PBF - Łuski na oczach

tzeentch
Reactions:
Posty: 466
Rejestracja: 05 czerwca 2009, 12:51

Post autor: tzeentch » 11 września 2011, 09:17

Jestem spowrotem.

Jeśli Moriento zobaczy co się działo, lub jeśli dostrzeże uciekających towarzyszy, to bardzo chętnie za nimi podąży. Ale poczekajmy na rozwój wydarzeń

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 11 września 2011, 10:43

Bieremy Aldura na plecy, chyba spokojnie powinienem o dźwignąć. Jeśli się nawet zasapię mam nadzieję że któryś z marynarzy pomoże. W końcu rosłe chłopaki :P
Nie wiem tylko czy ten sztylet mu wyciągać czy tylko jakąś kurtę mu założyć żeby zakryć ranę...

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 12 września 2011, 20:38

Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa

Dobiegające do uszu mężczyzn wrzaski ucichły znienacka, toteż zdyszany tęgi sierżant zwolnił kroku sapiąc i ruszając ustami niczym wyrzucona na brzeg ryba. Wszędzie wokół trzaskały otwierane okiennice, coraz więcej zaniepokojonych mieszkańców pojawiało się na ulicy pokrzykując w stronę stróżów prawa albo na siebie wzajemnie. Krążące z ust do ust plotki nabierały coraz bardziej niewiarygodnego kształtu, strasząc miejscowych nagłym najazdem wroga. Jedni twierdzili, że w pałacu dokonano przewrotu, a namiestnik już został ścięty; inni zarzekali się na wszystkie świętości, że podobno do portu wdarli się malauccy piraci. Przysłuchujący się tym bzdurom Moriento wyczuwał w głosach Tahargarczyków rosnącą panikę, widział to też w zdeterminowanych ruchach mieszczan barykadujących swe domostwa i napinających pośpiesznie kusze.

- Bitka to była ani chybi, ale chyba ustała - oświadczył zupełnie niepotrzebnie jeden ze strażników, spoglądając z ukosa na sierżanta - Nie ma co gnać na złamanie karku...

- Trza tych, co się bili ucapić! - warknął podoficer zdejmując z głowy hełm i ocierając mokre od potu czoło - Prawo jest prawem, a tam ktosik je złamał.

Przez strażników przebiegł niechętny pomruk rozczarowania, ale nikt nic więcej nie odrzekł, czując widać respekt przed autorytetem swego dowódcy. Moriento poczuł zimny dreszcz na karku uświadamiając sobie, co czekało go z rąk tych ludzi, gdyby przypadkiem na jaw wyszło, że idący z nimi człek jest w istocie rzeczy jednym ze zbrodzieniów odpowiedzialnych za śmierć lub uszczerbek na zdrowiu tak wielu miejskich strażników.

Niepokojąca cisza została przerwana równie raptownie, co nastała; gdzieś niedaleko buchnęły znów w ciemność nocy dzikie wrzaski i lamenty, wyraźnie świadczące o tym, że jedna ze stron niedawnej bitki postanowiła oddać przeciwnikom pola.

- Żwawo! - ryknął iście niedźwiedzim głosem sierżant, nasadzając ponownie na głowę hełm - A wy, włóczykije, brać po pałce od moich! Dzisiejszej nocy przysłużycie się namiestnikowi, bo będziecie zbrodzieniów pomagali łapać! Jak wam nakażę, możecie pałkami głuszyć, jeno z uczuciem, ubić nikogo wam nie lza!


Wątek techniczny

Tak oto nasz Katańczyk wszedł w posiadanie następnego egzemplarza oręża - solidnej dębowej pałki (model standardowy tabadańskiej straży miejskiej). Co więcej, awansował na początkującego łapacza przestępców, stąd do stopnia kapitana już niedaleka droga!

