PBF - Łuski na oczach
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Zygi, bardzo ładnie rozpisana deklaracja! Jeśli o Ciebie chodzi, mam komplet informacji, ale zaczekam jeszcze chwilę na Avnara i Goldwina. Lada dzień wróci też Tzeentch i mam nadzieję, że ruszy się również akcja poświęcona Morientiemu!
Jeśli Avnar i Goldwin nic dzisiaj nie napiszą, przyjmę, że ich postacie będą się biernie bronić, bez odwołań do zdolności profesyjnych czy czarów.
Rzut taktyczny na potencjalne pole bitwy: czternastu żeglarzy z ostrą stalą kontra prawie trzydziestu mieszczan, w większości miejscowych łotrzyków, dzierżących przeróżny oręż. Nie widać ani śladu przedstawicieli prawa, ale też tylko patrzeć, kiedy zgiełk i wrzawa ściągnie na miejsce strażników albo żołnierzy.
Zygi, bardzo ładnie rozpisana deklaracja! Jeśli o Ciebie chodzi, mam komplet informacji, ale zaczekam jeszcze chwilę na Avnara i Goldwina. Lada dzień wróci też Tzeentch i mam nadzieję, że ruszy się również akcja poświęcona Morientiemu!
Jeśli Avnar i Goldwin nic dzisiaj nie napiszą, przyjmę, że ich postacie będą się biernie bronić, bez odwołań do zdolności profesyjnych czy czarów.
Rzut taktyczny na potencjalne pole bitwy: czternastu żeglarzy z ostrą stalą kontra prawie trzydziestu mieszczan, w większości miejscowych łotrzyków, dzierżących przeróżny oręż. Nie widać ani śladu przedstawicieli prawa, ale też tylko patrzeć, kiedy zgiełk i wrzawa ściągnie na miejsce strażników albo żołnierzy.
Padl mi komp wiec zostala tylko komorka...
Moriento zdal sie na miejscowych drabow. Niechaj oni mowia, aby obcy akcent nie zdradzil przybysza. Gdy trzeba co najwyzej kroktie zdania rzucac bedzie... - Do domu wracam. Zmeczonym po robocie - rzucil wzruszajac ramionami. Pilnowal tylko aby stal nie blyszczala.
Moriento zdal sie na miejscowych drabow. Niechaj oni mowia, aby obcy akcent nie zdradzil przybysza. Gdy trzeba co najwyzej kroktie zdania rzucac bedzie... - Do domu wracam. Zmeczonym po robocie - rzucil wzruszajac ramionami. Pilnowal tylko aby stal nie blyszczala.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Noc 28 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
Słysząc zdawkowe wyjaśnienia Katańczyka strażnicy przenieśli podejrzliwy wzrok na dwóch stojących z niewinnymi minami drabów, wciąż nie odwieszając na pasy swych pałek.
- Prawdziwie rzecze ten nasz druh, panie oficerze - odparł natychmiast ten, który chwilę wcześniej dobył na Morientiego kordelasa - Chwilkę my tu rozprawiali jak nam dzionek minął, ażeście nas podeszli tak chwacko.
- Chwilkę żeście o dzionku rozprawiali? - powtórzył złym głosem sierżant - Przecie zara świtać będzie! Nie łżyjcie mi tutaj, bo wam grzbiety nakażę wygarbować! Cosik mi się widzi, żeście zwykłe uliczne kradzieje!
- Panie, na wszystkich bogów miłosiernych, nie bijcie! - zawrzasnął fałszywie piskliwym głosem drugi z łotrzyków, składając dłonie niczym do modlitwy - Pomiłujcie, a nie krzywdźcie niewinnych!
- Stul gębę, włóczykiju, bo mnie uszyska od tych jęków bolą - parsknął podoficer unosząc władczo rękę i ucinając tym gestem błagania rzezimieszka - Wasze szczęście, że my dzisiaj po nocy wielkich zbrodzieniów ścigamy, tedy się nam do pomocy zdacie. Dajcie im parę pochodni, niechaj po kątach świecą.
Na nic się zdały protesty obu opryszków. Szturchnięci kilka razy przez strażników umilkli w końcu, biorąc posłusznie w dłonie wręczone im łuczywa i odpalając je od pochodni jednego ze stróżów prawa.
- Bierz i ty - sarknął na nieruchomego Morientiego sierżant - Będziem szukali zbiegów, co pomordowali tuzin strażników miejskich, a w miasto uciekli. Mało kto pośpi tej nocy, bo już przyszły rozkazy z pałacu namiestnika, coby od poszukiwań nie odstąpić, póki się ich nie schwyta.
- Toż to dopiero! - stęknął szczerze zdumiony opryszek - A co to za zbrodzienie, panie? I siła ich?
- Powiada się, że to cała dzika banda. Wszyscy oni elfy z Osmundu, a na dodatek jeszcze krasnoludy. Ubili zacnego rajcę Raffura i jego służbę, puścili z dymem faktorię, ale podobno chcieli całe miasto spalić. Oj, będą z nich skórę darli kaci, pomalutku, po kawałeczku, a czerwonym żelazem przypiekać.
- A dużo dają za ich głowy, panie? - zainteresował się natychmiast drugi rzezimieszek, z chciwym błyskiem w ciemnych, oświetlonych blaskiem pochodni oczach - Jakowaś nagroda?
- Dla ciebie, poćpiego, nagrodą samą w sobie jest to, że nam możesz pomóc - warknął nieprzyjaźnie sierżant - Dalej, koniec mielenia ozorem, trza szukać tych drani nim ktoś nas ubiegnie!
Wątek techniczny
Tzeentch niewątpliwie się ucieszył, że Moriento nie jest już sam i może podróżować ciemnymi ulicach bez ryzyka, iż ktoś ponownie go napadnie. Szkopuł w tym, że odłączenie się od towarzyszy spaceru może zostać przez nich bardzo źle odebrane. Jakieś nowe deklaracje?
Słysząc zdawkowe wyjaśnienia Katańczyka strażnicy przenieśli podejrzliwy wzrok na dwóch stojących z niewinnymi minami drabów, wciąż nie odwieszając na pasy swych pałek.
- Prawdziwie rzecze ten nasz druh, panie oficerze - odparł natychmiast ten, który chwilę wcześniej dobył na Morientiego kordelasa - Chwilkę my tu rozprawiali jak nam dzionek minął, ażeście nas podeszli tak chwacko.
- Chwilkę żeście o dzionku rozprawiali? - powtórzył złym głosem sierżant - Przecie zara świtać będzie! Nie łżyjcie mi tutaj, bo wam grzbiety nakażę wygarbować! Cosik mi się widzi, żeście zwykłe uliczne kradzieje!
- Panie, na wszystkich bogów miłosiernych, nie bijcie! - zawrzasnął fałszywie piskliwym głosem drugi z łotrzyków, składając dłonie niczym do modlitwy - Pomiłujcie, a nie krzywdźcie niewinnych!
