Smocza Przystań, 14 dzień Ostatnich Siewów
Północ minęła niezauważona, księżyc podążał dalej po czarnym nieboskłonie zalewając wyżynę wokół Białej Grani bladą poświatą. Zwołani do sali jadalnej dworu hersirowie stali po obu stronach rozpalonego pośpiesznie paleniska, oświetleni jaskrawym blaskiem płomieni, wpatrzeni w zasiadającego na swym tronie jarla Balgruufa. Władyka Grani nie zamierzał opuszczać miasta, ale przybył na spotkanie ze swymi drużynnikami odziany w splecioną misternie kolczugę i narzucony na nią karmazynowy płaszcz obszyty kołnierzem z futra śnieżnego lisa. W klejnotach wprawionych w zdobiący głowę jarla diadem odbijało się światło płomieni.
Wszyscy hersirowie byli pod bronią, gotowi do drogi na jedno skinienie swego pana. Niemal żaden z nich nie miał pojęcia, czemu miało służyć nocne zamieszanie w dworze, ale wyczuwali doskonale powagę sytuacji i zarazem zdawali się wręcz cieszyć z okazji do skrwawienia oręża. Wmieszani pomiędzy nich cudzoziemscy najmici milczeli czekając, aż zasiadający na tronie Balgruuf i stojąca u jego boku Irileth przemówią.
Na słowa władcy czekali nie tylko zbrojni, ale też zbici w niespokojną gromadkę członkowie dworskiej służby. Niemal wszyscy górale potrafili obchodzić się z bronią, bez względu na status społeczny oraz zawód, wszelako bezceremonialnie wyciągnięci z łóżek i ubrani w hersirskie zbroje kucharze, stajenni i lokaje mieli na twarzach grymasy niespokojnego zdumienia nie licujące w najmniejszym stopniu z twardą naturą prawdziwych drużynników.
- Nadeszła noc, której długo żaden z nas nie zapomni - powiedział jarl podnosząc się z tronu i krzyżując ramiona na piersiach - Przyszła chwila, by dzielni synowie tej ziemi pokazali, co potrafią zdziałać odwaga, honor i szacunek wobec prawa. Długo tolerowaliśmy poczynania zbrodzieniów nękających nasze rodziny, ale nie zdzierżymy tego ani dnia dłużej.
Przez szeregi zbrojnych przeszedł niski pomruk aprobaty, dłonie wielu zacisnęły się w pięści na dźwięk słów władyki.
- Pół setki wybranych przez Irileth opuści tej nocy Białą Grań, skrycie i pod osłoną ciemności - ciągnął dalej Balgruuf - Kiedy już znajdziecie się za miastem, Irileth przekaże wam dalsze rozkazy. Winni jej jesteście bezwzględne posłuszeństwo, albowiem przemawiać będzie w moim imieniu.
Stojąca po prawicy jarla dunmerka skinęła leciutko głową, wodząc spojrzeniem szkarłatnych oczu po wpatrzonych w nią hersirach.
- By nikt przedwcześnie nie pojął, że tak wielu zbrojnych zniknęło z Przystani, odzialiśmy w zbroje was, moje zuchy - powiedział jarl przenosząc wzrok na okrytych pancerzami członków swej służby - Będziecie skrywać oblicza pod hełmami, trzymając straż na murach Przystani do czasu powrotu moich drużynników. Obowiązuje was przysięga milczenia wobec krewniaków i znajomków z grodu, z której zwolnić mogę tylko ja.
- Będziecie udawać hersirów na blankach Przystani - wtrąciła płynnie Irileth - Żaden z was nie będzie musiał schodzić do grodu, tedy nikt nie powinien rozpoznać w was swych krewnych. Pamiętajcie, że od od tego jak utrzymacie język za zębami będzie zależało powodzenie naszej misji. Nie zawiedźcie pokładanego w was zaufania.
Na zalęknionych w pierwszej chwili obliczach służących pojawił się nagle wyraz ulgi pomieszanej z dumą i poczuciem obowiązku.
- Pokładam wielką ufność i nadzieję w was wszystkich bez wyjątku - Balgruuf podniósł nieco głos pozwalając, by jego słowa dotarły do każdego mrocznego zakątka rozległej komnaty - Będę się modlił do bogów o opatrzność i miłosierdzie. Wróćcie wszyscy, byśmy mogli zasiąść wspólnie przy tych stołach. Przynieście chwałę Białej Grani.
Władyka opuścił skrzyżowane dotąd ramiona, po czym uderzył pięścią w swą kolczugę na wysokości serca. Widząc ów gest hersirowie powtórzyli go bez wahania i przez pomieszczenie przebiegł głuchy odgłos uderzających o metal rąk.
Ruszajmy w drogę! Mam nadzieję, że nikt nie ma lęku wysokości! Swoją drogą, kocurowi nikt nie zaproponował hersirskiej zbroi, co pozwala domniemywać, że dywagacje Neviersa miały w sobie sporą dozę słuszności...