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 12 września 2011, 20:41

Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa

Obita, pokrwawiona i szczerze przerażona biegiem wydarzeń tłuszcza rzuciła się do ucieczki na podobieństwo stada psów umykających przed bawołem opasem, pospołu klnąc bluźnierczo i wzywając pomocy wszystkich bez mała bogów. Zaraz też okazało się, że Osmundczycy nie w ciemię byli bici, bo nie czekawszy na polecenia sami rzucili się ratować poturbowanych kompanów, zarzucając ich sobie na plecy i ramiona z zamiarem jak najszybszego odwrotu na nabrzeże. Hariquiel odniósł wrażenie, że nikt z zamorskich żeglarzy nie postradał w nieszczęśliwej bitce życia, ale kilku marynarzy jęczało przeraźliwie lub wisiało z półprzytomnym wzrokiem w ramionach swych druhów.

Goldasth stęknął głucho podnosząc ważące niemało ciało Aldura, ale ustał na nogach; co więcej, kiedy ruszył z miejsca, robił kroki niewiele mniejsze od obciążonego jedynie tobołkami elfa.

- Dobrze nogami przebierajcie, bo pewnikiem zara ktosik się nam na łeby zwali! - wysapał krasnolud dołączając do wycofujących się śpiesznie żeglarzy. Cudzoziemcy pochowali czym prędzej broń, by nie przyciągać niepotrzebnych spojrzeń błyskiem stali, ale i tak ich obszarpane odzienie i ranni kompani sprawiali, że cała grupa aż się prosiła o poszczucie strażą miejską.

- Gdzie ty mnie wleczesz?! - jęknęła z łzami w oczach piękna Tabadanka, ciągnąc za rękaw skórzanej kurty Hariquiela z siłą wystarczającą, by szwy pod pachą puściły z suchym trzaskiem - Mnie wcale w podróż niekwapno! Tyś się miał jeno ze mną przespać, ty uszasty czarownisty przeklętniku!

Szeroko otwarte ciemne oczy dziewczyny skakały od twarzy elfa do jego wciąż spowitej nieziemskimi płomieniami dłoni i z powrotem, przepełnione złością, rozczarowaniem i strachem pospołu.

- Żeś mnie z opresji wybawiła, wciąż żem ci wdzięczny i gotów niebios przychylić, dziewko, ale nie pośrodku ulicy - sarknął sharamita wychwytując doskonałym słuchem pierwsze dźwięki nadciągającej łapaczom odsieczy, pobrzękującej złowróżbnie żelazem broni i pancerzy - Jeśli tedy wciąż ci w głowie stan brzemienny, musisz ze mną na tę osmundzką krypę! Jak już z portu wypłyniemy, okażę ci swą wdzięczność, a i pewnie parę rzeczy ciekawych nauczę.

- Kiedy ty przed świtem obwieszony zostaniesz! - ciemnowłosa piękność aż tupnęła ze złości obutą w wąski trzewik stopką, tryskając z oczu iskrami - Tako wróżka powiedziała: obwieszony przed świtaniem na konopnej linie! Tedy kiedy się pokładać będziem?!


Wątek techniczny

Sytuacja wciąż napięta, trzeba brać nogi czym prędzej, a piękna wybawczyni elfa wciąż tylko o jednym! Co do Goldastha, nie będę utrudniał sprawy, doniesie ciało Aldura do statku. Jakieś dodatkowe deklaracje? Zygi, gasisz już rękę?

Zygi
Reactions:
Posty: 164
Rejestracja: 31 grudnia 2008, 15:41

Post autor: Zygi » 12 września 2011, 21:09

Sam efekt trwał będzie 5 rund, więc już pewnie sama dogasła, jeśli jednak nie to zaciskając dłoń w pięść nie tyle "zgaszę ogień" co przyjmę jego moc ponownie do siebie, w końcu sharamicie nie przystoi nic gasić.

- Wróżka nie mówiła nic o który ranek chodzi, więc wybacz że Cię rozczarowuję, jednak nie spieszno mi zaciskać cokolwiek wokół szyi. Wystarczy emocji na dziś i nie masz co w płacz czy złość wpadać, bo to jeno na zdrowiu się odbije, jako wszystkie smutki. Ruszmy na statek, a tam będzie jako rzekłem - pomyśl ile lin na statku znajdziesz, może to nie o wisielca chodziło, a o elfa żagle wciągającego - rzucił elf lekko już zirytowany, jednak wciąż próbujący zachować pełną sympatię w głosie. - Ruszajmy szybko, bo i z przyjemności i z dziecka nic nie będzie, a jak tłuszcza wróci to pewnie i na linie nie będzie co wieszać..
Nemo Me Impune Lacessit..

