Sprawy rodzinne – część 4

Wnętrze położonej nieco poniżej ulicy karczmy było kamienne, ale zastawiono je rozlicznymi drewnianymi meblami, które w połączeniu z wielkim kominkiem i rożnem nadawały piwnicznemu pomieszczeniu cieplejszego wyrazu. Czwórka zstępujących po schodkach rybaków powitana została znudzoną miną pachołka stojącego za kontuarem, natomiast kilku jedzących śpiesznie śniadanie gości nie zwróciło na przybyszów żadnej uwagi. W kącie debatowało nad czymś z cichym ożywieniem dwóch zbrojnych o rysach mieszańców krwi, ci zerknęli na rybaków króciutko, zaśmiali się do siebie i wrócili do rozmowy.

– Pustawo tu jakoś… – mruknął Trzęsikęsek – Widać pora jeszcze zbyt wczesna, by gawiedź swawoliła.

Jakby w odpowiedzi na jego słowa osadzone w górze schodków drzwi otworzyły się z trzaskiem i do karczmy wpadło kilku zziajanych rzemieślników w pobrudzonych zaprawą fartuchach murarzy. Rybacy usunęli im się z drogi przysiadając na najbliższych ławach i zwracając na siebie uwagę innego z parobków, przetaczającego za pobliskimi drzwiami składziku duże beczki.

– Czym mogę służyć… waszmościom? – zapytał z lekkim przekąsem młodzian, spoglądając z iście wielkopańską wyższością na łatane kapoty i stare łapcie gości – Piwo po pięć kopperów od małego kufla, śniadanie od srebrnika w górę. Co podać?

Gusłek z miejsca pojął, że pod mianem kopperów pachołek rozumiał miedziaki, toteż sięgnął niepewnie po swą sakiewkę, żałośnie lekką, bo wartą zaledwie mały kufel piwa – jakże nieporównywalną z nabitym monetami trzosem Trzęsikęska.

– To może na początek małe piwo i jeszcze cztery puste kufle do tego? – zaproponował nieśmiało – Rozlejemy każdemu po równo, co?

Grupa mularczyków rozsiadła się przy stole obok, głośno i pośród śmiechów wzywając obsługę, by ta nie zwlekała z wydaniem zamówionej dzień wcześniej przez majstra strawy. Na dębowy blat stołu wjechały momentalnie parujące jeszcze półmiski z kaszą okraszoną skwarkami, do tego kilka pachnących bochenków chleba i smażone ryby. Na widok ten czwórka rybaków poczuła, że zjedzone przed świtem skąpe śniadanie przeszło już do wspomnień, a kurczące się żołądki wzywały, by je ponownie nakarmić.

– To nie pensja, tu się po darmemu nie wysiadywuje – oznajmił nieco zniecierpliwionym tonem pachołek – Macie wy aby pieniądze czy tylko miejsca szukacie, żeby sobie przysiąść?

– Dobry człowieku, jam jest kapłan i wybrał żem tą zacną oberżę aby zgotować skromne dziękczynienie ku czci Piana – Gusłek ze wszystkich sił starał się naśladować styl wysławiania swego sędziwego mistrza, z nielada trudem przybierając pozę człeka pełnego dostojeństwa i kapłańskiego autorytetu – Jeno nim decyzyję podejmiem, ja i moi pomocnicy, skosztować zacnych trunkowych wykwinuałów tej karczmy musim. Coby przedwcześnie ceremoniji nie inicjalizować – skonfundowanemu młodzieńcowi zaczynało brakować mądrych słów zasłyszanych u czcigodnego Żłopa, toteż począł się nieporadnie drapać po głowie – prosim o podanie małego piwka i tyle kuflów ile nas tu przyszło, uf…

-Kęsek, potrząsnij no sakwom i wysupłaj na napitek dla bratków – wtrącił natychmiast Pchełek, rozwalony wygodnie na ławie i zerkający z łakomym błyskiem w oku na jedzących opodal mieszczan – Dyć widzisz, że zanim zdążymy się kogo o co spytać, dostaniem kopa w rzyć i na zbitą gębe wylądujemy na bruk, jak ongiś wujcio Mendek, co się zgniłych wiśni obżarł, we łbie mu się zakołowało i wszychne cztery zemby na ścianie stodoły zostawił.

Trzęsikęsek nie zdążył jeszcze nic odrzec Pchełkowi, kiedy karczmarz stanął przy stole rybaków łypiąc na gości przekrwionymi, noszącymi ślady zmęczenia oczami.

– Kapłan Piana ze swą świtą? – ni to stwierdził, ni to spytał, głosem głębokim i niskim – Jak człek pobożny pozdrawiam z całym szacunkiem i rad żem niezmiernie, że tak świątobliwa persona raczyła zawitać w nasze skromne progi.

Mężczyzna przemawiał tonem nad wyraz uprzejmym i miłym, toteż Gusłek nie omieszkał się szeroko uśmiechnął, całym swym obliczem dowodząc zadowolenia z tak grzecznego powitania. Trzęsikęsek się nie uśmiechał, bo kątem oka spostrzegł coś, co zupełnie przeoczyli Gusłek, Pchełek i Łamignat: pucujący dotąd kufle barman przerwał swą robotę i schylił się pod kontuar wyciągając zza niego tęgą pałkę, zaś odpowiedzialny za zbieranie zamówień pachołek zniknął na chwilę za sąsiednimi drzwiami, by moment później stanąć za progiem wraz z innym młodzianem, dzierżąc w rękach podobne do barmańskiej pałki i spozierając badawczo w stronę swego pryncypała.

Widać było, że wszyscy czekają na jakiś umówiony znak, a przeczucie podpowiadało Trzęsikęskowi, że kiedy znak ten zostanie uczyniony, nie będzie wieścił gościom niczego dobrego.

