PBF - Płonąca granica

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 19 października 2011, 16:00

Cóż, niewiele mogę teraz zrobić poza oczekiwaniem na nadciągające wydarzenia.

Osoby strażników (lub pseudo strażników, diabli wiedzą co się tu działo zanim dojechaliśmy), nie napawają raczej przyjaźnie jak i otoczenie. Raz, że coś się kleją przy drzwiach Canyona, dwa, że nie raczyli nawet zareagować przyjaźnie na powitania Jack'a.
Właściciela czy też jego "żonki" raczej nie jestem jeszcze w stanie sobie odmalować, chwilowy brak kontaktu po wykonaniu "w tył zwrot" na progu.

Grupka ludzi siedzących w rogu, do rozpracowania. O ile rzucone na stół rewolwery nie mają zniechęcać li tylko ujawniać możliwości obronne starałbym się czegoś dowiedzieć, chętnie zamienię z nimi kilka słów. Interesują mnie wiadomości o "okolicy", zwłaszcza rejony Bluefield, Green Valley, Lotniska, czy też Princetown. Inne ciekawostki również gdyby mieli do zakomunikowania.

Ogólnie jeśli wszystko rozejdzie się "po kościach" co najwyżej łyknąłbym wody, chociaż można by się wywiedzieć co kuchnia oferuje (poza usługami żonki), ew. postawił kolejkę jeśli pomoże to w nawiązaniu kontaktu z "grotołazami" (wszystko przez te gogle i sprzączki) :)

Później, po rozmowach, chciałbym pogadać z kumplami o trasie. Ale to później, nie wiem jak skończy się początek wizyty.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 20 października 2011, 21:19

Zajazd przy Kellysville, 3 maja 2055

Strażnicy cofnęli się od wozu widząc wysiadającego Wilsona, przyjrzeli się raz jeszcze chciwie jego broni, po czym wymieniwszy pod nosem kilka uwag wycofali się w głąb parkingu. Ciężkie metalowe zbroje pobrzękiwały w rytm ich ruchów, kiedy przysiedli na siedzisku zbudowanym z kilku ułożonych na sobie podkładów kolejowych, grzejąc się w promieniach popołudniowego słońca i udając, że interesują ich wyłącznie niedalekie skaliste grzbiety wzgórz ciągnących się po obu stronach czterysta sześćdziesiątki.

Paul Wilson posłał znaczące spojrzenie w kierunku przyciśniętego do ściany blokhauzu Salta oraz stojącego w progu zajazdu Radeforda, dał im niemo do zrozumienia, że panuje nad sytuacją. Unikając gwałtownych ruchów i starając się sprawiać wrażenie całkowicie opanowanego kierowca wyciągnął spod kurtki płócienny woreczek z tytoniem i naznaczoną śladami wieloletniego użytku fajeczkę.

Nie śpiesząc się nabił fajkę i oparty plecami o maskę wozu zaczął ją ćmić obserwując jednocześnie z ukosa swe otoczenie i trzymając jedną rękę cały czas w pobliżu odłożonego na maskę automatu.


Wątek techniczny

Panowie z ochrony chwilowo odpuścili, Wilson zgodnie z deklaracją pali fajkę. Mam przyjąć, że Salt i Radeford wracają do środka? Kaznodzieja do swej wody, a Salt dosiada się do stolika do grotołazów? Jakieś dodatkowe deklaracje, zanim napiszę nową fabularkę?

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 20 października 2011, 21:56

U mnie bez zmian z postanowieniami. Ew. dobrze wiedzieć jaki pi razy drzwi jest przelicznik że szklanka wody za 5 guziorów :)

Awatar użytkownika
deliad
Reactions:
Posty: 3638
Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
Has thanked: 5 times
Been thanked: 52 times