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 12 września 2011, 21:35

Posapując z cicha dawał z siebie wszystko coby tylko nie zostać w tyle za towarzyszami wyścigu o życie.

:)

tzeentch
Reactions:
Posty: 466
Rejestracja: 05 czerwca 2009, 12:51

Post autor: tzeentch » 12 września 2011, 22:11

Łupu cupu, chlastu chalstu, bieży do was strażników jedenastu (prawie)... a wśród nich Katańczyk taki, co unika wszelkiej draki :)
Ostatnio zmieniony 12 września 2011, 22:16 przez tzeentch, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 13 września 2011, 18:04

Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa

Ponaglani okrzykami sierżanta, członkowie patrolu puścili się biegiem w stronę, z której dochodziły ich narastające wrzaski przerażenia, tłukąc ciężkimi podeszwami butów w bruk i pobrzękując metalowymi elementami zbroi. Moriento trzymał się z tyłu, gotów dać nogę przy najbliższej okazji, ale korzystający póki co z bezpieczeństwa, jakie absurdalnym zbiegiem okoliczności dawało mu towarzystwo miejskich strażników. Katańczyk podejrzewał, że groziło mu dużo mniejsze ryzyko dekonspiracji niż w przypadku rzucających się od razu w oczy nieludzi, a szukający podpalaczy stróżowe prawa najmniej winni się spodziewać ich obecności w szeregach miejskiego patrolu.

W głębi uliczki pojawili się jacyś uciekający w nieskładnej kupie Tabadańczycy, ludzie czystej krwi i mieszańcy oraz kilku orków, noszący zbroczone krwią odzienie i sprawiający wrażenie porządnie czymś wstrząśniętych. Na widok uzbrojonych strażników zwolnili kroku, bo światło gwiazd zamigotało złowieszczo na ostrzach dobytych przez straż szabel, zaraz jednak ponownie rzucili się do przodu witając ich z dziką radością.

- Podpalacze! Wstrętne zbrodzienie!

- Cała banda, bili, a rąbali bez litości!

- Uczciwych ludziów pocięli, ani chybi poszaleli, potwory!

- I elf tam był, elf strasznisty czarownik, cały w ogniu, pewnikiem największy pośród nich podpalacz!

Opadnięty przez okrwawionych i wrzeszczących jednocześnie mieszczan sierżant musiał kilka razy gromko krzyknąć, a na koniec wytarmosić za ucho jednego z ocalałych cudem z ewidentnej rzezi biedaków, nim reszta uspokoiła się na tyle, by dało się usłyszeć rzucane przez podoficera pytania.

- Ilu ich było?! Gadajta drapko!

- Panie, a żeby dwa tuziny, to bym za mało rzeknął! - wyrzucił z siebie jeden z drabów, zadzierając brodę i prezentując w całej okazałości zachodzące już opuchlizną podbite oko - Wielka banda, a bez litości, panie!

- I czarownik wśród nich, powiadacie?! Co za czarownik?!

- Straszny! Nieludź, a na dodatek jeszcze elf! Ręce miał całe w ogniu, a iskrami sypał, tyla tych iskrów było, że nie wiedzieć, co to jeno z ręków czy i od zębów zgrzytania!

- A jakeście z nimi w zwadę weszli? Sami się na was rzucili?! - słysząc chaotyczne zeznania świadków sierżant pobladł nieco, zwłaszcza na wspomnienie elfickiego czarownika, wciąż jednak starał się nadrabiać miną.

- Panie, bo to tak było! - drab z podbitym okiem uciszył kuksańcami towarzyszy skupiając na sobie uwagę wszystkich strażników - Jak wieść gruchła, coby zbrodzieniów pomóc szukać, to my naszli takiego jednego krasnoluda, co faję pykał. A stary Gizmot rzekł, że jak fajkę pyka, tedy i krzesiwo musi mieć, a przecie krzesiwo i do podłożenia ognia może być użyte. To jak ma krzesiwo, to go trza porządnie potrząsnąć, coby się bez zwłoki do winy przyznał.

