PBF - Skarb Acheronu - Conan na Fate

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 11 marca 2014, 13:48

Działacie coś jeszcze w Asgalunie czy ruszamy na morze?.
Malia się przebierze za faceta, Ufilio ją przekonał.

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 11 marca 2014, 16:40

Chyba wszystko, ruszajmy na ten piękny rejs;).
Ostatnio zmieniony 11 marca 2014, 17:09 przez Waylander, łącznie zmieniany 1 raz.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 11 marca 2014, 18:01

Statek, podróż do Khemi

Nabywszy towary, po 2 dniach ruszyliście. Okazało się, że Vanko najął 2 najemników w turbanach, jest także przy nim Vasquez, tym samym 3 ochroniarzy strzeże księcia Vanko. Ufilio najął 30 weteranów. Licząc waszych ludzi i was samych macie jakichś 20 zbrojnych. Druss jako znający się co nieco na żeglowaniu, pomagał marynarzom i kręcił się po pokładzie.
Tymczasem na morzu.
Północny wiatr wydymał oba trójkątne żagle Tygrysa Morskiego, który dziarsko pruł dziobem leniwe fale. Wulfrede stale baczył na wychylenie rei i napięcie lin. Czasami żagle zwisały prawie płasko, innym razem wybrzuszały się potężnie, grożąc zerwaniem.
Była pełnia żeglarskiego sezonu, tak więc na horyzoncie często pojawiały się inne statki. Od czasu do czasu jakiś okręt podpływał bliżej, ale widok smukłego, kojarzącego się z korsarstwem kadłuba powodował, że intruz ruszał na poszukiwanie innego towarzystwa.
Margrabia był zadowolony ze statku i sposobu, w jaki nim dowodzono. Chociaż nie wchodził w skład załogi, łapał za liny czy ciężki kabestan, gdy była taka potrzeba. Marynarze widząc siłę Drussa, równą mocy kilku ludzi, głośno wyrażali zdumienie. Paru majtków złościło się tymi pokazami, a przede wszystkim podobny do małpy Umu. Szczycił się swoją krzepą i wykorzystywał ją do tyranizowania innych. Chociaż na statku nie było innych oficerów poza kapitanem, Umu sam ustanowił się głową załogi. Dlatego wściekało go zachowanie Drussa. Cymmerianin był świadom tej niechęci, dotąd jednak marynarz nie wyzwał go otwarcie.

Wzbudziło to podejrzenia Drussa. Nie chodziło o to, że mężczyzna uważał go za rywala, w Cymmerii było to normalne. W dzikim, niezdyscyplinowanym świecie bandytów, piratów i najemników silniejszy dominuje nad słabszym, a najsilniejszy zawsze musi podejmować wyzwania innych. Druss spodziewał się walki z Umu przed upływem trzeciego dnia na morzu, jednak marynarz piorunował go jedynie wzrokiem. Cymmerianin wiedział, że to nie lęk powstrzymuje marynarza. Musiało kierować nim coś innego.

- O czym tak dumasz, Cymeryjczyku? - zapytała Malia. Wyłoniła się ze swej malutkiej kabiny w męskim przebraniu - Morze jest niebezpiecznym i niepewnym miejscem, powiedział Druss. - Widzisz te chmury na południu? - Wskazał ledwo widoczną smugę nad horyzontem.
- Widzę. Według mnie wyglądają niewinnie.
- Według ciebie, być może, ale mogą zapowiadać sztorm, który dopędzi nas z szybkością atakującego tygrysa. Na morzu nikt nie jest niczego pewny.
Zaśmiała się.
- Drussie, jesteś tak ponury, jak nasz kapitan wesoły. - Skinęła głową w kierunku Vanira, który stał na śródokręciu i wesoło pokrzykując na marynarzy, kierował zmianą ustawienia żagli. - Springald powiedział mi, że Cymmerianie to ponuracy o zmiennym usposobieniu, Vanirowie zaś są dzicy i weseli zarazem.

- Wiedza Springalda o wielu sprawach pochodzi z książek - rzekł Cymerianin. - Vanirowie są wesołym ludem, zgodzę się z tym, i nigdy nie są tak radośni, jak podczas torturowania jeńców, wypalania wiosek do gołej ziemi, porywania cymmeriańskich kobiet i dzieci oraz zakuwania ich w łańcuchy. Aesirowie mają podobne poczucie humoru. Nigdy nie poznasz prawdziwej radości, póki nie ujrzysz walki między tymi ludami. Potrafią ryczeć ze śmiechu, gdy przeciwnik odrąbuje im nogę.
- Twoi pobratymcy z północy są barbarzyńcami. Cywilizowani ludzie traktują walkę poważniej.