Post autor: deliad » 21 października 2011, 06:43

Za nim wrócę do środka, zabieram motocykl z parkingu i pakuję na pikapa.
- Hej Paul odłóż na chwile tą fajkę pokoju i pomóż mi zapakować moje cacko na pakę. Ludek tu prosty a i zasad współżycia nie znający, nie bardzo orientujący się co to cudza własność, a okazja czyni złodzieja. Poza tym ta benzyna cośmy ją dostali jako zadatek jest strasznie gówniana. Na rafinacji to się oni nie znają. Wole silnika bez potrzeby nie zajeżdżać. Coś mi mówi, że za dużo się tutaj nie dowiemy. Tylko tyle z barmana wyciągnąłem, że.... (reszta w dialogu z barmanem). . Lepiej żeby któryś z nas tu został. Jak chcesz zmienię cię jak tylko dopije w knajpie wodę.
Radeford widział już tysiące takich miejsc. Wieczna atmosfera zagrożenia, głód, choroby czyniły z ludzi zwierzęta. Zwierzęta bez kręgosłupa moralnego i wyznających prawo siły. Aby móc nad nimi popracować potrzebny był czas. Czas i pokaz siły jako bodziec wyzwalający. W przypadku zajazdu nie zanosiło się ani na jedno ani na drugie. Ebenezer nie zamierzał po próżnicy strzępić języka.
Wątek techniczny:
Pakuje motocykl, mam nadzieję, że z pomocą Paula. Następnie idę dopić wodę a i może uda się bardziej barmana za język pociągnąć.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 21 października 2011, 23:05

Zajazd przy Kellysville, 3 maja 2055

Paul Wilson upewnił się, że przytrzymujące motor na pace łańcuchy naciągnięte są dostatecznie mocno, by uchronić maszynę przed wypadnięciem podczas podskoków samochodu na wyboistej drodze. Kaznodzieja sprawiał jak dotąd wrażenie dobrotliwego człowieka i unikał w swych religijnych pogadankach tematu kar piekielnych, ale noszony przez niego obrzyn nie sprawiał wrażenia instrumentu służącego do głaskania grzeszników po głowach.

Salt i Radeford zniknęli ponownie we wnętrzu blokhauzu, a obydwaj strażnicy siedzieli nadal na stercie kolejowych podkładów grzejąc się we wiosennym słońcu. Dokonawszy inspekcji łańcuchów kierowca wsadził ponownie w kącik ust swą fajkę, opierając się o drzwiczki pikapa i przewieszając sobie MP5 przez ramię. Obserwując strażników kątem oka zauważył, że zesztywnieli, kiedy sięgnął po swą broń, ale po chwili odprężyli się nieco nie dostrzegając w jego spokojnym, pozornie flegmatycznym zachowaniu śladu zagrożenia.

Paul zerknął na pogodne niebo, analizując pozycję słońca i dochodząc do wniosku, że do jego zachodu pozostają jeszcze jakieś cztery godziny. Martwiła go perspektywa jazdy po zmroku, ponieważ Canyon miał tylko jeden sprawny reflektor i podróżowanie w ciemnościach groziło poważnymi uszkodzeniami wozu. Jack uważał, że bez niespodzianek na trasie kurierzy powinni byli dotrzeć do Bluewell godzinę przed zmierzchem, dlatego przedłużający się pobyt w Kellysville zaczynał działać Wilsonowi na nerwy.


Wątek techniczny

Mała wstawka dla Paula, głównie w celu zaznaczenia faktu posiadania przez niego fajki! Osobne updaty dla Salta i Radeforda w przygotowaniu...
Ostatnio zmieniony 21 października 2011, 23:10 przez Keth, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 22 października 2011, 20:15

Zajazd przy Kellysville, 3 maja 2055

Jack Salt wszedł do zajazdu w ślad za Radefordem, próbując przeniknąć wzrokiem półmrok panujący we wnętrzu blokhauzu i węsząc dyskretnie. Wypełniające wnętrze budowli zapachy nie przypadły mu do gustu, zwłaszcza odór zjełczałego tłuszczu, mężczyzna powściągnął jednak cisnące mu się na usta słowa nie chcąc zaostrzać i tak już niepokojącej atmosfery.

Oparty brzuchem o kontuar barman obdarzył go przeciągłym spojrzeniem, przeniesionym zaraz na postać podnoszącego swoją szklankę Radeforda. Kaznodzieja przystanął po przeciwnej stronie baru, ustawiając się tak, by mieć na oku zarówno gospodarza jak i trójkę mężczyzn odpoczywających w kącie blokhauzu.

- Czuć żarciem - rzucił niezobowiązująco Salt, spoglądając na barmana znacząco - Macie mięso?