– Jestem tym bardziej zaszczycony, że to już druga wizyta duchownego Pana Uciech w mojej karczmie w tym miesiącu – ciągnął karczmarz, tonem wciąż uprzejmym i spokojnym – Odprawione poprzednim razem ceremonie tak chwacko inicjalizywowane były, żem ledwie nadążył z opróżnianiem składzików, wszystkie trunkowe wykwinuały na zbożny cel poszły. Kapłan, któren ten zaszczyt mi uczynił darmową biesiadę tu wyprawiając, obiecał, że za mą hojność rychło spłyną na mnie łaski rozliczne i wielkie błogosławieństwo Piana. Cosik mi się widzi, że opacznie te słowa zrozumiałem, bom się spodziewał większych zysków ze sprzedaży, a tymczasem Pan Uciech zaszczycił mnie w zamian po raz wtóry wizytą swego syna.

Trzęsikęsek w mig pomiarkował, co w powietrzu wisiało, wyjął zza pasa sakiewkę potrząsając nią znacząco.

– Nikt nie chciał was obeżreć za darmo, łaskawy panie – oznajmił karczmarzowi, a marsowa mina gospodarza natychmiast zelżała – Masz ci tutaj dwie srebrne monetki i każ piwa przynieść pachołkom, bo nam w gardłach strasznie poschło!

– Tacy goście zawsze są mile widziani – gospodarz klasnął donośnie w dłonie, a widzący ten znak młodzieńcy odstawili czym prędzej pałki biegnąc do najbliższej beczki piwa. Karczmarz zwinął podane mu przez myśliwego srebrniki, schował je do kieszeni fartucha.

– I chleba nam podaj i może jaką rybę, może być smażona – zażyczył sobie Trzęsikęsek, wciąż niebywale ukontentowany interesem jaki ubił z handlarzem futrami.

Dwaj siedzący w kącie zbrojni popatrywali znacząco w stronę rybaków, coś tam do siebie szeptali, potem obaj dosiedli się do ław przy stole wieśniaków. Trzęsikęsek i Gusłek zmierzyli badawczym wzrokiem ich przeszywanice, pasy z metalowymi klamrami i ciężkie buty, zatrzymując spojrzenia na koniec na noszonych przy pasach szablach mieszańców. Łamignat i Pchełek nie odrywali wzroku od pociągłych twarzy wojaków, zwłaszcza zaś wystających spomiędzy grubych warg dolnych kłów, jawnie dowodzących domieszki orkowej krwi w ich żyłach.

– Fortuna wam sprzyja jak widzę, niejeden chciałby mieć tak nabity mieszek – powiedział jeden z mieszańców, opierając się o blat stołu i klepiąc Łamignata protekcjonalnie po ramieniu – Łaska Katana z wami, dobrze ludkowie. Pierwszy raz w Ostrogarze?

Gusłek, jak zwykle ostrożny, nic nie odrzekł, skinął jedynie głową.

– Jestem Wurzzt, a to Ayheer – przedstawił się mieszaniec – Jeśli wam czego potrzeba, przewodnika po mieście albo ochrony, radzi będziemy pomóc.

Trzęsikęsek zauważył, że obaj mężczyźni nader skwapliwie spozierają na jego sakiewkę i niezbyt mu te spojrzenia przypadły do gustu. Było coś dziwnego w jowialnych uśmiechach zbrojnych, w ich przyjacielskim zachowaniu i dobrodusznych słowach; coś, co niezbyt myśliwemu przypadło do gustu.

– A może chcecie się jeszcze bardziej dorobić? – zaproponował Ayheer – Możemy się razem nieźle zabawić w ciekawą grę, zwie się „trzy muszelki”. Grunt, żebyście gotówkę mieli, to wam chętnie pokażemy jak się w to gra.

Mieszaniec urwał na chwilę, odczekał, aż jeden z pachołków postawi na stole kufle pełne pienistego piwa.

– Przyjdzie jeszcze czas na grę, Ayheer – wtrącił z szerokim uśmiechem Wurzzt – Powiedzcie wpierw, dobrzy ludkowie, skąd jesteście i co was sprowadza do Ostrogaru?

– A masz ci los, szkoda, że wszytko w sakwie panu swojemu oddać muszę – odparł niespodziewanie bystrze Trzęsikęsek, z marszu przejawiając w stosunku do nowych znajomków głęboką, aczkolwiek starannie skrywaną podejrzliwość – Słyszałem za to, że można się nieźle obłowić w takiej grze, nawet powiem wam przemiłym waszmościom, że niespełna kilka dni temu dwóch obdartych kmiotków tak było rozochoconych takowym zarabianiem pieniędzy, że już mnie chcieli ze sobą zabrać, jak im tam było? Krzesicośtam i Sękaty, ciekaw jestem niezmiernie jak im poszło.

Pobladły po twarzy i ewidentnie przestraszony nagle zawartą znajomością Gusłek przełknął z trudem ślinę nie odrywając wzroku od szablistych kłów rozmówców. Oddychając głęboko i błagając w myślach swe bóstwo o łaskę stalowej siły woli młodzieniec chrząknął znacząco zwracając na siebie baczną uwagę obu mieszańców.

– Dobre pany, my proste chłopy. Grać my nie umiemy, a i dutków w kabzie nie mamy, coby my je postawić mogli. Możemy uraczyć dobrych panów kufelkiem, bo gdzie jest dla dwóch, tam znajdzie się i dla trzech. Ale mus nam insze sprawy załatwić w Ostrogarze i dobrym panom kompani dotrzymać jeno na chwilkę możem.

Wurzzt patrzył na Gusłka dłuższą chwilę, wzrokiem pospołu ironicznym i pełnym politowania, potem trącił Ayheera łokciem z pełną wesołości miną.

