PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate
Hm to zależy od tego w jakim stanie jesteśmy poharatani po walce, zakładam że ranny mamy całkiem poważne więc może lepiej puścić ich póki co wolno. Czy Chen nadal wykrywa wrogą magię, czy ta zniknęła po zabiciu naszych przeciwników? Co z ich ciałami(bo nie zdziwiłbym się jakby zniknęły albo jakoś się zmieniły)? Ewentualnie jak się nie zmieniły to pozostaje pytanie czy ich grabimy;)?
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Oni się zmienili, w tym sensie, ze się skurczyli i zaczynają cuchnąć, to nienaturalne. Chen Shu wyczuwa złą magię ale dużo słabszą niż przed pojedynkiem.
Ich broń i zbroje ulegają jakby bardzo szybkiej korozji jak od kwasu.
Przywódca karawany che odjechać.
Ich broń i zbroje ulegają jakby bardzo szybkiej korozji jak od kwasu.
Przywódca karawany che odjechać.
Ty akurat Waylander masz 2 rany lekkie, zaraz po pojedynku to niebezpiecznie nową walkę wszczynać. Tamtych jest około 200.
2 lekkie 48 godzin potrzebujesz by się ich pozbyć. Co robicie?
2 lekkie 48 godzin potrzebujesz by się ich pozbyć. Co robicie?
Ostatnio zmieniony 26 lutego 2014, 23:48 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Sobowtór rzucił się do ataku na Zoriana. Zamierzał zamachnąć się i uderzyć z góry na skos, ulubionym sposobem akwilończyka. Zorian przewidział ten ruch, doskoczył więc do przodu i czubem buta z całej siły załadował fałszywego w jaja.
- A masz, brzydalu! - krzyknął, po czym przygotował się do uderzenia kantem tarczy. Niestety, demon wyczuł co się święci i odsunął się, siekąc mieczem miejsce, w którym przed chwilą stał najemnik.
Demon zawył i wyprowadził pchnięcie, celując w serce wojaka, potykajac się przy tym o własne nogi. Zorian natychmiast to wykorzystał, okręcajac się o 180 stopni i uderzając kantem tarczy w głowę przeciwnika, który poturlał się po piasku i błyskawicznie się podniósł.
- Szybki jest, skubany... - mruknął akwilończyk, kręcąc młynka mieczem. Parę kolejnych starć skończyło się remisem. Szybkość demona nie pozwalała Zorianowi dobrze uderzyć, zaś stary wojak nie dał się łatwo drasnąć.
Kolejna runda walki była dla najemnika dosyć bolesna. Nieco zmęczony nie zdążył się uchylić i zebrał cięcie mieczem w lewą rękę. Wściekły Zorian zaatakował ze zdwojoną furią. Pod gradobiciem pchnięć i zamachów demon w końcu musiał uznać wyższość swojego pierwowzoru. Ranny już nie był taki szybki, co cwany lis Zorian wykorzystał. Wiedząc, że reszta karawany przygląda się ich starciom, postanowił jeszcze wzmocnić swoją pozycję, przez spektakularny cios. Zaszarżował na sobowtóra i przerzucając go tarczą na drugą stronę, dobił go, wbijając miecz prosto pomiędzy ślepia bestii.
- Tak kończą frajerzy!!! - zawył, wznosząc miecz i tarczę do góry. Poczuł, jak ciepła krew spływa mu po ciele, więc dyskretnie zszedł z pola bitwy by opatrzyć rany. Nawet nie patrzył na swoich towarzyszy; doskonale wiedział, że te stare wygi nie dadzą się łatwo zabić.
***
- Ruszajmy - mruknął, gdy skończył bandażować ramię. - Szkoda naszych ludzi na niepotrzebną walkę, a i profity z niej małe.
- A masz, brzydalu! - krzyknął, po czym przygotował się do uderzenia kantem tarczy. Niestety, demon wyczuł co się święci i odsunął się, siekąc mieczem miejsce, w którym przed chwilą stał najemnik.
