Post
autor: Waylander » 03 listopada 2013, 16:53
...Nie byli gotowi...
- Formować batalion Panowie! - krzyknął generał McBreyd po otrzymaniu rozkazów od posłańca, po czym pogonił konia ruszając szybkim tempem wzdłuż szeregów na inspekcje . Po kilku sekundach potrzebnych na przekazanie rozkazu dobosze uderzyli w werble ogłaszając wszem i wobec że nastała chwila aby ich brygada zajęła pozycja.
Pierwsza do przodu ruszyła Piechota Okopowa maszerując w kierunku okopów które jak wiedział większość ich oficerów nazwała kiepskim żartem, albo pieprzoną prowizorką jak woleli mówić szeregowcy.
Szybko przekonał się czemu mimo takiej niskiej opinii dla fortyfikacji"Grabarze" nie zajęli się przez poprzednią noc ich ulepszeniem.
Początkowy uporządkowany marsz Grabarzy szybko zastąpił trucht ,a po tym bieg kiedy z naprzeciwka odezwały się Khadorskie moździerze. Pierwsze pociski spadły za blisko, ale następne rozerwały się wśród piechoty okopowej która właśnie kryła się, razem z kilkoma wspomagającymi ją Grenadierami w płytkim rowie mającym służyć im dziś za pozycje.
Widok pierwszych zabitych i rannych wołających o pomoc uderzył w niego z niespodziewaną siłą, widział już w drodze do tego miejsca sporo trupów o kilkunastu szpitalach polowych których przelotny widok przyprawiał o mdłości nie wspominając. Ale to było coś innego, teraz sam brał w tym wszystkim udział, i to nie w jakiejś tam potyczce patroli na jaką napatoczył się dwa dni wcześniej tylko w walnej bitwie, i to bitwie której choć nikt w sztabie tego głośno nie powiedział przy nim, wygrać raczej nie mieli szans... .
O dziwo, pomimo makabry tego co widział przed sobą, spektakl trwał dalej, Strzelcy zajęli pozycje w dwóch rzutach, po dwa szeregi za niewielkim wypiętrzeniem terenu które pozwalało pierwszemu klęczącemu szeregowi wystawiać na ostrzał tylko ramiona i głowy a drugiemu zapewniał osłonę do pasa. Znajdowali się na skraju lasu którym biegła droga, mieli ja utrzymać, jak określił to McBreyd"jak długo się da"...
- Ciekawe ile to będzie to"jak długo się da" i ile nas będzie to kosztować... - pomyślał spoglądając z mieszanką fascynacji i (jak miał nadzieje dobrze ukrytego) strachu na to co działo się dookoła.
- Zajmij pozycje i rób co do Ciebie należy Lo, tylko tyle- Słowa wypowiedziane z bliskiej odległości przywrócił go do rzeczywistości, to kapitan Porter, jego przełożony botmistrz zbliżył się do niego od tyłu. Po wyrazie jego starej, zmęczonej twarzy i tonie głosu widać było że na niewiele zdały się jego próby ukrycia strachu. Porter też nie wyglądał na szczęśliwego ale przynajmniej trzymał się porządnie na koniu w przeciwieństwie do niego. Nie było w tym w sumie nic dziwnego , strzaskane przed laty przez pocisk z garłacza kolano nie pozwalało mu na inny udział w walce niż konno. Tak naprawdę to nie powinien brać udziału w walce w ogóle, ale zmobilizowano go jako wykładowce razem z reszta ich rocznika.
- Tak jest sir, - powiedział siląc się na lekki nerwowy uśmiech- Do zobaczenie później Panie kapitanie... i powodzenia-salutując powoli zaczął kierować konia w kierunku swoich dwóch parobotów.
Przydział dwóch parobotów dla zwykłego porucznika po akademii byłby niebywałym zaszczytem, oznaką zaufania jakie podkładali w nim przełożeni. Teraz dwie masywne maszyny tylko podkreślały powagę sytuacji. Z jednym poradził by sobie całkiem nieźle ale dwa naraz całkowicie go przerastały, nie był w stanie ich kontrolować jednocześnie, musiał wydawać raz rozkazy jednemu raz drugiemu co powodowało że żaden nie osiągał szczytu efektywności. Powinien zajmować się jednym, ale w ich dywizji pomimo braku kompletu parobotów nie było i tak dość Lalkarzy żeby kontrolować te które dostali, więc łatano braki jak się tylko dało.
Dojechawszy do obydwu maszyn- Łowcy i starego Szpona który na dobrą sprawę nie powinien trafić już na front chyba że jako część śmiecio-zbrojowni jakiejś kompanii najemników. Zaczął mozolną prace skierowania obydwu na pierwszą linie co było szczególnie trudne w wypadku tego ostatniego... .
