Nadal było ciemno.
Po chwili mrok ustępował miejsca porannym promieniom słońca wdzierającym się przez prowizoryczne okna w chacie. Aquilończyk podniósł głowę i ze zdziwieniem zobaczył, że oprócz niego, tylko Druss śpi na sianie, leżąc bezładnie na brzuchu, chrapiąc przy tym jak stado starych psów z chorobą gardła.
W końcu, po upartej walce z własnym ciałem, Zorian wstał, wygrzebał z plecaka połowę swoich srebrnych lun i wyszedł na zewnątrz się przewietrzyć. Otwierając drzwi zastał stojącego Vanko i Cadmona, mających właśnie wchodzić do środka.
- Dzień dobry - burknął Zorian, i wyszedł za potrzebą.