Pytanie zadaję cicho.
PBF - Boskie potyczki
- Cywilizacja!!! - niemal zakrzyknął gnom, opadając na kolana i wznosząc ręce do góry, w modlitewnym geście. - Dzięki, o Piannie! - wyszeptał już ciszej. Zaraz jednak sobie przypomniał, że niespodziewani podróżnicy mogą nie mieć zbytnio przyjaznych zamiarów, toteż Imaginerus postanowił szybko odpowiedzieć na ich pytania i zaskarbić ich przychylność.
- Jestem tan Darayaharus Imaginarus zwany Goblinem. Mistrz sztuk magicznych! - gnom wypiął z dumą pierś. Dostrzegając zniecierpliwione błyski w oczach napotkanych istot, domyślił się, że lepiej dla niego będzie kontynuować odpowiedzi na pytania. - Gobliny? Właśnie od nich uciekłem! Z całej tej przeklętej wioski na bagniskach! Szli złupić spływające rzeką barki. Wyczekałem moment - i puff! Znikłem jak zawodowiec. W końcu jestem magikiem, co nie? - gnom przekrzywił głowę i uśmiechnął się tajemniczo. - Piann zesłał mi was na swej drodze. Pewnie nie odmówicie mi, żebym do was dołączył? Tylko do najbliższego miasteczka!
- Jestem tan Darayaharus Imaginarus zwany Goblinem. Mistrz sztuk magicznych! - gnom wypiął z dumą pierś. Dostrzegając zniecierpliwione błyski w oczach napotkanych istot, domyślił się, że lepiej dla niego będzie kontynuować odpowiedzi na pytania. - Gobliny? Właśnie od nich uciekłem! Z całej tej przeklętej wioski na bagniskach! Szli złupić spływające rzeką barki. Wyczekałem moment - i puff! Znikłem jak zawodowiec. W końcu jestem magikiem, co nie? - gnom przekrzywił głowę i uśmiechnął się tajemniczo. - Piann zesłał mi was na swej drodze. Pewnie nie odmówicie mi, żebym do was dołączył? Tylko do najbliższego miasteczka!
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Krzewy bzu nieopodal rzeki Senil
Oniemiały zaklinacz zerwał się na równe nogi, wytrzeszczając oczy i strosząc bacznie uszy. Dźwięk wybuchu sprawił w jednej chwili, że całe znużenie goblina znikło bez śladu, zastąpione dziką ciekawością.
- Co to było?! - wyrzucił z siebie uczeń szamana, spoglądając to na Mordila, to na Barthura - Piorun uderzył?
Nie czekając na odpowiedź zaklinacz dociągnął parciany pasek i podniósł wbitą w ziemię ostrzem maczetę, a potem rozgarnął bronią gęste zarośla zeskakując na piaszczysty bieg rzeki.
- Chodźmy sprawdzić, co to było! - zakrzyknął niecierpliwie, przestępując z nogi na nogę i machając wolną ręką w stronę kompanów.
Oniemiały zaklinacz zerwał się na równe nogi, wytrzeszczając oczy i strosząc bacznie uszy. Dźwięk wybuchu sprawił w jednej chwili, że całe znużenie goblina znikło bez śladu, zastąpione dziką ciekawością.
- Co to było?! - wyrzucił z siebie uczeń szamana, spoglądając to na Mordila, to na Barthura - Piorun uderzył?
Nie czekając na odpowiedź zaklinacz dociągnął parciany pasek i podniósł wbitą w ziemię ostrzem maczetę, a potem rozgarnął bronią gęste zarośla zeskakując na piaszczysty bieg rzeki.
- Chodźmy sprawdzić, co to było! - zakrzyknął niecierpliwie, przestępując z nogi na nogę i machając wolną ręką w stronę kompanów.
Proponuję udać się w okolice wybuchu, by sprawdzić jego źródło. Jesteśmy na tym samym brzegu czy przeciwnym?