- Jednak sądząc z twojego wyglądu, wydaje mi się, że Północ nie jest ci tak bardzo obca pani. W twoim głosie nie ma śladu obcego akcentu, lecz twarz i karnacja zdradzają, iż pochodzisz z Hyperborei.
- Moja matka była szlachetną panią z tego kraju. Jej ojciec wysłał ją na brythuńskie pogranicze, gdzie wychowywała się w domu wielmoży, z którym pragnął zawrzeć przymierze. Syn owego wielmoży był moim ojcem, ale nie pamiętam go. Zginął, gdy dwadzieścia lat temu Nemedyjczycy napadli na Brythunię. Matkę i mnie zabrano do Belverusu, gdzie została nałożnicą jednego z nemedyjskich generałów. Zmarła w czasie zarazy pięć lat temu. Kiedy poprosił o mnie przystojny młody kapitan najemników, Nemedyjczyk odprawił mnie z zadowoleniem, bo jego żona stała się zazdrosna o moją urodę. Ten najemnik to Marandos, brat Ulfila, i chciał mnie nie jako kochankę, ale jako żonę. Byliśmy szczęśliwi przez trzy lata, zanim wrócił do domu.

Nie była to niezwykła historia. W niespokojnych czasach los krył w zanadrzu przykre niespodzianki nawet dla dobrze urodzonych. Kobiety i młodsi synowie od ludzi z innych sfer różnili się jedynie dumą z pochodzenia, poza nią nie mieli prawie nic.

- A jednak rzucił cię i udał się w podróż na południe, aż za Kush - powiedział niezbyt uprzejmie Druss. Nie chciał, żeby zabrzmiało to tak brutalnie.
- On mnie nie rzucił. Zamierzał w ten sposób podreperować nasz majątek. On...
- Malia, przerwał jej cicho Ulfilo, który wyłonił się spod pokładu. - Wynajęliśmy Drussa i jego towarzyszy jako ochronę. Jeśli potrzebujesz powiernika, zwróć się do kogoś innego. Springald bardziej nadaje się do tej roli niż obecny tutaj Cymmerianin.
Spojrzała na niego ze złością.
- Jesteś jedynie moim szwagrem, nie strażnikiem. Będę rozmawiać, z kim przyjdzie mi ochota!
- Pozostajesz pod moją opieką, dopóki nie spotkasz się ze swoim mężem, a moim bratem.
Przez chwilę patrzyła na niego z ukosa, a potem odeszła bez słowa.
- Nie interesuj się sprawami mojej rodziny - oświadczył kategorycznie Ulfilo.
Druss wzruszył ramionami.
- Możesz ufać mi albo nie, jak sobie życzysz, ale być może przed końcem podróży będziesz potrzebował przyjaciół, margrabio.
- Co przez to rozumiesz?

Druss skinął w stronę śródokręcia.
- Myślę, że niektórzy z nich zostali na statku w nadziei, że ta ekspedycja ma na celu coś więcej, niż tylko odnalezienie twojego brata. Według nich miłość braterska czy nawet małżeńska nie wystarczy, by zdobyć się na tego rodzaju poświęcenie. Szlachcic opuszczający swoją ziemię i podróżujący przez pół świata jedynie w towarzystwie kobiety i nauczyciela to coś, co wykracza poza ich zdolność pojmowania. Przyznam, że nawet ja byłbym zdziwiony, gdybyś mnie nie wynajął do poszukiwań. Mnie tam wystarcza takie wyjaśnienie, nie jestem podejrzliwym człowiekiem.

Ulfilo zacisnął mocno usta. Drusowi wydawało się, że mina szlachcica wyraża nie tylko gniew, ale także zakłopotanie człowieka z natury otwartego, który jest zmuszony do udzielania wymijających odpowiedzi.
- Myślisz, że te psy mogą nam zagrozić? - wysyczał w końcu Ulfilo.
- Możemy znaleźć się w sytuacji od niebezpiecznej po beznadziejną, w zależności od tego, iłu przeciw nam wystąpi. Nie zrobią nic, póki nie będzie się to im opłacać.
- Dowiesz się więcej, kiedy dotrzemy do Wybrzeża Kości - obiecał Ulfilo. - Na razie wyjawienie czegokolwiek nie jest możliwe.
- Jak chcesz. Ale gdy przez te niedomówienia znajdziemy się w tarapatach, tylko siebie będziesz mógł winić.
Jak tam pozostali, też się uczą żeglarstwa? To dopiero pierwszy dzień podróży.
Ostatnio zmieniony 26 marca 2014, 11:33 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 11 marca 2014, 18:28

Zorian ogłosił czas musztry. Doskonale wiedział, że nuda jest największym przeciwnikiem człowieka na morzu. Gdy najemnicy się nudzą, głupie rzeczy przychodzą im do głowy. Wybrał więc miejsce na dziobie statku, gdzie niewielu było marynarzy i postanowił ćwiczyć z najemnikami pozycje obronne.

