Washington Street, Arkham, wieczór 22 listopada 1920;
Paul wysiadł z Forda na lejący deszcz i podbiegł do werandy rozciągającej się wzdłuż domostwa sąsiadującego z domem Westona. Drzwi po dwukrotnym zapukaniu otworzył starszy pan. Dziennikarz wytłumaczył, iż pracuje nad materiałem dotyczącym domu obok. Mężczyzna po chwili wahania wpuścił Gillingama do salonu. Przedstawił się jako Leslie Clark Bolton – prawnik z kancelarii Bolton & Pike. Zaproponował filiżankę kawy, chyba targany żałosnym widokiem przemokniętego do suchej nitki dzienikarzem.
Do klasycznego lecz pięknie bogato salonu zeszła jeszcze żona Boltona - Elizabeth. Ciepły aromatyczny napój rozgrzał Paula. Zachęcony rozmownością państwa Boltonów spytał:
- Czy uważają Państwo dom obok za nawiedzony? - Leslie pokręcił przecząco głową w odpowiedzi. Liz potwierdziła opinie męża:
- Och proszę Pana. Nawiedzony to zbyt dużo powiedziane. Po prostu dużo się w nim dzieje. To zupełnie niepodobne do takiej spokojnej i bogatej okolicy. Odkad się tu przeprowadziliśmy niemal trzydzieści lat temu, to dużo się tam wydarzyło. Najpierw ten Weston i ci szaleńcy z tego kościoła, już nie pamiętam jak się nazywał. Weston był z nimi powiązany jakoś. Nocne pijatyki i orgie. Mieszkać się tu nie dało. Wraz z sąsiadami wytoczyliśmy proces, ale Sąd mimo apelacji, uznał prawo Westona do zamieszkania. Potem Weston zaginął. Dom stał pusty przez kilka lat i był względny spokój. Z tego co wiem spadkobiercy Westona w końcu wymogli na Sądzie Najwyższym uznanie Westona martwym i wyegzekwowali testament starca. Czy Pan wie, że ten hulaka podobno chciał aby pochować go we własnym domu?- dodała ironicznie Pani Bolton. Leslie wtrącił się w słowo:
- Pomysł zaiste godny podziwu. Ten wariat, trzeba przyznać miał kawaleryjską fantazję. Nie do pomyślenia w takiej okolicy.
- A co było potem? - Paul był ciekawy opinii Boltonów.
- A później co trochę, ktoś się wprowadzał i wyprowadzał.- Podjął wątek Pan Bolton. - Ale nikt na dłużej. Chyba Pictonowie byli około dwóch lat tutaj z tego co pamiętam, albo może Państwo Spears? No nieważne, ta agencja co się tą nieruchomością zajmowała to naprawdę się nie przykładała. Jakiś ludzi z working class tu sprowadzali i same kłopoty z nimi były. - Leslie podkreślił poirytowany wyraźnie słowa working class. - Ten cały Goodyear się powiesił, jego rodzina to jakiś margines był, nawet auta nie mieli. Że już nie wspomnę o ostatnich najemcach: Macario. Niby bardzo mili ludzie, ale no wie Pan, żeby w taką okolicę ludzi z problemami psychicznymi sprowadzać?
- Tak, tak. Oboje zabrano na oddział psychiatrczny. Pięciu policjantów Pana Macario wyprowadzało, a wrzaski na całe Arkham chyba były. - Liz przedstawiła obrazową wizję aresztowania.
- A co Państwa zdaniem mogo spowodować, że normalni ludzie lądują obłokani w szpitalu?
- Wie Pan, ja jestem prawnikiem a nie lekarzem, swoje w życiu widziałem, ale jeśli oczekuje Pan, że powiem Panu duchy, to się Pan Panie Gillngham grubo myli. Jesteśmy pobożnymi protestantami i w takie wymysły nie wierzymy.
Wątek techniczny
Taką mniej więcej faktograficzną wersję zdarzeń przedstawiają inni rozmówcy. Masz jakieś inne pytania? Nie domknąłem rozmowy, gdyby Paul chciał jeszcze o coś spytać. Na rozmowach upłynął Ci czas do 21.00. Co dalej?