Demon zawył i wyprowadził pchnięcie, celując w serce wojaka, potykajac się przy tym o własne nogi. Zorian natychmiast to wykorzystał, okręcajac się o 180 stopni i uderzając kantem tarczy w głowę przeciwnika, który poturlał się po piasku i błyskawicznie się podniósł.
- Szybki jest, skubany... - mruknął akwilończyk, kręcąc młynka mieczem. Parę kolejnych starć skończyło się remisem. Szybkość demona nie pozwalała Zorianowi dobrze uderzyć, zaś stary wojak nie dał się łatwo drasnąć.
Kolejna runda walki była dla najemnika dosyć bolesna. Nieco zmęczony nie zdążył się uchylić i zebrał cięcie mieczem w lewą rękę. Wściekły Zorian zaatakował ze zdwojoną furią. Pod gradobiciem pchnięć i zamachów demon w końcu musiał uznać wyższość swojego pierwowzoru. Ranny już nie był taki szybki, co cwany lis Zorian wykorzystał. Wiedząc, że reszta karawany przygląda się ich starciom, postanowił jeszcze wzmocnić swoją pozycję, przez spektakularny cios. Zaszarżował na sobowtóra i przerzucając go tarczą na drugą stronę, dobił go, wbijając miecz prosto pomiędzy ślepia bestii.
- Tak kończą frajerzy!!! - zawył, wznosząc miecz i tarczę do góry. Poczuł, jak ciepła krew spływa mu po ciele, więc dyskretnie zszedł z pola bitwy by opatrzyć rany. Nawet nie patrzył na swoich towarzyszy; doskonale wiedział, że te stare wygi nie dadzą się łatwo zabić.
***
- Ruszajmy - mruknął, gdy skończył bandażować ramię. - Szkoda naszych ludzi na niepotrzebną walkę, a i profity z niej małe.
Jestem za tym, by jechać dalej.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Bandyci rozpierzchli się szybko po śmierci swoich demonicznych panów.
Nie mieli zamiaru walczyć z pogromcami demonów.
W tych rejonach demony uważano za niemal niepokonane.
Wasi ludzie spalili truchła sługusów Ollam Onghy.
Nie mieli zamiaru walczyć z pogromcami demonów.
W tych rejonach demony uważano za niemal niepokonane.
Wasi ludzie spalili truchła sługusów Ollam Onghy.
Droga do Meroe.
Bandyci musieli rozpuścić stosowne plotki, bo nikt nie niepokoił karawany aż do Meroe.
Jesteście w pełni sił.
Bandyci musieli rozpuścić stosowne plotki, bo nikt nie niepokoił karawany aż do Meroe.
Jesteście w pełni sił.
Techniczny:
Kwestia czy wjeżdżacie do Wewnętrznego Miasta?. Druss chce załatwić pzrelew ale to w Zewnętrznym Mieście.
Oficjalnie Vanko nadal jest kapitanem gwardii królowej Tanandy, a reszta oficerami jej gwardii poza Drusem i Tranicosem.
Ale po zawarciu pokoju ze Stygią, nie wiadomo jak na was spojrzą. na czele kuszyckich sił zabiliście wielu żołnierzy Stygii.
Jeśli będziecie ostrożni to założę, że jesteście na statku jaki wynajął Vasquez. A Druss załatwił przelew.
Zabieracie waszych 30 najemników.
A jeśli wjeżdżacie do Meroe, to dajcie znać jak to robicie.
Kwestia czy wjeżdżacie do Wewnętrznego Miasta?. Druss chce załatwić pzrelew ale to w Zewnętrznym Mieście.
Oficjalnie Vanko nadal jest kapitanem gwardii królowej Tanandy, a reszta oficerami jej gwardii poza Drusem i Tranicosem.
Ale po zawarciu pokoju ze Stygią, nie wiadomo jak na was spojrzą. na czele kuszyckich sił zabiliście wielu żołnierzy Stygii.
Jeśli będziecie ostrożni to założę, że jesteście na statku jaki wynajął Vasquez. A Druss załatwił przelew.
Zabieracie waszych 30 najemników.
A jeśli wjeżdżacie do Meroe, to dajcie znać jak to robicie.