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
-
deliad
- Reactions:
- Posty: 3638
- Rejestracja: 28 marca 2010, 10:24
- Lokalizacja: Kostrzyn nad Odrą
- Nickpage: https://krysztalyczasu.pl/profile/deliad
- Has thanked: 5 times
- Been thanked: 52 times
Trakt przy rzece Senil, wczesna noc
Zainteresowane niecodziennym zjawiskiem gobliny ruszyły czym prędzej do miejsca eksplozji.
Noc była jasna i przyjemnie chłodna, więc gobliny przemieszczały się dość szybko. Trak wił się, to wchodząc na pagórek to opadając w dolinkę.
Będąc na jednym z takich pagórków, w świetle rosnącego księżyca zwiadowcy dostrzegli pędzącego ku nim rozjuczonego wierzchowca.
Mimo, że zwierze był jeszcze od nich ze trzysta kroków, to już teraz wiejący z południa wiatr przyniósł do nozdrzy Gusłaka i Barthura woń spalonej sierści.
Zainteresowane niecodziennym zjawiskiem gobliny ruszyły czym prędzej do miejsca eksplozji.
Noc była jasna i przyjemnie chłodna, więc gobliny przemieszczały się dość szybko. Trak wił się, to wchodząc na pagórek to opadając w dolinkę.
Będąc na jednym z takich pagórków, w świetle rosnącego księżyca zwiadowcy dostrzegli pędzącego ku nim rozjuczonego wierzchowca.
Mimo, że zwierze był jeszcze od nich ze trzysta kroków, to już teraz wiejący z południa wiatr przyniósł do nozdrzy Gusłaka i Barthura woń spalonej sierści.
-
Keth
- Reactions:
- Posty: 12615
- Rejestracja: 07 kwietnia 2009, 20:37
- Has thanked: 138 times
- Been thanked: 84 times
- Kontakt:
Trakt przy rzece Senil, wczesna noc
Huskun od dłuższego czasu wybałuszał oczy, ale teraz wytrzeszczył je do granic możliwości, mocniej oplatając palcami rękojeść swej żelaznej maczety. Zdobyczny koń - bez względu na to, czy ciągle jeszcze żywy czy nie - stanowił spory zapas wybornego mięsiwa, za które reszta plemienia byłaby zwiadowcom nad wyraz wdzięczna. Dieta na bagnach była mało urozmaicona, opierając się głównie na żabach, piżmakach, z rzadka zaś żółwiach. Czasami myśliwym wyprawiającym się poza granice mokradeł trafiał się wół albo koza albo nawet jakiś wyjątkowo pechowy wieśniak, jednakże zjadanie tych ostatnich wiązało się z wielkim ryzykiem pod postacią najazdu rozwścieczonych ziomków dwunożnego posiłku.
Koń był czymś wyjątkowym w tym jadłospisie i Huskun nie zamierzał dopuścić, by ta okazja przeszła mu koło nosa.
- Brać go! - wrzasnął zaklinacz wymachując maczetą - Barthur, wal go w łeb pałą! Wal go!
Huskun od dłuższego czasu wybałuszał oczy, ale teraz wytrzeszczył je do granic możliwości, mocniej oplatając palcami rękojeść swej żelaznej maczety. Zdobyczny koń - bez względu na to, czy ciągle jeszcze żywy czy nie - stanowił spory zapas wybornego mięsiwa, za które reszta plemienia byłaby zwiadowcom nad wyraz wdzięczna. Dieta na bagnach była mało urozmaicona, opierając się głównie na żabach, piżmakach, z rzadka zaś żółwiach. Czasami myśliwym wyprawiającym się poza granice mokradeł trafiał się wół albo koza albo nawet jakiś wyjątkowo pechowy wieśniak, jednakże zjadanie tych ostatnich wiązało się z wielkim ryzykiem pod postacią najazdu rozwścieczonych ziomków dwunożnego posiłku.
Koń był czymś wyjątkowym w tym jadłospisie i Huskun nie zamierzał dopuścić, by ta okazja przeszła mu koło nosa.
- Brać go! - wrzasnął zaklinacz wymachując maczetą - Barthur, wal go w łeb pałą! Wal go!
Bierzemy tego konia, dawać go!