-Barth i Radegaście wiecie, że za Wami pójdę wszędzie nie ważne gdzie, ale to nie są orki, czy ludzie którzy dla władzy i zasług zabiją swojego ojca aby tylko dać się przypodobać władcy. To są elfy moja krew, może i gdzieś tu jakiś mój krewny jest, nie możemy z nimi tak postępować jak z innymi. Nie rozumiem ich podejścia do tej sytuacji i nie chcę tego rozumieć, nie wiem czemu toczą te swoje chore wojny między sobą! Ale wiem jedno dopóki się nie zjednoczą i nie zaczną współdziałać zginą! Po kolei każde plemię zdechnie jak zbity pies, a ja nie chcę do tego dopuścić i nie dopuszczę! Tylko to oni sami muszą to zrozumieć, tu na nic nie zda się siła i groźby, oni sami muszą zobaczyć co im grozi. Mam dość tego! Idźmy na tą twierdzę i zróbmy z nią porządek, bo już dłużej nie mogę patrzeć jak moi rodacy tak żyją!
Wkuriwony Amras rzucił do ogniska szczapę drewna którą do tej pory trzymał w ręce, jego towarzysze zdziwili się na aż taki wybuch elfa, który do tej pory nie okazywał emocji i uczuć. Barth mógłby przysiądz iż po policzkach elfa spłynęły łzy.