Ostatnio zmieniony 27 lutego 2014, 19:59 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Co robimy to już zależy od reszty,(BTW z tego co pamiętam to Tranicos tez nie jest oficerem gwardii tylko tak jak Druss był na usługach księcia) Druss chce płynąć i szczerze mówiąc wolałby ominąć ewentualne kłopoty w mieście szerokim łukiem. Ewentualnie mam pewien pomysł jak rozeznać się w sytuacji w mieście w dyskretny sposób:
Dla MG
Dla MG
Spoiler!
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
W czasie jak pozostali się zastanawiali czy wjechać do Meroe, Druss dostał się do Zewnętrznego Miasta.
Tam spotkał się z bankierem księcia Unguriusa, załatwił przelew i otrzymał od niego pewne informacje.
Tam spotkał się z bankierem księcia Unguriusa, załatwił przelew i otrzymał od niego pewne informacje.
Spoiler!
Zakładam, że Druss wrócił z wieściami nim podjęliście decyzje co czynić. Niech sam Druss wam przekaże co się dowiedział.
A potem uczynicie co zechcecie.
A potem uczynicie co zechcecie.
Ostatnio zmieniony 27 lutego 2014, 20:58 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
Zanim Druss wróci, prowadzę swobodną konwersację z resztą.
- Nie podoba mi się przejazd przez Merore. Niewiadomo, co stygijskie psy mogły nagadać królowej Tanadzie. Zresztą, pewnie nie bylybyśmy tu mile widziani... lepiej jak najszybciej do portu i w drogę, ku nowym przygodom! Vanko, nie przemuj się... wzbogacimy się nieco i sami założymy własne królestwo, hehe!Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Druss energicznie zeskoczył z kupieckiego wozu po czym podał powożącemu wóz woźnicy srebrną monetę. Dzięki temu środkowi transportu uniknął większości, jeśli nie wszystkich ciekawskich którzy mogliby zanieść informacje o nim do niepowołanych uszu, przynajmniej taką miał nadzieje... .
Szybko odwrócił i ruszył w kierunku towarzyszy zgromadzonych w cieniu kępy drzew na skraju drogi prowadzącej do miasta:
- Szybko i na temat- rozpoczął - dowiedziałem się co nieco o sytuacji w mieście i na dworze. W skrócie moi drodzy mężni gwardziści... możecie uznać się za byłych mężnych gwardzistów. Królowa nie może już korzystać z waszych usług bo Stygijczycy żądają naszych głów na srebrnych półmiskach za lanie jakie im spuściliśmy ostatnimi czasy. Królowa nie ma zamiaru spełniać tych żądań o ile jej do tego nie zmusimy demaskując się w mieście. Innymi słowy miło nas wspomina i tak dalej ale mamy wynieść się z miasta i to po cichu.
Szybko odwrócił i ruszył w kierunku towarzyszy zgromadzonych w cieniu kępy drzew na skraju drogi prowadzącej do miasta:
- Szybko i na temat- rozpoczął - dowiedziałem się co nieco o sytuacji w mieście i na dworze. W skrócie moi drodzy mężni gwardziści... możecie uznać się za byłych mężnych gwardzistów. Królowa nie może już korzystać z waszych usług bo Stygijczycy żądają naszych głów na srebrnych półmiskach za lanie jakie im spuściliśmy ostatnimi czasy. Królowa nie ma zamiaru spełniać tych żądań o ile jej do tego nie zmusimy demaskując się w mieście. Innymi słowy miło nas wspomina i tak dalej ale mamy wynieść się z miasta i to po cichu.
- Więc salve iter - podsumował Tranicos. - Witaj drogo, stara przyjaciółko. Jak zwykle, zrobisz coś dobrego, a ktoś każe ci się wynosić.
Pogranicznik dopił piwo, wstał, podniósł leżącą obok krzesła sakwę i powiedział:
- No to na co jeszcze czekamy? Ruszajmy, bo jeszcze Stygijczycy gotowi nas zgarnąć.
Pogranicznik dopił piwo, wstał, podniósł leżącą obok krzesła sakwę i powiedział:
- No to na co jeszcze czekamy? Ruszajmy, bo jeszcze Stygijczycy gotowi nas zgarnąć.