- Stul gębę, włóczykiju, bo mnie uszyska od tych jęków bolą - parsknął podoficer unosząc władczo rękę i ucinając tym gestem błagania rzezimieszka - Wasze szczęście, że my dzisiaj po nocy wielkich zbrodzieniów ścigamy, tedy się nam do pomocy zdacie. Dajcie im parę pochodni, niechaj po kątach świecą.
Na nic się zdały protesty obu opryszków. Szturchnięci kilka razy przez strażników umilkli w końcu, biorąc posłusznie w dłonie wręczone im łuczywa i odpalając je od pochodni jednego ze stróżów prawa.
- Bierz i ty - sarknął na nieruchomego Morientiego sierżant - Będziem szukali zbiegów, co pomordowali tuzin strażników miejskich, a w miasto uciekli. Mało kto pośpi tej nocy, bo już przyszły rozkazy z pałacu namiestnika, coby od poszukiwań nie odstąpić, póki się ich nie schwyta.
- Toż to dopiero! - stęknął szczerze zdumiony opryszek - A co to za zbrodzienie, panie? I siła ich?
- Powiada się, że to cała dzika banda. Wszyscy oni elfy z Osmundu, a na dodatek jeszcze krasnoludy. Ubili zacnego rajcę Raffura i jego służbę, puścili z dymem faktorię, ale podobno chcieli całe miasto spalić. Oj, będą z nich skórę darli kaci, pomalutku, po kawałeczku, a czerwonym żelazem przypiekać.
- A dużo dają za ich głowy, panie? - zainteresował się natychmiast drugi rzezimieszek, z chciwym błyskiem w ciemnych, oświetlonych blaskiem pochodni oczach - Jakowaś nagroda?
- Dla ciebie, poćpiego, nagrodą samą w sobie jest to, że nam możesz pomóc - warknął nieprzyjaźnie sierżant - Dalej, koniec mielenia ozorem, trza szukać tych drani nim ktoś nas ubiegnie!
Wątek techniczny
Tzeentch niewątpliwie się ucieszył, że Moriento nie jest już sam i może podróżować ciemnymi ulicach bez ryzyka, iż ktoś ponownie go napadnie. Szkopuł w tym, że odłączenie się od towarzyszy spaceru może zostać przez nich bardzo źle odebrane. Jakieś nowe deklaracje?
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Noc 28 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
Gniewnie wykrzyczane słowa podziałały na tłumek niczym dźgnięcie konia ostrogami. Jeśli nawet byli pośród motłochu mieszczanie wahający się przed dalszą przemocą lub zbyt bojaźliwi, by stawić czoła zbrojnym w ostrą stal zamorszczykom, widok kilku skaczących do przodu drabów pociągnął za sobą całą resztę. Osmundzcy żeglarze ledwie zdążyli podnieść kordelasy, kiedy tłuszcza wpadła na nich wyjąc niczym sfora dzikich drapieżników, szarpiąc za włosy i ubrania, tłukąc pięściami i kawałkami desek, dźgając na oślep nożami. Wrzask i szczęk żelaza poniósł się daleko ulicami dzielnicy, budząc popłoch w najbliższych domostwach. Trzasnęły otwierane śpiesznie okiennice, ponad krzyki walczących wzbiło się wołanie o pomoc.
Osmundczycy byli twardymi ludźmi, nie sposób im tego było odmówić. W przeciwieństwie do zaprawionych w ulicznych bójkach opryszków mieli za sobą bitewne doświadczenie wyniesione z wielu rejsów po niebezpiecznych wodach, z abordaży i nadbrzeżnych rajdów. Ich kordelasy i krótkie miecze błyskały w półmroku rozjaśnionym poświatą łuczyw, wbijając się w brzuchy i uda tłuszczy, odrąbując zaciśnięte na marynarskim odzieniu palce i tnąc po gorzejących nienawiścią oczach. Człowiek w rozchełstanej koszuli ściągnął miecz z pleców tnąc nim od razu w jednym płynnym ruchu i oddzielając od ciała prawicę prowodyra na wysokości łokcia. Krew obryzgała szerokim strumieniem twarze Hariquiela i towarzyszącej mu dziewczyny, przeraźliwy krzyk Tabadanki poniósł się ponad głowami walczącej zajadle gęstwy ciał.
- Przestańcie! - wrzasnął na całe gardło elf, zasłaniając swym ciałem kobietę - W imię Bogini Wiecznego Ognia, zaklinam was, abyście zaprzestali tej rzeźby!
Wątek techniczny
Zgodnie z deklaracją spróbuję wpierw numeru z Nietykalnością. Zygi, sprawdź proszę PW.
Gniewnie wykrzyczane słowa podziałały na tłumek niczym dźgnięcie konia ostrogami. Jeśli nawet byli pośród motłochu mieszczanie wahający się przed dalszą przemocą lub zbyt bojaźliwi, by stawić czoła zbrojnym w ostrą stal zamorszczykom, widok kilku skaczących do przodu drabów pociągnął za sobą całą resztę. Osmundzcy żeglarze ledwie zdążyli podnieść kordelasy, kiedy tłuszcza wpadła na nich wyjąc niczym sfora dzikich drapieżników, szarpiąc za włosy i ubrania, tłukąc pięściami i kawałkami desek, dźgając na oślep nożami. Wrzask i szczęk żelaza poniósł się daleko ulicami dzielnicy, budząc popłoch w najbliższych domostwach. Trzasnęły otwierane śpiesznie okiennice, ponad krzyki walczących wzbiło się wołanie o pomoc.
Osmundczycy byli twardymi ludźmi, nie sposób im tego było odmówić. W przeciwieństwie do zaprawionych w ulicznych bójkach opryszków mieli za sobą bitewne doświadczenie wyniesione z wielu rejsów po niebezpiecznych wodach, z abordaży i nadbrzeżnych rajdów. Ich kordelasy i krótkie miecze błyskały w półmroku rozjaśnionym poświatą łuczyw, wbijając się w brzuchy i uda tłuszczy, odrąbując zaciśnięte na marynarskim odzieniu palce i tnąc po gorzejących nienawiścią oczach. Człowiek w rozchełstanej koszuli ściągnął miecz z pleców tnąc nim od razu w jednym płynnym ruchu i oddzielając od ciała prawicę prowodyra na wysokości łokcia. Krew obryzgała szerokim strumieniem twarze Hariquiela i towarzyszącej mu dziewczyny, przeraźliwy krzyk Tabadanki poniósł się ponad głowami walczącej zajadle gęstwy ciał.
- Przestańcie! - wrzasnął na całe gardło elf, zasłaniając swym ciałem kobietę - W imię Bogini Wiecznego Ognia, zaklinam was, abyście zaprzestali tej rzeźby!
Wątek techniczny
Zgodnie z deklaracją spróbuję wpierw numeru z Nietykalnością. Zygi, sprawdź proszę PW.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Wątek techniczny
Porobiłem masowe testy odporności nr 2 o uśrednionej wartości 60 i z blisko czterdziestu biorących udział w krwawej bijatyce uczestników wezwaniom sharamity uległo zaledwie trzynastu (podział mieszany na obie strony). Owa trzynastka zaczęła czynić wysiłki zmierzające do wycofania się ze strefy walki, ale awantura naturalnie nadal trwa w najlepsze (tak czy owak nie pożałuję 2 PD za użycie Nietykalności).