– Ech, nie bądźże taki skromny, człeku – powiedział machając jednocześnie w stronę jednego z pachołków kuflem, co miało oznaczać, że domaga się piwa – Ty może i dutków nie masz, ale twój kompan w srebro zasobny. Skoro mus wam dalej iść niebawem, poznajomujmy się tym prędzej. Skąd to zatem jesteście?

– Jesteśmy myśliwymi z Bura-ura – oznajmił czym prędzej Trzęsikęsek, wybawiając zmieszanego Gusłka z opresji – Nasz jaśnie panujący elejat wysłał nas, byśmy wybadali jak tu łacno futra wszelakie sprzedawać, bo ziomki by chętnie skórki do miasta słali jak cena dobra będzie.

Dwaj zbrojni spojrzeli na siebie z pewnym zdziwieniem, potem Ayheer wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni talię dziwnych papierków, którą zaczął wprawnie tasować, z miejsca przyciągając wzrok Łamignata.

– Bura-ura? – powtórzył Wurzzt – To musi być bardzo daleko stąd albo to bardzo mała wiocha, bom nigdy takiej nazwy nie słyszał. I szukacie zbytu na futra, powiadacie? Jak tak, to się bez trudu dogadać możemy, wy je będziecie wozić do miasta, a my je od was kupować. Po co macie sami kupców szukać, o dutki się targować? Z nami dobrze zarobicie, myśmy są wyborne pośredniki w kupczeniu.

– Co to je? – odezwał się nagle Łamignat, wciąż wpatrzony w talię kartoników w rękach Ayheera. Mieszaniec zauważył jego minę, uśmiechnął się pod nosem.

– To są karty do gry – powiedział rozkładając barwne kartoniki na blacie stołu – Mają różne wartości, podług tych obrazków, co są na nich wymalowane. Patrzcie tylko, to jest Kartan, a to jego kurtyzana, a tutaj hyrtan i elejat. Są jeszcze inne, a każda coś znaczy. Jak chcecie, mogę was nauczyć grać, pierwsza partyjka darmowa, potem zdałoby się parę dutków na stół rzucić, coby stawkę podbić i grze werwy przydać.

Siedzący dotąd w milczeniu Pchełek szacował zbrojnych wprawnym okiem, wyceniając mimowolnie ich czarne skórzane kaftany, przeszywanice, ciężkie buty, wiszące przy pasach rękawice o mosiężnych guzach, wreszcie szable i wiszące po drugiej stronie bioder puginały.

– A jak ty robisz, że one tak z ręki do ręki latają? – Łamignat zdradzał hipnotyczne zainteresowanie kartami Ayheera.

– Tajemnica – zaśmiał się półork – A coś ty taki ciekawy, co? Ciekawość dużo kosztuje.

– Jestem ciekawski, bo jestem… bo jestem… ten, tego… perwersas! – wypalił osiłek, przypominając sobie egzotyczne słowo zasłyszane od portowego inkasenta – Ta, jestem perwersas i Trzęsikęsek też, bo on zawsze wszystko musi wiedzieć!

Kilku siedzących obok mularczyków przerwało na chwilę rozmowę, wlepiło swe spojrzenia w rybaków, któryś z nich zakrztusił się piwem.

– No, cóż… to nie zbrodnia – przyznał po chwili ciszy Wurzzt – My sami w takich rozrywkach nie gustujemy, ale jeśli macie srebro, chętnie wam sprowadzimy paru takich, co wygodzą wam za wszelkie czasy. To były te pilne sprawy, do których wam śpieszno?

Rybacy milczeli niczym zaklęci, nie wiedząc widać, co odrzec. Mularczycy zaczęli się szeptać z ożywieniem między sobą, posyłając wieśniakom albo rozbawione albo potępiające spojrzenia.

– Dobrze, nie mówmy o tym, są przecie wielce ciekawsze tematy – Wurzzt upił piwa z kufla, oblizał grube usta z piany. Trzęsikęsek nie omieszkał zwrócić uwagi na fakt, że obaj mieszańcy nosili orkowe miana: świadczyło to o tym, że ich wywodzący się z orkowej linii rodzice usynowili pochodzących z mieszanego związku potomków, a to dawało im w Ostrogarze znacznie wyższy status niż ten przynależny ludziom czystej krwi. Myśliwy rozmyślał zatem gorączkowo nad sposobem wykorzystania dwóch zbrojnych do poszukiwań zaginionych ziomków.

Jak się okazało, Wurzzt myślał chyba o tym samym, ale jego komentarz nie sprawił Trzęsikęskowi radości.

-Coś żeś tam pomiarkował o tych dwóch kmiotkach, co to cię chcieli ze sobą zabrać do miasta? – spytał półork – Też tu pierwszy raz byli?

– Nie, niby już wcześniej przypływali – odparł myśliwy łapiąc jednocześnie w dwa palce wysmażony rybi filet, który nęcił od dłuższej chwili jego nozdrza – Jako rzekłem, bardzo ciekaw tego, jak im mnożenie dutków idzie.

– Pewnikiem ktoś ich już odarł z gotówki do gołej skóry – zaśmiał się Ayheer – Tutaj gorsze drapieżcy grasują jak na puszczy, dobrzy ludkowie. Kto w Ostrogarze niebywały, temu mus na każdym kroku zważać, tedy Kartan wam sprzyjał krzyżując nasze ścieżki. Rzeknijcie tylko słowo, a chętnie się wami zaopiekujemy, za drobną opłatą.

– Karczmarzu, piwa szlachetnym panom! – zakrzyknął czym prędzej Trzęsikęsek – Zaszczyt to gościć przy stole tak zacnych wojaków, nie lza im napitku skąpić, a przecie kufle pustawe mają! Żywo tu do nas!