- I przyznał się?

- Gdzie tam, panie, nawet pałami lany, taki zatwardziały zbrodzień był z niego! A jak my go dla opamiętania lali, to na nas wpadli inni tamci, na koniu, panie, na koniu! Mało nas nie rozjechali, a potem nogę dali, toteż kazał Gizmot lecieć za nimi!

- I kto was tak obił, oni? - sierżant potarł dłonią podbródek, najwyraźniej zastanawiając się w duchu, czy garstka jego podwładnych podoła coraz groźniejszemu wyzwaniu.

- Bo ich więcej było, panie! W dole ulicy się na nas zasadzili, już czekali w pułapce! Gizmotowi rękę odrąbali, a elf płomieniami straszył! I Osmundczycy wśród nich, skurwiałe zaprzedańce, nieludziów sługi! A wszyscy pod bronią!

- Hargan, do mnie! - ryknął sierżant, który chyba usłyszał już dostatecznie dużo - Gnaj do koszar, a nóg nie żałuj! Niech komendant pcha do portu wszytkich strażników i jeszcze rycerzy namiestnika o pomoc prosi! A potem do hadry i każ w rogi dąć na alarm! To jakowaś krwawa rejza, mi się widzi, jeszcze nam port z dymem puszczą! I jak galerników najdą, niech ich do przystani pędzą, do łodzi, może trza będzie redę galerami zatarasować!

Wywołany z nazwiska strażnik uciekł czym prędzej w przeciwną stronę, z wyrazem nieopisanego szczęścia na twarzy. Reszta patrolu odprowadziła go pełnym dzikiej zazdrości wzrokiem, po czym skupiła się niechętnie na słowach sierżanta.

- Wy wszyscy, zacni mieszczkowie, za nami! - wydał rozkaz podoficer - Pójdziem tam większą grupą, coby wybadać jak się sprawy mają!

- Pobiją nas! - jęknął drab z podpuchniętym okiem tracąc natychmiast rezon - Panie, pomiłujcie...

- Obowiązek wzywa, człeku! - huknął sierżant próbując ukryć za twardym tonem własną niepewność - Miasto w potrzebie, trza ratować! Kto nie pomoże, ten sam skurwiały zaprzedaniec i zamorszczyków sługus! Za mną, ale powoli i po cichu, wpierw się trza rozglądnąć! Ty tam, pójdź no bliżej!

Rozglądający się na boki Moriento pojął znienacka, że podoficer spogląda w jego stronę.

- Podejdź no tu bliżej, włóczykiju! Nie myśl, żem od razu nie poznał, coś ty za jeden, wszytko masz na gębie wypisane!

Katańczyk zesztywniał słysząc słowa Tabadańczyka, zastanawiając się, czy zdąży wyszarpnąć na czas spod odzienia jeden ze swych noży i czy ów nóż cokolwiek mu da w konfrontacji z tyloma przeciwnikami.

- Tak, bratku, mnie nie przechytrzysz! - zaśmiał się bez cienia wesołości sierżant - Ręce to ty niby gładkie masz, jak jaki pisarczyk, ale z mordy zbir z ciebie przedni, gęsie pióro żeś pewnikiem jeno na gęsim kuprze widywał, a stronice uczonej księgi zadek se nimi podcierając! Od razu widać, żeś rzezimieszek, ale dzisiaj mi się ktoś taki jak nic przyda! Przodem ze mną pójdziesz, a zemknąć nawet nie próbuj!


Wątek techniczny

Pozwoliłem sobie na nieco dłuższą scenkę fabularną, chcąc za jej pomocą lepiej oddać atmosferę panującą na ulicach obracanego w perzynę przez zamorszczyków miasta. Mam nadzieję, że chwyciliście ten klimat grozy i rozpaczy oraz utożsamiacie się teraz z bohaterskimi strażnikami miejskimi, którzy co noc muszą stawiać czoła ponurej rzeczywistości Tahar-garu! No i ciekawe, co sobie teraz myśli Moriento (Moriento, nie Tzeentch) słysząc opowieść uciekinierów o dzikiej osmundzkiej tłuszczy mordującej w porcie każdego napotkanego ludzia!

tzeentch
Reactions:
Posty: 466
Rejestracja: 05 czerwca 2009, 12:51

Post autor: tzeentch » 13 września 2011, 20:18

- A żeby to chuj jasny... - Moriento zmęł w ustach przekleństwo. - Przeca nas, kurwa, wyrzezają do szczętu - rzucił jękliwie i chciał protestować, jednak widok wściekłej miny sierżanata spowodował, że Moriento znów skulił uszy po sobie - No jasne. Idę, kurwa, idę przodem.