Pora na punkt drugi, czyli czar Płonące Dłonie. Bieżący poziom UM Hariquiela pozwala wytworzyć płomienie na jednej dłoni, ale kto wie, może to wystarczy, by nastraszyć tłuszczę? Najpierw test 1/2 UM (ze względu na rzucanie zaklęcia w bitewnym tumulcie), rzut 1k100, wypadło 37, inkantacja udana! Elf czerpie PM z ciała kosztem 20 punktów obrażeń. OB bliska +25. Zygi, chcesz podpalić parę czupryn i portek dla wywarcia większego wrażenia czy raz jeszcze sięgasz po Nietykalność? (tym razem powinna zadziałać skutecznie). Za użycie zaklęcia 3 PD.
Porobiłem masowe testy odporności nr 2 o uśrednionej wartości 60 i z blisko czterdziestu biorących udział w krwawej bijatyce uczestników wezwaniom sharamity uległo zaledwie trzynastu (podział mieszany na obie strony). Owa trzynastka zaczęła czynić wysiłki zmierzające do wycofania się ze strefy walki, ale awantura naturalnie nadal trwa w najlepsze (tak czy owak nie pożałuję 2 PD za użycie Nietykalności).
Pora na punkt drugi, czyli czar Płonące Dłonie. Bieżący poziom UM Hariquiela pozwala wytworzyć płomienie na jednej dłoni, ale kto wie, może to wystarczy, by nastraszyć tłuszczę? Najpierw test 1/2 UM (ze względu na rzucanie zaklęcia w bitewnym tumulcie), rzut 1k100, wypadło 37, inkantacja udana! Elf czerpie PM z ciała kosztem 20 punktów obrażeń. OB bliska +25. Zygi, chcesz podpalić parę czupryn i portek dla wywarcia większego wrażenia czy raz jeszcze sięgasz po Nietykalność? (tym razem powinna zadziałać skutecznie). Za użycie zaklęcia 3 PD.
Póki co wciąż pokojowo, bo jak się wciągnę w walkę to i rozmowy dalsze będą utrudnione i nie chętny bym był do darowania jegomościowi, którego pieści w moją stronę by poleciały. Raczej wciąż nietykalność.
- Głupcy! Prości jesteście, pijani, do bitki skorzy - to, że praw ludzkich przestrzegać nie chcecie - to wasza sprawa. Pod boskimi jednak każdy śmiertelnik ugiąć się musi! - gromił elf przesuwając się ku pierwszej linii starcia, jednocześnie ręką wymachując tak, by płomień większy się wydawał, a drugą, gdzieś za plecami trzymając, jakby szukając Tabadanki i w razie, gdyby szła za nim, ją powstrzymać - Nikt nie podniesie ręki na kleryka, ni jego towarzyszy! NIKT nie ośmieli się sprzeciwić woli Pani Ognia, inaczej srogo pożałuje on, jego dzieci i kompani! - kontynuował najbardziej majestatycznym głosem, jaki udało mu się wydobyć, jednocześnie patrząc czy nie zdobywa też niechcianej uwagi, by w razie czego móc zobrazować "gorącą głowę" śmiałka, który na niego ruszy - Odejdźcie, póki nikt jeszcze nie ucierpiał, a wierzcie mi, że u swej patronki odpuszczenie dla was wybłagam, jednak dalej niczym bestyję się zachowujcie, a bać się będziecie najmniejszego płomyka w waszym otoczeniu, na samą myśl o pochodni czy ogniu pod kociołkiem drżeć będziecie, drżeć będą wasze rodziny, tak wielka kara was doświadczy. Odejdźcie póki czas jeszcze na to, nim wasze błędy, waszą zgubą się okażą! - urwał nagle elf i wyczekiwał reakcji.
- Głupcy! Prości jesteście, pijani, do bitki skorzy - to, że praw ludzkich przestrzegać nie chcecie - to wasza sprawa. Pod boskimi jednak każdy śmiertelnik ugiąć się musi! - gromił elf przesuwając się ku pierwszej linii starcia, jednocześnie ręką wymachując tak, by płomień większy się wydawał, a drugą, gdzieś za plecami trzymając, jakby szukając Tabadanki i w razie, gdyby szła za nim, ją powstrzymać - Nikt nie podniesie ręki na kleryka, ni jego towarzyszy! NIKT nie ośmieli się sprzeciwić woli Pani Ognia, inaczej srogo pożałuje on, jego dzieci i kompani! - kontynuował najbardziej majestatycznym głosem, jaki udało mu się wydobyć, jednocześnie patrząc czy nie zdobywa też niechcianej uwagi, by w razie czego móc zobrazować "gorącą głowę" śmiałka, który na niego ruszy - Odejdźcie, póki nikt jeszcze nie ucierpiał, a wierzcie mi, że u swej patronki odpuszczenie dla was wybłagam, jednak dalej niczym bestyję się zachowujcie, a bać się będziecie najmniejszego płomyka w waszym otoczeniu, na samą myśl o pochodni czy ogniu pod kociołkiem drżeć będziecie, drżeć będą wasze rodziny, tak wielka kara was doświadczy. Odejdźcie póki czas jeszcze na to, nim wasze błędy, waszą zgubą się okażą! - urwał nagle elf i wyczekiwał reakcji.
Nemo Me Impune Lacessit..
Otrzepywał portki z ulicznego pyłu, przysłuchując się przemowie elfa i ukradkiem obserwując otoczenie, wypatrując drogi ucieczki. Przebiegając uważnym spojrzeniem po uzbrojeniu marynarzy, rzucał szybkie spojrzenie w kierunku nadciągającej zbieraniny mieszczan, oprychów i podrzędnych łotrzyków rządnych emocji.
Drgnął gdy elf skończył i spojrzenie przysłuchujących się marynarzy przeniosło się nań i drwala. Kiwnął szybko głową niemo potwierdzając słowa elfa i wskazał kciukiem nadciągający motłoch.
- Prawdę ylf rzecze, starszniście nieobyczajnie się tu z obcymi obchodzą - skrzywił się na wspomnienie ostatnich chwil - O wybaczenie raczym prosić, nie najechalim was umyślnie.
Ukłonił się lekko w stronę dowodzącego i wskazał ponownie tłuszczę.
- Ledwo my się w miasto puścili na głębszego to wciąż się dziwnie popatrywali, pokrzykiwali, zaczepiali. Tej nocy to już całkiem... - przerwał na chwilę tchu nabierając - ...głowy potracili. Zajedno im czy to ylf, krasnolud czy jaki kacem struty z zębami krzywymi. Kilka uliczek jednego już katowali, jak nas obaczyli to za nami ruszyli.
Splunął zręcznie pod nogi i targnął mocno za brodę.