Atmosfera przy stole rybaków robiła się coraz bardziej ożywiona, w głównej mierze dzięki kuflom piwa, które Trzęsikęsek domówił z pozornie zachwyconą miną, w duszy zaś nie potrafiąc za nic odżałować dwóch następnych srebrników znikających w dłoni karczmarza. Dwaj mularczycy dosiedli się do stołu wyrażając zainteresowanie kartami Ayheera, na blat posypało się trochę miedziaków zrzucanych do wspólnej puli. Zafascynowany grą, chociaż kompletnie nic z niej nie rozumiejący Łamigant gotów był zastawić swą drewnianą pałę, ale oferta nie spotkała się z aprobatą graczy, podobnie zresztą potraktowano jego schodzone łapcie i parciany pas.

Właściciel karczmy musiał być zadowolony z powstałego w lokalu zamieszania, bo wesołe okrzyki karcianych graczy zwabiły z ulicy kilku następnych gości, ubranych co prawda w proste stroje rzemieślników, zasobnych jednak w miedź i srebro i gotowych wydać je dla odrobiny rozrywki.

– Drodzy przyjaciele! – zakrzyknął właściciel stając na drewnianej ławie i waląc łyżką w sagan – Uciszcie się na chwilę! Mam wam cosik ważnego do powiedzenia!

Goście, na których składali się wciąż jeszcze nieco nieśmiali rybacy z Burat-aru, rozochoceni grą mularczycy, którzy zapomnieli widać, że czas wracać na budowę, dwaj inkasujący coraz więcej kopperów mieszańcy oraz blisko dziesiątka nowych klientów różnej profesji i aparycji, uciszyli się niechętnie, przestali grać, ktoś uciszył śpiewającego ochryple kompana.

– Zaszczyt mi przypadł oznajmić, że mamy w naszym gronie osobę duchowną! – krzyknął karczmarz celując swą łyżką prosto w Gusłka – Ten oto dobry człowiek tam na ławie jest nikim innym jak kapłanem Piana! Poprośmy go o błogosławieństwo Pana Uciech!

– Prosimy! Prosimy! – gwar rozradowanych głosów pozbawił Gusłka tchu. Widząc jego onieśmieloną minę mężczyźni zaczęli uderzać kuflami w blaty stołów, wystukując na nich nierówny rytm. Dźwięk ów sprawił, że drzwi lokalu rozwarły się szeroko, a po kamiennych schodkach zeszło kilku mieszańców i orków czystej krwi, zbrojnych w szable i w skórzanych zbrojach zdradzających profesję najemników.

– Prosimy! Prosimy! – nie ustawały wezwania gości, spotęgowane jeszcze widokiem beczki piwa wytoczonej na polecenie karczmarza przez dwóch pachołków, na koszt właściciela.

Czerwony jak burak Gusłek podszedł niepewnie do beczki, jeszcze bardziej przerażony zapadłą nagle ciszą niż wcześniejszymi krzykami, uniósł w górę ręce usiłując przypomnieć sobie naprędce obrzędy swego mistrza. Kłopot polegał w głównej mierze na tym, że skłonny do bachanaliów Żłop rzadko kiedy kończył swe liturgiczne obrządki, pomijając wiele ich fragmentów w chęci jak najszybszego zabrania się do picia.

– Aj, aj! – zakrzyknął Gusłek starając się zapanować nad drżeniem głosem – Zaprawdę powiadam wam, pijcie do dna na chwałę Pana Uciech, albowiem spogląda on okiem łaskawcy na tych, którzy hołd trunkom oddają i wszetecznym zabawom! Niechaj błogosławieństwo jego spłynie w naczynia wasze i głowy, żeby wam trzewiów nie poskręcało i żeby wam łby nie popękały od nadmiaru świętych opiatów! To… to chyba styknie, jak myślicie, chłopy?

– Styknie! – ryknęły „chłopy”, trącając się ochoczo kuflami. Grupa najemników usiadła przy jednym z sąsiednich stołów, pozdrawiając zdawkowymi gestami Wurzzta i Ayheera, resztę klientów mierząc zaś pogardliwym wzrokiem. Trzęsikęsek zauważył, że trzech z sześciu najmitów było rodzonymi orkami, o ciemnej pomarszczonej skórze, spiętych w kity długich włosach i osadzonych głęboko pod łukami brwiowymi oczach. Pozostali trzej zdradzali swym wyglądem sporą domieszkę ludzkiej krwi, przez co ich twarze nie były tak nienaturalnie pociągłe i pozbawione charakterystycznie wysuniętych szczęk. Złożyli zamówienie posługując się własnym językiem, ale karczmarz zrozumiał ich w lot, toteż myśliwy szybko się zorientował, że oprócz Wspólnej Mowy popłacała w Ostrogarze znajomość języka panów świata.

– Znajomki? – zagaił do Wurzzta, z trudem przekrzykując gwar ludzkich głosów i dyskretnie wskazując mieszańcowi sprawiających groźne wrażenie przybyszów. Półork pokręcił przecząco głową.

– Nie, pierwszy raz ich na czy widzę. Chodzi ci o pozdrowienie? – domyślił się mieszaniec – Więzy krwi, nic więcej. Ale na miejscu twego ziomka nie sławiłbym już zbyt głośno miana Pana Uciech. Myśmy są z Ayheerem światowi i bardzo tolerantowni wobec bogów wszelakich, to nam i Pian na co dzień miły, ale przyuważ wisiory, które tamci na szyjach noszą, z żelaza odlane. Widzisz?

Trzęsikęsek pokiwał głową dostrzegając wskazaną mu przez Wurzzta biżuterię. Wszyscy najemnicy mieli na szyjach rzemyki, na nich zaś odlane z czarnego żelaza wisiory pod postacią zaciśniętej pięści wkomponowanej w przecięty błyskawicą okrąg, misternie wykończone i wypolerowane na błysk.