ZC - Tajemnica Domu Westonów
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
St. Ann's Hospital, Arkham późne popołudnie 22 listopada 1920;
William podjechał pod budynek szpitala. Podszedł do siedzącej za biurkiem pielęgniarki tylko po to aby dowiedzieć się, że oddział psychiatryczny znajduje się po drugiej stronie małego parku. Klnąc w myślach, William wyszedł z powrotem na lejący się z nieba rzęsisty deszcz i skierował swe kroki w stronę odległego o kilkadziesiąt metrów budynku
Ciężkie masywne wrota i kraty w oknach nadawały postronnym wrażenia iż oddziałowi psychiatrycznemu bliżej było do aresztu niźli do szpitala. Ponurego obrazu dopełniał odłażący tynk i butwiejące framugi okienne na piętrze.
- Wizyta u państwa Macario? - spytał lekarz. - No proszę, jeszcze nikt z rodziny się nie zainteresował, a już druga osoba ich odwiedza. - Mruknął jakby do siebie mężczyzna po czym dodał.
- Z panem Macario widzenie nie sensu. Jest w stanie uniemożliwiającym jakąkolwiek rozmowę, ale jeśli Panu bardzo zależy... Co do żony stawiam jeden warunek. Proszę nie denerwować pacjentki. Jest w stabilnym stanie, ale nie chcemy pogorszenia jej stanu.
Detektyw przystał na warunek lekarza i barczysty pielęgniarz poprowadził Hutchinsona wgłąb korytarza. Minęli aulę pełną ludzi w żółtych fartuchach przejawiających najskrajniejsze emocje: część z nich siedziała i beznamiętnie patrzyła sie w dal, niektórzy mechanicznym kroliem przemierzali korytarze bredząc od rzeczy, a inni wrzeszczeli niczym obdzierani ze skóry bez żadnej widocznej przyczyny.
W końcu zatrzymali się przed drzwiami z małym okienkiem. Pielęgniarz w wielkim pęku kluczy odnalazł ten właściwy i otworzył zamek. W środku w fetorze fekaliów na łóżku leżał przypięty pasami około czterdziestoletni mężczyzna. Z ust ciekła mu szeroka struga śliny, nos i twarz pokrywały strupy po głębokich zadrapaniach. Wariat konwulsyjnie zaciskał i rozwierał pięści, by w pewnym momencie podnieść się nieco na łokciach, wbić hipnotyczny wzrok w Hutchinsona i wrzasnąć na całe gardło:
- ŻYYYYYYJJJJEEE!! TAK! ! TAAAAAK!! - Zaraz potem zaległ na łożu w kompletnym bezruchu, łypiąc tylko chaotycznie gałkami ocznymi.
Pielęgniarz zamknął drzwi:
- Jak sam Pan widzi nie da się z nim rozmawiać. Prawie w ogóle nie ma kontaktu z rzeczywistością, a dziś czuje się dużo gorzej. Zabrudził wszystko już dwa razy od rana. Zaprowadzę Pana do Pani Macario.
Wątek techniczny
Jakie pytania chcesz zadac Pani Macario? Pamętaj o lekarzu, który prosił o delikatność w rozmowie z kobietą. Wygląda też na to, że pielęgniarz nie zostawi Cie w cztery oczy z pacjentką.
Przepraszam za długi przestój w pbf, ale miałęm troche urwania głowy przez święta. Myślę, że teraz pbf już wróci do normy
William podjechał pod budynek szpitala. Podszedł do siedzącej za biurkiem pielęgniarki tylko po to aby dowiedzieć się, że oddział psychiatryczny znajduje się po drugiej stronie małego parku. Klnąc w myślach, William wyszedł z powrotem na lejący się z nieba rzęsisty deszcz i skierował swe kroki w stronę odległego o kilkadziesiąt metrów budynku
Ciężkie masywne wrota i kraty w oknach nadawały postronnym wrażenia iż oddziałowi psychiatrycznemu bliżej było do aresztu niźli do szpitala. Ponurego obrazu dopełniał odłażący tynk i butwiejące framugi okienne na piętrze.
- Wizyta u państwa Macario? - spytał lekarz. - No proszę, jeszcze nikt z rodziny się nie zainteresował, a już druga osoba ich odwiedza. - Mruknął jakby do siebie mężczyzna po czym dodał.
- Z panem Macario widzenie nie sensu. Jest w stanie uniemożliwiającym jakąkolwiek rozmowę, ale jeśli Panu bardzo zależy... Co do żony stawiam jeden warunek. Proszę nie denerwować pacjentki. Jest w stabilnym stanie, ale nie chcemy pogorszenia jej stanu.
