Świst wystrzeliwanego bełta dodał otuchy Zorianowi. Gdy jednak okazało się, że spudłował, zaklął jak szewc, odłożył kuszę. Z pleców ściągnął tarczę, wyszarpał w pochwy miecz. W samą porę, bo pierwszy dobiegający wilk odbił się od tarczy. Zaraz potem dostał silne pchnięcie znad tarczy, prosto w kosmaty łeb. Tymczasem drugi już nacierał z prawej strony, i tylko wieloletnie doświadczenie pozwoliło odskoczyć Zorianowi przez kłami bestii. Od razu na niego poszła kontra, uderzenie z prawej do lewej, niestety nad głową wilka. W porę osłonił gardło przed trzecim wilkiem, który doskakując chciał rozszarpać szyje aquilońskiego strzelca; z głuchym stukiem wilk odbił się od tarczy.
Weteran nie czekał na kolejny atak przeciwników; natychmiast skośnym uderzeniem od prawej do lewej przeciął gardło wilkowi, który go zachodził od prawej. Trzeci wilk zdołał kłapnąć szczękami tuż nad jego lewym, odsłoniętym po zabójczym ciosie ramieniu. I tym razem Zorian chciał skontratakować, ale wilk nagle wycofał się wgłąb pobliskich zarośli.
Na Mitrę! Było blisko! Dopiero teraz aquilończyk mógł się spokojnie rozejrzeć po polu bitwy. Reszta drużyny już zdążyła się rozprawić z atakującą sforą, a niedobitki zaczęły czmychać do zarośli.
- Cholera, Druss. Tobie to się zawsze oberwie.
Proponuje ścigać wilki, albo iść ich tropem. Zorian jest niemal święcie przekonany, że to znowu sprawka magii, a podążanie za przyzwanymi istotami może doprowadzić do ich mistrza. Weteran z poległych wilków nic nie zabiera, tylko wyciera miecz o ich sierść. Nie tknie niczego, co miało jakiś związek z magią, która próbowała go zabić.