- Dzięki Druss za informację. Tak jak myślałem, musimy stąd spierdalać i to w podskokach. Jak to jest, że gdziekolwiek się nie pojawimy, tam już nas nie lubią? - zapytał retorycznie Zorian, uśmiechając się i zacierając ręce. - Dobra, ładujemy się na statek. Najemnicy muszą iść osobno: ruch trzydziestoosobowego oddziału na pewno wzbudzi czyjeś podejrzenia.
To co, ustalamy sposób przemieszczenia się do statku tak, aby nas nie nakryli i wypływamy po nasze skarby? Btw zaczekajmy aż się Koszal wypowie.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
-
Araven
- Reactions:
- Posty: 8334
- Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
- Has thanked: 1 time
- Been thanked: 1 time
Vanko uznał argumenty towarzyszy. W małych grupach dotarliście na statek.
Odpłynęliście do Asgalunu, gdzie dotarliście po jakimś tygodniu żeglugi.
Odpłynęliście do Asgalunu, gdzie dotarliście po jakimś tygodniu żeglugi.
Znaleźliście tawernę w jakiej macie oczekiwać margrabiego Ufilio.
Obecnie w niej czekacie popijając wino. 30 najemników Zoriana zostało na zewnątrz.
Kwestia czy ich rozpuszczacie, czy zatrzymujecie i ew. zwolnicie
Obecnie w niej czekacie popijając wino. 30 najemników Zoriana zostało na zewnątrz.
Kwestia czy ich rozpuszczacie, czy zatrzymujecie i ew. zwolnicie
Dotarliście do tawerny gdzie ma zaglądać margrabia Ulfilio. Przebywacie w niej. Poniżej wpis o samym Asgalunie w jakim obecnie jesteście
Asgalun leży nad małą zatoką, która wgryza się w wybrzeże Shemu. Jest jedynym dużym miastem portowym w tym pasterskim kraju, pozostałe osady to ledwie rybackie wioski. To miejsce barwne i pełne życia, jak wszystkie porty świata. Na niskich wzgórzach rozsiadły się wspaniałe siedziby bogatych kupców, otoczone pięknymi ogrodami i zadbanymi winnicami. Niżej, w samym mieście, stoją zwaliste kamienne magazyny i gospody, świątynie i kramy, które służą mieszkańcom i rozwojowi handlu.
Dalej mieszczą się nabrzeża. Tutaj można znaleźć ludzi, którzy wypracowują bogactwo kupców i książąt z posiadłości na wzgórzach i właścicieli miejskich kramów. Tutaj przebywają żeglarze władający wieloma językami i doświadczeni szyprowie, wywodzący się z różnych krain, których jedyną ojczyzną jest morze. Nikt nie buduje dla nich pięknych domów. Poza tym na samym wybrzeżu nie warto wznosić eleganckich budynków, przerażające sztormy bowiem, które nadciągają niespodzianie znad rozległych przestrzeni Morza Zachodniego, w ciągu paru lat i tak obróciłyby je w gruzy. Z tego powodu w nadmorskiej dzielnicy Asgalunu zobaczyć można jedynie drewniane chałupy, niewielkie magazyny, podrzędne gospody, nędzne kramiki, targowiska i żeglarskie spelunki. Ponieważ w Shemie mało jest lasów, niskie budowle wznosi się z drewna pochodzącego ze starych statków zniszczonych przez sztormy. Ten mocny, ale nasączony żywicą i smołą budulec jest tak łatwopalny, że co jakiś czas nabrzeża Asgalunu stają w płomieniach i obracają się w popiół.
Jedynie twardzi, otrzaskani w świecie ludzie zamieszkują takie miejsce. Tutaj więc kierują kroki ci, którzy poszukują osobników tego rodzaju.
Popijając wino obserwujecie wchodzących, widzicie to co poniżej, przed wejściem do tawerny ma miejsce poniższe zdarzenie:
Wszystkie tawerny są podobne powiedziała młoda kobieta.
Miała na sobie prostą suknię z niebieskiego jedwabiu. Złoty sznur otaczał jej smukłą talię pięć czy sześć razy, a jego końce, połączone wyszukanym węzłem i ozdobione frędzlami, sięgały prawie do kolan. Drobne stopy kobiety były obute w ciżemki wyszywane złotą nicią. Jednak to nie kosztowny przyodziewek przyciągał próżniaków i awanturników, tłoczących się w wąskich uliczkach portowej dzielnicy, tylko niezwykła uroda dziewczyny. Skórę miała białą jak śnieg, a ogromne oczy tak jasne, że prawie pozbawione barwy. Srebrzystobiałe włosy, sięgające do pasa, podtrzymywała jedynie złota opaska z opalem w złotej oprawie.
Zwykle kobieta tak atrakcyjna i tak bogato ubrana nie przeszłaby w tej dzielnicy nawet dziesięciu kroków bez narażania się na zaczepki, ale mężczyźni o łotrowskich spojrzeniach trzymali się z dala i nie próbowali jej niepokoić. Takie zachowanie nie wynikało bynajmniej z ich wrodzonej dobroci - po prostu kobieta nie była sama. Mężczyzna, który kroczył po jej lewej stronie, nie odstraszyłby nikogo. Ruchliwy, nerwowy człowieczek, który mówił dużo i szybko, żywo gestykulując. Nosił aquiloński strój podróżny z aksamitu i skóry oraz miecz, krótki, z wymyślnie wykutą gardą.
To drugi mężczyzna, który podążał za nimi, zapewniał kobiecie bezpieczeństwo. Był bardzo wysoki, nieco wychudzony, ale proporcjonalnie zbudowany, z długimi, potężnie umięśnionymi kończynami. Miał dużą głowę osadzoną na masywnym karku, a jego twarz pokrywał złocisty zarost. Pomimo gorącego dnia nosił aksamitną koszulę z długimi rękawami i kremowe rękawice z pięknie wyprawionej skóry. Jeśli miał jakąś zbroję, to ukrytą pod skórzaną tuniką, za to miecz był doskonale widoczny. Potężny, wykonany przez aquilońskiego płatnerza miał ostrze długie i szerokie, masywny jelec, głowicę wykutą na podobieństwo głowy gryfa. Rękojeść, wystarczająco długa, by złapać ją oburącz, wyłożona była skórą rekina. Niegdyś szorstka i perłowoszara po latach intensywnego używania wytarła się i nasiąknęła potem. Sam wygląd wygładzonej i prawie czarnej rękojeści mówił doświadczonym zabijakom, że lepiej omijać właściciela tego miecza.
Tutaj! powiedział mały mężczyzna. Albatros! Widzicie? Tam nad drzwiami jest rysunek ptaka w locie. To stworzenie pochodzi z krain południowych. Pełne wdzięku w powietrzu i niezdarne na ziemi. Wróży powodzenie każdemu okrętowi, któremu raczy towarzyszyć, a kroniki starożytnego Acheronu podają, że nagłe pojawienie się tego ptaka w głębi lądu jest znakiem...
Kobieta się uśmiechnęła.
Tak, wiem o tym, Springaldzie, lecz przybyliśmy tutaj w poszukiwaniu ludzi księcia Unguriusa, nie wiedzy. A poszukiwani powininni być tutaj, po drugiej stronie tych drzwi.
Wejdę pierwszy, dziecko oświadczył wysoki mężczyzna.
Jego palce zacisnęły się na rękojeści miecza. Schylił się w niskim wejściu jak człowiek doświadczony w walce. Nie zgiął się w pasie, co odsłoniłoby bezbronny kark komuś, kto w złych zamiarach mógłby się czaić za drzwiami. Zamiast tego ugiął kolana i wyprostował się natychmiast po wejściu do środka. Omiótł czujnym wzrokiem pomieszczenie, po czym ruchem ręki wezwał towarzyszy.
Wielka izba miała dwa poziomy. Tuż za drzwiami po prawej stronie całą długość ściany zajmował szynkwas, po lewej znajdowały się schody wiodące na pięterko. Podest przy wejściu miał może sześć kroków długości, a z niego po czterech szerokich stopniach wchodziło się na dolny poziom, zastawiony licznymi stołami i ławami. Za okrągłymi oknami, przez które wlewało się słońce, rozciągał się widok na roziskrzone wody zatoki.