- Mamy - odpowiedział gospodarz trąc wierzchem dłoni o zarośnięty podbródek - Wczoraj złapałem salamandrę, całkiem tłuściutką, a dzisiaj w pułapkę wpadły dwa wielkie szczury. Coś ci podsmażyć? Masz towar na wymianę za mięso?

Salt kiwnął głową twierdząco, ale uniósł jednocześnie rękę dając do zrozumienia, że jeszcze nie zamierza nic zamawiać. W zamian przeszedł przez wnętrze zajazdu podchodząc do stoliku w rogu.

Trzy pary oczu śledziły każdy jego ruch. Mężczyźni wyraźnie zesztywnieli. Salt wyczuwał wyraźnie ich napięcie, nikt jednak nie zdradził ochoty do sięgnięcia po któryś z leżących między kubkami rewolwerów.

- Mam wieści na wymianę - powiedział wprost Jack krzyżując ramiona na piersiach - Informacja cenna rzecz, zwłaszcza na odludziu. Chcecie pogadać o tym, co na drogach?

- Może i chcemy - odpowiedział po krótkiej chwili namysłu jeden z mężczyzn, rosły ciemnoskóry drab o krótko przyciętych włosach i podkrążonych ze zmęczenia oczach - Zależy, co chcesz wiedzieć i co masz do powiedzenia, gościu.


Wątek techniczny

Pierwsze lody chyba przełamane. Wiele będzie zależało od kolejnych dialogów. Goldwin, zamierzasz zamówić coś do jedzenia, podtrzymujesz ofertę darmowej kolejki dla grotołazów? Inne deklaracje?

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 22 października 2011, 23:14

Zajazd przy Kellysville, 3 maja 2055

Odprowadzając Salta wzrokiem Ebenezer zerknął w stronę gospodarza, gapiącego się posępnie na plecy rozmawiającego z trójką gości Jacka. Kaznodzieja dopił resztę wody w szklance, uznając, że brak dziwnych objawów po spożyciu pierwszego łyku wykluczał dosypanie do niej środków odurzających. Gospodarz mógł wyglądać nieprzyjaźnie i odstręczająco, ale najwyraźniej niczego w stosunku do swoich gości nie knuł. Jego żona wciąż tkwiła za progiem sąsiedniego pomieszczenia, świdrując Radeforda przenikliwym wzrokiem, który budził w mężczyźnie szczere zmieszanie.

- Macie cokolwiek oprócz szczurów i jaszczurek? - zapytał cicho misjonarz, licząc skrycie na przełamanie uporczywej małomówności gospodarza - Owoce albo chleb?

- Nie - odparł krótko barman, podkreślając swą odpowiedź ruchem głowy - Mam tylko piwo, domowej roboty.

- Tamci trzej, z którymi gada mój kumpel - Ebenezer wskazał kciukiem na grupkę mężczyzn w rogu pomieszczenia - Często kręcą się tu w okolicy?

Gospodarz podrapał się dla odmiany po karku, marszcząc czoło i zastanawiając się nad odpowiedzią przez dłuższą chwilę.

- Pierwszy raz ich widzę - odrzekł wzruszając ramionami - Przyjechali na dwa auta, chcieli tylko odpocząć. Podobno wracają z Bluefield. O więcej nie pytałem, chcesz coś wiedzieć, sam do nich idź.

Skończywszy swą wypowiedź mężczyzna za kontuarem cofnął się o dwa kroki i przysiadł na drewnianej ławce; na tyle wysoko, by wciąż widzieć wszystko i móc błyskawicznie wyszarpnąć spod baru strzelbę, a jednocześnie dostatecznie od Radeforda daleko, by dać kaznodziei tym samym do zrozumienia, że na dalszą konwersację nie ma ochoty.