Nagle kanonada wroga która nękała dotąd wysunięty do przodu okop wzmogła się, więc zamiast zajmować się nieporadnym Szponem odwrócił się żeby spojrzeć w kierunku wroga i przekonać się co też takiego kombinują... i zobaczył Ich, trzy khadorskie pułki Gwardii Zimowej poderwały się zza osłony którą zapewniał im niewysoki kamienny mur jakieś niespełna 2000 tysiące stóp od nich i zaczęły maszerować powoli w ich kierunku. Ich szyk w przeciwieństwie do ich płytkiego był znacznie głębszy, po cztery szeregi w trzech rzutach. Przestrzeń pomiędzy wąskimi frontami pułków wypełniała tyraliera wrogich karabinierów, nowego nabytku w siłach zbrojnych Khadoru. Za ich linią posuwali się znaczni groźniejsi przeciwnicy w postaci Zbrojnych Bombardierów w sile drużyny na pułk oraz pary wielkich wrogich parobotów, w każdej po jednym Juggernaucie i Niszczycielu. Tuż za nimi toczono po cztery lekkie działa polowe które z pewnością niedługo zatrzymają się aby otworzyć ogień. Całość maszerując powoli pod rozpostartymi szkarłatnymi sztandarami sprawiała wrażenie czerwonego walca śmierci który nieśpiesznie ale niepowstrzymanie przetoczy się po każdym kto stanie mu na drodze.
A wiedział przecież że siły te mają tylko związać ich brygadę walką aby nie mogła pomóc pozostałym dwóm na odcinku gdzie spodziewali się głównego natarcie na ich dywizje... .
Ocknął się ze stupory w który wpadł na widok nadchodzących wrogów i pognał swoje paroboty na wyznaczone miejsce wśród strzelców.
Kiedy tam dotarł, padła pierwsza odpowiedź z ich strony na wrogie natarcie, bateria ciężkich starych dział ich sojuszników z Llaelu otworzyła ogień
i trafiła dwoma pociskami w prowadzący batalion Khardów w centrum. Ci zatrzymali się na sekundę aby zamknąć wyrwę w szeregach po czym ruszyli dalej przerywając ciszę w której dotąd maszerowali:
-Niech Żyje Królowa Ayn!, Niech Żyje Królowa Ayn!, Niech Żyje Królowa Ayn!, Niech... - stary gardłowy okrzyk bitewny Khardów rozbrzmiał nad polem, mrożąc krew w żyłach większości cygnarskich żołnierzy dla których to miała być pierwsza walka w ich życiu...
Nie byliśmy gotowi... ja nie byłem gotowy...
***
Lewis Armstead poderwał się z łóżka zrzucając na ziemie przepoconą pościel. Na szczęście dzisiaj udało mu się obudzić bez krzyku, ale była to mała pociecha. Koszmary powtarzały się coraz częściej, teraz już niemal codziennie. Lewis wiedział że jeszcze z tydzień, dwa spędzone w zamknięciu a rzeczywiście zwariuje, a nie tylko będzie udawał wariata, w celu uwiarygodnienia przykrywki. Sam pomysł na początku wydawał się świetny, bo tak naprawdę nikt nigdy nie powiedział że jest wariatem, ale niewychodzenie z domu które było dla niego bardzo korzystne na początku, połączone z kilkoma pozornie przypadkowymi sugestiami jego gospodarza dało początek plotce. Ta oczywiście zaczęła żyć własnym życiem i choć żaden z sąsiadów nigdy tego z uprzejmości nie przyznał wszyscy współczuli jego towarzyszowi kłopotliwego krewnego który postradał rozum w trakcie wojny, a którego ten z dobroci serca nie chciał oddać do przytułku.
Podniósł się gniewnie z łóżka podchodząc do szafy, musi się ubrać i być gotowym. W końcu dzisiaj jest dzień, a raczej noc nawiązywania kontaktu, więc musi być gotowy...:
- Ciekawe na co? Nie łudź się idioto- mruknął pod nosem sam do siebie ubierając spodnie.
Już chociażby to gadanie było jawnym świadectwem że powoli wariuje. Pomimo wielkiej ochoty rzucenia wszystkim w okolicy, a najlepiej wyjścia na dwór i poszukania jakiegoś patrolu okupantów w celu przeprowadzenia "przyjacielskie rozmowy" przy pomocy rewolweru ubrał się i posprzątał pościel z wyuczoną w akademii dokładnością. Po czym usiadł w fotelu i zaczął czytać po raz kolejny "Historia Cean: Era Tysiąca Miast".