- Trzymać szyk! Włócznie opierajcie na tarczy, prawa noga do przodu, lewa do tyłu! Zapieracie się z całych sił tak, jakby miała na was runąć ściana! - krzyczał Zorian podchodząc do ściany tarczy i kopiąc podeszwą buta w losowe tarcze. - Każdy osłania siebie i towarzysza z lewej! Pamiętajcie, im większą przeciwnik ma broń, tym więcej miejsca potrzebuje do zamachu nią! Wtedy jest was dwóch, trzech na jednego, a to oznacza, że wy żyjecie, a on ginie! - kontynuował, przechadzając się z prawej do lewej. - Za wami stoją łucznicy! Gdy wróg jest w odległości powyżej trzydziestu kroków, wy - wskazał na włóczników - klękacie, wy - na łuczników - strzelacie do tych, co są najbliżej, albo do wrogich strzelców. Kiedy wróg się zbliża: stoicie murem, a łucznicy prowadzą ostrzał do góry, lub z flanki. Żadnego kurwa strzelania przez głowy tych z przodu!
Prowadzę musztrę i ćwiczenia bojowe, w tym ćwiczenia z użyciem własnej masy, jak pompki, przysiady, brzuszki, poza tym popijam winko z Vanko i najemnikami, starając się z nimi zakumplować. Marynarze i ogólnie żegluga mnie nie interesowywwuje.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 12 marca 2014, 10:27

Druss po odejściu Malii zaczął rozmowę z jednym z marynarzy.
W tym czasie na pokład wyszli Springald i Chen Shu.
Zorian zajęty musztrowaniem swoich ludzi, słuchał tego co mówił Springald i Chen Shu.
Podobnie Vanko i Tranicos, słyszeli większą część ich rozmowy.

Mały uczony był blady, ale po raz pierwszy od postawienia, żagli pewnie trzymał się na nogach.
- Och, mój kitajski przyjacielu, chyba będę mógł coś przekąsić dzisiejszego wieczora... no, może jutro.
Chen Shu się uśmiechnął.
- Cieszę się, widząc, żeś prawie wrócił do zdrowia.
- Przez całe życie studiowałem wyprawy dawnych podróżników. Żyłem mapami, kartami i transkrypcjami ksiąg nawigacyjnych. Ale nigdy dotąd nie byłem na otwartym morzu. Starożytni podróżnicy nigdy nie wspominali o takiej zemście bogów morza nad biednymi ludźmi z lądu.
- Choroba mija z czasem - zapewnił Chen Shu - i uważaj się za szczęśliwca. Mamy idealną pogodę do żeglowania, statek prawie się nie kołysze. Gdybyś trafił na sztorm, mógłbyś chorować tygodniami.
- Nawet mi o tym nie mów! Porozmawiajmy o czymś innym.
Zaczął szperać w wielkiej skórzanej sakwie, z którą się nie rozstawał. Wystawały z niej zwoje papirusu, arkusze pergaminu i grzbiety książek. Wyjął księgę wyglądającą na antyczną. Skóra okładki, niegdyś świetna, teraz była wytarta i spękana oraz pełna licznych dziur.

- To Kroniki podróży kapitana Belphormisa - objaśnił Springald. - Był nawigatorem żyjącym około tysiąca dwustu lat temu i żeglował do lądów położonych blisko naszego celu.
- Ta książka jest stara. - Chen Shu wziął tom z rąk uczonego. - Ale nie wygląda na tysiąc dwieście lat.
- Bo tylu nie ma. Została skopiowana z nie istniejącego już oryginału, spisanego na zwojach. Sztuka tworzenia książek liczy sobie od siedmiuset od dziewięciuset lat, chociaż wierze, że była już znana niektórym bardzo starym cywilizacjom. Wiele umiejętności zostaje zapomnianych i potem odkrytych na nowo. W każdym razie, kopię tę wykonano pięćset lat temu dla króla Heptadiosa z Aquilonii. Jak widzisz, na każdej lewej stronie jest oryginalny tekst staroshemicki, podczas gdy na prawej widnieje tłumaczenie aquilońskie z owego czasu. Zgodnie z przypisem na karcie przed tytułem, około dwustu lat temu książka uległa zniszczeniu i została wysłana wraz z wieloma innymi do Luksuru do naprawy i ponownego oprawienia. Stygijczycy są niezrównanymi mistrzami we wszystkich sztukach związanych z wyrobem ksiąg. Po renowacji tom umieszczono na półce w Królewskiej Bibliotece w Tarancii i mam powody przypuszczać, że od tej pory nikt przede mną nie brał go do ręki. Ja sam natknąłem się na niego pięć lat temu. Zniszczenia, które widzisz na okładce, powstały z powodu zaniedbania. Stąd te ślady po molach.
- Z języka i imienia kapitana wnioskuję, iż musiał on być Shemitą - stwierdził Conan.
- Tak, a jego statek, Ashtra, nosił imię shemickiego bóstwa. Nie wydaje ci się dziwne, że niegdyś Shem był morską potęgą?