Wątek techniczny

Barman najwyraźniej nie chce się dać wciągnąć w rozmowę i co tu z takim zrobić? Deliad, chcesz mu opowiedzieć o cudownym rozmnożenia chleba i ryb czy sam wybierzesz inny ustęp z Biblii? :P

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 22 października 2011, 23:55

Podtrzymuję ofertę kolejki i chętnie sobie pogwarzymy. O czym to podałem wcześniej. Na mięsiwo raczej nie mam chęci ale piwo brzmiało interesująco, chociaż to pewnie raczej sikacz...
Problem mam jednak nadal z jakimś przelicznikiem ale... może jakoś się uda rozwikłać.
Najpierw chętnie też dowiem się skąd przybywają, jeżeli ucho wychwyciło niusa barmana to staram się być ostrożny. Na oko to jakiś zwiad.

vampire1308
Reactions:
Posty: 435
Rejestracja: 30 listopada 2008, 21:34

Post autor: vampire1308 » 23 października 2011, 08:43

Rozglądam się po parkingu. zrobię kilka rundek wokół samochodu. sprawdze jak opony, stan benzyny, bo po to sięzatrzymaliśmy. i będe obserwował naszych "ochroniarzy". Jeżeli moi kompani nie wyjdą po jakiś 20 minutach to:
Krzyknę" Salt ruszajcie się. Jedziemy dalej co tak się grzebiecie. Jeżeli wyjdą wcześniej to oczywiście dziele się informacją,że jak się pośpieszymy to dojedziemy przed północą i siedzenie tutaj jest niepotrzebne.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 23 października 2011, 14:32

Zajazd przy Kellysville, 3 maja 2055

Salt wyczuł w tonie rozmówcy powściągliwe zainteresowanie, toteż sięgnął po jeden z wolnych stołków opodal i usiadł na nim okrakiem zakładając ręce na oparcie.

- Jeśli jest tu jakieś piwo, po jednym dla mnie i tych facetów - zażyczył sobie Jack odsuwając jednocześnie niby przypadkiem połę wytartego płaszcza i demonstrując raz jeszcze dobitnie kolbę tkwiącego w kaburze pistoletu. Na pustkowiach szacunek okazywano tylko silnemu, słaby stawał się bardzo szybko ofiarą, której los bywał nie do pozazdroszczenia.

- Jedziemy do Bluewell - oświadczył kurier, nie widząc powodu, by kłamać; kierunek jazdy nie pozostawiał mu bowiem zbyt wielu alternatyw - Chcemy przeskoczyć na sto dwunastkę i śmignąć przez Hardy na Bluefield. Wiecie coś o tamtych stronach?

Salt miał co prawda zupełnie inny plan podróży, nie zamierzał jednak iść zbyt daleko w swej szczerości wobec obcych ludzi, toteż ujawnił przed nimi trasę, z której bynajmniej nie zamierzał korzystać. Wywabiony zza kontuaru barman podszedł z trzema butelkami piwa w ręce, pełnymi ciepłego żółtawego płynu, który nie miał nic wspólnego z przedwojennym Budweiserem.

- Na waszym miejscu nie pchałbym się do Bluefield - odpowiedział po chwili drugi z przejezdnych, starszy wiekiem mężczyzna o upstrzonych nitkami siwizny włosach - Obozuje tam jakaś motocyklowa banda, siedzą od dłuższego czasu. Kurewsko nieprzyjemne typki i bardzo szybko sięgają po broń.

- Na was wyciągnęli? - zainteresował się Salt, analizując niepokojące wieści.

- Może tak, może nie - odpowiedział wymijająco pierwszy z rozmówców - Dranie siedzą tam i chyba nie zamierzają się wynieść. Wystawili czujki i kopią coś w centrum.

Zainteresowanie Jacka natychmiast wzrosło, albowiem prace wykopaliskowe mogły oznaczać tylko jedno: próbę dostania się do wartościowych łupów zagrzebanych głęboko pod ziemią.

- Spora ta banda? - zapytał kurier starając się zachować beznamiętną twarz.

- Koło czterdziestu gości, wszyscy pod bronią i na motorach.

Gwałtownie wywołane zainteresowanie Salta natychmiast zniknęło bez śladu, skonfrontowane brutalnie z liczebnością gangerów. Tak silne grupy grabieżców stanowiły wyzwanie dla regularnych bojówek federalnych baronów, a cóż dopiero garstki ledwie wiążących koniec z końcem kurierów.

- A kierunek na Princeton? - zapytał Jack zmieniając temat i upijając łyka ze swej butelki. Piwo było kiepskie nawet jak na standardy tej okolicy, więc ledwie je przełknął robiąc dobrą minę do złej gry.

- Niby spokojnie, ale drogi są do dupy - odparł starszy wiekiem mężczyzna, przesuwając nieco w bok swój plecak i wyprostowując pod blatem nogi - Wiadukty się pozawalały i obwodnica jest zatarasowana. A czego szukacie w Bluewell?