– To czciciele Katana Boga Jedynego – wyjaśnił mieszaniec – Bardzo irytatywni, jeśli się przy nich sławi miano innych bogów. Lepiej się przy nich nie wychylać, zwłaszcza tych pełnej krwi.

Wurzzt pochwycił badawcze spojrzenie starszego wiekiem orka o twarzy pociętej licznymi szramami, straszącego strzępkiem lewego ucha i groźną miną. Weteran kiwnął mieszańcowi nieznacznie głową, wydął usta wypychając jeszcze bardziej swe okazałe kły. Wurzzt odkłonił się grzecznie, uderzył w pierś zaciśniętą pięścią w geście pozdrowienia. Chwilę potem na stół najmitów wjechała taca pełna kufli spienionego piwa, całkowicie pochłaniając uwagę rębajłów.

Trzęsikęsek poczuł lekki dreszcz wyobrażając sobie Sękacza i Krzesimira, którzy nieostrożnie zadzierają ze stworami pokroju tych czcicieli Katana. Taki zatarg nie mógł się skończyć dobrze, a przecie był ledwie jednym z rozlicznych niebezpieczeństw czyhających w Ostrogarze na nieobytych z miastem przybyszów z prowincji.

– Tak sobie miarkuję, że pomoc waszmościów iście się nam może przydać w pewnej nader delikatowej materyji – powiedział myśliwy przysuwając usta do ucha Wuzzta.

– Tak? – mieszaniec uniósł z zainteresowaniem brwi, ale nie zadał następnego pytania, bo przerwał mu nagły wrzask karcianych graczy.

– Cztery katany i cztery dziwki! – ryknął jeden z mularczyków, tęgi człowiek o łysej czaszce i krzywym nosie – Leżycie i kwiczycie! Dawać pieniądze!

W gwar protestów i jęków zawodu wdarł się donośny trzask otwieranych drzwi karczmy. U szczytu schodów pojawił się krzepki mężczyzna w fartuchu ubrudzonym od kamiennego pyłu, z zaciśniętymi gniewnie pięściami.

– Tuście są, wy sucze syny! – wrzasnął przybysz nie panując nad swymi nerwami – Skórę z was każę drzeć, nieroby parchate! Won mi na budowę, a żwawo, ostatni dziesięć batów dostanie!

Kilku młodszych mularczyków poderwało się śpiesznie z ław, ale zwycięzca ostatniej karcianej partyjki podniósł w stronę majstra kufel, wymachując nim tak żwawo, że opryskał piwem Gusłka i Łamignata.

– Dwaj do nas, majster! Robota nie zając, nie ucieknie! Szacowny gospodarz darmowym napitkiem raczy, toż to żal nie skorzystać!

– A wy dokąd?! – ryknął ponownie mężczyzna w fartuchu, tym razem w stronę wskakujących już na schody mularczyków – Do stołów, z powrotem! Chcecie dobre imię karczmarza zniesławić, gościną gardzicie?! Wy psie chwosty, skórę z was będę darł, żeście o mnie zapomnieli, sami wszystko przechlać chcecie!

Kiedy mularczykowie przepychali się na ławie robiąc miejsce swemu majstrowi, Trzęsikęsek skorzystał z okazji, by wrócić do przerwanej rozmowy z Wurzztem.

– Futra to jedna sprawa, panie – przyznał się myśliwy – My tu też w innej intencyi, znajomkowie nas prośili, cobyśmy w mieście bywając rozpytać mogli o ich znajomków, rybaków z wioski o rzut kamieniem od naszej, co im dutki winni są, a nie chcą wracać.

– Przyjechali do Ostrogaru i nie wracają do domu? – spytał Wurzzt, a kiedy myśliwy kiwnął głową, półork roześmiał się ironicznie – To się tutaj na co dzień zdarza, toż to stolica, tutaj łatwo się dorobić… albo życie postradać. Jak chcecie ich szukać, a jeno miana znacie i nie wiecie, gdzie nocowali, to coś mi się widzi, że ich nigdy nie znajdziecie. Wiesz ty, dobry człeku, ilu w Ostrogarze jest mieszkańców? Ja ci nie powiem, bo do tylu zrachować nie potrafię, ale pomyśl sobie, że jest ich tylu, co ryb w Wielkim Jeziorze albo drzew w Zielonej Puszczy. Tu szpicle potrafią tygodniami szukać kogoś, na kogo nakaz był wydany i go nie znaleźć, a co dopiero jakowyś kmiotków!

– Co nam tedy czynić? – zapytał Trzęsikęsek – Gdzie rozpytywać, gdzie szukać? Nam tam furda, co z nimi się stało, bo to sąsiady są, a nie ziomki, ale jakeśmy już tu dojechali, to szkoda bez nowin dla sąsiadów wracać, nie?

– Jeśli własną łodzią przypłynęli, możecie w portach szukać, choć pewnie wam tydzień z okładem zejdzie, nim wszystkich wypytacie. Jeśli przypłynęli z kimś, szukajcie wiatru w polu, tutaj dziennie przypływa i odpływa istna armia.

– Własną łódź mieli – odparł coraz bardziej rozczarowany Trzęsikęsek.

– Cóż, nie macie pewności nijakiej, że oni jeszcze w mieście są, prawda? – zadumał się Wurzzt, pociągając haust piwa z kufla z ochotą świadczącą o głębokim zamiłowaniu do trunków opłacanych przez innych – Może w drodze do wioski łodź im się wywróciła i utonęli? Albo ich kto napadł? Podobno na jeziorze cały czas grasują tacy niby to rybacy, co się na inne łódki zasadzają, mordując i grabiąc. Ale jesli wciąż w Ostrogarze pozostają, mus wam wpierw do inkasentów się zgłosić w porcie, co to pieczę mają nad porzuconymi łódkami. Jeśli ci sąsiady nie płacili za miejsce przy pomoście, ktoś im niechybnie łódź przeciągnie do punktu skupu, gdzie takie zdobycze sprzedaje się nowym właścicielom.