Moriento ta sytuacja wcale się nie podoba, chociaż sprawdza się to co przewidział w przy przesłuchaniu. Ale już najmniej to ma ochotę pakować się na ślepo w kłopoty, bo iść z przodu, to jakby prościć się o guza. Na razie jednak nie ma wielkiego wyboru. Trza się słuchać rozkazów, wypatrywać oczy po nocy i szuakać "zdradzieńców". Inaczej sam wpadnie w tarapaty. Jednak bez fanatyzmu z tym ślepym wykonywaniem rozkazów. Własna dupa jest najważniejsza. Więc oczy dookoła głowy i szukam jakiejś możliwość wykaraskania się z tej awantury.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 16 września 2011, 20:30

Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa

Gromada dyszących niby zmęczone polowaniem psy uciekinierów wpadła na szeroką przestrzeń nabrzeża, zbijając się w ciasną kupę opodal trawionych wilgocią drewnianych pali wbitych w muliste dno portowego basenu. W przeciwieństwie do wąskich krętych uliczek szeroki pas kamiennego nabrzeża oświetlały liczne olejne lampy i zatknięte w żelaznych obejmach łuczywa, co wyraźnie zatroskało rozglądających się bacznie wokół Osmundczyków. Wokół kręciło się też sporo przechodniów, zarówno zaalarmowanych nocnymi wydarzeniami mieszczan jak i wyrwanych ze snu marynarzy, którzy zeszli z pokładów swych statków, by rozejrzeć się po okolicy.

- Jak za starych lat - wysapał taszczący ciało Aldura Goldasth - Trzeba było za młodu wory z urobkiem w kopalni targać, iście takie ciężkie jak ten biedaczysko. Daleko jeszcze do tej krypy?

Jeden z osmundzkich żeglarzy obejrzał się na krasnoluda z wyrazem dezaprobaty na twarzy, wyraźnie dotknięty użytym przez Goldastha terminem.

- To nie krypa, nieludziu - odparł mężczyzna, w asserze, ale z doskonale słyszalnym obcym akcentem - Przy drugim nabrzeżu, za tamtymi żurawiami, po ciemku jeszcze nic nie widać.

Rozejrzawszy się wokół żeglarze ruszyli czym prędzej wzdłuż brzegu portowego basenu, wlokąc pod pachy jęczących kompanów i nie żałując nóg. Hariquiel deptał im po piętach, prowadząc pod ramię coraz bardziej zalęknioną rozwojem wydarzeń młodą Tabadankę i pilnując, by Akki zbytnio się od niego nie oddalał.

- Jeszcze chwila i będziemy na miejscu - rzucił do elfa przywódca żeglarzy, zwalniając kroku i czekając, aż reszta kompanów go wyprzedzi - Weźmiemy was z nami, ale wielce liczę na to, że jeśli cosik się zacznie dziać, będziesz ponownie zaklęciami straszył, przyjacielu. Zwią mnie Dragan, a pochodzę z Halladoru, z wyspy Karmin...

Mężczyzna najwyraźniej zamierzał coś jeszcze powiedzieć, ale ani nie dokończył swej opowieści ani też Hariquielowi nie było dane, by się samemu przedstawić. Elf zdążył jedynie przelotnie pomyśleć, że wciąż nie poznał imienia nadobnej towarzyszki podróży, kiedy gdzieś za plecami uciekinierów rozległy się znienacka gorączkowe nawoływania.

Sharamita obejrzał się błyskawicznie ponad ramieniem i wciągnął z cichym syknięciem powietrze widząc gromadę uzbrojonych sylwetek wysypujących się z bocznej uliczki na nadbrzeże. Obdarzony dużo lepszym w ciemnościach od ludzkiego wzrokiem elf spostrzegł od razu, że jego tropem sunie obita tak niedawno i tak niemiłosiernie tłuszcza lubiących pogromy mieszczan, ale ich przodem truchtali osobnicy w pancerzach i płaszczach tahargarskiej straży miejskiej.