Z powodu wczesnej pory, w gospodzie znajdowało się nie więcej niż tuzin mężczyzn i kobiet. Karczmarz przyjrzał się bacznie przybyszom. Na widok ich bogatego odzienia żywo wyskoczył zza szynkwasu, wytarł ręce o fartuch i skłonił się nisko.
Szlachetni panowie, szlachetna pani, czym mogę wam służyć?
Szukamy pewnych ludzi. Jeden z nich jest Cymmerianinem, dwóch to Akwilończycy i ktoś z Dalekiego Wschodu oraz ktoś z Zamory. Słyszeliśmy, że można ich tutaj znaleźć. Wysoki Aquilończyk mówił krótkimi zdaniami, jakby znał wartość swoich słów i nie cierpiał ich marnować.
Aha mruknął z rozczarowaniem w głosie karczmarz.
Chodzi wam pewnie o tych obcych co przybyli niedawno. Siedzą tam, przy stole obok okna.
Doskonale odezwała się kobieta. Bądź tak dobry i przynieś do tego stołu dzban najlepszego wina i szklanice.
Już się robi, pani.
Mężczyzna zniknął za szynkwasem.
Przyjrzeliście się przybyszom. Stanowili niezwykły widok w takim miejscu, jak tawerna Pod Albatrosem. Ich ubrania wskazywały, że pochodzą z Aquilonii. Mały człowieczek sprawiał wrażenie roztrzepanego i nerwowego, ale przeczuwaliście, że swoim krótkim mieczem włada lepiej, niż można by się spodziewać. Wysoki mężczyzna wyglądał imponująco. Jego świetne odzienie nie było krzykliwe, tylko bogate jak szaty wielmoży. Oczywiście, że człowiek ten należy do wojskowej arystokracji, a zachowanie i miecz wskazywały, iż jest nie byle jakim wojownikiem. Kobieta stanowiła zagadkę. Jej ubranie pochodziło z Aquilonii, obaj towarzysze byli Aquilończykami, lecz tak niezwykłą karnację Conan widywał jedynie wśród Hyperborejczyków. Zobaczyliście, że karczmarz skinął w waszym kierunku i trójka obcych skierowała się do stołu, przy którym siedzicie. Być może los się do was uśmiechnie.
Zatrzymali się przy nim.
Wy jesteście ludźmi księcia Unguriusa? zapytał wysoki Akwilończyk.
Dalej mieszczą się nabrzeża. Tutaj można znaleźć ludzi, którzy wypracowują bogactwo kupców i książąt z posiadłości na wzgórzach i właścicieli miejskich kramów. Tutaj przebywają żeglarze władający wieloma językami i doświadczeni szyprowie, wywodzący się z różnych krain, których jedyną ojczyzną jest morze. Nikt nie buduje dla nich pięknych domów. Poza tym na samym wybrzeżu nie warto wznosić eleganckich budynków, przerażające sztormy bowiem, które nadciągają niespodzianie znad rozległych przestrzeni Morza Zachodniego, w ciągu paru lat i tak obróciłyby je w gruzy. Z tego powodu w nadmorskiej dzielnicy Asgalunu zobaczyć można jedynie drewniane chałupy, niewielkie magazyny, podrzędne gospody, nędzne kramiki, targowiska i żeglarskie spelunki. Ponieważ w Shemie mało jest lasów, niskie budowle wznosi się z drewna pochodzącego ze starych statków zniszczonych przez sztormy. Ten mocny, ale nasączony żywicą i smołą budulec jest tak łatwopalny, że co jakiś czas nabrzeża Asgalunu stają w płomieniach i obracają się w popiół.
Jedynie twardzi, otrzaskani w świecie ludzie zamieszkują takie miejsce. Tutaj więc kierują kroki ci, którzy poszukują osobników tego rodzaju.
Popijając wino obserwujecie wchodzących, widzicie to co poniżej, przed wejściem do tawerny ma miejsce poniższe zdarzenie:
Wszystkie tawerny są podobne powiedziała młoda kobieta.