– A gdzie to takie punkty skupu są, panie Wurzzt? – spytał z nagłym przypływem nadziei Trzęsikęsek.

– W każdym z portów, wystarczy na miejscu popytać. My by wam z serca całego pomogli, aleśmy nigdy tej ichnej łódki nie widzieli, to i jej nie poznamy na własne oczy, ale jak wyłożycie trochę srebra za nasz zachód, to możemy z wami pójść, coby łacniej wypytać miejscowych, co i jak i gdzie.

Myśliwy pokiwał głową zamyślając się głęboko, Wurzzt napił się zaś piwa. Ayheer zaczął rozdawać karty do następnej partyjki, na blacie zabrzęczały kolejne monety, tym razem więcej srebrnych niż miedzianych. Wtem wesołe okrzyki z przeciwnej strony zwróciły uwagę graczy na nowe widowisko.

Poklepywany po plecach przez Pchełka Łamignat podwijał rękawy swej kapoty szykując się do siłowania na ręce z rosłym mularczykiem o przepitych oczach.

– Ha, to lubię! – zakrzyknął Wurzzt – Na dobrą walkę zawsze warto coś postawić, choćby się i miało przegrać! Miliście człowieczki, to na waszego ziomka postawię, całego srebrnika!

Wrzawa przy stole uciszyła się na znak dany przez majstra. Ten wspiął się na ławę, otarł wargi z piwnej pianym, po czym klasnął donośnie w dłonie. Cisza prysła w ułamku sekundy, a zgiełk dopingujących zawodników gości wzbił się pod powałę knajpy, budząc pomruki niezadowolenia u grupki orków i półorków wciąż okupujących stolik w kącie.

Łamignat wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, bo mularczyk – chociaż chłop na schwał – nie mógł się równać krzepą z wiejskim osiłkiem, harującym przy wiosłach i w lesie przy wyrębie od dziecięcych lat. Ostrogarczyk walczył szaleńczo, szczerząc własne zęby i napinając mięśnie tak, że aż mu żyły na skroniach powychodziły, ale nie podołał wyzwaniu. Łamignat docisnął jego dłoń do blatu stołu i roześmiał się gromko, ukontentowany swym zwycięstwem, radosnymi okrzykami widzów i przyjacielskim poklepywaniem po plecach, do którego zupełnie nie przywykł, a które niesamowicie przypadło mu nagle do gustu.

– Wygralimy, Pchełek! – oznajmił uszczęśliwiony – Żem przecie gadał, że wygramy i widzisz? Dobrze żem się sprawił, dobrze?

– Pewnie, że dobrze – odparł płowowłosy rybak – Tyle, żeś tylko ty wygrał, my jeszcze nic, bośmy nic nie obstawili. Hej, ludkowie, ktoś się jeszcze zamiaruje mierzyć? Chyba portkami nie trzęsiecie, co? Trzęsikęsek, sięgnij no do sakiewki, dajże z pięć srebrników! Jaśnie pany, kolegi, stawiam w imieniu mego druha pięć srebrników, że wygra następną walkę. Kto w pięć srebrników zasobny, a szczęście i krzepę chce sprawdzić, niechaj do stołu zasiada. Srebro na blat i niech je zgarnie silniejszy!

Mularczycy wdali się w dyskusję między sobą, podpuszczając się wzajemnie i naigrywając z nieco wątpiącego w swe możliwości robotnika, którego wytypowano gremialnie jako następnego zawodnika. Człowiek ten, równie barczysty i rosły jak poprzednik, zasiadł w końcu na ławie po przeciwnej stronie Łamignata, spluwając wpierw na szczęście przez ramię.

– Dawaj łapkę, syneczku – oznajmił głębokim basem, rzucając na stół pięć srebrników, które Pchełek zgarnął na niewielką kupkę dokładając do niej monety wyciągnięte od Trzęsikęska – I bacz na swe paluchy, żebym ci ich nie zgniótł.

– Twardyś w gębie – zaśmiał się Wurzzt – Zaraz przyjdzie się nam przekonać, czyś równie chwacki w mięśniach!

– Pchaj ile wlezie – trącił Łamignata Pchełek – Tera nasze srebro na szali, jak je przetracisz, Trzęsikęsek ci niechybnie łyp jaki w rzyć wsadzi ze złości.

– Nikt mnie nie będzie niczego w zadek wciskać! – warknął rozeźlony olbrzym. – Dawaj no tu tego cielebunia i już każ kolegom po jakiego konowała lecieć!

Dotknięty do żywego słowa Łamignata, wielki mularczyk złapał go za dłoń, oplótł ją palcami, zagryzł wargi szukując się do zaciętego boju. Trzęsikęsek z musu wdrapał się na ławę, bo stłoczeni wokół stołu widzowie przysłonili mu widok.

– Cichajta! – krzyknął majster – Na moje słowo, jazda!

Tym razem żyły wystąpiły na czoło i krzepkiemu rybakowi i Ostrogarczykowi. Mężczyźni zastygli na moment w bezruchu, potem ich ręce zaczęły poruszać się to w prawo, to w lewo, kiedy na przemian próbowali przełamać zawziętą obronę przeciwnika. Żaden z widzów nie ważył się klepnąć na znak zachęty swego ulubieńca, wszyscy za to wrzeszczeli przeraźliwie i tłukli kuflami w blat stołu wywołując dziki harmider, którego dźwięk ściągnął do karczmy kilku następnych gości, zstępujących wolno po schodach.

Siedzący z boku ławy Gusłek przełknął mimowolnie ślinę widząc, że jednym z przybyszów jest krasnolud – prawdziwy krasnolud, z gęstą brodą zaplataną w warkoczyki, w szpiczastym metalowym hełmie i z wielkim misternie rzeźbionym ryngrafem na piersiach. Gusłek wzorem Trzęsikęska wspiął się czym prędzej na ławę, nie odrywając swego oszołomionego wzroku od nieludzia rozglądającego się badawczo po wnętrzu karczmy.