Detektyw przystał na warunek lekarza i barczysty pielęgniarz poprowadził Hutchinsona wgłąb korytarza. Minęli aulę pełną ludzi w żółtych fartuchach przejawiających najskrajniejsze emocje: część z nich siedziała i beznamiętnie patrzyła sie w dal, niektórzy mechanicznym kroliem przemierzali korytarze bredząc od rzeczy, a inni wrzeszczeli niczym obdzierani ze skóry bez żadnej widocznej przyczyny.
W końcu zatrzymali się przed drzwiami z małym okienkiem. Pielęgniarz w wielkim pęku kluczy odnalazł ten właściwy i otworzył zamek. W środku w fetorze fekaliów na łóżku leżał przypięty pasami około czterdziestoletni mężczyzna. Z ust ciekła mu szeroka struga śliny, nos i twarz pokrywały strupy po głębokich zadrapaniach. Wariat konwulsyjnie zaciskał i rozwierał pięści, by w pewnym momencie podnieść się nieco na łokciach, wbić hipnotyczny wzrok w Hutchinsona i wrzasnąć na całe gardło:
- ŻYYYYYYJJJJEEE!! TAK! ! TAAAAAK!! - Zaraz potem zaległ na łożu w kompletnym bezruchu, łypiąc tylko chaotycznie gałkami ocznymi.
Pielęgniarz zamknął drzwi:
- Jak sam Pan widzi nie da się z nim rozmawiać. Prawie w ogóle nie ma kontaktu z rzeczywistością, a dziś czuje się dużo gorzej. Zabrudził wszystko już dwa razy od rana. Zaprowadzę Pana do Pani Macario.
Wątek techniczny
Jakie pytania chcesz zadac Pani Macario? Pamętaj o lekarzu, który prosił o delikatność w rozmowie z kobietą. Wygląda też na to, że pielęgniarz nie zostawi Cie w cztery oczy z pacjentką.
Przepraszam za długi przestój w pbf, ale miałęm troche urwania głowy przez święta. Myślę, że teraz pbf już wróci do normy
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Pana Macario staram się wypytać jedynie "co" żyje?
Jego żonę wypytuję delikatnie w postaci miłej konwersacji, o ile się tak da.
Przedstawiam się jako nowy najemca domu, który chce się dowiedzieć jak najwięcej o domu, ponieważ ma dziwne wrażenie, że ktoś pod jego nieobecność przestawia mu rzeczy.
Pytam:
- Jak się miewa, czy dobrze ją karmią
- Czy długo mieszka w Arkhem
Później pytania skierowuje na dom:
- Czy nie nachodzą go dzieci sąsiadów
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu ( sprawdzam czy nie zareaguje przecząco i powie coś o piwnicy.
Staram się unikać rozmowy o jej mężu i dzieciach.
- Pytam o sugestie i przeczucia dotyczące domu.
Jego żonę wypytuję delikatnie w postaci miłej konwersacji, o ile się tak da.
Przedstawiam się jako nowy najemca domu, który chce się dowiedzieć jak najwięcej o domu, ponieważ ma dziwne wrażenie, że ktoś pod jego nieobecność przestawia mu rzeczy.
Pytam:
- Jak się miewa, czy dobrze ją karmią
- Czy długo mieszka w Arkhem
Później pytania skierowuje na dom:
- Czy nie nachodzą go dzieci sąsiadów
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu ( sprawdzam czy nie zareaguje przecząco i powie coś o piwnicy.
Staram się unikać rozmowy o jej mężu i dzieciach.
- Pytam o sugestie i przeczucia dotyczące domu.
-
8art
- Reactions:
- Posty: 6267
- Rejestracja: 13 stycznia 2011, 17:38
- Has thanked: 121 times
- Been thanked: 81 times
St. Ann’s Hospital, Arkham, Wieczór 22 listopada 1920
Lekko wstrząśnięty William nerwowo spytał leżącego na łożu Macario:
- Żyje? Co żyje? Mówże!
- Szkoda zachodu. I tak nic nie powie. - Pielęgniarz spokojnie schwycił detektywa za ramię. - Bredzi cały od rzeczy co mu ślina na język przyniesie. Mówie Panu, to taki przypadek, że ze szpitala już nie wyjdzie.
Hutchinson machnął w końcu ręką i oboje udali się dalej korytarzami ponurego szpitala.