A wszystkich wiódł wymachujący dziarsko pochodnią Moriento, katański czarownik, najmita współodpowiedzialny za podpalenie faktorii ela Raffura i zbieg z więźniarskiego konwoju, teraz zaś ku bezbrzeżnemu zdumieniu Hariquiela ochoczy pomagier miejscowej straży miejskiej!


Wątek techniczny

Bystre oczy elfa wiele w ciemności dostrzegą i tak się też stało teraz. Pościg znów depcze Wam po piętach, a chociaż sharamita wciąż walczy z niedowierzaniem, zdrowy rozsądek podpowiada mu, że Wasz niedawny towarzysz niedoli sprzedał Was niecnie stróżom prawa i sam przewodzi teraz pościgowi! I tyle by było tyle, jeśli o zaufanie wobec Katańczyków idzie!

Pościg jest jakieś sto metrów za Wami, statek podobno gdzieś z przodu, ale niedaleko. Czas brać nogi za pas i żwawo, bo będą kłopoty!

Zygi
Reactions:
Posty: 164
Rejestracja: 31 grudnia 2008, 15:41

Post autor: Zygi » 16 września 2011, 21:29

- Kapitanie Dragan z Halldoru - zaczął elf przyspieszając kroku - jestem tan Hariquiel.. jednak nim zacznę Ci swą genealogię i geograficzne powiązania przekazywać radzę znacznie przyspieszyć kroku - słowa z ust elfa wyleciały szybko niczym seria strzał z długich łuków elfich wypuszczona przez najznamienitszych strzelców - tłum strażników ze sobą prowadzi, a wątpię coby me słowa na nich zrobiły takie samo wrażenie - dokończył elf przyspieszając zarówno krok jak i ruchy języka.

Mam nadzieje, że wszyscy przyspieszą, nie tyle liczę, że uda się odcumować nim nas dopadną, ale przynajmniej, że uda się wejść na pokład. W razie pytań kapitana, odpowiem, że chętnie w walce pomogę, jednak dużo bardziej komfortowo bym się czuł już na pokładzie, i tam strategicznie najlepsze pozycje obronne można zająć (zwłaszcza, że w przeciwieństwie do prowadzącego strażników Moriento i w razie starcia, wolałbym stracić przytomność na odpływającym statku, niż w drodze na niego).
Nemo Me Impune Lacessit..

tzeentch
Reactions:
Posty: 466
Rejestracja: 05 czerwca 2009, 12:51

Post autor: tzeentch » 16 września 2011, 22:02

Gdy dostrzegę wreszcie uciekinierów trzeba będzie chyba zacząć spowalniać pościg... Nie chciałbym, aby ktoś z tutejszych zauważył że to ja rzucam czary, więc staram pozostawać poza centrum uwagi. Jeśli to bezpieczne, to w pierwszej kolejności Magiczna Tarcza - nie ma sensu obrywać jakimiś przypadkowymi pociskami. Potem mogę zacząć rozglądać się za czymś, co może latać, lub się toczyć (najlepsza byłaby jakaś sieć, ale od biedy może być pusta beczka) - na to pójdzie Magiczna Siła, żeby zaczęło lecieć/toczyć się w NASZĄ stronę - chodzi o przypomnienie, że wśród uciekających jest mag i odebranie pogoni zbytniej chęci do pościgu. Powtarzam jednak - własne 4 litery są najważniejsze i czaru rzucam jedynie, jeśli nie zwróci to na siebie uwagi...

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 17 września 2011, 02:44

Obejrzał się szybko prze ramię starając nie zwalniać kroku i zaklął szpetnie.
- Wać! Ten tyż przeciwko mać?! - splunął pogardliwie i sapnąwszy lekko wytężył wszystkie siły. Przewaga odległości zaczęła się zwiększać gdy ostro ruszył przed siebie w kierunku wskazanym przez kapitana marynarzy.