- Wstyd przyznać ale i krasnolud dupa jak luda kupa, trza było brać nogi za pas. I takeśmy to tu na się powpadali, za co raczcie raz jeszcze przyjąć przeprosiny. Napitkiem by my się jakoś odwdzięczyli ale ani to pora na to teraz ani my nie bogate...
Odwrócił się w stronę mieszczan, ręce skrzyżował na ramionach i zaburczał:
- Do samosądu to prędkie, a jak w pysk który dostanie to o strażnika woła...
Taaak... Pierwotnie przemyśliwałem i doszukiwałem się większego zaangażowania naszego "zleceniodawcy", bliski byłem nawet odszukania go. Niestety, nie pokwapił się ujawnić, ani wesprzeć bardziej odważnie (chyba że napalona na Hariquiel'a jest tajną agentką Tajnego Agenta
). Rozwój sytuacji wskazuje dobitnie, iż jak najszybciej wypadałoby to miasteczko opuścić. Nadchodzące minuty pokażą co się zadzieje.
Na tą chwilę staram się pozostać neutralnie nastawionym do sporu mieszczanie-marynarze, wolę popatrzeć na rozwój sytuacji. Ba, nawet wczuć się w rolę napastowanego przez rozzłoszczony tłum (język mimiczny)
Jednocześnie oddalić się dyskretnie w jakiś zakamarek (ukrycie w cieniu), zejść z planu pierwszego i widoku ogółu. Odnoszę wrażenie że obawiać się marynarzy raczej nie musimy, wręcz mogą stać się sprzymierzeńcami. Raz: w obronie tyłka w obecnej sytuacji, dwa: jeżeli stanelibyśmy po ich stronie i dałoby się wygrać starcie istnieje szansa, iż udałoby się nam zamusztrować na ichni statek.
W przypadku zwarcia dwóch grup trzymam się towarzyszy, wspieram jeżeli zostaną zaatakowani (walka w trudnych warunkach/w tłoku). Jeżeli jest możliwość ataku z zaskoczenia (w przypadku kiedy uda mi się zniknąć w cieniu i w zagrożeniu będzie któryś z towarzyszy) popróbować wesprzeć z Przycelowaniem bądź Natarciem.
Rozglądam się za czymś co może zastapić szabelkę, zamienić z marynarzem na topór/młot gdyby doszło do bitki.
Edit:
Yyhh... poszło nie tak :/
Jak się nie ruszają to się nie ruszają a potem sprintem
Dobra, post niech będzie na kilka minut albo tuż po końcówce wypowiedzi Hariquiela.
Elf z inkantacją przed siebie, zatem ja staram się z cienia go asekurować. Jakby coś się zadziało na niego wspieram.
Drgnął gdy elf skończył i spojrzenie przysłuchujących się marynarzy przeniosło się nań i drwala. Kiwnął szybko głową niemo potwierdzając słowa elfa i wskazał kciukiem nadciągający motłoch.
- Prawdę ylf rzecze, starszniście nieobyczajnie się tu z obcymi obchodzą - skrzywił się na wspomnienie ostatnich chwil - O wybaczenie raczym prosić, nie najechalim was umyślnie.
Ukłonił się lekko w stronę dowodzącego i wskazał ponownie tłuszczę.
- Ledwo my się w miasto puścili na głębszego to wciąż się dziwnie popatrywali, pokrzykiwali, zaczepiali. Tej nocy to już całkiem... - przerwał na chwilę tchu nabierając - ...głowy potracili. Zajedno im czy to ylf, krasnolud czy jaki kacem struty z zębami krzywymi. Kilka uliczek jednego już katowali, jak nas obaczyli to za nami ruszyli.
Splunął zręcznie pod nogi i targnął mocno za brodę.
- Wstyd przyznać ale i krasnolud dupa jak luda kupa, trza było brać nogi za pas. I takeśmy to tu na się powpadali, za co raczcie raz jeszcze przyjąć przeprosiny. Napitkiem by my się jakoś odwdzięczyli ale ani to pora na to teraz ani my nie bogate...
Odwrócił się w stronę mieszczan, ręce skrzyżował na ramionach i zaburczał:
- Do samosądu to prędkie, a jak w pysk który dostanie to o strażnika woła...
Taaak... Pierwotnie przemyśliwałem i doszukiwałem się większego zaangażowania naszego "zleceniodawcy", bliski byłem nawet odszukania go. Niestety, nie pokwapił się ujawnić, ani wesprzeć bardziej odważnie (chyba że napalona na Hariquiel'a jest tajną agentką Tajnego Agenta
Na tą chwilę staram się pozostać neutralnie nastawionym do sporu mieszczanie-marynarze, wolę popatrzeć na rozwój sytuacji. Ba, nawet wczuć się w rolę napastowanego przez rozzłoszczony tłum (język mimiczny)
W przypadku zwarcia dwóch grup trzymam się towarzyszy, wspieram jeżeli zostaną zaatakowani (walka w trudnych warunkach/w tłoku). Jeżeli jest możliwość ataku z zaskoczenia (w przypadku kiedy uda mi się zniknąć w cieniu i w zagrożeniu będzie któryś z towarzyszy) popróbować wesprzeć z Przycelowaniem bądź Natarciem.
Rozglądam się za czymś co może zastapić szabelkę, zamienić z marynarzem na topór/młot gdyby doszło do bitki.
Edit:
Yyhh... poszło nie tak :/
Jak się nie ruszają to się nie ruszają a potem sprintem
Dobra, post niech będzie na kilka minut albo tuż po końcówce wypowiedzi Hariquiela.
Elf z inkantacją przed siebie, zatem ja staram się z cienia go asekurować. Jakby coś się zadziało na niego wspieram.
Ostatnio zmieniony 08 września 2011, 15:43 przez Goldwin, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
Pilnowani bacznie przez strażników miejskich, trzej poszukiwacze zbiegów z przymusu przemierzali żwawo portowe ulice, mijając co chwila grupki rozprawiających z ożywieniem przechodniów i uważnie się im przypatrując. Obwoływani przez sierżanta mieszczanie posłusznie pozwalali się oglądać, odsłaniając w przypadku długich włosów uszy i zarzekając się na wszystkie świętości, iż z elfimi podpalaczami nie mają nic wspólnego. Tu i ówdzie z oddali dobiegały podniesione krzyki świadczące o tym, że dzielnice Tahar-garu przetrząsane były również przez innych stróżów prawa oraz towarzyszących im zuchów.
- Może nie będzie to taka stratna nocka - rzucił półgębkiem jeden z łotrzyków posyłając Morientiemu krzywy uśmieszek - Jakby tak samemu tych złamasów dorwać, można by ich zawlec przed jakiego oficera i zapłaty zażądać. Ten gruby kutas myśli jeno o sobie, ale taki oficer to całkiem insza sprawa...
- Co tam poszeptujecie?! - sarknął sierżant wyczuwając ani chybi, że to właśnie jego dotyczy cicha konwersacja - Świećcie dobrze po kątach, a nie beblajcie pod nosami, bo pałką po grzbiecie zbierzecie!