– Uuaaa! – wrzask części widzów oznajmił wszem i wobec, że Łamignat pokonał kolejnego z rzędu adwersarza, omal mu nie miażdżąc przy tym dłoni. Zachwycony rezultatem pojedynku Pchełek zgarnął dźwięczące mile monety do ręki, spoglądając tryumfalnie na Trzęsikęska.

– Niezły jest – powiedział do myśliwego Wurzzt – Całkiem niezły. Można by pomyśleć o jego mecenasowywaniu, jeśli byście szukali kogoś do załatwienia lepszych płatnie gier…

Gwar przy stole umilkł jak nożem uciął, kiedy przed Łamignatem wyrosła znienacka masywna sylweta. Mularczykowie wycofali się czym prędzej do swoich ław, poszeptując coś między sobą. Rozradowany osiłek oderwał wzrok od Pchełka i spojrzał w górujące nad nim oblicze orkowego weterana, wspartego potężnymi pięściami o krawędź stołu.

W zapadłej nagle ciszy rozległo się kilka chrapliwych słów, wręcz wydartych z gardzieli wielkiego orka. Siedzący obok Ayheer przeniósł spojrzenie z wojownika na Łamignata, chrząknął znacząco.

– Ten pan chce się z tobą zmierzyć – przetłumaczył słowa weterana na Wspólną Mowę – Stawia sztukę złota przeciwko twoim dziesięciu srebrnikom, ale jeśli przegrasz, obetnie ci na znak wygranej kciuki.

Wielki ork odczekał, aż Ayheer skończy mówić, dorzucił coś jeszcze, co wywołało wesołość jego towarzyszy.

– Mówi, że jeśli chcesz się wycofać, nie będzie ci robił wyrzutów. Każdy powinien znać swe miejsce i nie stawać nadaremno przeciwko lepszym od siebie.

Lecz pijany zwycięstwem Łamignat wsparł z marszu rękę na blacie stołu gotowiąc się do kolejnego pojedynku i nawet nie próbując mierzyć swych sił na zamiary.

Pchełek struchlał słysząc słowa orka, zaś zuchwała postawa Łamignata wprowadziła go w stan silnego przerażenia. W Burat-arze nikt z wieśniaków nawet by się nie poważył podjąć takiego wyzwania w obawie przez chłostą za bezczelność, bo orkowie rządzili w północnych elejatach żelazną pięścią i bizunem, w razie konieczności nie stroniąc też od wbijania aroganckich poddanych na pal.

Siedzący w ostrogarskiej karczmie Łamignat, rozochocony wcześniejszymi zwycięstwami i pewien siebie, przyjął wyzwanie, które najpewniej miało go przerosnąć – Pchełek widział tę posępną pewność również w oczach milczącego Trzęsikęska. Orkowy weteran był olbrzymem podług swej i ludzkiej rasy, pięści miał jak bochny chleba, a muskuły rąk niczym niedźwiedzie szynki. Widząc bezczelną minę rybaka rębajło sapnął chrapliwie, a potem siadł na opustoszałej raptownie ławie. Stojący pół kroku za nim mieszaniec dobył zza pasa dwa długie noże, podał swemu towarzyszowi. Kilku widzów wciągnęło gwałtownie powietrze, kiedy zawodnik zakręcił nożami młynka, a potem wbił je do połowy ostrzy w drewniany blat stołu, pod błyskawicznie, ale niebywale starannie dobranym kątem.

Splecione dłonie orka i człowieka znalazły się w środku pomiędzy nożami i Pchełek pojął znienacka, czemu broń ta miała służyć. Przeginający dłoń przeciwnika zawodnik przybliżałby ją nieuchronnie w stronę ostrej jak brzytwa klingi, w dodatku dokładnie na wysokości kciuka ofiary, w brutalny sposób markując linię cięcia przegranego palca.

– Chrukk hazar het myrrda! – wyrzucił z siebie mocarny najemnik, najwyraźniej pod adresem zbitego z tropu majstra mularczyków, swych zmrużonych złowrogo oczu nie odrywał jednak od uśmiechniętego dobrodusznie oblicza Łamignata. Pchełek miał coraz gorsze przeczucia, coraz gorsze.

Już pierwszy rzut oka na muskulaturę wojownika dowodził jego ewidentnej przewagi nad wioskowym osiłkiem. Płowowłosy złodziej zmełł w ustach przekleństwo, wymienił bezradne spojrzenie z Trzęsikęskiem, spojrzał w stronę Gusłka, który oderwał w końcu wzrok od przyglądającego się walce krasnoluda i wbił przejęte spojrzenie w splecione między nożami dłonie zawodników.

Pchełek pojął, że tylko szybkim działaniem zdoła ocalić lekkomyślnego przyjaciela.

– Na mój znak, jazda! – krzyknął majster, a krąg widzów zbił się ciasno wokół przeciwników. Ludź i nieludź wydali z siebie głuche stęknięcia próbując z biegu przełamać siłę mięśni adwersarza, napierając na siebie wzajemnie i zaciskając zęby tak, że mało nie popękały. Gusłek jęknął ledwie słyszalnie widząc jak splecione ze sobą dłonie zaczynają się odchylać w stronę prawego ostrza.

Łamignat powoli, powolutku ulegał brutalnej półzwierzęcej sile orkowego wojownika.