- Bardzo! Shemici to rasa pasterzy i poganiaczy bydła. Nawet morscy kupcy w Asgalunie to cudzoziemcy. W Shemie nie brakuje żeglarzy, jak w każdym nadmorskim kraju, ale zasadniczo unikają otwartego morza.
- Nie zawsze tak było. Wiele lat temu istniał Ashur, jedno z państewek wchodzących w skład dzisiejszego Shemu. Małe i ubogie, ale posiadało jedyny przyzwoity port na całym wybrzeżu, tam, gdzie teraz leży Asgalun. Wojownik-król Belsepa, który założył dynastię Den, wiedział, że jego kraj jest słaby, ale ma dostęp do morza. Po objęciu tronu postanowił, że stworzy z tego państewka morską potęgę. Zawarł liczne przymierza, aby zdobyć potrzebne surowce i doświadczonych ludzi. W Shemie brak drewna odpowiedniego do budowy statków, handlował więc z Argosem i Zingarą. Rozdawał ziemię, płacił złotem i gwarantował niższe podatki szkutnikom, powroźnikom i mistrzom innych rzemiosł, by przyciągnąć ich do swego kraju. Najmował szyprów, nawigatorów i doświadczonych żeglarzy, by nauczyli jego poddanych sztuki czytania map i żeglowania według gwiazd. Kiedy umarł, zostawił po sobie liczącą się flotę kupiecką i wojenną.

- A później jego praca poszła w zapomnienie - powiedział Chen Shu - nigdy bowiem nie słyszałem o czymś takim, jak shemicki statek. Nieliczni znani mi shemiccy żeglarze byli piratami. Mieszkańcy Shemu od pokoleń napadają na innych, na stałym lądzie i na morzu.

- A jednak przez trzysta lat, jak długo rządziła dynastia Den, Shemici z Ashuru byli wielkimi nawigatorami i badaczami wielu wybrzeży, poczynając od leżącego daleko na północy Vanaheimu, kończąc na odległym południowym krańcu kontynentu. Tam znaleźli przylądek, za którym linia brzegowa skręca w kierunku północno-wschodnim. O jednej wielkiej ekspedycji mówi się, że dotarła tym szlakiem do Vendhyi, ale nie przeżył żaden wiarygodny świadek.

- Dotarli do Vendhyi żeglując na południe? - zdumiał się Chen Shu. - To musiała być podróż godna bohaterów!
- Przypuszcza się, że powrót zabrał im trzy lata, a z pięciu statków, które wyruszyły, powrócił tylko jeden. W owych czasach żyli wielcy żeglarze - westchnął Springald.
- W każdym razie - podjął po chwili - nadszedł czas głodu dla całego Shemu. Panował nieurodzaj, trawa uschła, a trzoda i stada wyzdychały. Zaczęli umierać ludzie. Jedynie morski naród Ashurów żył w dostatku, co wzbudzało wielką zawiść. Potem Ashur nawiedziło okropne trzęsienie ziemi. Inni Shemici uznali, iż nieszczęście to zesłali ich pasterscy bogowie, jako karę za to, że Ashurowie odwrócili się od nich i ruszyli na morze.
Kataklizm zrównał z ziemią mury i większą część miasta. Horda wygłodzonych Shemitów napadła na Ashur i spustoszyła stolicę, zabijając wszystkich mieszkańców i paląc te statki, które w wyniku trzęsienia ziemi znalazły się na lądzie. Zniszczyli również archiwa, w których przechowywano księgi nawigacyjne i morskie mapy. Ocalało jedynie kilka map i książek, ta jest jedną z nich. - Z powrotem wziął tom do ręki. - Belphormis żył pod koniec okresu świetności Ashuru. To jest kronika jego podróży do rzadko odwiedzanego Wybrzeża Kości.
- Jak to się stało, że ta księga ocalała z pożogi?

Springald wzruszył ramionami.
- Nie można wytłumaczyć tego inaczej niż kaprysem bogów. Z wielkiego zniszczenia niektóre rzeczy wychodzą w stanie nienaruszonym. Czasami giną wielkie i cenne dzieła, drobiazgi zaś pozostają całe. Być może oryginalny zwój był schowany w skrzyni w jakimś lochu i dzięki temu uniknął spalenia. Być może był na pokładzie statku albo też został kupiony czy innym sposobem pozyskany przez jakiegoś podróżnika i w tym czasie już znajdował się w rękach Aquilończyków. Nieważne, jak było. W każdym razie jakiś uczony doszedł do wniosku, że warto go przetłumaczyć i wydać w formie książki.
- A co ten starożytny kapitan mówi o naszym celu?

- Zobaczmy... - Springald szybko przewertował stronice. Było jasne, że dokładnie wie, gdzie szukać. - Aha, to tutaj: Poszarpane białe skały są tak liczne i tak blisko siebie, że lawirowaliśmy między nimi przez cały niespokojny dzień. Dopiero przed samym zachodem słońca bezpiecznie rzuciliśmy kotwicę, a następnego ranka zeszliśmy na ląd. Dalej opisuje, co robili tego dnia. Jest podana data, która nic nam nie mówi, gdyż nie znamy już kalendarza używanego w Ashur i możemy jedynie się domyślać, o jaki chodzi okres.
Wraz z pierwszymi promieniami popłynęliśmy na ląd. Część załogi udała się z beczułkami do zielonego strumienia, by uzupełnić zapasy, ale woda była zbyt zanieczyszczona przez rzeczne wodorosty. Plaża jest wąska, pełna drobnego białego piasku. Gęsta dżungla wyrasta dwadzieścia kroków od linii przypływu.