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 23 października 2011, 15:06

Pociągnął łyczek żółtawego płynu lekko krzywiąc się gdy ciecz dostała się na kubeczki smakowe. Ale nie było co wybrzydzać, sikacz jest jaki jest, a poświęcić dla dobra sprawy trzeba było odrobinę smaku.

Odchylił się lekko na oparcie jednakże nie pozbywając się czujności i odparł:

- Słuchy nas doszły, że można tam jakąś fuchę znaleźć... - pokiwał lekko głową - A żyć trzeba, poznać nowy kawałek świata też nie zawadzi a być może i ciut podreperować finanse. Dlatego człek wciąż w drodze...

Potarł się lekko po czole.

- Powiadacie kiepskie drogi. Szkoda, pchać się pod bok gangerów nieciekawie... - westchnął ciężko i uśmiechnął krzywo - Nie znacie może jakiejś alternatywy coby ominąć Bluefield bokiem?

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 23 października 2011, 15:18

Zajazd przy Kellysville, 3 maja 2055

Przy stoliku panowała przez chwilę głęboka cisza, wszyscy goście raczyli się piwem zastanawiając się widać, co należało obcemu powiedzieć, a co we własnym interesie lepiej przemilczeć. Salt domyślał się już, że trzech przejezdnych trudniło się szabrowaniem starych ruin i bynajmniej nie widział w tym nic złego. Rezerwa i powściągliwość w konwersacji była w takim przypadku w pełni zrozumiała, bo gadatliwi szabrownicy szybko ściągali sobie na własny teren niepożądaną konkurencję.

- To nie nasze strony - odpowiedział w końcu siwowłosy podróżnik wzruszając ramionami - My jesteśmy z Peterstown, chcieliśmy wyskoczyć do Bluefield, ale nic z tego nie wyszło. Wracamy na północ, tam częściej znaleźć można jakąś fuchę. Jak macie mapy, dacie sobie radę, jak nie, obyście mieli dość paliwa.

- W Princeton siedzi podobno baron Sutherland - dodał drugi mężczyzna - Ale jaki tam z niego baron? Ma podobno dziesięciu gości z gnatami i drugie tyle, które dla niego za jakieś nędzne ochłapy rozbiera na części budynki w mieście. Wyciągają aluminium, kable, kafelki łazienkowe i szyby. Niby można tam zarobić na boku, ale podobno jest niebezpiecznie. Tydzień temu Sutherland miał jeszcze dwudziestu ludzi, tylko coś mu połowę z nich zeżarło. To są dzikie strony, przyjacielu, tutaj trzeba naprawdę uważać, gdzie się jedzie.


Wątek techniczny

Goldwin, piwo w całości wyniesie Cię dwa gamble, co chcesz dać gospodarzowi w zamian za ten przedni trunek?

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 23 października 2011, 15:54

Dopił szybko cienkusza i powstał powoli od stolika.

- No nic panowie, dzięki śliczne za informacje, trzeba się zbierać. Późno już, na nas już pora, może uda się przed nocą jakoś dojechać.

Odwrócił się i odszedł w kierunku baru, wyjął po drodze dwa opakowania witamin i rzucił na ladę.

- Chyba wystarczy za trunki? - dodał patrząc na barmana wymownie i odwrócił się na pięcie ku wyjściu ponaglając Radeforda.

- Chodź, musimy jeszcze coś obgadać z Paulem przed drogą - wyszedł.

***

Będąc na zewnątrz blokhauzu, zlustrował uważnie okolicę i przeciągnął się. Potarł szczękę i podszedł szybko do wozu. Upewnił się, iż strażnicy nie będą go słyszeli i rozłożył pomiętą mapę. Wyciągnął ołówek i narysował nim cienką linię.

Obrazek

- Jedziemy stąd... - zaczął szeptem i narysował strzałkę - Mój plan jest taki aby ominąć Bluefield trochę zawracając ku Princetown - wskazał palcem skrzyżowanie 112 z 460.

Rysując linię po mapie dotarł do Mercer Mall.

