafla dotkniętej wiatrem wody.

I kiedy wydawać się mogło, że trollacka zaklinaczka nie ustanie już ani chwili dłużej na nogach, starożytny kopiec Orgotów uległ w końcu uwolnionej pod ziemią mocy. Cmentarne wzgórze zapadło się raptownie, w powietrze ponad nim wystrzeliła ogromna fontanna pyłu i popiołów. Nie odrywając oczu od tego spektakularnego widoku Janissa opadła z powrotem na klęczki, z trudem zachowując świadomość. Okoliczne drzewa przewracały się jedno po drugim, ukazując światu swe potrzaskane martwe korzenie. Chociaż runiczne cokoły kopca wkopano niegdyś bardzo głęboko w ziemię, również one uległy wstrząsom obalone silnym drżeniem gruntu. Leżący na ziemi za Janissą wojownicy przykryli się tarczami, bombardowanymi kawałkami kamieni i bryłami ziemi.

Wstrząsy w końcu ustały i kiedy opadł też pył, oczom Janissy ukazał się całkowicie zawalony kopiec. Grobowiec tworzył teraz zaledwie niewielkie wzniesienie, zaś po wejściu do kamiennego korytarza nie pozostał żaden ślad. Szamanka oderwała od kopca spojrzenie, powlokła się resztką sił ku jednemu z obalonych cokołów. Obelisk leżał na boku, przełamany w połowie i kiedy Janissa przytknęła do niego dłoń, nie wyczuła znajomego wibrowania mocy drzemiącej w runicznych znakach. Słowa Starej Wiedźmy ponownie wychynęły z podświadomości szamanki.

     Runy mające zatrzymać nieumarłych nie potrafią pętać żyjących.

Czy Grigor wciąż tam był, uwięziony pod tonami ziemi i skał, a mimo to wciąż utrzymywany przy życiu mroczną magią Ciemnibronu? A jeśli miażdżący wszystko zawał nie okazał się wystarczający, by unicestwić prastare zło? Janissa ponownie spojrzała na zniszczony cokół, rozważając coś w myślach. Trzeba było wykuć nowe runy, tym razem strzegące tego miejsca nie tylko przed umarłymi, ale i śmiertelnikami.

Miała przed sobą mnóstwo pracy.

Powyższe opowiadanie pochodzi z otwartego źródła na stronie Privateer Press, zostało stworzone jako wstęp do kampanii \”War-torn Alliances: Gnarls\”. Wszystkie prawa zastrzeżone dla Privateer Press.

Bookmark the permalink.

One Comment

  1. Super się czytało to opowiadanie, nawet we fragmentach, ale całościowo jest świetne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *