Karawana ruszyła dalej, krasnoludy mocniej chwyciły za broń. Sytuacja zdawała się dosyć nerwowa. Powietrze zaczynało być coraz rzadsze... Galdor wyszedł na czoło karawany. Odwrócił głowę, by rzucić okiem, czy wszyscy idą za nim. Gdy jego wzrok znowu powędrował w na przód ścieżki, stanął oko w oko z wysokim mężczyzną, trzymającym topór drwalski na ramieniu.
- Ucieeekaaaajjjjj.... - wyszeptał i ruszył ku Galdorowi, przechodząc przez niego zupełnie tak, jakby strażnik w ogóle nie stał na jego drodze.
Dunedain powstrzymał się od panicznej ucieczki.
Zaraz za pierwszą zjawą pojawiły się kolejne: mężczyźni o szarych, pozbawionych wyrazu twarzy obliczach. Wszyscy biegli w stronę drużyny, przechodząc przez nich jakby nikogo nie było na ścieżce. Cienie ludzi co rusz wynurzały się spomiędzy drzew i biegły w kierunku, skąd przyjechała karawana. Krzyczeli coś, ale w języku, którego nikt z obecnych na ścieżce nie rozumiał. Wśród uciekających były kobiety, dzieci, starcy. Wszyscy wyglądali, jakby uciekali tak od kilku dni, bez chwili odpoczynku; podkrążone oczy, pozbawione emocji i nadziei twarze, poszarpane, brudne ubrania.
Przy Den'verze zatrzymał się starzec, wspierajacy się na kosturze.
- Pomóż... - wyszeptał we wspólnym języku i pognał dalej w panicznym biegu.
Dwalin poczuł coś lodowatego na przedramieniu. Jakaś kobieta chwyciła go za rękę i patrząc martwymi oczyma powiedziała we wspólnym:
- Pomocy...!
I pognała dalej. Nagro i Wilbur uciekli z przerażenia pod wozy, gdzie siedział już majaczący Drund i dwie krasnoludzkie kobiety. Pozostali członkowie karawany drżeli i obracali się wokół siebie z bronami gotowymi do zadania ciosu.
Zjawy zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Las rozświetlił się nieco, normalne dźwięki i zapachy dotarły do przerażonych wędrowców na leśnym trakcie.
Gdzieś w oddali zaśpiewały ptaki, szykujące się do nocy.
Nagro, Wilbur, Dwalin, Den'ver: jesteście przerażeni, trzęsiecie się ze strachu jak galarety.