- Tu moglibyśmy odbić. Potem wzdłuż jeziora, miniemy Nunn i Shrader Cemetery i wyskoczylibyśmy na 123. Przelecimy obok starego lotniska do 52. Stamtąd już prosto jak w mordę strzelił do Bluewell. Ewentualnie przez Edison do 20, ale to nadłożymy wiecej drogi...

Popatrzył na towarzyszy i uśmiechnął się cierpko.

- Sęk w tym, według tamtych wędrowców... - wskazał kciukiem na blokhauz - Na obwodnicy kiepsko, ponoć zryte, wiadukty leżą. Może te stare, poboczne drogi nadają się do ominięcia. Cóż, tak to sobie wstępnie wykalkulowałem. Macie jakieś inne pomysły?

Popatrzył wyczekująco na towarzyszy drapiąc się po karku.

Awatar użytkownika
Keth
Reactions:
Posty: 12615
Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
Has thanked: 138 times
Been thanked: 84 times
Kontakt:

Post autor: Keth » 23 października 2011, 16:22

Zachodnia Wirginia, pogranicze Federacji Appalachów, 3 maja 2055

Chociaż Wilson prowadził z prędkością zaledwie ośmiu mil na godzinę, pikap podskakiwał na nierównej wyboistej drodze niczym rozjuszony muł, kołysząc się na boki i wpadając co chwila z jękiem maltretowanych amortyzatorów w głębokie wyrwy. Wiodąca przez lesiste wzgórza szosa była w fatalnym stanie, ale stanowiła jedyny sensowny objazd w kierunku Bluewell, bo droga stanowa numer 19 biegnąca w stronę Princeton praktycznie nie istniała, a te jej odcinki, które wciąż jeszcze zachowały popękaną warstwę asfaltu zatarasowane były rozpadającymi się od korozji wrakami samochodów.

Słońce zaczynało się zniżać ku lesistym grzbietom wzgórz, a wysokie masywy rzucały coraz dłuższe cienie na zniszczoną szosę przypominając podróżnym, że już niedługo okolice te obejmie we władanie noc.

Przewrócony na bok i przymocowany do paki łańcuchami motor Radeforda podskakiwał na każdym wyboju wydając z siebie metaliczne dźwięki, które zdawały się sprawiać kaznodziei fizyczny ból. Ebenezer siedział w szoferce pikapa, z nogami podciągniętymi pod brodę, uparcie starając się nie zwracać uwagi na dobiegający z tyłu hałas i bawiąc się machinalnie paskiem od obrzyna. Jego zamyślony wzrok błądził po gęstych lasach górujących ponad krętą szosą, podchodzących pniami młodych drzewek aż po linię spękanego asfaltu. Przyroda odbierała zniszczonej cywilizacji ziemię, rok po roku zacierając ślady po gatunku, który kilkadziesiąt lat temu stanowił dominującą formę życia na Ziemi.

- Co to? - odezwał się po raz pierwszy od kwadransa kaznodzieja, odwracając głowę w kierunku mijanego po prawej ogrodzenia z aluminiowej siatki, za którym pośród gęstych traw tkwił niewielki betonowy budyneczek pozbawiony szyb i ziejący wielkimi dziurami w dachu.

- Stacja pomp wodnych - odpowiedział Wilson zerknąwszy wpierw na ledwie czytelną tablicę zwisającą z otwartej szeroko bramy - Przed wojną podobno używano ich do nawadniania pól, gdzieś o tym czytałem.

- Zajrzymy? - zaproponował Radeford przekrzywiając głowę w tył i odprowadzając mijaną stację wzrokiem - Może napełnimy manierki?

- Woda najpewniej jest skażona - wzruszył ramionami Paul, nawet nie zdejmując stopy z pedału gazu - W takich miejscach roi się od szczurów i innych gryzoni. Mam resztkę tabletek chloru, lepiej nimi nie szastać na prawo i lewo.

- Jak tam chcesz - ziewnął kaznodzieja opierając się wygodniej w wytartym siedzeniu pikapa - A to co?

Palec wskazujący mężczyzny wycelowany był w przekrzywiony metalowy słup, który wychynął zza przesłoniętego drzewami zakrętu szosy. Wilson zwolnił nieco, odbił w bok omijając wielką dziurę wypłukaną pośrodku drogi przez ulewne deszcze. Cała lewa strona szosy zasypana była wysokimi ziemnymi muldami, naniesionymi z pobliskich zboczy wzgórz przez intensywne opady i nawarstwiającymi się od lat na zaniedbanym, przez nikogo nie konserwowanym szlaku.