Oby dolecieć, w końcu krasnoludy są zabójcze ale na krótkie dystanse :P

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 18 września 2011, 21:03

Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa

Zmęczeni forsownym marszem żeglarze odnaleźli znienacka drzemiące dotąd pokłady sił, rzucając się na złamanie karku przed siebie i pędząc co sił w nogach ku ukrytemu w ciemnościach nocy statkowi. Prowadzeni pod ramiona ranni towarzysze byli teraz wręcz wleczeni, chociaż Hariquiel nie mógł nie zauważyć, iż żadnego z nich nie porzucono na pastwę losu, wręcz przeciwnie: kto tylko mógł, doskakiwał do poturbowanych kamratów łapiąc ich za odzienie i ciągnąc wzdłuż nabrzeża pośród zduszonych okrzyków ponagleń.

Piękna Tabadanka zaczęła szlochać przerażona brutalnym rozwojem wydarzeń, jednocześnie jednak uległa bezwolnie sile elfa, objuczonego licznymi tobołkami i ciągnącego za sobą dziewkę właśnie na dodatek. Sharamita oglądał się co chwila za siebie przez ramię, z coraz większym niepokojem konstantując, że rozochocony widokiem uciekających ofiar motłoch odzyskał sporo animuszu i parł ich śladem z dziką wrzawą mając na przedzie biegnących z rozwianymi płaszczami strażników miejskich.

I jeszcze jedno mroziło krew elfa, chociaż Hariquiel wiedział, że nie może tutaj wiele zdziałać: obciążony ponad miarę ciężkim ciałem Aldura krasnolud odstawał coraz bardziej od uciekającej śpiesznie gromady, pozostając w tyle i stając się pierwszym zbiegiem, który miał lada chwila wpaść w ręce rozwścieczonych Tahargarczyków.

Ponad dachami miasta poniósł się ponownie głuchy dźwięk świątynnych rogów: to kataniccy akolici dęli co sił w płucach w odlane z brązu instrumenty zawieszone w pinaklach miejscowej hadry, zrywając na nogi tych nielicznych mieszkańców, którzy zdołali już zasnąć po pierwszej gwałtownej pobudce.

- Ktoś podniósł larum w całym mieście! - krzyknął Dragan z Halladoru wyciągając ponownie z pochwy swój miecz - Jak nas tu ucapią, na strzępy rozedrą bez pytania, który czemu winien!

Z pokładów mijanych w szaleńczym tempie statków sypały się rzucane w wielu językach okrzyki, najczęściej pełne niepokoju pytania, rzadziej wyzwiska. Kto jeno dość miał rozsądku w głowie, na widok licznej grupy zbiegów i jeszcze liczniejszego pościgu wskakiwał z powrotem na swoją jednostkę lub pierzchał w boczne uliczki, ale bystre oczy Hariquiela spostrzegły coraz to więcej lekkozbrojnych mieszkańców portowej dzielnicy dołączających pod wpływem nawoływań motłochu do pogoni za uciekinierami.


Wątek techniczny

Pościg wciąż trwa, a tymczasem w mieście znowu wielkie larum i musicie być gotowi na to, że ryk świątynnych rogów wywabi z domostw mnóstwo uzbrojonych i rozgniewanych mieszkańców. Elf, karczmarka i pies dotrzymują kroku halladorskim żeglarzom, za to Goldasth będzie miał kłopoty, jeśli nie zrezygnuje na czas z poczucia obowiązku wobec swego zmarłego druha, bo zwłoki Aldura spowalniają wystarczająco, by pościg krasnoluda lada chwila dopadł. Goldwin, co robisz z tym fantem? Zygi, nadal pozostajesz przy zamiarze zabrania dziewczyny ze sobą? Może lepiej byłoby pozbyć się jej teraz, skoro i tak nie grozi Ci już dekonspiracja z jej strony?