- Uczony przewrócił parę kartek. - Tutaj mamy opis drugiego dnia wyprawy w głąb lądu: Od pierwszych kroków w dżungli dostrzegamy ślady zostawione przez ludzi: dziwne maski i fetysze zwisające z drzew, posągi wyrzeźbione z kamienia i drewna, popioły ognisk i tym podobne, ale dopiero dzisiaj około południa natknęliśmy się na grupę wojowników.
- Dlaczego podróżowali w głąb lądu?
- Kapitanowie statków kupieckich często prowadzą handel wymienny z tubylcami.

Chen Shu był świadom, że Springald wymigał się od odpowiedzi, ale pominął to milczeniem.
- Pisze dalej: Ci ludzie różnią się od tych, których widzieliśmy na czarnym wybrzeżu. Są wyżsi, mają jaśniejszą skórę i odmienne rysy, malują ciała farbami. Na biodrach noszą przepaski ze świetnego materiału. Ich broń stanowią włócznie o szerokich, porządnie wykutych ostrzach. Wielu wojowników zakłada ozdoby ze złota. Nasi dwaj przewodnicy okazali wielkie zdumienie i lęk na ich widok, obcy zaś patrzyli na nich z największą pogardą, choć wobec nas byli czujni, niemalże wrodzy;. - Springald popatrzył na Chen Shu. - Chyba zdajesz sobie sprawę, że niektóre fragmenty muszę tłumaczyć. Staroaquiloński sprzed pięciuset lat brzmi dziwnie w naszych uszach.
- A tekst jest tłumaczeniem z shemickiego. Myślisz, że przekład jest wierny?
Pomimo kiepskiego samopoczucia, Springald zdobył się na uśmiech.
- Trafne pytanie, przyjacielu. Nigdy nie pokazywałem tego badaczowi płynnie władającemu staroshemickim, ale moja własna cząstkowa znajomość tego języka mówi mi, że tłumaczenie jest dobre.
Springald spojrzał w kierunku czarnej chmury. Jeszcze niedawno taka mała, teraz zajmowała czwartą część horyzontu. Na śródokręciu Wulfrede przeklinał i wyszczekiwał rozkazy. Ludzie rzucili się do refowania żagli. Springald pobladł na ten widok jeszcze bardziej.

- Na Mitrę! Czy to oznacza pogorszenie pogody?
Chen Shu pokazał zęby w uśmiechu.
- Tak. I jeśli chcesz, by twoje księgi nie zamokły, lepiej schowaj je do kufra. Pokład na tym statku zbudowany jest z luźno połączonych desek. Dzięki temu żaglowiec utrzymuje się na wodzie, gdy inne idą na dno. Ale ma to swoją cenę. W czasie sztormu i ulewy pokład przecieka niczym wiklinowy koszyk.
- Naprawdę? Tylu rzeczy muszę się jeszcze nauczyć. - Schował książkę i starannie zamknął sakwę. - Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił w czasie burzy. Ja nie. - Z tymi słowami zszedł pod pokład.
Wygląda, że Springald posiada wiele relacji starożytnych podróżników na temat celu waszej wyprawy. Druss i Chen Shu, śmigają wśród załogi doskonaląc swe żeglarskie umiejętności. Zorian zajmuje się musztrowaniem swych ludzi, jakich opłaca pospołu z Drusem.

Coś działacie, czy czekacie aż dotrzecie do jakiegoś lądu?

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 12 marca 2014, 20:49

Zaraz kończę musztrę i schodzę pod pokład posłuchać jeszcze relacji poprzedników. A nóż dowiem się czegoś ciekawego...
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Waylander
Reactions:
Posty: 476
Rejestracja: 08 listopada 2012, 08:12

Post autor: Waylander » 12 marca 2014, 21:44

Druss rusza do najniebezpieczniejszej i najtrudniejszej pracy, kiedy zaczyna się krzątanina w związku ze zbliżającym się sztormem.

Co do wcześniejszych spostrzeżeń to Cymmeryjczyk doszedł do wniosku że czas "delikatnie"zmotywować Uma do jakiegoś ruchu, chce zobaczyć ile zniosą jego nerwy, a co ważniejsze czy nie zauważę że jakiś inny marynarz go powstrzymuje(co mogłoby oznaczać że wbrew pozorom góra mięsa ma jakiś mózg tylko że poruszając się za pomocą innej pary nóg i niechcącą ujawniać kto tak na prawdę pociąga za sznurki).

Na bezpośredni atak jeszcze za wcześnie ale sądzę że, jakaś "przyjacielska rywalizacja" w pracach byłaby na miejscu. Druss stara się pokazać że jest silniejszym i lepszym marynarzem od niego(jeśli mu się uda rzecz jasna).
Kolejna sprawa to to że nasz mięśniak może ma w załodze kogoś na kim lubi się wyżyć, jeśli tak jest to Druss, zdecyduje się przerwać mu zabawę(chyba że atak na wspomnianego człowieka byłby sprawiedliwy bo rzeczywiście coś poważnie skrewił) przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie dość że może to doprowadzić do konfrontacji to przydałby się nam ktoś kto zna wewnętrzne układy wśród załogi.


A no i oczywiście dziele się swoimi(i pytam się czy czegoś podobnego nie przeczuwają) przeczuciami z resztą.