- Drogowskaz - odpowiedział po chwili kierowca - Gdzieś tu musi być zjazd na miejscowe lotnisko...

- Lotnisko? - na surowej twarzy Radeforda pojawił się wyraz autentycznego zaciekawienia - Byłem raz na lotnisku w Detroit. Niesamowita sprawa, mówię ci. Wszędzie sterty złomu, nic, tylko grzebać i wykręcać, co się da. Jeden ziom zmontował sobie na swojego Chryslera kompletny pancerz z grubej blachy, którą wykroił z jakiegoś rozbitego Boeinga! Nawet z M60 ciężko go było przebić!

- Tak? - udał zainteresowanie Wilson, wciąż skoncentrowany na prowadzeniu wozu pomiędzy wielkimi dziurami i jednoczesnej obserwacji pobliskich wzgórz. W cieniu rzucanym przez wielkie drzewa mogły się czaić liczne niebezpieczeństwa, o których kierowca wolał nie zapominać: zmutowane dzikie zwierzęta, wędrujące gangi szabrowników, być może nawet zapuszczające się daleko na południe automaty zwiadowcze Molocha - A ile wyciągał na zegarze?

- Nic - zaśmiał się dźwięcznie Radeford, po raz pierwszy od opuszczenia zajazdu okazując iskrę dobrego humoru - Był tak ciężki, że nie silnik nie potrafił go uciągnąć z miejsca.

- Oto i zjazd - Paul pokazał palcem odchodzącą w prawo zniszczoną drogę, która niknęła za gęstym pasem drzew - Lotnisko hrabstwa Mercer. Jest jakieś półtorej mili na północ od szosy. Jack! Dojeżdżamy do lotniska!


Wątek techniczny

Odsypiających szaleństwa sobotniej nocy uczestników sesji pragnę uświadomić, że zakończenie wyżej zamieszczonego updatu jest jednocześnie zakamuflowaną prośbą o ewentualną deklarację w kwestii zjazdu na lotnisko :)

Oczywiście nie jest to obowiązkowe, a zapewne nawet kryje w sobie jakieś okropne niebezpieczeństwo, ale czuję się w obowiązku podrzucać Wam czasami jakieś ciekawe motywy, żebyście nie nudzili się w trakcie podróży! Inną kwestią jest jednak coraz bliższy zmierzch, a penetrowanie różnych zakątków po zmroku może nieść ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Lotnisko nie zając, przez noc nigdzie nie ucieknie, zawsze będziecie tu mogli wrócić jutro po świcie, za dnia łatwiej przyjdzie szabrować.

Co robicie?!

Goldwin
Reactions:
Posty: 645
Rejestracja: 08 kwietnia 2009, 19:36

Post autor: Goldwin » 23 października 2011, 16:38

Ocknął się z sennego drzemania i rozejrzał powoli po okolicy, zadarł głowę starając się ocenić porę dnia.

- No panowie, nie wiem czy dotrzemy przed zmrokiem do Bluewell. Chyba będziemy musieli kimnąć gdzieś w tym pustkowiu - wskazał ręką przez okno - Po ciemnicy chyba nie ma co się pchać po tych dziurach.

Potarł zarośniętą szczękę, poluzował pasek i naciągnął kurtkę chroniąc się przed nadciągającym chłodem.

- A zajrzeć na lotnisko by można... - Westchnął lekko - O ile nie ma tam lub nie było jeszcze Molocha to może znajdziemy coś ciekawego. Liczyłbym na jakiś sprzęt, leki, żywność której mogło coś zostać w automatach, może nawet jakaś amunicja. W końcu kiedyś byli tam strażnicy...

W razie postoju wypadam na okoliczny rekonesans, po okręgach przejść się w poszukiwaniu śladów czy ktoś tu był/bywał, lepiej być przezornym. Standardowe umki wchodzące w grę przy takich rzeczach.
Jeżeli jedziemy na lotnisko to wypatruję po okolicy jakichś znaków bytności ludzi, zwierząt, Molocha. Czujność, czujność i jeszcze raz pełna gotowość bojowa.

ODPOWIEDZ