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 18 września 2011, 21:05

Noc 29 bakis-ranu 9454, Tahar-gar, dzielnica portowa

Chociaż na nabrzeżu panował głęboki półmrok, wokół paliło się dość lamp, by zdyszany katański czarodziej dostrzegł znajome sylwetki uciekających przed nim kompanów. Gnający w tyle gromady zbiegów elf ciągnął za sobą jakąś kobiecą postać, a jeśli chwilę wcześniej Moriento żywił jeszcze nadzieję, że to zbieg okoliczności i szczupły uciekinier nie ma nic wspólnego z Hariquielem, trzymający się jego nogi duży pies oraz truchtający niezgrabnie opodal krasnolud z miejsca te wątpliwości rozwiali. Katańczyk nie miał pojęcia, kim była towarzysząca elfowi kobieta i jakim cudem jego kamraci weszli w dziwaczny sojusz z gromadą zamorskich żeglarzy, jednak widziane po drodze obrazy dzikiej walki i zaścielające jedną z bocznych ulic zakrwawione ciała mieszczan jawnie dowodziły tego, że nieoczekiwani sojusznicy nocnych podpalaczy byli bitni i wiedzieli jak robić żelazem.

Bieg wydarzeń nie przestawał Katańczyka zadziwiać. Podpalenie faktorii, aresztowanie, ucieczka z więziennego wozu, przekradanie się do puszczy i pośpieszny odwrót przed grozą czającą się w jej szeleszczących listowiem ciemnościach, przypadkowa rekrutacja w szeregi straży miejskiej, a teraz szaleńczy pościg za własnymi towarzyszami - wszystko to zdawało się zlewać w myślach pędzącego co sił mężczyzny w jeden oszałamiający ciąg obrazów.

Dystans dzielący zbiegów od motłochu malał z każdą chwilą, a uczestniczący w pościgu stróżowie prawa rośli w siłę, ponieważ ich ochrypłe krzyki nakłaniały do pomocy coraz więcej wyglądających z domostw mieszczan oraz marynarzy wyrwanych ze snu na pokładach przycumowanych do nabrzeża statków. Co rusz jakiś człek, ork lub mieszaniec krwi wyskakiwał na ulicę z obnażonym ostrzem lub solidną pałką, solidarnie dołączając do pościgu za zbrodniarzami mającymi jakoby zamiar puścić z dymem cały tahargarski port. Świątynne rogi na wieżycach katanickiej hadry wyły potępieńczym rytmem stawiając na równe nogi nie tylko samych mieszczan, ale i stacjonujących w obrębie miasta tabadańskich żołdaków. Moriento nie miał wątpliwości, że w porcie lada chwila zaroi się od noszących czarne płaszcze żołnierzy, a ci bez wątpienia byli groźniejszymi przeciwnikami od tutejszych strażników miejskich.

Gdziekolwiek nie uciekali elf z krasnoludem, najpewniej był to jakiś statek, ze strzępów zeznań motłochu można zaś było domniemywać, że szło tu o statek osmundzki. Morientiemu było w zasadzie wszystko jedno, gdzie ów statek popłynie, zależało mu jedynie na tym, by dostać się na jego pokład samemu, a nie w towarzystwie strażników i mieszczan składających się na jego spocone i rozwrzeszczane towarzystwo.

Trzeba było działać i to szybko, bo odstający od reszty zbiegów krasnolud, objuczony wielkim kształtem dziwnie przywodzącym na myśl bezwładne ciało, mógł lada chwila paść ofiarą rozjuszonych Tahargarczyków, którzy brzmieniem swych okrzyków nie pozostawiali wątpliwości, iż poczucie miłosierdzia jest im tej nocy zupełnie obce.


Wątek techniczny

Ponieważ Moriento zdołał zachomiczyć wcześniej jeden z amuletów i ma go teraz przy sobie, nie będzie trzeba czerpać PM z ciała. Ponieważ nie mam nic przeciwko mamrotaniu inkantacji, możesz rzucić zaklęcie w biegu (w takich warunkach mało kto zwróci uwagę na to, co robisz, ale przez wzgląd na konieczność pędzenia co sił, dyszenia i ustawicznego potrącania przez współzawodników będę testował ½ UM zamiast pełnej cechy (czarowanie w warunkach polowych). Pierwsza miała być Magiczna Tarcza, potem Magiczna Siła. Jeśli z powodu kiepskiego rzutu pierwsze zaklęcie nie wyjdzie, mam je powtarzać do skutku czy przejść od razu do drugiego?

ODPOWIEDZ