- A żeby ci flaki poskręcało, cielebuniu - odwarknął łotrzyk, na tyle cicho, by podoficer nie zdołał go dosłyszeć - A ty patrzaj dobrze, przyjacielu. Jakby co, dzielim się nagrodą po równo.
W tej samej chwili w oddali buchnął w nocne niebo dziki wrzask i zgiełk, do którego z miejsca dołączył stłumiony ciasną zabudową dzielnicy, ale wciąż doskonale rozpoznawalny szczęk zderzanego ze sobą żelaza.
- Za mną, żwawo! - wrzasnął sierżant puszczając się truchtem w kierunku źródła hałasu. Moriento zwolnił kroku licząc na to, że się zdoła w nagłym zamieszaniu dyskretnie ulotnić, jego nadzieję rozwiali jednak z miejsca dwaj idący w tyle grupy strażnicy, którzy poszturchiwaniem za pomocą łokci natychmiast wyjaśnili Katańczykowi, iż powinien biec w ślad za sierżantem.
Wątek techniczny
Koniec spokojnego spaceru, teraz dla odmiany będzie trzeba sobie pobiegać. Strażnicy wciąż pilnują, by ich "pomocnicy" przypadkiem nie dali nogi, ale zrozumiałe jest, że ich koncentracja teraz uległa sporemu rozproszeniu.
Pilnowani bacznie przez strażników miejskich, trzej poszukiwacze zbiegów z przymusu przemierzali żwawo portowe ulice, mijając co chwila grupki rozprawiających z ożywieniem przechodniów i uważnie się im przypatrując. Obwoływani przez sierżanta mieszczanie posłusznie pozwalali się oglądać, odsłaniając w przypadku długich włosów uszy i zarzekając się na wszystkie świętości, iż z elfimi podpalaczami nie mają nic wspólnego. Tu i ówdzie z oddali dobiegały podniesione krzyki świadczące o tym, że dzielnice Tahar-garu przetrząsane były również przez innych stróżów prawa oraz towarzyszących im zuchów.
- Może nie będzie to taka stratna nocka - rzucił półgębkiem jeden z łotrzyków posyłając Morientiemu krzywy uśmieszek - Jakby tak samemu tych złamasów dorwać, można by ich zawlec przed jakiego oficera i zapłaty zażądać. Ten gruby kutas myśli jeno o sobie, ale taki oficer to całkiem insza sprawa...
- Co tam poszeptujecie?! - sarknął sierżant wyczuwając ani chybi, że to właśnie jego dotyczy cicha konwersacja - Świećcie dobrze po kątach, a nie beblajcie pod nosami, bo pałką po grzbiecie zbierzecie!
- A żeby ci flaki poskręcało, cielebuniu - odwarknął łotrzyk, na tyle cicho, by podoficer nie zdołał go dosłyszeć - A ty patrzaj dobrze, przyjacielu. Jakby co, dzielim się nagrodą po równo.
W tej samej chwili w oddali buchnął w nocne niebo dziki wrzask i zgiełk, do którego z miejsca dołączył stłumiony ciasną zabudową dzielnicy, ale wciąż doskonale rozpoznawalny szczęk zderzanego ze sobą żelaza.
- Za mną, żwawo! - wrzasnął sierżant puszczając się truchtem w kierunku źródła hałasu. Moriento zwolnił kroku licząc na to, że się zdoła w nagłym zamieszaniu dyskretnie ulotnić, jego nadzieję rozwiali jednak z miejsca dwaj idący w tyle grupy strażnicy, którzy poszturchiwaniem za pomocą łokci natychmiast wyjaśnili Katańczykowi, iż powinien biec w ślad za sierżantem.
Wątek techniczny
Koniec spokojnego spaceru, teraz dla odmiany będzie trzeba sobie pobiegać. Strażnicy wciąż pilnują, by ich "pomocnicy" przypadkiem nie dali nogi, ale zrozumiałe jest, że ich koncentracja teraz uległa sporemu rozproszeniu.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
Donośne krzyki elfa zostały dosłyszane przez kilku najbliżej walczących antagonistów, ci zaprzestali niechętnie bitki odskakując od siebie z wyrazem niezdecydowania na twarzach i opuszczając okrwawiony oręż. Lecz na całej szerokości ulicy wciąż wrzała bijatyka, okładający się pięściami i deskami ludzie wrzeszczeli i wyli, depcząc po drgających konwulsyjnie ciałach zbitych z nóg nieszczęśników, tylko patrząc jak dorwać się do gardeł przeciwników.
- Nie słuchajcie go! - ryknął jeden z mieszczan, wymachując w stronę sharamity wielką deską, ale nie potrafiąc dosięgnąć młodzieńca ze względu na obecność szachującego go kordelasem Osmundczyka - To przecie elf, patrzajcie! Bić go, zuchy, bić go!
Zdesperowany Hariquiel cofnął się o krok i wykrzyczał kilka słów w rodzimym języku, mierzony podejrzliwymi spojrzeniami tych uczestników bójki, którzy ulegli jego wezwaniom do odstąpienia od rozlewu krwi. Wyraz podejrzliwości na twarzach gapiów przeszedł z miejsca w panikę, ponieważ wystawioną do przodu prawicę elfa pokryły znienacka nadnaturalne zielone płomienie, strzelające wysokimi językami i sypiące iskrami przy każdym ruchu palców sharamity.
Widok ów sprawił, że niemal wszyscy awanturnicy zaprzestali w jednej chwili bitki, odskakując od siebie wzajemnie oraz od oświetlonego ruchliwą zielonkawą poświatą elfa.
- Czarownik! Wiedźmiarz! - posypały się zduszone okrzyki w talinoi i osmandilu pospołu - Diaboł!
- Głupcy! Prości jesteście, pijani, do bitki skorzy! To, że praw ludzkich przestrzegać nie chcecie to wasza sprawa. Pod boskimi jednak każdy śmiertelnik ugiąć się musi! - krzyczał gromko Hariquiel machając spowitą magicznymi płomieniami ręką i ciągnąc jednocześnie za sobą ciemnowłosą dziewczynę - Nikt nie podniesie ręki na kleryka ni jego towarzyszy! NIKT nie ośmieli się sprzeciwić woli Pani Ognia, inaczej srogo pożałuje on, jego dzieci i kompani!
Groźby rzucane przez elfa wywarły na tłuszczy stosowne wrażenie, bo miejsce agresywnych wyzwisk zajęły natychmiast pomruki strachu i mamrotane pośpiesznie modły słane do bóstw patronackich. Osmundczycy zbili się w ciasną grupkę po drugiej stronie najmitów, stawiając na nogi obalonych w rynsztoki kompanów i zarzucając na ramiona tych, którzy zbyt dotkliwie zostali poturbowani. Hariquiel z miejsca pojął, że miejscowi zebrali znacznie gorsze cięgi, bo na bruku leżało kilka niechybnie martwych ciał Tabadańczyków, a kilku następnych zwijało się z dzikim wrzaskiem w paroksyzmach bólu brocząc obficie krwią.