Miała na sobie prostą suknię z niebieskiego jedwabiu. Złoty sznur otaczał jej smukłą talię pięć czy sześć razy, a jego końce, połączone wyszukanym węzłem i ozdobione frędzlami, sięgały prawie do kolan. Drobne stopy kobiety były obute w ciżemki wyszywane złotą nicią. Jednak to nie kosztowny przyodziewek przyciągał próżniaków i awanturników, tłoczących się w wąskich uliczkach portowej dzielnicy, tylko niezwykła uroda dziewczyny. Skórę miała białą jak śnieg, a ogromne oczy tak jasne, że prawie pozbawione barwy. Srebrzystobiałe włosy, sięgające do pasa, podtrzymywała jedynie złota opaska z opalem w złotej oprawie.
Zwykle kobieta tak atrakcyjna i tak bogato ubrana nie przeszłaby w tej dzielnicy nawet dziesięciu kroków bez narażania się na zaczepki, ale mężczyźni o łotrowskich spojrzeniach trzymali się z dala i nie próbowali jej niepokoić. Takie zachowanie nie wynikało bynajmniej z ich wrodzonej dobroci - po prostu kobieta nie była sama. Mężczyzna, który kroczył po jej lewej stronie, nie odstraszyłby nikogo. Ruchliwy, nerwowy człowieczek, który mówił dużo i szybko, żywo gestykulując. Nosił aquiloński strój podróżny z aksamitu i skóry oraz miecz, krótki, z wymyślnie wykutą gardą.
To drugi mężczyzna, który podążał za nimi, zapewniał kobiecie bezpieczeństwo. Był bardzo wysoki, nieco wychudzony, ale proporcjonalnie zbudowany, z długimi, potężnie umięśnionymi kończynami. Miał dużą głowę osadzoną na masywnym karku, a jego twarz pokrywał złocisty zarost. Pomimo gorącego dnia nosił aksamitną koszulę z długimi rękawami i kremowe rękawice z pięknie wyprawionej skóry. Jeśli miał jakąś zbroję, to ukrytą pod skórzaną tuniką, za to miecz był doskonale widoczny. Potężny, wykonany przez aquilońskiego płatnerza miał ostrze długie i szerokie, masywny jelec, głowicę wykutą na podobieństwo głowy gryfa. Rękojeść, wystarczająco długa, by złapać ją oburącz, wyłożona była skórą rekina. Niegdyś szorstka i perłowoszara po latach intensywnego używania wytarła się i nasiąknęła potem. Sam wygląd wygładzonej i prawie czarnej rękojeści mówił doświadczonym zabijakom, że lepiej omijać właściciela tego miecza.
Tutaj! powiedział mały mężczyzna. Albatros! Widzicie? Tam nad drzwiami jest rysunek ptaka w locie. To stworzenie pochodzi z krain południowych. Pełne wdzięku w powietrzu i niezdarne na ziemi. Wróży powodzenie każdemu okrętowi, któremu raczy towarzyszyć, a kroniki starożytnego Acheronu podają, że nagłe pojawienie się tego ptaka w głębi lądu jest znakiem...
Kobieta się uśmiechnęła.
Tak, wiem o tym, Springaldzie, lecz przybyliśmy tutaj w poszukiwaniu ludzi księcia Unguriusa, nie wiedzy. A poszukiwani powininni być tutaj, po drugiej stronie tych drzwi.
Wejdę pierwszy, dziecko oświadczył wysoki mężczyzna.
Jego palce zacisnęły się na rękojeści miecza. Schylił się w niskim wejściu jak człowiek doświadczony w walce. Nie zgiął się w pasie, co odsłoniłoby bezbronny kark komuś, kto w złych zamiarach mógłby się czaić za drzwiami. Zamiast tego ugiął kolana i wyprostował się natychmiast po wejściu do środka. Omiótł czujnym wzrokiem pomieszczenie, po czym ruchem ręki wezwał towarzyszy.