Sophie Macario nie była zbyt rozmowna. Detektyw od razu domyślił się, że musi być pod wpływem silnych leków antypsychotycznych. Była rozkojarzona i niemal przysypiała podczas krótkiego widzenia z Williamem. Można było odnieść wrażenie, że kobieta ledwo zdawała sobie sprawę, iż z ktoś jest w pokoju i próbuje się z nią komunikować. Każda odpowiedź poprzedzona była, długą, pełną napięcia ciszą, jak gdyby Sophie biłą się sama ze sobą w myślach. Pomny słów lekarza William zaczął delikatnie: od pytań o samopoczucie i neutralnych spraw jak pogoda czy zakupy. Kobieta powoli odpowiadała, Hurchinsonowi wydawało się, że nawet dostrzegł na jej twarzy cień uśmiechu, gdy wspomniała o szpitalnym wikcie. Z rozmowy wywnioskował, że muszą być w Stanach około sześć lat. Był ciekaw ile z tego czasu spędzili w Arkham:
- A ile lat Państwo mieszkają w Arkham?
- ... Dwa... Przyjechaliśmy do Arkham... jak się Wielka Wojna skończyła...
- A kręciły się po Państwa posesji jakieś dzieci?
- Dzieci... Gdzie są moje dzieci?... Czy jest im dobrze?... - Do oczu kobiety napłyneły łzy.
- Tak Pani Macario. Nic im nie jest. Kazały Panią pozdrowić. - Skłamał detektyw, aby uspokoić wzruszenie Sophie. Musiał potem jeszcze kilkakrotnie upewniać kobietę o dobrym samopoczuciu dzieciaków. Udało mu się jednak powstrzymać Panią Macario od płaczu. Postanowił spytać bezpośrednio o dom:
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu?
- To straszny dom... - Macario podkuliła nogi i oparła brodę o kolana: - Straszny... Dom... Dom
W tym momencie pielęgniarz krzyknął krótko:
- Choroba! I coś Pan narobił! Wyjdź Pan!
William cofnął się dwa kroki, dostrzegając równocześnie jak Sophie wpierw przewraca się na łóżku zwijając w pozycję płodową. W ułamek sekundy później ciałem kobiety wstrząsnęły drgawki. Macario spazmatycznie zacharczała, niekontrolowanie wyrzucając w różne strony kończyny. Pielęgniarz nacisnął na kobietę całym ciałem i wetknął jej w usta wyciągnięty z kieszeni drewniany klocek. Detektyw patrzył oniemiały jak ten wielki facet trudził się aby utrzymać filigranową kobietę, konwulsyjnie rzucającą się w kaduku. Do pokoju wpadł lekarz, którego Hutchinosn nie widział wcześniej. Wypchnął Williama za drzwi, klnąc nad czym świat stoi i rzucił się pomóc koledze.
Kilka mimut później było po wszystkim. Obaj wyszli z pokoju. Lekarz wziął Hutchinsona i odciągnął na bok. Szeptem wyładował swoją złość na Williamie:
- Nie wiem co wy sobie wyobrażacie! My tu mamy tych ludzi leczyć i zagwarantować im jakotaki spokój! A tu wczoraj ten podejrzany czarnuch z listem z komendy policji. Teraz Pan! Co to ma znaczyć? To jest szpital, a nie pokój przesłuchań! Całe tygodnie terapii poszły do diabła! Przecież Ci ludzie mają dzieci! Ktoś się musi do nich w końcu wrócić. Koniec z tym! Jako ordynator wstrzymuje wszystkie wizyty do odwołania!
Wątek techniczny
Wygląda na to, że nie uda się już nic wyciągnać z Sophie Macario. Po ataku epilepsji pewnie będzie spać przez następne kilkanaście godzin. Idziesz na umówione spotkanie w restauracji, czy jeszcze chcesz pomyszkować i popytać o coś?
Lekko wstrząśnięty William nerwowo spytał leżącego na łożu Macario:
- Żyje? Co żyje? Mówże!
- Szkoda zachodu. I tak nic nie powie. - Pielęgniarz spokojnie schwycił detektywa za ramię. - Bredzi cały od rzeczy co mu ślina na język przyniesie. Mówie Panu, to taki przypadek, że ze szpitala już nie wyjdzie.
Hutchinson machnął w końcu ręką i oboje udali się dalej korytarzami ponurego szpitala.