Jeśli usłyszę o wspomnianych Kronikach podróży to zapewne zadziwię naszego wyedukowanego jegomościa i wyrażę chęć ich przejrzenia, Ciekawe czy się zgodzi dwd;.


Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 12 marca 2014, 23:05

Wyrażam chęć nauczenia się podstaw nawigacji i żeglarstwa.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 13 marca 2014, 17:58

Wiedząc, że nie będzie to niszczycielski sztorm, Druss z przyjemnością czekał na pierwsze podmuchy. Nadciągał mocny szkwał, który skończy się wieczorem albo w nocy. Dzięki niemu Cymmerianin będzie miał okazję się przekonać, jak okręt zachowuje się w czasie złej pogody. Obserwując zbliżające się chmury i wydymające żagle, rozmyślał o Springaldzie i jego książce.

- Będzie się można ponaśmiewać z naszych szczurów lądowych, co, Drussie? - odezwał się Wulfrede. Zeskoczył z kasztelu, nie zawracając sobie głowy schodzeniem po stopniach.

- Będą chorować - stwierdził Cymmerianin - ale wytrzymają. Są z innej gliny niż kupcy, którym żeglarze tak często płatają figle. Ścierpią przykrości w milczeniu i wrócą dumni jak zawsze. Nie można ośmieszyć prawdziwych arystokratów.

Wulfrede skinął głową.
- Tak, chyba masz rację. Ten Ulfilo wygląda na twardziela. I nigdy nie widziałem, by ktoś zadzierał nosa tak wysoko, jak ta biała dziewka. Nawet ten mól książkowy nie ścierpi zaczepek marynarzy. - Przerwał, po czym podjął innym tonem: - Cymeryjczyku, zauważyłeś sakwę, którą cały czas nosi?
- Trudno nie zauważyć.
- Nie jestem uczonym, ale wystarczająco dobrym żeglarzem, by na pierwszy rzut oka rozpoznać mapy i księgi nawigacyjne.
- Tak, ma coś takiego. Ale co z tego? Studiuje wojaże starożytnych podróżników. Z jakiego innego powodu miałby targać z sobą te szpargały?

Wulfrede parsknął.
- Uczeni spędzają czas na czytaniu o przygodach ludzi dzielniejszych od siebie w swych zasnutych pajęczyną bibliotekach. Nie, człowiek wyrusza na morze z workiem pełnym map, gdy czegoś szuka, ale nie czyjegoś brata! Mówię ci, Aquilończycy są na tropie wielkich skarbów. Cóż innego mogłoby zmusić dobrze urodzonych do porzucenia swoich ziem i udania się na nieznane wody?
Teraz z kolei parsknął Druss.

- Mapy skarbów! Wiesz przecież, że takie bajdy są wymyślane w żeglarskich spelunkach, aby obedrzeć naiwniaków z grosza. W Kordawie proponowano mi takie mapy, trzy w ciągu jednego wieczora. Dawno temu, gdy byłem zbyt młody, by znać się na mapach czy pieniądzach, nawet kupiłem jedną czy dwie.
- Czy takie podróbki mogłyby oszukać prawdziwego znawcę? - zastanowił się Wulfrede. - Myślisz, że Springald dałby się nabrać na mapy sprzedawane w portach?
Druss potrząsnął głową.
- Nie, nie sądzę, ale to nie oznacza, że twoje podejrzenia są uzasadnione. A nawet jeśli szukają skarbu, z pewnością sami nie ruszą w głąb lądu. Borana zjedliby ich na kolację, jeśli wcześniej nie dorwałyby ich dzikie bestie czy wielkie węże.

- Jakie więc są ich plany?
- Nie mam pojęcia. Wiem, do czego mnie wynajęli i zamierzam się z tego wywiązać. Kiedy doprowadzimy ich tam, dokąd chcą dotrzeć, wtedy być może zainteresujemy się ich prawdziwymi zamiarami.
Wkrótce zaczął się sztorm i mieli zbyt dużo pracy z utrzymaniem okrętu na kursie, by tracić czas na pogawędki.

Był gorący, pogodny dzień, gdy woda przed dziobem Tygrysa Morskiego zmieniła kolor z błękitnego na głęboką zieleń, a potem na mętny brąz. Aquilończycy, którzy doszli do siebie po chorobie morskiej, stojąc na pokładzie komentowali ten fenomen.
Sztorm okazał się bardziej szkwałem niż rzeczywistym sztormem. Umu unika konfrontacji, Tranicos rozpoczął naukę żeglugi. Druss zyskuje zaufanie załogi, pracując wśród nich i imponując im ogromną siłą.
Zorian zszedł pod pokład, gdzie Vanko spędza podejrzanie dużo czasu z 3 swych ludzi. Zamaskowani najemnicy, nie są zbyt masywni, co Zorian dostrzegł. lepiej się im przyglądając. pod pokładem nic ciekawego nie usłyszeliście.