Wielka izba miała dwa poziomy. Tuż za drzwiami po prawej stronie całą długość ściany zajmował szynkwas, po lewej znajdowały się schody wiodące na pięterko. Podest przy wejściu miał może sześć kroków długości, a z niego po czterech szerokich stopniach wchodziło się na dolny poziom, zastawiony licznymi stołami i ławami. Za okrągłymi oknami, przez które wlewało się słońce, rozciągał się widok na roziskrzone wody zatoki.
Z powodu wczesnej pory, w gospodzie znajdowało się nie więcej niż tuzin mężczyzn i kobiet. Karczmarz przyjrzał się bacznie przybyszom. Na widok ich bogatego odzienia żywo wyskoczył zza szynkwasu, wytarł ręce o fartuch i skłonił się nisko.
Szlachetni panowie, szlachetna pani, czym mogę wam służyć?
Szukamy pewnych ludzi. Jeden z nich jest Cymmerianinem, dwóch to Akwilończycy i ktoś z Dalekiego Wschodu oraz ktoś z Zamory. Słyszeliśmy, że można ich tutaj znaleźć. Wysoki Aquilończyk mówił krótkimi zdaniami, jakby znał wartość swoich słów i nie cierpiał ich marnować.
Aha mruknął z rozczarowaniem w głosie karczmarz.
Chodzi wam pewnie o tych obcych co przybyli niedawno. Siedzą tam, przy stole obok okna.
Doskonale odezwała się kobieta. Bądź tak dobry i przynieś do tego stołu dzban najlepszego wina i szklanice.
Już się robi, pani.
Mężczyzna zniknął za szynkwasem.
Przyjrzeliście się przybyszom. Stanowili niezwykły widok w takim miejscu, jak tawerna Pod Albatrosem. Ich ubrania wskazywały, że pochodzą z Aquilonii. Mały człowieczek sprawiał wrażenie roztrzepanego i nerwowego, ale przeczuwaliście, że swoim krótkim mieczem włada lepiej, niż można by się spodziewać. Wysoki mężczyzna wyglądał imponująco. Jego świetne odzienie nie było krzykliwe, tylko bogate jak szaty wielmoży. Oczywiście, że człowiek ten należy do wojskowej arystokracji, a zachowanie i miecz wskazywały, iż jest nie byle jakim wojownikiem. Kobieta stanowiła zagadkę. Jej ubranie pochodziło z Aquilonii, obaj towarzysze byli Aquilończykami, lecz tak niezwykłą karnację Conan widywał jedynie wśród Hyperborejczyków. Zobaczyliście, że karczmarz skinął w waszym kierunku i trójka obcych skierowała się do stołu, przy którym siedzicie. Być może los się do was uśmiechnie.
Zatrzymali się przy nim.
Wy jesteście ludźmi księcia Unguriusa? zapytał wysoki Akwilończyk.
Ostatnio zmieniony 03 marca 2014, 14:13 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.
- Och jak cudownie słyszeć akwilończyka w tych stronach - uśmiechnął się Zorian, patrząc cały czas na niewiastę. - Bynajmniej nie tak cudownie, jak uroda zacz pani - a przyznać muszę, że wiele kobiet w życiu widziałem. I posiadłem - dodał, szczerząc zęby. - Tak, jesteśmy tymi, których szukacie - dodał szybko, zanim ochroniarz zdążył zareagować na jawną prowokację. - Z kim mamy przyjemność, i jakież to sprawy was do naszych kaprawych mord sprowadzają?
Najemnicy, których nająłem mają być w pobliżu, w mieście - niech się rozsiądą po tawernach i szynkach, rzucam im jeszcze po 3 złote monety na głowę - czyli 90 monet odejmij z 500, które mi zostały. I - oczywiście - nie mam zamiaru się ich pozbywać...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)
- Kto ma kaprawą, ten ma - Tranicos odgarnął ciemne włosy z oczu. - Tym niemniej miło widzieć kogoś z rodzimych stron. Wina, karczmarzu! Najlepszego, bez domieszek, ewentualnie zmieszanego z winem jeden do jednego! - ranger wydobył z sakiewki złotą monetę i zaczął podrzucać ją w dłoni. Żółty krążek zdawał się wręcz tańczyć między palcami.