- Odstąpcie, pókiście władni odejść o własnych siłach! - rozległ się znienacka głos Aldura. Rosły drwal wyszedł na środek ulicy potrząsając wymownie drewnianą żerdzią i unosząc ostrzegawczym gestem drugą rękę - Pierzchajcie stąd, zanim dosięgnie was kara dalece straszniejsza od tego lania, które właśnie zebraliście.
Było w głosie Aldura coś dziwnego, coś tak wibrującego mocą jakby jego ustami zaczęła przemawiać zupełnie inna osoba. Hariquiel, znacznie bardziej na taką aurę wyczulony od swych druhów, otworzył mimowolnie usta, jakby poznając znienacka jej źródło i rozumiejąc naturę dziwnych ogników zdających się gorzeć w oczach wyprostowanego na całą wysokość Tabadańczyka.
- Tyś jest... - wykrztusił nieskładnie elf - Przecie tyś...
Tłumek tkwiący nieruchomo na ulicy milczał, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w Aldura, którego rosła postać jeszcze przybrała na rozmiarach, promieniując jakąś budzącą niezrozumiałą trwogę mocą. Kilku awanturników o najsłabszych nerwach nie wytrzymało i rzuciło się z dzikim wrzaskiem w przeciwną stronę, ktoś nawet zemdlał i runął na bruk, a nikt nawet nie pomyślał o tym, by biedaka podnieść.
Aldur odwrócił się plecami do tłuszczy, spojrzał swymi niesamowitymi oczami na przywódcę Osmundczyków ściskającego w dłoni zapomniany, opuszczony sztychem ku ziemi miecz.
- A ty zabierz nas ze sobą - powiedział Aldur - Odpłyniesz niezwłocznie, ledwie tylko znajdziemy się na pokładzie.
- Tak też się stanie - odpowiedział głuchym tonem żeglarz w rozchełstanej koszuli, nie odrywając spojrzenia od swego rozmówcy. Aldur uśmiechnął się lekko słysząc tę odpowiedź, kiwnął z aprobatą głową.
Wciąż jeszcze się uśmiechał, kiedy ciśnięty pośród nienaturalnej ciszy nóż zawirował w powietrzu tnąc je z charakterystycznym świstem, posłany w stronę drwala ręką jakiegoś skrytego w tłumie obdartusa z obłędem czającym się w spojrzeniu.
Wciąż się uśmiechał, kiedy długie wąskie ostrze trafiło go w szeroki kark i weszło z chrzęstem rozcinanej tkanki w ciało. Ociekający krwią czubek noża wyszedł pośrodku krtani.
W uliczce wciąż panowała przesycona grozą cisza, kiedy mężczyzna osunął się na kolana, a potem powoli, wręcz ślamazarnie, runął na twarz.
Wątek techniczny
I co Wy na to?
Donośne krzyki elfa zostały dosłyszane przez kilku najbliżej walczących antagonistów, ci zaprzestali niechętnie bitki odskakując od siebie z wyrazem niezdecydowania na twarzach i opuszczając okrwawiony oręż. Lecz na całej szerokości ulicy wciąż wrzała bijatyka, okładający się pięściami i deskami ludzie wrzeszczeli i wyli, depcząc po drgających konwulsyjnie ciałach zbitych z nóg nieszczęśników, tylko patrząc jak dorwać się do gardeł przeciwników.
- Nie słuchajcie go! - ryknął jeden z mieszczan, wymachując w stronę sharamity wielką deską, ale nie potrafiąc dosięgnąć młodzieńca ze względu na obecność szachującego go kordelasem Osmundczyka - To przecie elf, patrzajcie! Bić go, zuchy, bić go!
Zdesperowany Hariquiel cofnął się o krok i wykrzyczał kilka słów w rodzimym języku, mierzony podejrzliwymi spojrzeniami tych uczestników bójki, którzy ulegli jego wezwaniom do odstąpienia od rozlewu krwi. Wyraz podejrzliwości na twarzach gapiów przeszedł z miejsca w panikę, ponieważ wystawioną do przodu prawicę elfa pokryły znienacka nadnaturalne zielone płomienie, strzelające wysokimi językami i sypiące iskrami przy każdym ruchu palców sharamity.
Widok ów sprawił, że niemal wszyscy awanturnicy zaprzestali w jednej chwili bitki, odskakując od siebie wzajemnie oraz od oświetlonego ruchliwą zielonkawą poświatą elfa.
- Czarownik! Wiedźmiarz! - posypały się zduszone okrzyki w talinoi i osmandilu pospołu - Diaboł!
- Głupcy! Prości jesteście, pijani, do bitki skorzy! To, że praw ludzkich przestrzegać nie chcecie to wasza sprawa. Pod boskimi jednak każdy śmiertelnik ugiąć się musi! - krzyczał gromko Hariquiel machając spowitą magicznymi płomieniami ręką i ciągnąc jednocześnie za sobą ciemnowłosą dziewczynę - Nikt nie podniesie ręki na kleryka ni jego towarzyszy! NIKT nie ośmieli się sprzeciwić woli Pani Ognia, inaczej srogo pożałuje on, jego dzieci i kompani!
Groźby rzucane przez elfa wywarły na tłuszczy stosowne wrażenie, bo miejsce agresywnych wyzwisk zajęły natychmiast pomruki strachu i mamrotane pośpiesznie modły słane do bóstw patronackich. Osmundczycy zbili się w ciasną grupkę po drugiej stronie najmitów, stawiając na nogi obalonych w rynsztoki kompanów i zarzucając na ramiona tych, którzy zbyt dotkliwie zostali poturbowani. Hariquiel z miejsca pojął, że miejscowi zebrali znacznie gorsze cięgi, bo na bruku leżało kilka niechybnie martwych ciał Tabadańczyków, a kilku następnych zwijało się z dzikim wrzaskiem w paroksyzmach bólu brocząc obficie krwią.
- Odstąpcie, pókiście władni odejść o własnych siłach! - rozległ się znienacka głos Aldura. Rosły drwal wyszedł na środek ulicy potrząsając wymownie drewnianą żerdzią i unosząc ostrzegawczym gestem drugą rękę - Pierzchajcie stąd, zanim dosięgnie was kara dalece straszniejsza od tego lania, które właśnie zebraliście.
Było w głosie Aldura coś dziwnego, coś tak wibrującego mocą jakby jego ustami zaczęła przemawiać zupełnie inna osoba. Hariquiel, znacznie bardziej na taką aurę wyczulony od swych druhów, otworzył mimowolnie usta, jakby poznając znienacka jej źródło i rozumiejąc naturę dziwnych ogników zdających się gorzeć w oczach wyprostowanego na całą wysokość Tabadańczyka.
- Tyś jest... - wykrztusił nieskładnie elf - Przecie tyś...