Pchełek nie tracił czasu. Korzystając z uwagi widzów skupionej niepodzielnie na pojedynku oraz z ciżby wokół zawodników wślizgnął się za ich plecami pod wielki drewniany stół, zabierając wpierw z pobliskiego blatu niewielką olejną lampkę. Wiedziony desperacją i pewien obciętej głowy w razie odkrycia tego oszustwa, zaczął pełznąć po kamiennej posadzce w stronę wspartych w nią wielkich stóp orka, słysząc dobiegające z góry coraz głośniejsze okrzyki, gwizdy i posapywanie przeciwników. W lampie wciąż palił się knot, więc dopełznąwszy do wielkich skórzanych butów orka Pchełek jął wylewać olej przez otwartą boczną ściankę lampy, zraszając obficie przestrzeń wokół podeszwy buta w nadziei na to, że przyciskający stopy do posadzki ork rychło się poślizgnie i ulegnie z zaskoczenia Łamignatowi. Sam złodziej musiał się jeszcze na czas wycofać, bo nie zostać złapanym na gorącym uczynku…

Lecz rezultat tego sprytnego w rzeczy samej planu przeszedł wszelkie oczekiwania Pchełka, bo kiedy rybak uznał, że starczy już rozlewania oleju, stękający coraz donośnie Łamignat zmienił nagle ułożenie swych nóg trącając płowowłosego towarzysza łapciem prosto w zadek.

Zaskoczony Pchełek upuścił z rąk lampkę, ta zaś ześlizgnęła się po jego kolanie na posadzkę upadając na nią praktycznie bezgłośnie – delikatny trzask pojemnika utonął w coraz dzikszym aplauzie dobiegającym znad blatu stołu. Rybak zbladł jak ściana, sięgnął dłonią po lampkę, cofnął ją jednak widząc wypadający z wnętrza pojemnika knot.

Wciąż palący się knot.

Pierwsze ogniki zaczęły leniwie lizać niewielką kałużę płynu i grubą skórę butów orka, całkowicie niezauważone przez podekscytowanych zaciekłą walką zawodników.

Pchełek zamarł w całkowitym bezruchu, chociaż był dziwnie pewien tego, że szaleńcze bicie jego serca odbijało się echem od powały karczmy. Płomyki nabierały powoli większych rozmiarów i złodziej nie wiedział, czy tłuc rękami po butach weterana w nadziei na ich ugaszenie czy też pierzchać czym prędzej spod stołu, nim dziwny żar w okolicach stóp zostanie w końcu przez orka zauważony.

Łamignat zrobił się krwiście czerwony po twarzy, wszystkie żyły wyszły mu na wierzch podobnie jak oczy, dosłownie wyłażące z orbit. Wielki ork również nie czuł się komfortowo, bo sapał spazmatycznie, a z kącika zagryzionych ust ciekła mu strużka spienionej śliny.

Lecz ściskająca prawicę rybaka ręka weterana zbliżała się coraz bardziej do wbitego w drewno stołu ostrza. Gusłek jęknął cichutko widząc ów przerażający spektakl, bo chociaż znał się nieco na opatrywaniu ran, nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, w której Łamignat dałby sobie dobrowolnie obciąć jakąkolwiek część ciała.

– Pianie, poratuj – wyszeptał młody duchowny, pogrążony w czarnej rozpaczy i zdjęty poczuciem całkowitej bezradności.

I nagle zdało się młodemu nieszczęśliwemu rybakowi, że Pan Uciech odpowiedział na jego nieśmiałą prośbę.

Posapujący dotąd spazmatycznie ork przestał nagle oddychać, dosłownie sztywniejąc na całym ciele. Dopingujący go widzowie umilkli natychmiast, pojmując instynktownie, że dzieje się coś dziwnego. W zapadłej nagle ciszy słychać było jedynie zdyszane oddechy i westchnienia gapiów.

Oraz ledwie słyszalny suchy trzask, przywodzący na myśl dźwięk wydawany przez płomyki.

– Cosik tu gorzeje? – spytał jeden z mularczyków pociągając dla pewności nosem.

– Arghh, kurrwa muttra! – ryknął w swojej barbarzyńskiej mowie ork, wyszarpując prawicę z uścisku Łamignata i zrywając się na nogi tak raptownie, że dwaj odskakujący na ten widok obserwatorzy zderzyli się ze sobą nieporadnie i gruchnęli z wielkim hukiem na kamienną posadzkę.

– Pali się! Pali!

Weteran zaczął się miotać po sali tłukąc pięściami po nogawkach na nadziei na zdławienie coraz większych płomieni trawiących materiał jego spodni.

W karczmie wybuchło istne pandemonium ludzkich krzyków, a tratujący się nawzajem robotnicy pierzchali czym prędzej na boki, chcąc się znaleźć jak najdalej zarówno od ryczącego jak bawół orka jak i palącej się pod stołem kałuży oleju.

– Przerwał bitkę… – jęknął zdumiony Łamignat – Tak się zgrzał biedaczysko, że aż się od tego zapalił? Gusłek, to jam wygrał? Byndzie to ten… jak mu tak… wałkofer?

– Ja pierdzielę – westchnął głośno stojący na ławie Wurrzt, nie dowierzający widać własnym oczom – Ale się tu zaraz będzie działo…

Bookmark the permalink.

3 Comments

  1. Jak zwykle piękne 😀

  2. Kolega nader dla mnie łaskawy. Do piękności wiele jeszcze temu tekstowi brakuje, ale byłbym nieszczerze skromny, gdybym twierdził, że nie jest zabawny – ale to już nie moja zasługa, tylko tej dzikiej bandy BG, którzy zechcieli pode mną zagrać, a którzy chwilami wprawiali mnie swymi postami w osłupienie! 🙂 Raz jeszcze dla nich właśnie podziękowania (ja nigdy bym nie wpadł na pomysł włażenia pod stół i wylewania orkowi pod nogi oleju, żeby się poślizgnął)!

  3. Udało Ci się osiągnąć bardzo ważną rzecz – los bohaterów nie jest czytelnikowi obojętny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *