PBF - Mały Chłopiec
- Ruszajmy, musimy dostać się do Piasków. I to najlepiej jeszcze przed zmierzchem. Przenocujemy w jakiejś dziurze, a jak nie będzie to w jaskini.
W drogę. Nie czekajmy aż śmierć po nas przyjdzie. Każmy jej się gonić!
Ostatnio zmieniony 10 kwietnia 2013, 18:45 przez Procjon, łącznie zmieniany 1 raz.
Szybkim tempem,prowadzeni przez Desmonda,trójka wędrowców ruszyła w wąską gardziel skalistego wąwozu,kierowani widocznymi z daleka słupami dymu. Marsz spowalniał nieco facet w garniturze,starający się nie uszkodzić cennego,aczkolwiek niepraktycznego stroju. Kiedy na niebie zaczynała się wieczorna szarówka strudzeni wędrowcy ujrzeli niewielką mieścinę znajdującą się u podnóża gór. Dopalające się dwa domostwa dymiły smętnie. Sterta złomu tworząca wokół zabudowań ogrodzenie ziała w jednym miejscu pokaźną wyrwą. Za murem wewnątrz miasteczka snuło się kilkanaście sylwetek zbierających porozrzucany dobytek.
Coś im krzywdę uczyniło, ale nie żadne fruwające szataństwo, tylko nader ziemskie tałatajstwo. Pewno komuchy kręcą się po okolicy.
-właściwie chyba sam do siebie powiedział Lobo, po czym zwrócił się do Desmonda:
Znasz tych ludzi? Bo nie wiemy jak zareagują, kto wie może dawno normalnych Amerykanów nie widzieli?
-zapytał wytatuowany albinos o posturze gladiatora, wyjmując spod płaszcza Pismo Święte.
-właściwie chyba sam do siebie powiedział Lobo, po czym zwrócił się do Desmonda:
Znasz tych ludzi? Bo nie wiemy jak zareagują, kto wie może dawno normalnych Amerykanów nie widzieli?
-zapytał wytatuowany albinos o posturze gladiatora, wyjmując spod płaszcza Pismo Święte.
Faceman strzepał kurz z garnituru, klnąc w duchu ile wlezie. Długo pracował na swoje ubranie, a teraz ubrudzi je i będzie wyglądał jak ten przybłęda Desmond. Co ludzie powiedzą?
- Srał ich pies. Przyjdą komuchy to ich wystrzelamy, proste - sapnął wściekle mężczyzna, czyszcząc wyjątkowo paskudną plamę wielkości 1 cm kwadratowego na prawym rękawie. - Ukryjmy się w jakiejś dziurze, odpocznijmy i ruszajmy dalej, szkoda czasu - dodał już łagodniejszym tonem, chcąc wypaść na człowieka opanowanego i zimnokrwistego.
- Srał ich pies. Przyjdą komuchy to ich wystrzelamy, proste - sapnął wściekle mężczyzna, czyszcząc wyjątkowo paskudną plamę wielkości 1 cm kwadratowego na prawym rękawie. - Ukryjmy się w jakiejś dziurze, odpocznijmy i ruszajmy dalej, szkoda czasu - dodał już łagodniejszym tonem, chcąc wypaść na człowieka opanowanego i zimnokrwistego.
Desmod ruszył w stronę wyrwy w murze. Zbliżając się dostrzegł głębokie ślady jakiegoś pojazdu i porozrzucane dookoła fragmenty blach pochodzących z ogrodzenia. Za murem znajdowało się miasteczko.Za domostwa tutejsi wykorzystali stare naczepy pojazdów,kabiny dawnych ciężarówek i kilka niezdatnych do jazdy ''osobówek''.Był też jeden kamper,jednak dopalał się własnie,podobnie jak część jedynego prawdziwego budynku,który obecnie służył za ratusz.Był to przedwojenny bar dla kierowców,w którym serwowano kiedyś pyszne zdrowe jedzenie. Teraz,prawie 150 lat po rozpoczęciu wojny nadal pełnił swoją funkcję,jednak dodatkowo mieściło się tam biuro szeryfa.I tam właśnie uwijało się najwięcej mieszkańców którzy biegając z wiadrami wody ratowali urząd.Pozostali kręcili się po miasteczku zbierając ocalały,niesplądrowany dobytek. Ktoś z miejscowych dostrzegł trackera i wymierzył kuszę w jego stronę.
- Hę? - powiedział do siebie Desmond, uświadamiając sobie dziwny fakt braku kobiet w miasteczku. Gdy był tu ostatnio, jeszcze jakieś były.
- Czy mogę dowiedzieć się czegoś jeszcze o stworach które was napadły? - zapytał mieszkańca wioski. - Muszę wiedzieć na co uważać łażąc po górach w poszukiwaniu Korsarzy.
- Czy mogę dowiedzieć się czegoś jeszcze o stworach które was napadły? - zapytał mieszkańca wioski. - Muszę wiedzieć na co uważać łażąc po górach w poszukiwaniu Korsarzy.