Springald mocno się zdziwił prośbie Drussa, ale zgodził się pokazać mu swoje księgi, może uznał, że Cymerianin chce pooglądać ilustracje?...
Obiecał to uczynić kolejnego dnia. Zbliża się wieczór pierwszego dnia żeglugi.
Ostatnio zmieniony 13 marca 2014, 18:06 przez Araven, łącznie zmieniany 1 raz.

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 14 marca 2014, 10:52

Jakoś trzeba tę podróż przetrwać.. -myślał Vanko wychodząc na pokład jedynie na krótkie chwile, by zaczerpnąć nieco świeższego powietrza. Przesiąkł już niemal całkowicie smrodem ryb i owoców, pomieszanych z winem i przepoconą nudą.

Nadto wiedział, że trzeba co jakiś czas pokazać się na pokładzie, by zbytnią tajemniczością nie wzbudzić plotek. Cieszyła go myśl, że Druss swym ostentacyjnym prezentowaniem muskulatury ściąga na siebie dość uwagi do spółki z zamieszaniem powodowanym przez nieprzerwane musztry oddziału Zoriana. To dawało mu spokój i odsuwało uwagę od jego poczynań.
Sprawiał więc wrażenie spokojnego, nie pchającego się w paradę innym najemnika, co jak zauważył zaczęło wzbudzać ciekawość kompanów.
MG, a co z moim niewolnikiem? Dało radę go zabrać?

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 14 marca 2014, 12:48

Vanko jak najbardziej masz i niewolnika, jakiego kupiłeś, jak go nazywasz? Zorian kontynuował szkolenie, Druss, Chen Shu i Tranicos wprawiali się w żeglarskim rzemiośle, Vanko spędzał czas głównie pod pokładem, czasem tylko wychodząc z ładowni. Czas mija bez większych ekscesów czy sensacji.
Tymczasem kilka dni później, dopływacie do jakiegoś lądu.
- Czemu woda zmieniła kolor? - spytała Springalda Malia (nadal przebrana za mężczyznę).
Druss był rozbawiony faktem, że kobieta pyta uczonego miast żeglarza. Jednak Springald znał odpowiedź.
- Wpłynęliśmy w rozlewiska rzeki. Gdybyś wyciągnęła wiadro tej mętnej wody, przekonałabyś się, że jest słodka, a nie słona. Oczywiście nie polecam ci próbować. Sądząc z wielkiego zasięgu tego rozlewiska, uważam, że to może być jedynie Styks, zwany w niektórych językach Nilusem. To jak na razie największa znana rzeka świata. Przepływa przez cały kontynent i zbiera z niego wszelakie śmieci i brudy. Stygijczycy mogą pić tę wodę, ale cudzoziemcy po jej skosztowaniu zapadają na tysiące chorób.

- Wobec tego musimy być blisko Khemi - powiedział Ulfilo. - Jak blisko, kapitanie Wulfhrede?
- Dotrzemy tam po południu - odparł posępnym tonem Vanir.

Słońce prażyło mocno, więc Druss, Chen Shu i Tranicos chodzili teraz boso i nosili jedynie krótkie spodnie, popularne wśród marynarzy.
- Nie wyglądasz na zadowolonego - stwierdził Springald patrząc na Drussa.
- Bo nie jestem. Nie lubię Stygii i wszystkiego co z nią związane. Tutejsi ludzie są zastraszonymi niewolnikami kapłanów i czarnoksiężników. Cały naród jest nieczysty.


- Ale jest to najstarszy dzisiaj kraj, spadkobierca starożytnego Acheronu i strażnik tajemnic legendarnego Pythonu. My, Hyborianie, jesteśmy jeszcze dziećmi w porównaniu ze Stygijczykami. Ledwie parę stuleci temu nasi przodkowie byli prymitywnymi barbarzyńcami, historia Stygii zaś liczy już tysiąclecia!
- I jest to historia oprawców i zniewolenia - dopowiedział Cymeryjczyk. - Lepiej być uczciwym barbarzyńcą niż wielmożą władającym czarną magią.
- Nieważne - uciął Ulfilo - musimy zawinąć do Khemi.

- Rozmawiacie o Khemi, spytał Wulfrede? Muszę wam powiedzieć, że nie jest to zwykły port. Stygijczycy nie lubią cudzoziemców. Po zapadnięciu zmroku nie wpuszczają obcych do miasta.
- Jak oni mogą handlować w takich warunkach? - zapytała Malia.

- W porcie jest wyspa zwana Żółwiem. Tam zatrzymują się obce okręty i cudzoziemscy goście. Jedynie pod strażą zezwala się niektórym statkom opuścić Żółwia i zacumować w przystani. Każdy cudzoziemiec, który zostanie złapany w mieście po zachodzie słońca, natychmiast jest zabijany.
- Stygia rzeczywiście jest krajem tak okropnym, jak mówi Cymeryjczyk - skomentował Ulfilo.