Tłumek tkwiący nieruchomo na ulicy milczał, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w Aldura, którego rosła postać jeszcze przybrała na rozmiarach, promieniując jakąś budzącą niezrozumiałą trwogę mocą. Kilku awanturników o najsłabszych nerwach nie wytrzymało i rzuciło się z dzikim wrzaskiem w przeciwną stronę, ktoś nawet zemdlał i runął na bruk, a nikt nawet nie pomyślał o tym, by biedaka podnieść.
Aldur odwrócił się plecami do tłuszczy, spojrzał swymi niesamowitymi oczami na przywódcę Osmundczyków ściskającego w dłoni zapomniany, opuszczony sztychem ku ziemi miecz.
- A ty zabierz nas ze sobą - powiedział Aldur - Odpłyniesz niezwłocznie, ledwie tylko znajdziemy się na pokładzie.
- Tak też się stanie - odpowiedział głuchym tonem żeglarz w rozchełstanej koszuli, nie odrywając spojrzenia od swego rozmówcy. Aldur uśmiechnął się lekko słysząc tę odpowiedź, kiwnął z aprobatą głową.
Wciąż jeszcze się uśmiechał, kiedy ciśnięty pośród nienaturalnej ciszy nóż zawirował w powietrzu tnąc je z charakterystycznym świstem, posłany w stronę drwala ręką jakiegoś skrytego w tłumie obdartusa z obłędem czającym się w spojrzeniu.
Wciąż się uśmiechał, kiedy długie wąskie ostrze trafiło go w szeroki kark i weszło z chrzęstem rozcinanej tkanki w ciało. Ociekający krwią czubek noża wyszedł pośrodku krtani.
W uliczce wciąż panowała przesycona grozą cisza, kiedy mężczyzna osunął się na kolana, a potem powoli, wręcz ślamazarnie, runął na twarz.
Wątek techniczny
I co Wy na to?
Stanął zdziwiony w pół kroku patrząc z niedowierzaniem na Aldura. Na twarzy odmalowała się cała paleta emocji na przemian z ogromnym zdziwieniem gdy myśli pędem przemknęły pod łysą czaszką. Już miał skryć się w cieniu gdy świst przecinanego powietrza zwrócił jego uwagę. Jęknął głucho gdy wbił się w kark drwala.
- Osz... kurew! - zaklął i oniemiał.
- Osz... kurew! - zaklął i oniemiał.
- Przeca biegne -Jak juz bedziemy w miejscu zamieszania, to najlatwiej tam sie zgubic.
Przez najblizsze 48h bede w podrozy, wiec nie p0stuje
Edit: Unikam walki, nie ma co sie spinac. Jesli dojdzie do zwarcia, to staram sie wyplatac, np. rzucajac - Nic do ciebie nie mam. Znikaj rzezac sie gdzie indziej. - Tak czy siak postawa defensywna i zwijak w miare mozliwosci. Jesli z towarzyszami z naszej zacnej kompaniji, to tym lepiej.
Przez najblizsze 48h bede w podrozy, wiec nie p0stuje
Edit: Unikam walki, nie ma co sie spinac. Jesli dojdzie do zwarcia, to staram sie wyplatac, np. rzucajac - Nic do ciebie nie mam. Znikaj rzezac sie gdzie indziej. - Tak czy siak postawa defensywna i zwijak w miare mozliwosci. Jesli z towarzyszami z naszej zacnej kompaniji, to tym lepiej.
Ostatnio zmieniony 09 września 2011, 09:37 przez tzeentch, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa
Kiedy martwy Aldur upadł twarzą w brud ulicy, z nożem wciąż tkwiącym po rękojeść w karku, pętający uczestników burdy czar zniknął w jednej chwili. W nocne niebo uderzyło pandemonium krzyków, jęków bólu i paniki. Przeważająca większość Tahargarczyków rzuciła się do ucieczki, niczego nie pragnąc równie gorąco jak znalezienia się daleko od roztaczającego aurę lęku elfa o płonącej dłoni i Osmundczyków z okrwawionymi kordami w rękach. Ci ranni, którzy nie potrafili uciec o własnych siłach, wrzeszczeli przeraźliwie, szarpiąc rękami za stygnące ciała martwych druhów w daremnej próbie odczołgania się w głąb ulicy.
Rozchełstany żeglarz przewodzący zamorszczykom potrząsnął głową, potarł kciukiem powieki rozglądając się jednocześnie oszołomionym spojrzeniem wokół siebie.
- Horum takla arbandus! - wykrzyknął coś w swej mowie, a potem jednym skokiem dopadł Hariquiela. Jego lewa ręka uniosła się w zamiarze pochwycenia elfa za ramię, ale zaraz opadła z powrotem, kiedy mężczyzna opamiętał się wraz i odstąpił od sharamity. Jego wzrok zatrzymał się na nieruchomym ciele Aldura.
- Któż to był, elfie? - wykrztusił w talinoi nie odrywając spojrzenia od martwego Tabadańczyka - Jakowyś potężny mag?
- Ktoś zupełnie inny - odpowiedział Hariquiel, tonem zdradzającym głęboką niepewność i równie głębokie oszołomienie - Ktoś bardzo od nas inny...
- Dragan, hulan ester at arbal! - krzyknął inny z Osmundczyków szarpiąc przywódcę za rękaw i pokazując ostrzem kordelasa na zaścielające uliczkę ciała zabitych i rannych.
- Trza nam wiać, jeśli chcemy głowy cało unieść - wyrzekł śpiesznie żeglarz - Wielce to użyteczna sztuczka z tym ogniem na ręce, mości czarowniku. Wielce nam się przydać może, kiedy przyjdzie na statek uciekać, bo trza nam stąd wiać na spokojniejsze wody. Idziecie z nami?!
Hariquiel nic nie odrzekł w pierwszej chwili, wsłuchany w narastające z wielu stron krzyki wieszczące nadciągającą na miejsce krwawej awantury odsiecz.
- Jak was dorwą, rozedrą na sztuki bez pytania, kto kogoś dźgnął żelazem, a kto się jeno przyglądał - dodał ponaglającym tonem Osmundczyk, śledząc jednocześnie wzrokiem kompanów zarzucających sobie na ramiona i karki rannych druhów - Uciekacie z nami?
Wątek techniczny
Odsiecz, wśród nich zapewne też strażnicy miejscy, lada chwila znajdą się w miejscu, gdzie właśnie zginęło pół tuzina miejscowych, a drugie tyle odniosło ciężkie rany. Propozycja żeglarza wydaje się nader interesująca, ale oczywiście macie też inne opcje, wedle uznania. Goldwin, Zygi - co robicie?
Kiedy martwy Aldur upadł twarzą w brud ulicy, z nożem wciąż tkwiącym po rękojeść w karku, pętający uczestników burdy czar zniknął w jednej chwili. W nocne niebo uderzyło pandemonium krzyków, jęków bólu i paniki. Przeważająca większość Tahargarczyków rzuciła się do ucieczki, niczego nie pragnąc równie gorąco jak znalezienia się daleko od roztaczającego aurę lęku elfa o płonącej dłoni i Osmundczyków z okrwawionymi kordami w rękach. Ci ranni, którzy nie potrafili uciec o własnych siłach, wrzeszczeli przeraźliwie, szarpiąc rękami za stygnące ciała martwych druhów w daremnej próbie odczołgania się w głąb ulicy.