Sophie Macario nie była zbyt rozmowna. Detektyw od razu domyślił się, że musi być pod wpływem silnych leków antypsychotycznych. Była rozkojarzona i niemal przysypiała podczas krótkiego widzenia z Williamem. Można było odnieść wrażenie, że kobieta ledwo zdawała sobie sprawę, iż z ktoś jest w pokoju i próbuje się z nią komunikować. Każda odpowiedź poprzedzona była, długą, pełną napięcia ciszą, jak gdyby Sophie biłą się sama ze sobą w myślach. Pomny słów lekarza William zaczął delikatnie: od pytań o samopoczucie i neutralnych spraw jak pogoda czy zakupy. Kobieta powoli odpowiadała, Hurchinsonowi wydawało się, że nawet dostrzegł na jej twarzy cień uśmiechu, gdy wspomniała o szpitalnym wikcie. Z rozmowy wywnioskował, że muszą być w Stanach około sześć lat. Był ciekaw ile z tego czasu spędzili w Arkham:
- A ile lat Państwo mieszkają w Arkham?
- ... Dwa... Przyjechaliśmy do Arkham... jak się Wielka Wojna skończyła...
- A kręciły się po Państwa posesji jakieś dzieci?
- Dzieci... Gdzie są moje dzieci?... Czy jest im dobrze?... - Do oczu kobiety napłyneły łzy.
- Tak Pani Macario. Nic im nie jest. Kazały Panią pozdrowić. - Skłamał detektyw, aby uspokoić wzruszenie Sophie. Musiał potem jeszcze kilkakrotnie upewniać kobietę o dobrym samopoczuciu dzieciaków. Udało mu się jednak powstrzymać Panią Macario od płaczu. Postanowił spytać bezpośrednio o dom:
- Czy nie sądzi, że w domu panuje dziwna atmosfera, szczególnie na strychu?
- To straszny dom... - Macario podkuliła nogi i oparła brodę o kolana: - Straszny... Dom... Dom
W tym momencie pielęgniarz krzyknął krótko:
- Choroba! I coś Pan narobił! Wyjdź Pan!
William cofnął się dwa kroki, dostrzegając równocześnie jak Sophie wpierw przewraca się na łóżku zwijając w pozycję płodową. W ułamek sekundy później ciałem kobiety wstrząsnęły drgawki. Macario spazmatycznie zacharczała, niekontrolowanie wyrzucając w różne strony kończyny. Pielęgniarz nacisnął na kobietę całym ciałem i wetknął jej w usta wyciągnięty z kieszeni drewniany klocek. Detektyw patrzył oniemiały jak ten wielki facet trudził się aby utrzymać filigranową kobietę, konwulsyjnie rzucającą się w kaduku. Do pokoju wpadł lekarz, którego Hutchinosn nie widział wcześniej. Wypchnął Williama za drzwi, klnąc nad czym świat stoi i rzucił się pomóc koledze.
Kilka mimut później było po wszystkim. Obaj wyszli z pokoju. Lekarz wziął Hutchinsona i odciągnął na bok. Szeptem wyładował swoją złość na Williamie:
- Nie wiem co wy sobie wyobrażacie! My tu mamy tych ludzi leczyć i zagwarantować im jakotaki spokój! A tu wczoraj ten podejrzany czarnuch z listem z komendy policji. Teraz Pan! Co to ma znaczyć? To jest szpital, a nie pokój przesłuchań! Całe tygodnie terapii poszły do diabła! Przecież Ci ludzie mają dzieci! Ktoś się musi do nich w końcu wrócić. Koniec z tym! Jako ordynator wstrzymuje wszystkie wizyty do odwołania!
Wątek techniczny
Wygląda na to, że nie uda się już nic wyciągnać z Sophie Macario. Po ataku epilepsji pewnie będzie spać przez następne kilkanaście godzin. Idziesz na umówione spotkanie w restauracji, czy jeszcze chcesz pomyszkować i popytać o coś?
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
- Pan wybaczy ale ja też się staram chronić obywateli tego miasta. Państwo Macario są kolejnymi ofiarami przedziwnych, doprawdy, wydarzeń, doprowadzających mieszkańców do szaleństwa. Tak, to najbardziej tajemnicza sprawa jaka mi się trafiła. Staje się jeszcze bardziej pogmatwana skoro zajmuje się nią osoba powiązana z komendanturą policji w Arkhem. Zanim pójdę i zakończę niepokojenie pańskich