- Ale bogatym - rzekł Wulfrede. - Tamtejsi królowie i wielmoże zawsze potrafią się obłowić, i niewiele z bogactw, które dostają się do Stygii, opuszcza jej granice. Stygijscy władcy byli grzebani z większą ilością złota, niż inni królowie kiedykolwiek posiadali. - Zgodnie z naturą Vanirów, w oczach kapitana płonęło podniecenie, gdy mówił o wielkich skarbach. - Gdyby ich klątwy nie były tak diabelsko skuteczne, już przed laty wybrałbym się z paroma łodziami do Stygii, choćby po to, by splądrować groby.
- Szkoda, że nie cierpią cudzoziemców - powiedział Springald. - Miałem nadzieję skorzystać z okazji i w czasie postoju w Khemi zobaczyć niektóre znane mi z ksiąg cudowne widoki. Chciałem popłynąć w górę rzeki do Luxuru, gdzie, jak wieść niesie, mieszczą się grobowce i świątynie, których wspaniałość i ogrom przerasta wszelkie wyobrażenia.

Malia wzruszyła ramionami.
- Myślę, że im szybciej znajdziemy się z powrotem na morzu, tym lepiej. Załatwmy nasze sprawy, wypytajmy o mego męża i ruszajmy w dalszą podróż.
- Jak na razie to najlepszy plan - stwierdził Druss.
- Co więcej, Stygijczycy zostawią nam niewielki wybór - dodał Wulfrede.
Po obu stronach mętnego Styksu w morze wdzierały się dwa skaliste cyple. Szczyt każdego wieńczyły liczne przysadziste zamki wzniesione z czarnego kamienia, niektóre bardzo stare i opuszczone, inne nadal zamieszkane. Wały były obsadzone ludźmi i obstawione wielkimi wojennymi machinami przeznaczonymi do niszczenia niepożądanych okrętów. Na Tygrysie Morskim opuszczono żagle i wystawiono wiosła.
Nim minęli forty strzegące wejścia do portu, w ich stronę ruszył niewielki statek pchany wiosłami wielu par czarnych wioślarzy. Na jego dziobie widniał taran w kształcie krokodylej głowy.
- Czy chcą nas zatopić? - zapytała niespokojnie Malia.
Wulfrede zaśmiał się.
- To tylko kuter celny, istne paskudztwo, ale nie taki groźny. Wierz mi, gdybyś zobaczyła ruszającą na nas jedną z ich wojennych galer, sama złapałabyś za wiosła, żeby jak najszybciej zejść Stygijczykom z oczu.
Pytanie brzmi, czy kryjecie się jakoś nim kuter podpłynie? I kwestia czy ktoś będzie chciał zejść na ląd na wyspie Żółw na której się handluje, lub też czy ktoś z Was ruszy do samego Khemi?

koszal
Reactions:
Posty: 2787
Rejestracja: 15 marca 2012, 13:35
Been thanked: 1 time

Post autor: koszal » 14 marca 2014, 14:35

Jeśli tak, to w przebraniu. Pójdę z Zorianem, jesli on się wybiera, może uda się kupić jakieś amulety.
Niewolnika też wezmę. Nazwę go Hieną, bo ma oczy jakby chciał mnie zeżreć we śnie.

Dobro
Reactions:
Posty: 2848
Rejestracja: 10 listopada 2012, 22:13

Post autor: Dobro » 14 marca 2014, 18:00

Schodzimy na ląd. Biorę drobiazgi (biżuterię) i sprzedam ją, jak osiągnę cenę conajmniej 3 razy tyle, co w poprzednim porcie. Biorę ze sobą dziesiętnika z mojej i Drussa mini-armii. Jak nie ma imienia, to nazwę go Gomez.
Prowadz? sesje: ?mier? i ?ycie kami Ryby (L5K) - zawieszona
Mistyczny Lotos (Conan na zasadach Fate)
Moje postacie:
Ahmed Assad Omar - audytor finansowy (PBF Wybawiciel)
Olaf Vilbergson - m?ody zwiadowca (PBF Cienie na ?niegu)
Mikulas Tichy - m?ody medyk z Pragi (PBF - Memento Mori)

Procjon
Reactions:
Posty: 1090
Rejestracja: 22 lutego 2012, 14:38

Post autor: Procjon » 14 marca 2014, 18:29

- Springaldzie, znasz jakieś zioła zdolne czasowo przyciemnić skórę tak abym wyglądał na Shemitę? Doczepię sobie brodę, kupię shemickie ubranie i uzbrojenie i robiąc za najmitę - łucznika spróbuję zejść na ląd.

Araven
Reactions:
Posty: 8334
Rejestracja: 13 lipca 2011, 14:56
Has thanked: 1 time
Been thanked: 1 time

Post autor: Araven » 14 marca 2014, 18:50

Tranicos otrzymał zioła do przyciemnienia skóry, przykleił sobie brodę.
Jesteście kilka dni morzem od Asgalunu, to Khemi wielka stygijska metropolia, zarobisz maksymalnie kilka procent albo i nie.
Towary kupiliście na wymianę z dzikimi jak zejdziecie na ląd. Ale dla niepoznaki możecie coś sprzedać, ale zarobicie grosze.
Kupcy tutaj doskonale się orientują co ile kosztuje. zawijają tu statki wszystkich nacji.
Na razie idziecie na wyspę Żółw, tam obcym wolno przebywać.

Czekam na deklarację Drussa.

ODPOWIEDZ