Rozchełstany żeglarz przewodzący zamorszczykom potrząsnął głową, potarł kciukiem powieki rozglądając się jednocześnie oszołomionym spojrzeniem wokół siebie.
- Horum takla arbandus! - wykrzyknął coś w swej mowie, a potem jednym skokiem dopadł Hariquiela. Jego lewa ręka uniosła się w zamiarze pochwycenia elfa za ramię, ale zaraz opadła z powrotem, kiedy mężczyzna opamiętał się wraz i odstąpił od sharamity. Jego wzrok zatrzymał się na nieruchomym ciele Aldura.
- Któż to był, elfie? - wykrztusił w talinoi nie odrywając spojrzenia od martwego Tabadańczyka - Jakowyś potężny mag?
- Ktoś zupełnie inny - odpowiedział Hariquiel, tonem zdradzającym głęboką niepewność i równie głębokie oszołomienie - Ktoś bardzo od nas inny...
- Dragan, hulan ester at arbal! - krzyknął inny z Osmundczyków szarpiąc przywódcę za rękaw i pokazując ostrzem kordelasa na zaścielające uliczkę ciała zabitych i rannych.
- Trza nam wiać, jeśli chcemy głowy cało unieść - wyrzekł śpiesznie żeglarz - Wielce to użyteczna sztuczka z tym ogniem na ręce, mości czarowniku. Wielce nam się przydać może, kiedy przyjdzie na statek uciekać, bo trza nam stąd wiać na spokojniejsze wody. Idziecie z nami?!
Hariquiel nic nie odrzekł w pierwszej chwili, wsłuchany w narastające z wielu stron krzyki wieszczące nadciągającą na miejsce krwawej awantury odsiecz.
- Jak was dorwą, rozedrą na sztuki bez pytania, kto kogoś dźgnął żelazem, a kto się jeno przyglądał - dodał ponaglającym tonem Osmundczyk, śledząc jednocześnie wzrokiem kompanów zarzucających sobie na ramiona i karki rannych druhów - Uciekacie z nami?
Wątek techniczny
Odsiecz, wśród nich zapewne też strażnicy miejscy, lada chwila znajdą się w miejscu, gdzie właśnie zginęło pół tuzina miejscowych, a drugie tyle odniosło ciężkie rany. Propozycja żeglarza wydaje się nader interesująca, ale oczywiście macie też inne opcje, wedle uznania. Goldwin, Zygi - co robicie?
- ...wa mać! - wychrypiał popatrując na martwe ciało Aldura, elfa i otaczających Osmundczyków.
- Zabieramy truchło albo ostawiamy i wiejem na statek. W sumie możnaby wziąć, może da się do żywota przywrócić - skrzywił się lekko - Szkoda kompana...
Popatrzył niemo na elfa i poprawił szablę gotując się do odwrotu.
- Zabieramy truchło albo ostawiamy i wiejem na statek. W sumie możnaby wziąć, może da się do żywota przywrócić - skrzywił się lekko - Szkoda kompana...
Popatrzył niemo na elfa i poprawił szablę gotując się do odwrotu.
Elf jeszcze chwilę stał oniemiały.. jakby do siebie szepnął jedynie - Potwierdził to, com przypuszczał, a mógł się jednym słowem stąd oddalić.. - spojrzał na osmundczyków i na towarzyszącą mu Tabadankę - ruszamy więc, nic tu po nas, a niegościnne strony rychło opuszczać lepiej. - spoglądając jeszcze na krasnoluda rzucił tylko - Nie zostawiamy przyjaciół, żywych czy martwych, jeśli sam Aldur nic nie zadziała i chęć życia nie dość będzie w nim silna, to przynajmniej pochówek godny mu zapewnimy. Dasz radę go ponieść czy pomocy Ci trzeba? Dobrze będzie, jeśli na pijanego się go upozoruje, ciągnięcie trupa zwraca uwagę większej ilości oczu niźli byśmy chcieli.
Patrząc jedynie na dowódcę osmundczyków - prowadź więc, ile możemy pomóc, tyle zrobimy, a chętnie i na statek się z wami zabierzemy, myślę, że obie strony na tym skorzystają - rzekł spokojnie, chwycił za rękę tabadankę i ruszył za osmundczykami.
Po przejściu kilku kroków zaledwie spojrzał promiennie w stronę karczmarki, jakby całość dzisiejszych zajść tak naprawdę się nie zdarzyła:
- Widzisz, twa przepowiednia spełnić się może, wiadomo, że bogactwo z zamorskich wojaży się bierze, póki co na podróż i zasłużone wakacje mam Cie okazję zabrać. Mam nadzieję, żeś rada wielce.. więc skoro wszystko na właściwe tory z wolna zaczyna się kierować, być może zdradzisz mi jakim imieniem ten piękny Tahargarski kwiat zowią? - Hariquiel mówił spokojnie, maskując nawet szybkie tempo jakim się poruszali w stronę statku.
Niestety sprawa Orresa musi poczekać, jeśli uda się wypłynąć z Tahar-garu to nasze skóry przynajmniej na jakiś czas ocalone będą, a Osmund też pełen przygód i zarobków, a może nawet i na Orkus żeglarze płyną.
Szkoda, że mimo niechęci do zostawiania towarzyszy, Moriento się odłączył i może nie dotrzeć na statek, no ale spróbujmy uratować te skóry, którymi aktualnie dysponujemy.
Patrząc jedynie na dowódcę osmundczyków - prowadź więc, ile możemy pomóc, tyle zrobimy, a chętnie i na statek się z wami zabierzemy, myślę, że obie strony na tym skorzystają - rzekł spokojnie, chwycił za rękę tabadankę i ruszył za osmundczykami.
Po przejściu kilku kroków zaledwie spojrzał promiennie w stronę karczmarki, jakby całość dzisiejszych zajść tak naprawdę się nie zdarzyła:
- Widzisz, twa przepowiednia spełnić się może, wiadomo, że bogactwo z zamorskich wojaży się bierze, póki co na podróż i zasłużone wakacje mam Cie okazję zabrać. Mam nadzieję, żeś rada wielce.. więc skoro wszystko na właściwe tory z wolna zaczyna się kierować, być może zdradzisz mi jakim imieniem ten piękny Tahargarski kwiat zowią? - Hariquiel mówił spokojnie, maskując nawet szybkie tempo jakim się poruszali w stronę statku.
Niestety sprawa Orresa musi poczekać, jeśli uda się wypłynąć z Tahar-garu to nasze skóry przynajmniej na jakiś czas ocalone będą, a Osmund też pełen przygód i zarobków, a może nawet i na Orkus żeglarze płyną.
Szkoda, że mimo niechęci do zostawiania towarzyszy, Moriento się odłączył i może nie dotrzeć na statek, no ale spróbujmy uratować te skóry, którymi aktualnie dysponujemy.
Nemo Me Impune Lacessit..